Opublikowano

27 śmierci Toby’ego Obeda

27 śmierci Toby'ego Obeda

Joanna Gierak-Onoszko, „27 śmierci Toby’ego Obeda”, wyd. Dowody na Istnienie, 2019


Mocowałem się z tą książką, przyznaję. Nie dlatego, że była źle napisana, przeciwnie, gdyby napisano ją gorszym stylem, mniej rzeczowo, z mniejszą empatią, być może jej temat, by mnie tak nie dotknął. A tymczasem uczyniłem z tej lektury temat jednej z moich cyklicznych konwersacji językowych z mieszkającą w Kanadzie Japonką — niczego się zresztą niedomyślającą.

„27 śmierci Toby’ego Obeda” to mozaika wzajemnie przeplatających się historii nadużyć, przemocy, wykorzystywania seksualnego, dehumanizacji, pozbawienia poczucia przynależności, kultury i języka pierwszych ludów zamieszkujących tereny dzisiejszej Kanady. To historia wielopokoleniowej krzywdy mająca tysiące twarzy i nazwisk — ocalałych i oprawców. Historia, która na zawsze zmieniła dzieje Kanady i Kanadyjczyków. Od końca XIX wieku aż do lat 70. dzieci rdzennych mieszkańców Kanady były odbierane rodzicom i przymusowo umieszczane w szkołach z internatem prowadzonych zwykle przez rozmaite kościoły chrześcijańskie. W instytucjach dochodziło do nadużyć wobec dzieci na niewyobrażalną skalę, której namiastkę z bezlitosną szczerością opisuje w swoim reportażu Joanna Gierak-Onoszko.

Po „27 śmierci” warto sięgnąć nie tylko dlatego, by wiedzieć. To lekcja wrażliwości dla nas wszystkich. Lekcja, której potrzebujemy także w Polsce, by mierzyć się z trudnymi rozdziałami naszej historii. Bo Kanada, jakkolwiek w dalszym ciągu nie jest do końca zgodna, jak o sprawie mówić, jak postępować dookoła niej, podjęła trud, aby rozmawiać otwarcie, zadośćuczynić i odciąć się od oprawczego dziedzictwa, dla którego nie może być usprawiedliwienia. „Takie były czasy” — słowa, które Gierak-Onoszko przywołuje wielokrotnie w swoim tekście nie mogą służyć już za wyjaśnienie. To słowa, które wszyscy kiedyś słyszeliśmy w odpowiedzi na pytania o wyrządzone kiedyś krzywdy, a które są przecież pośrednim tłumaczeniem sprawców.

„Robimy to, co nam robiono” — przemoc zawsze rodzi przemoc, to kolejna mocna lekcja, której udziela nam lektura, nie oszczędzając brutalnych przykładów. Stres pourazowy, alkoholizm, przemoc fizyczna i seksualna, samobójstwa, poczucie pustki wywołane oderwaniem od korzeni — to problemy, z którymi do dziś zmagają się ocaleńcy, ich rodziny i potomkowie. Z czułością przedstawiając swoich bohaterów i przenikliwie analizując pokłosie narodowej zbrodni w oczach kanadyjskiej opinii publicznej, Gierak-Onoszko w „27 śmierciach” brawurowo kreśli też szeroką perspektywę społeczno-polityczną. To złożona i delikatna sprawa, o której jednak nie wolno nam zapomnieć dla naszego wspólnego dobra.

27 śmierci Toby'ego Obeda

Opublikowano

Trzy nowele

Trzy nowele

Patrick Modiano, „Trzy nowele”, wyd. Yale University Press, 2014


Gdybym naprawdę umiał czytać po francusku, to zacząłbym od tych rozlicznych powieści Patricka Modiano, których jeszcze nie przetłumaczono na polski. Tymczasem przypadkiem natrafiłem na prawdziwie amerykańskie wydanie (3w1) trzech nowel związanego z Paryżem pisarza oryginalnie wydawanych osobno między 1988 a 1993 rokiem. Wszystkie trzy są w pewnej mierze autobiograficzne, co jednocześnie fascynuje i zdumiewa, zwłaszcza gdy zestawiono je tu obok siebie, że mogą odnosić się do życia jednej i tej samej osoby.

Patrick Modiano słynie z brodzenia w przeszłości, przechadzania się po paryskich ulicach, skrupulatnego wyliczania adresów tych przechadzech i nazwisk towarzyszy, o ile jeszcze nie zostały zapomniane. W centrum jego twórczości zawsze skrywa się niepopularna współcześnie sztuka odpominania. Te trzy nowele są, każda na swój sposób, jednymi z wielu w jego dorobku próbami, by nie zapomnieć. I choć Modiano, posiłkujący się zapewne artefaktami z dawnych czasów, własnymi skrupulatnymi notatkami i metodami dziennikarza śledczego, pamięta po kilkudziesięciu latach zaskakująco dużo — wciąż są to próby, impresje na temat życia ludzi skazanych na zapomnienie.

Pierwsza historia „Chien de printemps” (ang. „Afterimage”) to przedziwny portret ekscentrycznego fotografa Francisa Jansena, podopiecznego tego Roberta Capy, który po latach unikania ludzi, pewnego dnia pakuje swoje walizki i wyjeżdża do Meksyku, gdzie kontakt z nim na zawsze się urywa. Modiano pracujący w owym czasie jako jego asystent-archiwista, po latach próbuje połączyć porozrywane końce tej historii, poszukując pozostawionych śladów i wspólnych znajomych. Nieco groteskowego charakteru tej historii dopełniają nachodząca Jansena w tamtym czasie dziewczyna i jej kipiący z zazdrości mąż mim.

Druga opowieść „Remise de peine” (ang. „Supended Sentences”) to kolejny osobliwy obraz, tym razem wczesnoszkolnego dzieciństwa małego Modiano, gdy wraz z bratem przez ponad rok pod nieobecność matki aktorki i ojca wagabundy wychowywani byli w osobliwym domu prowadzonym przez cztery kobiety (spośród których jedna była byłą akrobatką cyrkową, a dwie były matką i córką), w którym w różnych okolicznościach, bez baczenia na panujące konwenanse, przyjmowano wiele postaci tyleż szykownych, co podejrzanych. Modiano przedstawia całą sytuację z właściwą dziecku naiwnością i prostotą, co w połączeniu z jego enigmatycznie poetycznym sposobem pisania przydaje historii tajemniczości i charakteru.

Trzecia nowela „Fleurs de ruine” (ang. „Flowers of Ruin”) to powrót do czasów, gdy Modiano jako dwudziestolatek stawiał swoje pierwsze kroki jako pisarz i po 30 latach postanowił przeprowadzić osobliwe śledztwo, by spróbować zrozumieć, co mogło zdarzyć się 24 kwietnia 1933, gdy w jednym z paryskich mieszkań młoda para popełniła samobójstwo. Tak jak we wszystkich umieszczonych w zbiorze historiach, i tutaj Modiano błyskotliwie miesza rozmaite płaszczyzny czasowe, błądząc po śladach swoich bohaterów ulicami Paryża i próbując na tej podstawie odtworzyć to, czego odtworzyć się nie da.

Miałem pewne wątpliwości, czy Modiano po angielsku zachowa liryczną prostotę, która cechuje polskie wydania jego książek, ale tłumaczenie Marka Polizzottiego oddaje zgoła ten sam charakter, za którym, przeczytawszy już dostępne na polskim rynku pozycje, nader się stęskniłem. Być może jedynie, amerykańskie 3w1 w przypadku prozy Modiano, to odrobinę zbyt wiele, by móc zanurzać się w jego historie i wynurzać się z nich raz za razem. To lektury, które potrzebują, by zaczerpnąć po nich świeżego powietrza, być może podczas spaceru śladem jakiejś własnej historii, której nie da się już w zupełności odpomnieć.

Trzy nowele

Opublikowano

Śmierć komandora

Śmierć komandora

Haruki Murakami, „Śmierć komandora”, wyd. Muza, 2018


Powieści Murakamiego zazwyczaj towarzyszą mi podczas urlopów albo dalekich podróży, kiedy potrzebuję czegoś jednocześnie lekkiego, angażującego i nieco szalonego. W tym kontekście twórczość pisarza sprawdza się znakomicie. Także dlatego, że odtwarza pewien znany mi i oczekiwany przeze mnie schemat. Tak samo było w przypadku obu części „Śmierci komandora”.

Choć zarówno oryginalne, jak i polskie wydanie powieści rozbito na dwa tomy, po lekturze całości trudno chyba przyznać, że jest to dylogia z prawdziwego znaczenia. Raczej powieść technicznie rozbita na dwie, żeby nie obciążać nadto głów i kręgosłupów podróżujących czytelników. Dzięki temu zabiegowi i mnie naturalnie przyszło rozłożenie lektury na dwa wyjazdy.

„Śmierć komandora” to kolejna zawiła fabularnie, ale napisana w sterylny sposób powieść low fantasy, w której losy głównych bohaterów splatają się w przedziwnych, niewytłumaczalnych okolicznościach po to, by wszystko w ich życiu jednocześnie zmieniło się i pozostało takie samo.

Tym razem głównym bohaterem jest pozostawiony przez żonę bez uprzedzenia malarz-portrecista, który dzięki pomocy jedynego przyjaciela znajduje sobie nowe miejsce do życia na japońskiej prowincji w domu zamieszkiwanym wcześniej przez ojca tamtego — słynnego malarza obrazów w stylu japońskim. Nasz bohater odnajduje w tym miejscu nową energię twórczą, odkrywając wspólnie z nowymi sąsiadami — ekscentrycznym milionerem oraz uczennicą szkoły średniej i jej ciotką — kolejne z jego nieprzeniknionych sekretów. To oczywiście prowadzi do rzeczy zupełnie nieoczekiwanych i niesamowitych, które dzieją się zgodnie z ich naturą, czego z kolei oczywiście nie rozumiemy z początku ani my, ani nasi bohaterowie.

To kolejna odsłona tego samego schematu, którego opracowanie i rozwinięcie Murakami opanował do perfekcji na przestrzeni ostatnich 30 lat, ale trzeba przyznać, że zgodnie z obietnicą (jaką sam sobie złożyłem, wynosząc spontanicznie z księgarni oba tomy w przededniu letniego wyjazdu) wystarczająco angażująca. Pierwszy tom, jak można się domyślić, jest jak rozłożenie puzzli na podłożu i próba dopasowania do siebie elementów tak, by stworzyły ramkę. Gdzieniegdzie autor odkrywa kilka większych pasujących do siebie elementów, ale za właściwe wypełnianie układanki zabierze się oczywiście dopiero w drugiej książce.

Ta zresztą też nie jest szaloną jazdą bez trzymanki — Murakami jest (przesadnie) skrupulatny, każdą rzecz, którą da się wyjaśnić musi (w ramach jakiejś własnej neurozy) rozłożyć na czynniki pierwsze. Dla przeciwwagi zawsze też zostawia czytelnika z wieloma takimi, których wyjaśniać nie zamierza — zwykle tymi, które najbardziej tego wyjaśnienia się domagają. Lubi też powtarzać te same, odkryte przed czytelnikiem już fakty, jak gdyby bał się, że ten się pogubi (bo w sumie jest w czym), ale bardziej przemawia przez niego próba uporządkowania nieporządnej rzeczywistości, czy raczej tej jej części, którą uporządkować się da. Ta dwoistość jest w sumie dla czytelnika przyjemna. Podobnie jak maniera przeplatania wątków tak, żeby jeden hamował drugi, jeśli tamten zbytnio się rozpędzi. Dzięki temu wszystkiemu historia jest silniej osadzona w rzeczywistości, co paradoksalnie pomaga w oswojeniu elementów fantastycznych. A tych jest tu całkiem sporo. Trudno jednak po raz kolejny nie dostrzec w zachowawczym, uważnym i odrobinę ekscentrycznym zachowaniu wszystkich głównych bohaterów kolejnych twarzy pisarza, którego największym odstępstwem od własnej normy w tym względzie jest najwyraźniej decyzja, by jedna postać słuchała wyłącznie synth popu z lat 80. z kaset, a druga opery i jazzu na gramofonie.

Koniec końców, mimo braku fajerwerków, „Śmierć komandora” jest całkiem udaną powieścią Murakamiego — lekturą być może w jego bibliografii drugorzędną, ale jednak ogólnie ponadprzeciętnie przyjemną, przynajmniej w kontekście, który przedstawiłem wyżej. Opisany schemat, z którego autor uczynił swój znak rozpoznawczy, wciąż lepiej realizują jednak inne jego książki — „Kafka nad morzem” (z rozczarowującą kulminacją, ale niezapomnianymi, dużo bardziej żywymi i rozwojowymi postaciami) oraz trzytomowe „198Q” (nieco nazbyt rozwlekłe, ale totalnie odklejone i wciągające).

Śmierć komandora

Opublikowano

Nie ma powrotu

Nie ma powrotu

Thomas Wolfe, „Nie ma powrotu”, wyd. Czytelnik, 1959


Thomasa Wolfe’a poznałem przez Damiena Jurado, który przyznał mu rację w jednym z pierwszych wersów dedykowanej mu piosenki „Dear Thomas Wolfe”. Od tego czasu nazwisko to wracało do mnie mimochodem i niezobowiązująco, odczuwalnie jednak zaznaczając swoją obecność gdzieś nieopodal. Mimo braku dostępności literatury Wolfe’a w Polsce (jedyne wydania jego utworów ukazały się na przełomie lat 50. i 60.), wreszcie zdecydowałem się na wielkogabarytowy zakup antykwaryczny i w sam raz na nowy rok listonosz przytaszczył mi podarunek w postaci kopii „Nie ma powrotu”. Musiało jednak nastać lato, abym uczciwie mógł pogrążyć się w lekturze, i jesień, abym mógł tę lekturę zakończyć. W międzyczasie potrzebowałem miesiąca przerwy, która sfermentowała resztki mojej kruszejącej wówczas irytacji w zrozumienie i doznanie.

Mówi się, że początki bywają trudne, ale ten konkretny początek rzucił cień na swój przedmiot na tyle ciemny i długi, że niemalże lekturę przerwałem. Miałem poczucie, że Thomas Wolfe mnie wołał, skoro więc tego głosu posłuchałem, dlaczego miałby nie oczarować mnie od pierwszej strony — myślałem butnie. Byłem w swoim usposobieniu trochę jak główny bohater Wolfe’a na początku powieści, który rozgorączkowany zdążaniem do własnego celu, traci z oczu szerszy kontekst. Owy bohater, George Webber, jest przynajmniej w znacznej części wzorowanym na samym Wolfie początkującym pisarzem, który spędziwszy lata swojego dzieciństwa i dojrzewania w Libya Hill, niewielkim miasteczku na południu Stanów Zjednoczonych, popędzany intelektualną i społeczną ambicją wyjeżdża do Nowego Jorku, by zostać pisarzem. Poznajemy go na etapie, gdy jego pierwsza powieść jest już niemal ukończona, a on sam świeżo powrócił z Europy i próbuje na nowo odnaleźć się w Ameryce, dając wyraz swojej niezaspokojonej ambicji. Wolfe opisuje codzienność młodego pisarza, poświęcając wiele uwagi jego otoczeniu i rozmaitym czynnikom, które mogły (ale wcale nie musiały, bo powiązania te nie są zaznaczone wyraźnie) kształtować jego światopogląd.

Niestety proza Wolfe’a z początku wydała mi się staroświecka, niewspółmiernie rozwlekła, irytująco mało koherentna. Wolfe przedstawiał swoich bohaterów nieśpiesznie, z lubością poświęcając kolejne strony detalom, które ku rozpaczy czytelnika bardzo często były jedynie wyrazem swoistego fetyszu autora. Pod tym względem można nazwać „Nie ma powrotu” antykryminałem, bo jeśli Wolfe wprowadziłby w akcję utworu rewolwer, zrobiłby to obszernie na kilku stronach, opisując najpierw jego zdobną rękojeść, dalej osobę jego właściciela, a skończyłby ogólną refleksją na temat broni palnej w Ameryce z punktu widzenia tamtejszego społeczeństwa, mieszając w to oczywiście swojego głównego bohatera. Jeśli jednak jakimś cudem rewolwer ten wystrzeliłby, to z pewnością nie w tej powieści. Długie opisy Wolfe dzielił w sposób niezbyt spójny z fabularną stroną tekstu swoimi własnymi spostrzeżeniami — w dużej mierze niezbyt subtelnymi moralitetami wynikającymi z postępującego rozczarowania pisarza amerykańskim kapitalizmem pogłębionego świeżym wciąż w jego pamięci wielkim kryzysem, który w niespotykanej dotąd skali dotknął cały kraj — od Nowego Jorku po Libya Hill.

Trudno mi jednoznacznie ocenić, na ile to ja przekonałem się z czasem do sposobu, w jaki Wolfe traktuje materię swoich rozważań, a na ile to on jako autor w trakcie tworzenia „Nie ma powrotu” ewoluował wraz ze swoim bohaterem — mam wrażenie, że oba te zjawiska zaistniały w jakiejś proporcji. Zanim jeszcze przerwałem lekturę na miesiąc (dosłownie, lżejszymi, pozycjami urlopowymi), akcja zagęściła się. Bohater Wolfe’a wydał swoją książkę, w której szeroko rozpisywał się o obyczajach w Libya Hill, co nie spodobało się jego mieszkańcom (a prywatnie znajomym pisarza), a Amerykę dotknął, wspomniany już, wielki kryzys. Wolfe w swoich obserwacjach stał się bardziej przenikliwy i uniwersalny — coraz śmielej i częściej dotykał natury człowieka, i coraz bardziej przeplatał swoje własne stanowiska (jako narratora) z tym, co czuł i myślał jego bohater. Wszystko coraz bardziej składało się w całość. George Webber uczył się na własnych błędach, podejmował odważne decyzje osobiste i zawodowe, podążał za swoim wewnętrznym głosem, dążył do realizacji swoich ambicji i wkrótce zaczął pracować nad drugą książką. Wolfe wysłał go nawet do nazistowskich Niemiec w przededniu drugiej wojny światowej, co stało się jednym z formujących go doświadczeń.

I zarówno ta odarta z beztroski i złudzeń wizyta w Niemczech, jak i pokłosie wydanej przez niego powieści, ale tak naprawdę wszystkie te codzienne rzeczy, które z taką pasją opisywał Wolfe można z powodzeniem odnieść do tytułu powieści. Wszystko to, rzeczy czasem w danej chwili śmiertelnie ważne, czasem zupełnie trywialne, musiało przeminąć i nie ma powrotu. Dochodzenie do własnej zgody na to jest często procesem żałobnym rozłożonym na długie lata. Historia George’a to wciągająca kanwa dla uniwersalnych rozważań Wolfe’a — bardziej chyba z pogranicza socjologii i psychologii, aniżeli filozofii, ale właśnie to poszukiwanie jednostkowego zrozumienia dla natury rzeczy wydaje się sercem „Nie ma powrotu”.

Nie ma powrotu

Opublikowano

Cukry

Cukry

Dorota Kotas, „Cukry”, wyd. Cyranka, 2021


To nie jest blog literacki, chociaż czasem lubię trochę poudawać, że jest. Chociaż na ćwierć etatu. Wtedy zyskuje jakieś jasne przeznaczenie i można na niego zajrzeć po coś. Mimo wszystko, Doroto Kotas, jeśli tu zabłądzisz, wiedz, że sekretnie się z Tobą zaprzyjaźniłem przez te „Cukry” i postaram się napisać same miłe rzeczy, żeby dać temu wyraz. Dobrze się zresztą składa, bo po lekturze sam mam taką potrzebę — wysłania dobrej energii i rozumienia wszystkiego, o czym dotychczas nie miałem pojęcia, a co jest ważne dla innych ludzi.

Nigdy nie myślałem o sobie jako o potencjalnej osobie w spektrum, choć od dzieciństwa zauważałem, że nie jestem może do końca typowy. Moja matka wiele z tych cech zresztą wyciągała na wierzch, czasem z dumą, że ona też tak ma, czasem z grymasem, że to po ojcu mojego ojca, o którym zawsze mówiła eufemistycznie, że był dziwny. I że mój ojciec też bywa dziwny po nim i że ona z tym walczy. I żebym ja taki nie był. I tak wychowywałem się w przekonaniu, że to jaki jestem, jest wynikiem jakiejś genetycznej loterii. Że bardziej jestem z kogoś niż sam sobie. W tym wszystkie te małe dziwactwa. Że nie przepadam za ludźmi w dużym natężeniu, ale nie mogę bez nich żyć. Albo że lubię małe codzienne przygody, ale paraliżują mnie sytuacje, na które jestem nieprzygotowany psychicznie, czyli faktyczne przygody — zmiany, przeprowadzki, nowe początki. Że niby lubię chodzić na koncerty, ale po kilkunastu minutach, niezależnie od tego, co dzieje się na scenie, wyczekuję momentu, kiedy to się skończy i jest to zawsze myśl uporczywa, dojmująca i niedająca się niemal niczym przysłonić. I wreszcie, tak samo jak Dorota Kotas, mam swoje ulubione sztućce i najbardziej w perspektywie zamieszkania samemu cieszę się na to, że zabiorę ze sobą tylko te i nie będę musiał się przejmować, że znowu leżą porzucone brudne w zlewie przez kogoś, kto nie ma pojęcia, że tak się nie traktuje czyichś ulubionych sztućców — a wierzcie, nie ma na to rady, żeby dało się to wytłumaczyć. I może to za mało na spektrum, może w sam raz, może jest jeszcze masa innych rzeczy, z których nie zdaję sobie sprawy, a może wcale nie — diagnostyka jest nieoczywista. Może to wina mojej matki i ojca mojego ojca, że to wszystko składa się na moją codzienność. Ja w każdym razie nie muszę wiedzieć na pewno.

Autorka rozdział po rozdziale skrupulatnie opisuje swoje życie, dzieląc je kategoriami bardziej emocjonalnymi niż funkcjonalnymi, choć mogłoby się z początku zdawać inaczej. Jest więc rozdział o zwierzętach, jest o książkach, jest o jednym domu, i drugim, i jeszcze kolejnym, o telewizji i o podróżach pekaesem, a wszystko to opisane z wielką wrażliwością i dbałością o szczegóły, które sprawią, że czytelnik odtworzy sobie zaraz w głowie wszystkie te sytuacje bardzo wyraźnie, tak jakby to on sam to przeżył. Kotas ma wielką wprawę w posługiwaniu się piórem i potrafi używać słów, które wszyscy znamy i nie są wcale dziwne, w sposób, na który jednak mało kto by wpadł. To totalnie imponujące, że można z taką lekkością stworzyć lekturę jednocześnie bliską czytelnika, jak i bardzo intelektualną. Trochę jak Szymborska, zupełnie nie jak Tokarczuk. Może jeszcze trochę jak Bronka Nowicka, która wydłubywała w dzieciństwie patykiem śnienie z czereśni (i to zdanie już zawsze zostanie mi w głowie). Jak ktoś napisał w internecie, a ja teraz to ukradnę, to lektura łatwa do czytania, ale trudniejsza przy późniejszym przemyśleniu. I jeszcze moja przyjaciółka napisała (i tym razem zacytuję), że Kotas „składa literki z taką swadą, że neurony imprezują w głowie”, co zręcznie zilustrowała mi zresztą gifem z tańczącym batmanem. Czytelnik neurotypowy czy nieneurotypowy, wierzę — że każdego, kto chce poznać doświadczenie drugiej osoby, proza Kotas ujmie pod rękę i zaprowadzi wprost na to neuroparty z tańczącym batmanem, na którym jest miejsce dla wszystkich i nikt nie siedzi w kącie, a literki wywijają na parkiecie, układając się w różne nieoczywiste znaczenia, czym tylko jeszcze bardziej ekscytują batmana.

Wreszcie, „Cukry” to książka, którą się dopada, a następnie pochłania bez reszty, nawet jeśli pierwotnie nie ma się na to szczególnej ochoty. I która zostaje w głowie na kolejne dni i dźwięczy zwłaszcza tymi fragmentami, które dotykają czułych miejsc albo takich, o których wcześniej się nie myślało, a teraz odkryło się, że można o nich myśleć. Ja zwłaszcza zastanawiam się nad czytaniem między wierszami, które jest trochę myślą przewodnią książki, pulsującą w kolejnych rozdziałach w zupełnie nowych kontekstach jako wymóg społeczny często niemożliwy do spełnienia dla osób nieneurotypowych. I nad rozmawianiem naprawdę, zwłaszcza z rodziną, bo z nią zawsze jest najtrudniej. Rodzina ma bowiem (a przynajmniej tak się jej wydaje) niezbywalne prawo, żeby mniej lub bardziej wprost zamykać swoich w niewidzialnych klatkach swoich oczekiwań i przeświadczeń, że wie lepiej. Ileż to rozmów trzeba było odbyć tak, żeby nie powiedzieć nic, co miałoby jakiekolwiek znaczenie. Ale wracają też do mnie z „Cukrów” konkretne obrazy. Migawki z licznych wytworów mojej wyobraźni, które naprodukowałem podczas lektury. Obiecuję, pani Doroto, że będę dla nich łaskawy.

Cukry

Opublikowano

Buszujący w zbożu

Buszujący w zbożu

J.D. Salinger, „Buszujący w zbożu”, wyd. Albatros, 2016


Staram się nie być z tych, którzy skreślają jakąś książkę na wstępie, tylko dlatego, że jest popularna ponad zdrowy rozsądek. To chyba zresztą moja cecha wspólna z bohaterem takiej właśnie książki — „Buszującego w zbożu” J.D. Salingera. Ileż ja razy słyszałem ten tytuł w kontekstach popkulturowo-towarzyskich. Przy czym zwykle były to punktowe wzmianki bez dalszego ciągu. Zazwyczaj ktoś wymieniał ją jako swoją ulubioną czy też taką, co to zmieniła jego spojrzenie na świat. I można by się od tych wszystkich deklaracji nabawić przewlekłej alergii, ale ja, który o „Buszującym” wiedziałem tyle, że istnieje, będąc niejako na fali nadrabiania licealnego kanonu, postanowiłem przekonać się o tym sam. Tej pozycji akurat w naszym spisie lektur nie było, ale w krajach anglosaskich zdaje się, jest to biblia niepokornych nastolatków i 101 antyestablishmentowej rebelii. I poniekąd całkiem słusznie.

Głównym bohaterem opowieści jest niejaki Holden Caulfield, uczeń jednego z prestiżowych nowojorskich liceów, Percy, który zostaje z niego wydalony za złe wyniki w nauce. A że nie jest to jego pierwsza taka przygoda, zamiast wrócić grzecznie do domu z podkulonym ogonem, postanawia pobalować w Nowym Jorku. Później spisuje wszystko, co przydarzyło mu się podczas tych kilku bardzo długich dni i to właśnie jest „Buszujący w zbożu”.

Gdy zacząłem lekturę, długo nie mogłem przyzwyczaić się do dość prostolinijnej stylistycznie pierwszoosobowej narracji. Zwłaszcza że Caulfield co chwila uzewnętrznia się, jak to ten czy tamten go „wkurza”, albo sytuacja taka i taka go, jakże inaczej, „wkurza”. Dużo jest w jego sposobie opowiadania młodzieżowego slangu, ale takiego z trzy, może cztery pokolenia wstecz. To wciąż lepsze niż jakiekolwiek stylizacje dzisiejszych 40-latków na współczesną młodzieżową gwarę, ale w dalszym ciągu, trzeba było kilkudziesięciu stron i jakiegoś punktu zaczepienia w akcji jego opowieści, bym dał się przekonać, że tak ma być i już. A akcja jest.

Caulfield niestrudzenie przeskakuje od dygresji do dygresji, od anegdotki przez apdejt w jego obecnej sytuacji do kolejnej anegdotki i wychodzi mu to całkiem nieźle, zwłaszcza że jest z czytelnikiem szczery, a przynajmniej takie wrażenie można odnieść. I to jest chyba największą zaletą „Buszującego” — dzięki tej prostolinijności, bezpardonowości swojego bohatera wbija szpilkę w obraz idealnie uporządkowanej, uśmiechniętej Ameryki lat 40., w której wszystko ma swoje miejsce i którego to status quo nie można, broń boże, jakkolwiek kwestionować. A tymczasem na marginesach opowiadania, szerokich zresztą, jak diabli (tak, wiecie, metaforycznie), Caulfield kwestionuje wszystko, co się da. Nie lubi buców, ważniaków, karierowiczów, hipokrytów, ludzi, którzy go nie słuchają, niezależnie czy udają, że słuchają, czy nie zadają sobie tego trudu (i wielu, wielu innych). Jest to wszystko jakąś tam odtrutką na stan zastany, w którym nie ma miejsca na nowe i z tego względu rzeczywiście, to lektura odpowiednia dla kogoś, kto dopiero w dorosłość wchodzi i jakoś tego nie widzi.

„Buszujący w zbożu” mojego sposobu widzenia świata nie zmienił, ale dobrze od czasu do czasu przypomnieć sobie, jak rozkładają się pozycje. Dzięki tej książce można, niby przy pomocy mapy, umieścić siebie na planszy. W tym kontekście nieoczywisty z początku tytuł, będący zresztą nawiązaniem do fragmentu wiersza Roberta Burnsa, wydaje się cholernie (parafrazując Caulfielda) adekwatny. A uczciwie przypomnieć sobie, gdzie się stoi, zawsze warto. Może to coś da, kto wie?

Buszujący w zbożu

Opublikowano

Zbrodnia i kara

Zbrodnia i kara

Fiodor Dostojewski, „Zbrodnia i kara”, wyd. MG, 2015


Grafika powyżej pochodzi z wydania W.A.B. z 2018 roku, które pierwotnie chciałem przeczytać, ale nie mogłem go dostać i koniec końców zabrałem się za wydanie MG z 2015 roku (okładka poniżej). Nie przejąłbym się tym, gdyby nie były to dwa różne tłumaczenia. Moje, które oceniam zresztą całkiem nieźle, wyszło spod pióra Jana Piotra Zajączkowskiego i jak się okazało już po fakcie, jest to tekst przedwojenny z 1928 roku. Wydanie W.A.B. zaś to wysoko oceniany przekład Czesława Jastrzębiec-Kozłowskiego. Przyznaję, że nie zrobiłem przed lekturą należytego riserczu. Wydania MG, na co uczulam, są jednak przedrukami starych polskich przekładów. Bulwersuje zwłaszcza wydanie okrojonej wersji „Braci Karamazow”, którą to edycję ktoś nazwał tutaj konwencją „romansu dla pensjonarek”. Uczulam zatem przed zabraniem się za lekturę, że to, jakie wydanie wybierzemy w przypadku tak żelaznej klasyki jak Dostojewski, może zrobić różnicę. Niby to oczywiste, ale może wcale nie, zwłaszcza gdy głównym kryterium staje się dostępność. Ja jednak dziś nie o tym…

Kanon lektur w drugiej liceum to była i dla nas, bibliofilów od siedmiu boleści, i dla naszej polonistki, której zależało, ale chciała za dużo, za szybko i trochę przy tym nie miała wyjścia, jazda po wertepach dokoluśka skrzypiącej karuzeli bez trzymanki i bez rozumu. Totalnie żeśmy potonęli. Trochę z wyboru, bo utrzymać na powierzchni dało się tylko, zostając więźniem tego kanonu na całe popołudnia, wieczory, weekendy. Odpuściłem więc naturalnie Dostojewskiego, ale z zastrzeżeniem, że kiedyś na pewno nadrobię. Z tym, że wiadomo jak się zastrzega takie rzeczy. Szanse były zupełnie beznadziejne. A jednak to jedno zastrzeżenie pęczniało we mnie stopniowo tak, że nareszcie przydusiło mnie swoim rozmiarem do refleksji z następstwem w postaci czynu. I oto bełkotliwe „czytałem Dostojewskiego” zmienić mogę na „przeczytałem”.

To głupstwo zupełnie, błazenada wręcz, takie mam poczucie, żebym ten kontekst szkolny tutaj przywoływał z takim rozmachem, ale piętno lektury szkolnej zawisło niestety nad moim spotkaniem ze „Zbrodnią i karą” najwyraźniej nieodwołalnie. A był jeszcze kontekst, jak się miało okazać, poboczny, a mianowicie tzw. podryw na wieszcza. Bo, że Dostojewski na wieszcza się kwalifikuje, to lektura „Zbrodni” doskonale to obnaża, ten podryw z kolei, nie miał chyba wówczas podtekstu erotycznego, był raczej próbą stworzenia jakiegoś przymierza, albo przeciwnie, zamknięcia się w jakiejś kaście. Otóż już na studiach, kolejnych z rzędu, była pewna koleżanka, którą zapamiętałem do dzisiaj z jednego tylko, że ostentacyjnie obnosiła się ze swoją miłością do Dostojewskiego właśnie. Któregoś razu zupełnie przypadkiem na wykład z trygonometrii przydźwigała trzy kilo „Braci Karamazow” w twardej oprawie i dużą czcionką. Innego dnia ochoczo włączyła się w rozmowę o książkach z zastrzeżeniem, że nie było od Dostojewskiego lepszego pisarza. I to mi po niej zostało w mojej własnej głowie. Lat temu później kilka moja własna matka, zakochana swego czasu w Orhanie Pamuku, na swój sposób sekundowała tej opinii twierdzeniem, że dopiero, gdy przeczytała uważnie „Zbrodnię i karę” odkryła wielkie źródło tamtego Pamuka inspiracji. Od tamtej pory z honorami dotąd należnymi w naszym domu Pamukowi przerzuciła się zresztą na Dostojewskiego, a Pamuka już się u nas nie czytuje (choć piętrzy się nadal na półkach, ale z jakby rzadszym cokolwiek wyrazem). To mnie finalnie pchnęło.

U wrót „Zbrodni i kary” stałem na krawędzi i całkiem ładnie poleciałem, bo to jest przede wszystkim powieść doskonale napisana. Akcja może troszkę czasem przestępuje z nogi na nogę w trakcie, gdy wszyscy bohaterowie gęsto tłumaczą swoje występki, deliberują, polemizują, wzdychają, jojają, płaczą nad swym losem. Robią to zresztą w sposób nadzwyczaj wykwintny, ale wcale nie sztuczny czy nieprawdopodobny. Ot, taka konwencja. Czyta się to trochę tak, jakby oglądało się niemy film, czarno-biały, z wieloma zbliżeniami na powykrzywiane to w w grymasie, to w uśmiechu twarze, z niesamowicie dramatycznym tokiem zdarzeń, ale raczej formalnie niż w taki denerwująco sensacyjny sposób, w jaki się to robi dziś. Dostojewski jednak płynie, ma wszystko fantastycznie wykoncypowane. Jego postaci są żywe, swoiste, mają swoje. Doskonale to rozgrywa! No a w centrum nasz biedaczek Raskolnikow, który snuje swoje teorie i z naukowym wręcz zapałem, jak na byłego studenta przystało, postanawia wcielić je w życie — tak na próbę. Oczywiście nie wie, że sam jest bohaterem zgoła innego eksperymentu — wielkiego dylematu moralnego, któremu Dostojewski poświęcił „Zbrodnię i karę”, sam moralizując czytelnika umiarkowanie jedynie bliżej końca tej historii. W przeciwnym razie zrewidowałby pewnie nieco wcześniej swoje szaleństwo, ale nie o to przecież chodziło. Chodziło o to, żeby Raskolnikowa poświęcić na rzecz moralności, ale i pewnego pragmatyzmu czytelników, niosąc przesłanie, które łatwo się powtarza, ale trudniej przychodzi czasem jego rzeczywiste zrozumienie, że działania mają swoje konsekwencje.

To wniosek najogólniejszy, bo mam takie poczucie, że choć oczywiście Dostojewski podejmuje tematykę zupełnie uniwersalną, to trochę ze względu na tych sto pięćdziesiąt lat, które już minęły od publikacji i tak szeroki zasięg tej powieści, że treść jej jest znana każdemu średnio wykształconemu Europejczykowi, trudno już w nim znaleźć tego ducha, który tchnąć mógłby w człowieka jakąś moralną świeżość. A tak czułem się chociażby, oglądając przed laty „Sznur” Alfreda Hitchcocka, który ten sam kazus potraktował z właściwą mu lekkością i przebiegłością. Skupił się oczywiście na innych aspektach, a jego narracja była mniej prostolinijna, ale w moim mniemaniu udało mu się rzucić na sprawę nowe światło, co z kolei Dostojewskiemu, mimo doskonałego rysu psychologicznego postaci, zajmująco poprowadzonej akcji i ogólnego rozmachu narracyjnego, niestety nie wyszło. Nie jest to jednak, jak pisałem, zarzut, który kieruję bezpośrednio do niego. To raczej system kulturowo-edukacyjny strywializował jego dzieło, chociażby poprzez wciśnięcie go na trzy lekcje bandzie nieokrzesanych młokosów w drugiej klasie ogólniaka między „Nad Niemnem” a „Chłopów”. Trudno jednak od tego uciec. Dostojewski, poprzez otwarcie edukacyjny charakter swojej powieści, nieświadomie sam ją bowiem w tej pułapce zamknął. Koniec końców trudno wyobrazić sobie dla „Zbrodni i kary” miejsce lepsze niż ława szkolna. A na ile jest to rzecz treści utworu, a na ile kontekstu, który moje spojrzenie na ten utwór ukształtował (żeby nie napisać, powykrzywiał), tego nie jestem już chyba w stanie jednoznacznie rozgraniczyć. Może jeśli spotkam kiedyś przypadkiem tamtą koleżankę ze studiów, by uniknąć kurtuazyjnych pytań, które nie prowadzą do odpowiedzi, zapytam ją właśnie o to. Może wreszcie przyjmie mnie do tego klubu, jak sądzicie?

Zbrodnia i kara

Opublikowano

Alef

Alef

Jorge Luis Borges, „Alef”, wyd. Państwowy Instytut Wydawniczy, 2020


Zdanie „Borgesa znam z opowiadań” ma w naturalny sposób dwa znaczenia. I choć wreszcie udało mi się zamienić jedno na drugie dzięki eleganckiemu zeszłorocznemu wydaniu „Alefa” PIW-u, oba poniekąd pozostają w mocy. Biorąc pod uwagę pieczołowitość tłumaczenia (Andrzeja Sobola-Jurczykowskiego), objętość sekcji z przypisami i jej zawartość, doszedłem do wniosku, że istnieje Borges czytany (to mój przypadek) i Borges studiowany i celebrowany (to przypadek tłumacza). Oba podejścia są zupełnie możliwe w takim znaczeniu, że z obu można czerpać radość, choć z pewnością nie równoważne.

Sposób ujmowania świata przez pisarza ma bowiem tę cudowną cechę, że niezależnie od tego, czy jesteśmy oswojeni z jego poczuciem humoru, manieryzmami lub ich brakiem, czy mamy wystarczający background w dziedzinie historii i filozofii, by bawić się razem z Borgesem jego metatekstualną żonglerką, jesteśmy w stanie z przyjemnością i ekscytacją przedzierać się przez kolejne strony mieszające w równym stopniu rozważania pisarza na temat natury rzeczy i żywe historie, zazwyczaj zresztą klasycznie zamknięte adekwatnym zakończeniem (słowo puenta wydało mi się tu niewłaściwe — to raczej wielostronicowe aforyzmy, które pozostawiają czytelnikowi przestrzeń, by pokontemplować zarówno myśli w nich zawarte, jak i kunszt autora). Z słów w tym kontekście niewłaściwych przyszło mi do głowy także nazwisko Olgi Tokarczuk (to jedna z tych intertekstualnych nici, których pisarz w swojej książce nie mógł podjąć, ale pewnie uśmiechnąłby się na wieść, że ktoś odważyłby mu się to wypomnieć), która w „Biegunach” podjęła bardzo podobną formę — wielu opowieści opartych na wspólnych motywach, które razem są w stanie powiedzieć czytelnikowi więcej niż każda z osobna. Motywem „Alefa” jest paralelność — istnienie drugiego, innego, odbitego, dopełniającego. Każda z historii ma natomiast swój własny czas i miejsce akcji, swoich bohaterów i na poziomie zupełnie dosłownym jest bytem całkiem skończonym.

Bo to przede wszystkim udane opowiadania — kunszt narracyjny i intertekstualne umocowanie przydają im oczywiście niezwykłości, ale nie one same o niej stanowią. Niektóre fragmenty, dla kogoś niezainteresowanego zbytnio historią, filozofią czy teologią z pewnością stworzą pewien dystans, czy nawet poczucie obcości. Nie do końca pomaga tu wspominanych już pięćdziesiąt stron nieoznaczonych przepisów tłumacza zgromadzonych na końcu wydania, często odsyłających do oryginalnych źródeł parafrazowanych myśli. Pozostaje więc albo drogę tę pokonać zbytnim skrótem, albo przesadnie dookoła. Można jednak w ten pierwszy sposób uczynić to bez frasunku, choć formuła opowiadań Borgesa sama przez się zachęca do pogłębionej analizy. Nie da się naturalnie na bazie samego tekstu, czy też dołączonych do niego obszernych przypisów wywnioskować, co z opisywanych wydarzeń jest wyobrażeniem historycznym a co fantasmagorią. Borges tę zagadkę jednak rozwiązuje, co czyni „Alefa” w kategoriach powieści detektywistycznych — dziełem nieskazującym czytelnika na dozgonną frustrację.

Borges, inaczej niż Cortázar, szanuje słowa i każde użyte przez niego sformułowanie sprawia wrażenie głęboko przemyślanego pod względem adekwatności do tego, co chce przekazać. To lektura czysta (od tego co niepotrzebne), precyzyjna i rzeczowa, sterylna wręcz, choć nie odebrałem jej w żadnym razie jako dzieła pedanta. Czytelnik musi co prawda uznać wyższość pisarza, jako tego, który wie, może też w tej rzeczowości wyczytać coś wrogiego, skierowanego bezpośrednio przeciw niemu, ale nie może Borgesowi zarzucić, że ten lawiruje, błądzi, ani tym bardziej, że się powtarza. Borges jest zresztą autorem (i narratorem) obecnym i gdy uznaje za stosowne, zabiera głos jako on, autor.

Alef

Opublikowano

Ballada o Narayamie. Opowieści niesamowite z prozy japońskiej

Ballada o Narayamie

„Ballada o Narayamie. Opowieści niesamowite z prozy japońskiej”, wyd. Państwowy Instytut Wydawniczy, 1986


Od kiedy tylko zacząłem zbierać po antykwariatach stare wydania klasyków japońskich PIW-u kilka lat temu, Ballada o Narayamie była dla mnie trochę jak ta góra na obwolucie — tajemnicza i wysoka. Tajemnicza ze względu na samą prezencję — niepokojącą grafikę okładkową i wiele obiecujący podtytuł Opowieści niesamowite z prozy japońskiej. Wysoka, bo wśród autorów, których opowiadania umieszczono w zbiorze znalazł się cały przekrój znamienitości, poczynając od noblisty Kawabaty, przez dwóch przedwcześnie zmarłych nieśmiertelnych Akutagawę (znanego jako mistrza krótkiej formy) i Dazaia (którego Ningen shikkaku, po polsku niezbyt zręcznie przetłumaczone Zatracenie przed sześcioma laty w wydaniu Czytelnika, jest chyba najbardziej poczytną japońską powieścią po Kokoro Sosekiego), po płodnego Tanizakiego. A nazwisk tych jest dokładnie tuzin (przy niektórych widnieje więcej niż jeden tytuł) i zestawione razem na dwóch stronach spisu treści prezentują się ekscytująco (także ze względu na doskonale gustowny format graficzny tegoż spisu). Koniec końców wyczekiwałem tej lektury i gdy wreszcie zatroszczyłem się o swój egzemplarz postanowiłem rozpocząć od niego nowy rok, bo żywię przekonanie, że te rozpoczynające książki powinny być nieprzeciętne, aby później we wspomnieniach inspirować kolejne lektury.

Spodziewałem się, że historie będą działy się w dawnych czasach, że jak w filmach kaidan dziać się będą w nich rzeczy nadprzyrodzone i niedające się wyjaśnić. Czas akcji zmieniał się jednak w zależności od opowiadania i, co dobitnie pokazała mi późniejsza lektura Opowiadań japońskich w wyborze Krzysztofa Szpilmana, było to posunięcie doskonale przemyślane, niepozwalające znudzić mi się powtarzalną konwencją. Więcej — samo następstwo kolejnych historii miało w sobie coś zaskakującego. I tak oto ja, który dotąd raczej unikałem krótkich form, jeśli alternatywą miała być powieść lub esej, tak się w Opowieściach niesamowitych rozsmakowałem, że kolejnymi dwiema tytułami, po które sięgnąłem, były zbiory opowiadań. Ballada o Narayamie, przetłumaczona zręcznie (z wyjątkiem spolszczeń nazw własnych niezgodnych z dzisiejszą normą Heburna), choć odrobinę staroświecko (rok był 1986, na obwolucie zabrakło choćby słowa o tłumaczce i spiritus movens antologii — Blance Yonekawie), jest jednak lekturą w zupełności dostępną poznawczo (różnice w kontekście historyczno-kulturowym w większości przypadków niwelują liczne przypisy) w przeciwieństwie do dzielących z nimi tytuł nieporównywalnie bardziej kultowymi Opowieściami niesamowitymi Poego, które poprzez archaiczny język zapadły się, podobnie jak Dom Usherów, do wnętrza świata, którego już nie ma. Świat większości opowieści z tego zbioru wydaje się natomiast zupełnie żywy, niezależnie od tego, czy sprawcami zamieszania w kolejnych opowiadaniach są zjawy i demony, czy ludzie.

Wielkie wrażenie robią klasycznie japońskie opowieści o duchach Koizumiego, od których rozpoczyna się zbiór. Zwłaszcza klasyczna opowieść o niewidomym lutniku Hoichim (Miminashi Hoichi), adaptowany wielokrotnie między innymi jako utwór muzyczny z rodzaju heikyoku, czyli kompozycji na głos i biwę solo opowiadających epos rycerski o rywalizacji rodów Taira i Minamoto w okolicy XII wieku (Heike Monogatari). Historię przedstawił na dużym ekranie także niedościgniony Kobayashi w jego kunsztownej filmowej antologii Kwaidan z 1965 roku. Podobnie zresztą jak inne opowiadanie Koizumiego — Na dnie czarki o duchu wypitym przez lorda wraz z czarką herbaty. Kolejne historie w zbiorze powoli odchodzą od Japońskiej tradycji w stronę, najpierw pewnej abstrakcji i bezczasowości, a następnie XX wieku. Nocny połów Izumiego, rozpisany zaledwie na czterech stronach, urzeka i niepokoi swoją szkicowością. Piekieł wizerunek niezwykły Akutagawy ukazuje w pełni wirtuozerię autora jako mistrza krótkich form, prowadząc czytelnika przez małe i większe szkaradztwa i niedole do iście szatańskiej makabry. Szkaradne oblicze Tanizakiego to niezwykle plastycznie napisana, ze wszech miar złowieszcza historia filmu-widmo. Wyczekiwaną kulminacją musi być tytułowa Ballada o Narayamie Fakazawy umiejscowiona gdzieś na bezczasowym bezdrożu, gdzie starcy zgodnie z tradycją dokonują żywota na tytułowej dębowej górze (Narayamie), dziś musi stanowić bliską paralelę dla Midsommar Ariego Astera. Nie sposób wszystkich tych dwudziestu historii opisać, nie wszystkie zresztą równie zapadają w pamięć, ale niezależnie od tego doskonale wzajemnie się uzupełniają. To fascynująca panorama japońskiej krótkiej formy. Zbiór, który intryguje i inspiruje na wielu poziomach, po który warto sięgnąć zarówno ze względu na tajemnicę i niepokój cechujące zawarte w nim historie, jak i na ich niewątpliwe walory literackie oraz ciekawy kontekst historyczny i kulturowy.

Ballada o Narayamie

Opublikowano

Głos góry

Głos góry

Yasunari Kawabata, „Głos góry”, wyd. Państwowy Instytut Wydawniczy, 1982


Zupełnie przypadkiem moja lektura „Głosu góry” Kawabaty zbiegła się z zapowiedzią przez PIW wznowienia powieści po blisko czterdziestu latach od oryginalnego wydania, które to właśnie znalazłem przed rokiem w antykwariacie. Lektura w dużej mierze kojąca, ale niepozbawiona realnych moralnych problemów i frapującej perspektywy — trochę jak filmy Yasujirō Ozu.

To opowieść pisana z perspektywy ojca rodziny, Shingo Ogaty, który zbliża się do emerytury i jego życie w ostatnim czasie zaczyna przynosić zmiany, które zauważa. Bywa, że nie potrafi sobie przypomnieć nazwiska czy twarzy znanej mu osoby albo tego, jak zawiązać krawat, choć robił to codziennie rano od czterdziestu lat, jego przyjaciele i znajomi umierają jeden po drugim na rozmaite choroby, a on sam zaczyna słyszeć tytułowy głos góry. Zgodnie z tradycją wzywa go tamten świat. Tymczasem na tym świecie jego myśli zaprzątają głównie nieudane małżeństwa obojga dzieci. Często też wraca wspomnieniami do czasów swojej młodości i niespełnionej miłości życia. W centrum powieści pozostaje też niezwykła więź Shingo ze swoją młodą synową, z którą rozumieją się bez słów.

Podobnie jak u Ozu to powieść pozornie pozbawiona zrywów akcji, choć nierzadko całkiem dramatycznie posuwająca się do przodu. Zawieszona w statecznych ramach powtarzalnej codzienności narracja — dramatów, jeśli już się wydarzą, nigdy nie akcentuje w sposób jakkolwiek sensacyjny. To wraz z częstymi wzmiankami o sezonowo zmieniającej się przyrodzie daje poczucie harmonii i naturalności, nawet jeśli Kawabata porusza tematy cokolwiek trudne. Trauma wojenna, zdrady, aborcje i samobójstwa to społeczny krajobraz księżycowy powojennej Japonii. Kawabata jednak jest dla swoich bohaterów łaskawy — oni zaś owszem, jak to w Japonii, nierzadko dywagują, jak ich działania ocenią inni — nie wahając się przy tym, by głośno wyrażać własne — im starszy bohater, tym bardziej niewybredne — osądy.

Sam Kawabata, któremu zarzucałem wcześniej (choć chyba nigdy publicznie), że powtarza te same myśli wielokrotnie różnymi słowami w różnych kontekstach, jest tu bardzo zdyscyplinowany. Kolejne podrozdziały czasem przyjmują formę przyjemnych impresji na temat codzienności, co jakiś czas skrupulatnie poprzetykanych analitycznym strumieniem świadomości głównego bohatera. Formalnie to doskonale nakreślona powieść, tematycznie pobudzające do refleksji ciekawą perspektywą wołanego przez górę bohatera slice of life, czy może raczej jinsei no hitokoma.

Głos góry