Opublikowano

gdy odwracam się za siebie

upior

klatka z možnosti dialogu švankmajera, 1982

gdy odwracam się za siebie
(tak samo, jak odwracałbym się, gdyby pozostała mi faktyczna postać
faktyczna twarz, nie kształtne pętelki, nikłe szparki, jakieś paskudne gryzmoły
wyciągniętą nieprawdopodobnie rękopodobną kończyną po omacku szkicowane z najgłębszych dołów, najciemniejszych studni
takich, z których czeluści nie widać ani sygnalizującego wyjście światełka nadziei, a przynajmniej tak się wtedy wydaje, nawet jeśli to zazwyczaj bujda)

gdy odwracam się za siebie
przyglądam tym wszystkim pokiereszowanym portretom, które denat portrecista,
mając do dyspozycji w zupełności dostatnie ciało, sporządzał jakby w transie
opętany myślami, że jego zewnętrzna forma jest emanacją innego ducha
prawdziwa zaś postać musi urzeczywistnić się z całego tego bagna, syfu, łupieżu
sercowo-żołądkowo-mentalnej pluchy, którą czuł w sobie jak żywą nie tylko przy roztopach
choć wtedy też

gdy odwracam się za siebie
zastanawiam się, dlaczego ta plucha pęcznieje patosem,
czy nie może sobie skromnie chlipać, tylko zaraz napada na dzwonnice i rabuje orkiestry dęte
do rytmu wygrywanych przez nie marszy żałobnych

denat portecista nie umarł z przepracowania
(dopadł go jego własny portret, szkaradnie przy tym masakrując)

denat portecista nie umarł z przepracowania
portetował wyłącznie w posępnie rozmazane poranki lub zaraz przed świtem, gdy noc jest najgęstsza
o sobie wyobrażenia brzydkie, dojmujące, w najlepszym razie wyblakłe i szare
czy w dni słoneczne czym innym się parał
był dekarzem albo pielęgniarzem, wolontariuszem w schronisku
tego nie wiadomo

gdy odwracam się za siebie
myślę o wszystkich tych obliczach, których nie sportretował:

portret jesienny z dojrzałych owoców i żółtych liści
jak u švankmajera, ale delikatniej
z podkreśleniem wszelkich walorów — atrybutów jesieniary
i wymownie lakoniczną refleksją nad następstwem pór roku i tym, że każde lato ma kiedyś swój kres

portet beztroski, gdzieś daleko od trosk w cieniu dobrego drzewa z książką na hamaku
może z niewielką alergią wziewną w tle, tego czasem nie da się uniknąć
czerwony nosek można by zresztą filuternie zaakcentować
— apsik! — na zdrowie, kochany, na zdrowie!
— to odpowiadają źdźbła trawy, prowokatorzy alergiczni
bez ironii z ich strony, ironia po stronie portrecisty

portret wrażliwy na sztukę, ale bez przesady
ja uśmiechający się do carla sandburga, carl sandburg odpowiadający uśmiechem
ja nucący joni mitchell, joni mitchell nucąca ze mną
ja trochę zdziwiony, trochę urzeczony marią prymachenko rysującą mi niebieskiego woła z fallicznym ogonem
ja usiłujący dostrzec w czwartkowym poranku ślady harmonijnej codzienności yasujiro ozu
i ten švankmajer, zakończony jatką, ale jakże ujmującą

portret nadziejny
zupełnie ogólnie wyrosły z doświadczenia, że nie ma dołu tak głębokiego,
że do jego dna nie sięgłaby jakaś drabinka sznurowa
że co poza mną, to poza mną
gapcie się do woli, przyjechał cyrk, podano do stołu, ale nie dla psa kiełbasa

może dlatego zdechł
ten skurwysyn portrecista
że go nie było tam, gdzie powinien
i wyglądam teraz przez niego w oczach moich licznych czytelników
jak zmokła kura co najmniej

Opublikowano

Nie wiem, cóżem uczynił, ale zacząłem zmieniać się w demona

Nie wiem, cóżem uczynił

Pieter Bruegel (starszy), Myśliwi na śniegu, 1565

Lubię wracać do zimy 2008 roku z kilku powodów. Ten najbardziej prozaiczny jest taki, że była to ostatnia (do tego roku) archetypowa zima, która zachowała się w mojej pamięci. Chrzęst grubo leżącego śniegu po stopami. Sinorude wieczorne nieba skrzące się nad miejską panoramą milionem spadających z gracją drobinek. Z pewnym rozrzewnieniem, choć niepozbawionym rzecz jasna ironii, wspominam wielogodzinne opóźnienia kolejowe i sparaliżowany ruch miejski. Ta nieśmiała reminiscencja, to nieśmiałe déjà vu zatrzymało nas zresztą wszystkich choć na chwilę przed tygodniem, gdy po dziesięciu latach musieliśmy odpomnieć niespotykany już przecież fakt, że śnieg może przetrwać w przestrzeni miejskiej więcej niż dobę, że może się gromadzić i że trudno cokolwiek naprędce na to zaradzić.

Rok 2008 był też jednak dla mnie rokiem nowego. Przyjechałem na studia do wielkiego miasta i byłem w tym tak rozkosznie zielony. Nie miałem pojęcia ani o tym mieście, ani o sobie, ani o mieście, z którego przyjechałem, ani o tym, dlaczego to zrobiłem. Ale ta symboliczna zmiana wdarła się w moje życie jak burza, rozsierdzona i złowroga, a w kącie ja wciąż niemający pojęcia dlaczego. Wiem jedno — dzięki niej moja zima 2008/09 brzmiała zgoła inaczej niż wszystkie poprzednie. Już wtedy rozumiałem zmianę, która we mnie zaszła, która przynajmniej na tym jednym polu kazała mi zerwać dotychczasowy jałowy ścieg i pognać za nowym, świeżym, nieznanym! Moodog, Fleet Foxes, T-Bone Burnett i Beck otoczyli mnie tamtej zimy i wędrowałem, nie mając za przyjaciół nikogo innego przez ośnieżone pola na skraju miasta, jakbym właśnie przeżywał największą w życiu przygodę, choć tak naprawdę nie spotkało mnie przecież nic nadzwyczajnego. To we mnie się działo, we mnie była przygoda, a dźwięki, które mnie spętały, były ich akuratną emanacją! Samotne wieczorne wędrówki były częścią tego przymierza, zawartego jakby poza mną, ale bezsprzecznie ze mną i przeze mnie. Nowy wszechświat otworzył przede mną swe wrota, mnie samemu szeroko otwierając oczy i uszy.

Zima 2008 roku zaklęła mnie, przeklęła może nawet. Nigdy już nie miałem wrócić do swej pierwotnej formy, jak Nago, knurze bóstwo zmienione mimowolnie w demona po postrzale z łuku w Mononoke-hime. „I don’t know what I have done but I’m turning myself into a demon” — śpiewał mi do ucha Robin Pecknold w bezwarunkowo zimowo-górskiej morderczej folkowej balladzie „Tiger Mountain Peasant Song”. Nawet nie wiedziałem, że to o mnie. W piosence Pecknold opowiada historię przyjaciela (lub kochanka), który napadnięty w lesie przez zbójców przedwcześnie traci życie. Narrator przybiera żałobę i pod wpływem bólu i braku, które jej towarzyszą zmienia się w demona. To akurat niezupełnie o mnie, a przynajmniej wszystko, co sam wiem o żałobie z własnego życia, wskazuje na jej nieodzowność w ludzkim cyklu oswajania śmierci. Sama historia jest jednak fascynująca i na tyle enigmatyczna, że można interpretacyjnie poukładać ją sobie zgoła inaczej. Trochę jak w prozie japońskiej — na pierwszym planie: zmiany zachodzące w człowieku i zmiany zachodzące w naturze. Bo czyż to nie jedno i to samo? Czy ten śnieg nie jest wystarczającym uzasadnieniem i jednocześnie wystarczającym dowodem istnienia we mnie tego demona, którego po dwunastu latach wybudził z letargu?

Rekonstrukcji demona drzemiącego we wspomnianej myśli, w tej nieświadomości, którą się pożywił, w tym śniegu, który zasypał drogi i pola, w tej muzyce, która wyważyła drzwi, w tej burzy, która dotąd grzmi, spróbowałem dokonać w najbardziej adekwatnej formie plejlisty.

Opublikowano

Apostołowie z Appalachów

Apostołowie z Appalachów

Zeszły rok, jeszcze nim pandemia rozhulała się na dobre, rozpocząłem przy dźwiękach Gillian Welch. Nie dosłownie, ale ten folk z Appalachów intuicyjnie obrałem sobie za klucz — jakże adekwatne tło, by odpocząć po świątecznym gwarze, po zgiełku podsumowań roku i dekady. By wyłączyć się, tropiąc ślady miejskiej zimy i pogrążając się w lekturze — zupełnie do niczego nieadekwatnej i stąd tak rozkosznej. Intuicyjnie także dlatego, że moje wcześniejsze doświadczenia z muzyką Welch były raczej fragmentaryczne, ale to co znałem, dawało nadzieję, że uda mi się stworzyć sobie w tej muzyce bezpieczną przystań. Wreszcie — intuicyjnie też dlatego, że losy Welch i jej partnera Davida Rawlingsa zostały ściśle splecione z wydarzeniami pandemicznego 2020 roku, skutkiem czego po wieloletniej przerwie wydawniczej ponownie otworzyli się na świat, być może bardziej niż kiedykolwiek. Pomyślałem też wtedy, że gdy już się z Welch i Rawlingsem zaprzyjaźnię, gdy zatracę się w tropieniu niuansów ukrytych między wersami kolejnych utworów, podzielę się nimi tutaj. Tak się jednak nie stało — choć z Welch i Rawlingsem zaprzyjaźniłem się w ubiegłym roku bardziej niż z twórczością kogokolwiek innego, wciąż nie potrafię odbierać jej intelektualnie. A może nie chcę. Wrażeniowe, może naiwne spojrzenie na ich kunsztowny, ale, wierzę w to głęboko, niewykalkulowany dorobek, pozwala mi na współistnienie elementu magicznego, elementu wiary właśnie. Wiary w istnienie bezpiecznych przystani. Poniższy tekst jest raczej syntezą analitycznych profili dziennikarzy New Yorkera, New York Timesa i Uncut Magazine oraz rozmaitych skrawków recenzji i artykułów prasowych znalezionych w sieci, aniżeli moim własnym osobistym czy krytycznym spojrzeniem na życie i twórczość dwójki apostołów folku z Appalachów. Taka praca zbiorowa pod samowolną redakcją Kurtka, bym powiedział. Chciałbym jednak, żeby ich sylwetki zaistniały w świadomości polskiego słuchacza, a to zawsze mały krok bliżej.

Gillian Welch i David Rawlings śpiewają wspólnie od wczesnych lat 90. Poznali się w bostońskiej szkole muzycznej Berklee, gdzie połączyła ich miłość do muzyki z Nashville. Od tej pory duet razem przygotowuje i nagrywa materiał na płyty sygnowane zarówno przez Welch, jak i przez Rawlingsa. Cechą rozpoznawalną obojga wokalistów są bliskie harmonie charakterystyczne dla szkoły klasycznego bluegrassu, zwane czasami braterskimi, bo utożsamiane z The Everly Brothers i The Stanley Brothers. Stwarzają one iluzję jednego głosu, spod którego jednak przedzierają się co rusz rozdzielne tony, a w momentach szczególnego napięcia wokale chylą się ku sobie, jak karty ułożone w domek. Jest w ich folkowej muzyce coś, co koi serce słuchacza. Phoebe Bridgers powiedziała w jednym z wywiadów, że „piosenki duetu wydają się uniwersalne, nawet pomimo tego, że są głęboko zanurzone w gatunkowych manieryzmach”. W istocie muzycy wkładają w wykonanie całych siebie — potrafią wejść w swoje utwory, stać się ich częścią i dzięki temu dostarczyć pełne emocjonalnie interpretacje. I to pomimo tego, że nierzadko narratorami ich piosenek są ludzie zupełnie różni od nich samych — migranci, szarlatani czy bimbrownicy. Jak mówi Welch, dzięki tej perspektywie innego, którą żyje, ilekroć wykonuje kolejne utwory, stała się bardziej empatyczna i otwarta. Alec Wilkinson pisząc o Welch dla New Yorkera przed 16 laty stwierdził, że piosenkarka dzięki dostojnemu sposobowi bycia sprawia wrażenie, jakby śpiewała bez fortelu, co jednak samo w sobie jest dramatyczne.

Gillian Welch nie miała wcale szczególnie z górki w drodze do kariery muzycznej. Choć dorastała się w umuzykalnionym domu, wychowana w Los Angeles przez parę artystów scenicznych z Hollywood, krytycy długo kwestionowali w swoich recenzjach prawdziwość jej folkowegu anturażu ze względu na jej nieprzystające korzenie. Ona sama jednak wielokrotnie podkreślała, że już na studiach, gdy pierwszy raz usłyszała muzykę bluegrass, było to dla niej jak objawienie. W 1996 artystka wydała swój debiutancki album Revival wyprodukowany przez legendarnego T-Bone Burnetta, który odkrył ją podczas wieczoru talentów w barze w Nashville. Krążek stylistycznie przywodził na myśl czasy wielkiej depresji — z tematyką oscylującą wokół uczuć rezygnacji, nieszczęścia i zamętu, podpartą surowym brzmieniem folku z Appalachów. Choć dwa pierwsze krążki Welch wydane w drugiej połowie lat 90. zostały pozytywnie przyjęte przez krytyków i słuchaczy, przełomem w karierze artystki stał się udział w ścieżce dźwiękowej do filmu O Brother Where Art Thou braci Coen nagrodzonej nagrodą Grammy dla albumu roku. W tym samym czasie piosenkarka wydała swoją trzecią studyjną płytę Time (The Revelator). Album eksplorujący tematykę amerykańskiej żałoby — zabójstwa Lincolna, śmierci Elvisa czy zatonięcia Titanica — wydany w przededniu wydarzeń World Trade Center okazał się niesamowicie adekwatny. Krytycy obrazowo przyrównali styl, w jaki Welch połączyła przeszłość z teraźniejszością do sposobu, w jaki prowincjonalni pastorzy dokonywali biblijnej egzegezy, szukając dosłownej paraleli między przypowieściami z wersetów pisma i wydarzeniami z wczorajszego dziennika. To emanacja prozy Flannery O’Connor z całą jej surową i mroczną poetyką zaklęta w niezwykle zręczny folkowy album. Płyta przyniosła Welch rozgłos, a magazyn Rolling Stone umieścił ją w 2020 roku na odświeżonej wersji swojego topu płyt wszech czasów.

Apostołowie z Appalachów

Wieść niesie, że artyści spędzili osiem długich lat, szlifując materiał na piąty studyjny krążek piosenkarki zatytułowany The Harrow & The Harvest, a wydany ostatecznie w 2011 roku. Ten sam perfekcjonizm pary sprawił też, że aż półtorej dekady zajęło im znalezienie odpowiednio jakościowego wydawcy dla winylowych tłoczeń swoich płyt. Tym razem tematykę twórczości duetu zdominowały motywy fatalizmu i profetyzmu, które objawiły się w tytułach utworów. Cały album zbudowano wokół „The Way It Will Be”, które napisane zostało jeszcze przy okazji poprzedniego krążka, ale wówczas nie znalazło zdaniem muzyków odpowiedniego towarzystwa. W przeciwieństwie do wcześniejszych płyt Welch nagranych z towarzyszeniem całego zespołu, tu artyści pracowali wyłącznie we dwoje, przez lata uszczuplając aranże kolejnych utworów do ich zupełnie postnej istoty. Stąd też tytuł krążka nawiązujący do powiedzenia, że aby zebrać, trzeba posiać. W jednym z wywiadów Gillian Welch, śmiejąc się, wyznała, że David Rawlings rzucił swój debiutancki album pod koła losu, dla dobra jej piątego krążka. Gdy para wciąż szukała odpowiedniego brzmienia dla The Harrow & The Harvest, Rawlings zaproponował, by sesje do jego albumu A Friend of a Friend wypuszczonego w 2009 roku potraktować jako rozgrzewkę. Muzyczny i życiowy partner Welch zadebiutował jako frontmen dopiero półtorej dekady później niż ona, ale wcześniej ściśle współpracował z Welch przy projektach wydawanych pod jej nazwiskiem. Jego własny muzyczny byt, grupa Dave Rawlings Machine, skłania się stylistycznie w stronę Boba Dylana i Woodiego Guthriego, ale Rawlings nie jest w żadnym razie typem politycznie zaangażowanego songwritera z gitarą. Wszystkie wypuszczone przez niego płyty cechuje za to szczera radość z muzykowania i odkrywania ścieżek łączących teraźniejszość z historią folku, country, bluesa i bluegrassu.

W marcu zeszłego roku studio nagraniowe Welch i Rawlingsa w East Nashville zniszczyło tornado. Po tym jak wichura zerwała dach przez dziesięć godzin nocą bez niczyjej pomocy próbowali ocalić swój dobytek artystyczny, ratując przez ulewnym deszczem sprzęt i taśmy-matki swoich nagrań. To wydarzenie połączone z doświadczeniem pandemicznej rzeczywistości, która zmusiła muzyków do przerwania planów koncertowych, sprawiło, że postanowili wydać potrójny boxset z niepublikowanymi dotąd nagraniami cudem ocalonymi przed zniszczeniem. Boots No. 2: The Lost Songs ukazało się w przeciągu drugiego półrocza 2020 roku w trzech częściach. Duet wydał w tym czasie aż 58 nowych utworów, więcej o siedem niż w sumie na pięciu wcześniejszych studyjnych krążkach Welch. To piosenki, które artystka napisała wspólnie z Davidem Rawlingsem w grudniu 2002 roku, by oswobodzić się z kontraktu wydawniczego, który podpisała dziewięć lat wcześniej jako nikomu nieznana songwriterka. Zgodnie z kontraktem Welch miała każdego roku dostarczać określoną liczbę utworów, które następnie mogliby wykonać na licencji inni wykonawcy. Za namową Rawlingsa i przy jego czynnym udziale podczas, jak sami określili w jednym z wywiadów, bardzo długiego weekendu, udało im się uwolnić Welch od zobowiązań. Wydane teraz nagrania zostały specjalnie zremasterowane ze szkiców, które zarejestrowano przed osiemnastoma laty. Z perspektywy czasu okres, w którym utwory powstały, pomiędzy krytycznym przełomem Welch z Time (The Revelator) a jej najbardziej przebojowym krążkiem Soul Journey to bez wątpienia złoty okres duetu.

Pandemia niewątpliwie odcisnęła piętno na życiu i twórczości muzyków. W kwietniu pożegnali wieloletniego przyjaciela, prekursora country folku Johna Prine’a, a w lipcu wydali złożony z dziesięciu folkowych coverów bliskich im utworów album All the Good Times biorący tytuł od jednego z utworów na nim zawartych — „All the Good Times Are Past and Gone”. Piosenki zarejestrowane przez parę w domowym studiu ujmują intymną atmosferą i kameralnymi wyciszonymi aranżami. Pomimo pozornie minorowej wymowy materiału, jest to muzyka niewątpliwie podszyta otuchą i wiarą w lepsze jutro. „Jestem optymistką” — powiedziała sama Welch w sierpniu zeszłego roku dziennikarzowi New York Timesa. Wydany pół roku temu wspólnie z Rawlingsem materiał jest tej deklaracji najlepszym wyrazem.

Oryginalnie tekst ukazał się jako część cyklu Artysta Tygodnia na stronie Akademickiego Radia Luz w tygodniu poświęconym Gillian Welch i Davidowi Rawlingsowi.

Opublikowano

Lullay, Lullay: Melodies for the World in Turmoil

Lullay, Lullay: Melodies for the World in Turmoil

Od dwóch lat życzę nam empatii, ale nigdy chyba życzenia te nie były tak istotne jak tym razem. Gdy w zeszłym roku przygotowywałem świąteczną składankę, nie miałem pojęcia, co wydarzy się zaledwie trzy miesiące później. Tegoroczna płyta jest po części odpowiedzią na tę sytuację. Motywem przewodnim są tym razem kołysanki i jest to pomysł, który miałem z tyłu głowy już od kilku lat, ale dopiero teraz nabrał szczególnego sensu, bo śpiewamy nie tylko małemu Jezuskowi, swoim własnym dzieciom, sobie nawzajem, ale całemu światu pogrążonemu w zamęcie — lepiej tę myśl wyraża zresztą chyba angielski wyraz turmoil, który znalazł się w tytule — Lullay, Lullay: Melodies for the World in Turmoil.

Kołysanki są zresztą wpisane w naturę tradycyjnych kolęd z prominentnym przykładem w postaci powszechnie znanego „Lulajże Jezuniu”. Bez wątpienia można też za kołysankę uznać międzynarodowej sławy „Cichą noc”, a emanacją naszego polskiego „lulaj” u Anglosasów jest XVI-wieczne „The Coventry Carol” z powtarzaną wielokrotnie frazą „Lullay, lullay”. Wszystkie one znalazły na płycie swoje miejsce, choć mimo ich kołysankowej formy i niesłabnącej popularności, nie było mi wcale łatwo znaleźć odpowiednio wyciszonych wersji. Obok nich pojawiły się więc także kołysanki nie tyle nawet świeckie, co niebożonarodzeniowe, przynoszące jednak spokój i ukojenie w długie grudniowe wieczory po trudnym roku. Dajmy im się ukołysać do snu. Przyda nam się odpoczynek.

Poprzednie części świątecznych pozytywek w serii dostępne są na Mixcloudzie. Można słuchać także na Spotify.

Opublikowano

渋谷系選曲 ‧ Selekcje z Shibuya-kei

渋谷系選曲 ‧ Selekcje z Shibuya-kei

Wycieczka krajoznawcza śladami dziedzictwa Flipper’s Guitar

Mam gdzieś zapisane jeszcze archiwum nigdy niezrealizowanych pomysłów. Jednym z nich było przygotowanie internetowej anglojęzycznej monografii o Shibuya-kei, mikrogatunku tokijskiego popu, który w latach 90. łączył wpływy brytyjskiego madchesteru, francuskiego yé-yé, brazylijskiej bossa novy, chiptune’a, shoegaze’u, drum & bassu, hip-hopu, technopopu i innych mniej lub bardziej lokalnych, mniej lub bardziej niszowych, mniej lub bardziej retro stylów w formule, której nie ograniczała żadna formalna fasada — mikrogatunek jest w istocie makrogatunkiem. Jest muzyką żywą i plastyczną, lepiącą z retro, ale wyciągającą łapki ku przyszłości. Koniec końców pomysł przepadł, także dlatego, że trudno było do tej muzyki dotrzeć (i dotrzeć do źródeł — także ze względu na barierę językową). Tymczasem coraz więcej płyt, także takich, o których usłyszeniu w całości wówczas mogłem tylko pomarzyć — patrzę na was, Les 5-4-3-2-1 — trafia na międzynarodowy streaming. Zebrałem się w sobie i pozbierałem nagrania Corneliusa, Flipper’s Guitar, Pizzicato Five, Takako Minekawy, Kahimi Karie i spółki w jednym miejscu w postaci kolejnej otwartej i ewoluującej plejlisty.

Opublikowano

Piosenka, pejzaż, podziękowania i poczucie sprawczości

Taki pejzaż

Taki pejzaż

*

„You can run to the rocks and try to hide your face
but those rocks will cry out there ain’t no hiding place”.

*

Lata temu złożyłem sam przed sobą obietnicę, że nie będę pozwalał sobie na impulsywne piosenkowe wklejanki, ilekroć jakiś utwór czy album mnie obezwładni. Zdarza się to dość często do dzisiaj, a naprawdę lubowałem się w tym swego czasu, jeszcze na długo przed tym, zanim Youtube i Facebook dały nam nieskrępowaną możliwość podzielenia się czymkolwiek z kimkolwiek — rzecz 15 lat temu nadal trudną do wyobrażenia (OK boomer). Tym razem postanowiłem zrobić wyjątek, choć bardziej dlatego, że od dawna mam jakąś niewysłowioną potrzebę zabrania stanowiska w sprawach ważnych. W tej materii cenię sobie zazwyczaj możliwość zamknięcia komputera, ochłonięcia i zdystansowania się do rzeczywistości, która jednak mimowolnie i zupełnie poza mną (poza nami!) przybiera rysy coraz bardziej karykaturalne i upiorne jednocześnie.

Dwa tygodnie temu trafiłem na nowy singiel folkowej piosenkarki Iris DeMent, którą poznałem kiedyś przy okazji urokliwego oldtime’owego gospel countrującego „Leaning on the Everlasting Arms” wykorzystanego w jakimś hollywoodzkim blockbusterze, a której imię (tak, tej Iris) stało się tytułem największego przeboju Goo Goo Dolls. Jej nowa pełna empatii i hartu ducha piosenka zatytułowana dość przewrotnie (ale bez złych intencji) „Going Down to Sing in Texas” utrzymana w stylu klasycznego dylanowskiego protest songu okazała się dla mnie niespodziewanie nieocenionym pokrzepieniem w tym mrocznym i trudnym czasie. Z kilku powodów.

Iris jest prostolinijnie szczera — to wartość, której tak bardzo brakuje ostatnio w scenicznej pozerce (OK boomer again, wiem), choćby najbardziej zręcznej — wie, jakich wyborów dokonuje, jest świadoma tego, co się z nimi wiąże i nie kryje tego. Jest otwarta i pełna empatii, ale nie bezkrytyczna. Jest też pełna wdzięczności dla tych, którzy w jej oczach dają dobry przykład i działają na rzecz zmiany na lepsze. I to chyba jest ta część, która ujęła mnie najbardziej. Jest w tych serdecznych podziękowaniach coś nie tyle niedzisiejszego, co niezwykłego w sposób zupełnie ponadczasowy. DeMent odnosi się zresztą do spraw, które dzieją się na naszych oczach (dyskryminacji kobiet, muzułmanów, czarnoskórych, degeneracji kościoła katolickiego, agresji Izraela wobec palestyńskich cywili, zbrodni wojennych, narastających nierówności społecznych, masowych protestów) i zwraca się do konkretnych osób (The Chicks, The Squad, Jeffa Bezosa i młodych ludzi w ogóle). Gdyby taką piosenkę nagrał dzisiaj sam Dylan, z pewnością zrobiłby się wokół niej niebywały szum, a tak przepadła pośród mijającego się często ze wszelkim meritum sezonowego hajpu. W każdym razie dzięki tej dziękczynnej formie, wszystkie te trudne kwestie, do których każdy mógłby dopisać jeszcze kilka innych, zyskują wymiar pozytywny — wiary w drugiego człowieka i jego sprawczość. I ja sam podbudowany tym przesłaniem i przekonany o jego słuszności chciałbym jakkolwiek przekazać je dalej.

Niekoniecznie w formie niemal 10-minutowego staromodnego protest songu, który z dużym prawdopodobieństwem znudzi każdego, kto nie wychował się na Hanku Williamsie i nie jest obyty z tym specyficznym rodzajem charyzmy. Chciałem więc po prostu podziękować wszystkim tym, którzy biorą sprawy w swoje ręce w takim stopniu, w jakim mogą i uznają za stosowne, i przeciwstawiają się cynizmowi tych, którzy pod płaszczem idei negują podmiotowość i wolną wolę drugiego człowieka. A także wszystkim tym, którzy stawiają czoła tej epidemii dla dobra nas wszystkich — w szpitalach, sklepach, szkołach, centralach telefonicznych, fabrykach, magazynach, urzędach, domach czy na ulicach.

Opublikowano

Z rewizytą w repozytorium rockowych dinozaurów

Rolling Stone's 500 Greatest Albums of All Time

Rolling Stone w ogniu, ale na powierzchni

Cały tekst do odsłuchu jako podcast na Spotify.

*

Rolling Stone wypuścił we wtorek nową wersję swojego kanonicznego zestawienia 500 najlepszych albumów wszech czasów oryginalnie opublikowanego w 2003 roku. Jak sami piszą we wstępie, był to najbardziej poczytny artykuł w historii ich wydania online z 63 milionami odsłon od czasu zamieszczenia. Ja sam dołożyłem do tego wyniku swoją cegiełkę, podejrzewam nawet, że nie raz. Sława tego rankingu dotarła do mnie, gdy byłem jeszcze dzieciakiem i nic dziwnego, że było to pierwsze miejsce, gdzie zwróciłem się, gdy wreszcie dorosłem do zabrania się za swoją muzyczną samoedukację. Oczywiście nie było to najlepsze miejsce — tamta lista potwierdziła najgorsze stereotypy o redakcji Rolling Stone’a, który owszem, przez lata kształtował amerykańską popkulturę, ale mentalnie i stylistycznie zatrzymał się w czasach swojej świetności tj. gdzieś pod koniec lat 70. Zestawienie z 2003 roku zdominował więc przyciężki anachroniczny rock grany przez białych mężczyzn. Dość powiedzieć, że najwyżej notowany krążek sygnowany przez kobietę (nie licząc kolaboracji The Velvet Underground z Nico i Lennona z Yoko Ono) — Blue Joni Mitchell — znalazł się wtedy dopiero na pozycji 30. — w czołowej setce albumów nagranych przez kobiety było zaś w sumie jeszcze tylko pięć. Nie muszę chyba dodawać, że nie było to w żadnym stopniu akuratne odzwierciedlenie sytuacji. Sensowny update był temu zestawieniu zupełnie niezbędny.

Nową listę układało w sumie ponad 300 osób — poza dziennikarzami, krytykami, producentami i osobami z branży zaproszono też samych artystów m.in. Beyoncé czy Taylor Swift, ale też obiecujących debiutantów i weteranów. Przez 17 lat doszło z pewnością do pewnej wymiany pokoleniowej, a kanon tego, co uważa się za klasyczne, znacząco się rozszerzył. Koniec końców w zestawie wymieniono prawie jedną trzecią płyt — aż 153, spośród których ponad połowa (83) to albumy z XXI wieku.

Przyznam, że ani się takiej aktualizacji nie spodziewałem, ani nie spodziewałem się, że zacznę z miejsca analizować ją w szczegółach i uznam za coś, co ma dla mnie znaczenie i wpływa na bieg mojego dzisiejszego życia. A jednak! Pamiętam, gdy jeszcze na długo przed erą streamingu, przeglądałem listę Rolling Stone’a z wypiekami na twarzy, ale i irytacją, że moi ówcześnie faworyci — Lauryn Hill i D’Angelo — wylądowali kolejno w czwartej i piątej setce, podczas gdy zestaw zdominowały pozycje, o których nigdy nie słyszałem. Minęło kilka lat, ale w końcu zebrałem się w sobie i narzuciłem sobie rygor w przesłuchiwaniu nieznanych mi krążków z tamtego zestawienia. Nie jestem w stanie teraz dokładnie ocenić, ani ile mi to zajęło, ani ile płyt faktycznie musiałem dosłuchać, ale podejrzewam, że była to lwia część tamtej listy i ponad pół roku skrupulatnych, choć nieregularnych odsłuchów. Szczęśliwie nie byłem już w wieku i miejscu, kiedy mógłbym rekomendacje amerykańskich redaktorów przyjmować bezkrytycznie — wręcz przeciwnie, podszedłem do zadania na chłodno, a pozycje być może istotne z punktu widzenia historii popkultury, ale zupełnie niebroniące się po latach brzmieniem i przekazem, jak kolejne płyty Aerosmith czy The Who, po jednym odsłuchu usuwałem na zawsze z pola widzenia. Ale były też liczne odkrycia i zaskoczenia — sam już nie jestem w stanie wskazać jakie — z rankingiem Rolling Stone’a kojarzą mi się dzisiaj wyłącznie te płyty, do których nie wróciłem już nigdy.

Od kilkunastu dobrych lat, gdy chociaż pobieżnie przegląda się dział recenzji czy podsumowań końcoworocznych Rolling Stone’a, można wyraźnie dostrzec pewną zadyszkę — recenzenci w ustawicznym klęku przed Bobem Dylanem i Neilem Youngiem nie są w stanie kreować trendów — zamiast tego reagują na nowe z odpowiednim jedno- czy czasem dwu-sezonowym opóźnieniem. Ten syndrom ołtarzy boomerów dotknął też już zresztą Pitchfork, który w świadomości młodych zajął z początkiem ery cyfrowej miejsce na piedestale mediów muzycznych dawniej okupywane właśnie przez Rolling Stone’a. Wiadomo, że zawsze jest się bardziej reaktywnym, jeśli próbuje się łączyć to, co popularne z tym, co merytoryczne w jednym krytycznym splocie, a taką właśnie rolę obrał sobie Rolling Stone — musiał, jeśli chciał być punktem odniesienia dla mas. I ta nowa lista tę niezręczną pozycję w zupełności oddaje.

Ten zaśniedziały żelazny kanon oczywiście ostał się w dobrym kształcie — oddaje go przede wszystkim centralna część listy, ale niewątpliwie jest to zestaw zdecydowanie bardziej różnorodny, a i w czołówce nastąpiły istotne przetasowania. Przede wszystkim jest zauważalnie więcej krążków nagranych przez kobiety, a i ta najwyżej notowana Joni Mitchell awansowała z 30. na 3. lokatę. Mitchell pojawia się zresztą w zestawieniu wielokrotnie, podobnie jak Fiona Apple, Erykah Badu czy PJ Harvey (spośród których tylko Harvey pojawiła się na liście w 2003 roku). Rock coraz częściej równoważą w zestawieniu soul i hip-hop, choć dość zaskakująco poza Kendrickiem Lamarem, Drake’m i Kanye’m Westem zabrakło w zestawieniu nowego rapu (jest za to sporo pozycji z lat 90. i śmieszno-straszny pierwszy album 50 Centa). Jedyną trapową płytą jest z kolei debiut Bad Bunny’ego, który wpisuje się także w inną tendencję — dostrzegania dorobku artystów latynoskich — choćby symbolicznie — bliżej końca zestawienia znalazły się bowiem Selena, Shakira i niezrehabilitowany jeszcze prekursor reggaetonu Daddy Yankee, a najwyżej notowaną hiszpańskojęzyczną płytą, na 315., jest błyskotliwy debiut Rosalíi. To jednak wyjątki od niezachwianej anglosaskiej dominacji. Poza jeszcze kilkoma klasycznymi krążkami z afrykańskim funkiem, muzyka nieanglojęzyczna tutaj nie istnieje. Rockowy beton spulchniono natomiast całkiem wydatnie popem i R&B — Blonde Franka Oceana trafiło do pierwszej setki, dostrzeżono istnienie Destiny’s Child i Beyoncé. Znalazło się miejsce dla Taylor Swift, Adele, Kacey Musgraves, a nawet Blackoutu Britney Spears. Dość kontrowersyjnie do zestawu wrzucono też ostatnie krążki Harry’ego Stylesa czy Billie Eillish — za kilka lat okaże się być może, jak kończą się próby zaklinania rzeczywistości przez boomerów. W zestawieniu wciąż nie mają czego szukać wszyscy ci, którzy od klasycznego rocka stronią — metal kończy się tu i zaczyna na Metallice (w dwóch różnych odsłonach), elektronika to Daft Punk i LCD Soundsystem, jazz reprezentowany jest nieco szerzej, ale też dość powierzchownie i ostatecznie można sprowadzić go do Milesa Davisa. Niezale mają kilka sztandarowych punktów zaczepienia w postaci My Bloody Valentine, Pavement czy Neutral Milk Hotel, wielkodusznie zauważono także Tame Impala, ale to by było na tyle. Podobnie zresztą art pop i folk także skończyły się najwyraźniej w latach 90. Luki pozostawione przez niedoreprezentację innych gatunków wciąż wypełniają tu bowiem Dylan i Beatlesi.

I choć tych drugich ktoś mógłby określić największymi przegranymi nowego rankingu Rolling Stone’a — ich kultowy Sgt. Pepper pikuje z pozycji najlepszej płyty wszech czasów na dalekie (w tym kontekście) miejsce 24. Tamten wybór, mocno kontrowersyjny dla fanów czwórki z Liverpoolu, miał chyba wówczas wskazać na jednoznaczną wyższość Beatlesów nad Beach Boysami, których Pet Sounds trafiło wtedy na miejsce drugie (na którym udało im się zresztą utrzymać przez tych 17 lat — to jedyny numer, który w pierwszej dziesiątce pozostał bez zmian). Dziesiątkę nowej listy otwiera znamiennie The Miseducation of Lauryn Hill (które wraz ze wspomnianym VooDoo D’Angelo zaliczyły ogromne awanse) — redakcja nie bez powodu okrasiła zresztą tę decyzję cytatem piosenkarki, pod którym podpisałaby się też Fiona Apple, że przemysł muzyczny jest seksistowski. To chyba miała być odpowiedź przemysłu, że Lauryn Hill, nie tragizuj. W czołowej dziesiątce znajdziemy też poza tym Fleetwood Mac, Purple Rain Prince’a, Songs in the Key of Life Steviego Wondera, Blue Joni Mitchell, a płytą wszech czasów okrzyknięto tym razem — całkiem adekwatnie do stanu świata — What’s Going On Marvina Gaye’a. A ja przeglądając tę dziwnie bliską mi selekcję w czołówce sam czuję się jak boomer i ofiara jakiegoś owczego pędu, o którym nie miałem pojęcia. Nawet jeśli sam w tym momencie ułożyłbym zgoła inną dziesiątkę, jakimś zrządzeniem losu zostałem ich wyborem trafiony i zatopiony. Być może nie doceniłem wpływu tamtej oryginalnej listy na mój gust, gdy dekadę temu zaczynałem te skumulowane odsłuchy? A może to wyłącznie dowód na ponadczasowość tych konkretnych klasycznych płyt, które, tak się akurat złożyło, i ja na własną rękę, i państwo z Rolling Stone’a na własną, wyłowiliśmy z przepastnego i niewyczerpanego przecież kanonu?

W moim poprzednim tekście o odkładaniu szczęścia zapomniałem w gruncie rzeczy dodać jednej ważnej sprawy, która tutaj wróciła jak bumerang i trochę zbiła mnie z tropu. Ja wciąż mimochodem dłubię jednak w tej nostalgii i wciąż poniekąd projektuję swoje szczęście według schematów, które już znam. I w miarę możliwości mimowolnie staram się je realizować. Pochylenie się nad nową listą Rolling Stone’a to nic innego, jak próba odtworzenia tamtych chwil, które spędziłem, analizując oryginalne zestawienie. Pozwólcie więc zatem, że teraz oddam się dosłuchiwaniu pozycji z nowego topu wszech czasów biblii muzycznych boomerów, których albo nie znam w ogóle, albo czuję potrzebę, by sobie je odświeżyć. Za mną już Laura Nyro, Jason Isbell i Daddy Yankee, ale Spotify wskazuje, że przede mną jeszcze 44 godziny słuchania. Obiecuję jeść i spać.

Opublikowano

Odkładane szczęście

Odkładane szczęście

Przystanek: jutro

Cały tekst do odsłuchu jako podcast na Spotify.

*

Maria Czubaszek napisała kiedyś dla Alibabek małą zabawną piosenkę zatytułowaną „Odkładana miłość”. W tekście zastanawiała się nad koncepcją, według której można by odkładać małe flirty na konto oszczędnościowe, z którego można by za wiele lat podjąć wielką miłość. Pomysł szalony, choć ubrany w strój sentymentalnej bossa novy, przystrojony dodatkowo dramatycznymi smyczkami, jawi się jako zupełnie zrozumiały wyraz romantycznej tęsknoty. Tęsknoty, która sama jednak prędko otrząsa się z własnych mrzonek i ostatnią zwrotką piosenki przywołuje się do porządku — „A gdy uzbieramy już tę wielką miłość, tę, o jakiej nam się tylko śniło, podejmiemy ją lub nie, bo okazać może się, że za późno na nią trochę jest”.

Sam jednak przez lata żyłem tym tęsknym marzeniem. Nie chodziło mi jednak o miłość romantyczną jako taką, ale o szczęśliwe i zrównoważone życie w ogóle. Żyłem romantyczną wizją dalekiego jutra, które wszystko zmieni, rozsupła stare węzły, wyrówna dawne bruzdy, na niebie domaluje tęczę, a wokół zakwitnie kwiatami. A ja — zrobię jedyne, co będzie do mnie należało, skulę się w tym kojcu szczęśliwości i tak, jak Bóg da, już pozostanę. Jakże to absurdalne marzenie! Jak w tej przestrodze, byś był ostrożny, czego sobie życzysz. Ale raz postawiony w wyobraźni obraz, jeśli damy mu się zakorzenić i rozpanoszyć w uniwersum naszych dążeń, może nie dać się skutecznie wyrugować już nigdy. Możemy umrzeć, śniąc o naszym kojcu szczęśliwości, nie zdając sobie sprawy ani z tego, że szczęścia nie da się zaprojektować, ani z własnego tragizmu, bo to marzenie można było już przecież dawno urzeczywistnić. Dużo o tych projekcjach zanotował w swoich „Rozmyślaniach” Marek Aureliusz, jeden z nielicznych zachowanych do naszych czasów klasycznych stoickich filozofów. „Wszystko jest mniemaniem” — pisał z przekonaniem i nie bez słuszności. W innym miejscu — „Każdy żyje tylko tą oto teraźniejszością, chwilką. Wszystko zaś inne alboś przeżył, albo niepewne”. I może w tej wyobrażonej niepewności właśnie tkwi jakaś szczególna słodycz, daleki promień realnie oświetlający i oślepiający, a przez to odbierający zdolność trzeźwego osądu.

Tymczasem już w samym założeniu, że szczęście może dać nam tylko osiągnięcie konkretnego rezultatu np. kupno mieszkania, powołanie na świat potomka, zasadzenie ogrodu, tkwi pewna tragiczna przekora. Im bardziej odsuwamy szczęście od siebie, im bardziej wizualizujemy sobie je w związku z czymś, co ma nas dopiero spotkać, wszystko jedno, czy poprzez cudowny traf, czy własną metodyczną pracę, tym bardziej prawdopodobne, że ta chwila, gdy nadejdzie, przyniesie nam rozczarowanie. Nic nie będzie takie, jak w naszym marzeniu, projektowana doskonałość nie ma prawa się ziścić — spontanicznie lub nie. Rzeczywistość nigdy nie dorówna wyśnionemu ideałowi. Projekcja szczęścia jest niemożliwa, bo nie jesteśmy w stanie wyreżyserować swojego życia jak filmu. Ale wyidealizowane wyobrażenia to nie jedyna przeszkoda w pełnym odczuwaniu tego, co dobre. Zbyt wysokie oczekiwania względem teraźniejszości, skupianie się na tych detalach, które nie pasują, zamiast na tych, które grają, także jest w stanie skutecznie obrzydzić nam samym i wszystkim wkoło najlepszy nawet moment. Wiem coś o tym. Takie widzenie świata zdarzało mi się (i czasem wciąż zdarza) na tyle często, że mógłbym napisać na ten temat doktorat i habilitację. Myślę, że z powodzeniem można by zresztą mówić współcześnie o pewnej instagramizacji szczęścia, tzn. sytuacji, w której forma rzeczywistości nieprzystająca do standardów znanych z mediów społecznościowych, staje na drodze do odczuwania satysfakcji. Decydujący jest zwykle oczywiście aspekt stricte wizualny, co z kolei prowadzi do bardziej powierzchownego odbioru i bardziej arbitralnej oceny rzeczywistości. Ale szukanie dziury w całym jest, a przynajmniej tak mi się wydaje, w pierwszej kolejności właśnie pokłosiem błędnych wyobrażeń, podobnie jak okładanie swojego szczęścia na potem w ogóle.

Nieprzystające do rzeczywistości wyobrażenia swojego szczęścia mogą mieć jednak głębszą przyczynę. A są nią próby usprawiedliwienia nieumiejętności życia tu i teraz, przynajmniej po części uświadomionej. Tak, wydaje mi się, było w moim przypadku. Od zawsze żyłem jedną nogą w świecie marzeń — banalnych, z perspektywy czasu całe szczęście, że niespełnionych — o światowym życiu w blasku reflektorów. Ale też w świecie marzeń, które trudno nazwać, a które w jakiś sposób same w sobie były własną realizacją. Bo jak określić inaczej niż marzeniem zaspokajaną w coraz większym jednak stopniu potrzebę obcowania z muzyką, objawiającą się w szeregu wariacji, choćby tak oczywistych jak pisanie recenzji płyt. Nie zrobiłem kariery ani na tym, ani z tego, ale od zawsze miałem świadomość, że te i tamte marzenia nie mogły iść ze sobą w parze. Moment, kiedy uświadomiłem sobie w jakimś stopniu, że życie mija mi na marzeniu, a ja sam rzadko kiedy jestem naprawdę obecny, był jeden i bardzo konkretny. W liceum, jakoś pod koniec którychś wakacji, wraz z wieloletnim przyjacielem, z którym wspólnie chodziliśmy do jednej klasy jeszcze w podstawówce, udaliśmy się na boisko naszej byłej szkoły — tak po prostu — posiedzieć, pogadać, popatrzeć na znajome mury. Ja już wtedy westchnąłem romantycznie za dawnymi czasami, które w mojej głowie zdążyły już stracić dawne krawędzie i osnuła je mgiełka nierzeczywistej idylli. Dałem się ponieść i wyraziłem moje sentymenty, ale ku mojemu zdziwieniu trafiłem na chłodny opór znajomego. Wtedy zdałem sobie sprawę, że to co czuję i robię, jest w jakiś sposób próbą ucieczki od teraźniejszości. Kilka kolejnych lat zajęło mi odfetyszyzowanie przeszłości, spojrzenie na nią krytycznie i z pozycji jakiegoś naturalnego przecież przywileju, że co było, już nie wróci, ja dzisiejszy natomiast mam władzę, choćby ograniczoną, iluzoryczną nawet, ale jednak władzę nad tym momentem tu i teraz. Szala jednak wkrótce przechyliła się nadto i fetyszyzować zacząłem przyszłość. Wbrew wszelkim przesłankom.

Bo nie chodzi tu o przyszłość, która wynika z mojej obecnej czy przeszłej przenikliwości, która rośnie na moich oczach, już teraz wydaje plony, które mogą wyłącznie rosnąć. To przyszłość najpewniej równoległa do tej, która ma się wkrótce ziścić. Równoległa jak w teorii równoległych wszechświatów. Któryś z niemożliwych ja z pewnością osiągnie to, co roi się w głowie faktycznego mnie. Ale cóż to za pocieszenie. Faktyczny ja znów ucieka. I czasem, owszem, ma ku temu powód, bardzo często — niekoniecznie. Ucieka z przyzwyczajenia, z wygody, ucieka do wewnątrz siebie (co paradoksalnie radził też wspomniany Aureliusz), ale już tam wewnątrz — hen, hen daleko, do świata niemożliwego mnie. Ucieka niejednokrotnie w stresie — przytłoczony tym, co dzieje się wokół i poza nim, ale wcale nie rzadziej, gdy przychodzi do zmierzenia się z konsekwencjami własnych zaniedbań. Zbyt często cierpię na brak równowagi. Uprawiam niezręczną ekwilibrystykę, cyrkowe rzemiosło bez asekuracji, ale i bez widowni. Gdy się wyłożę i połamię, być może nikt nie zauważy, ale czy będzie bolało mniej? W model współczesności wpisana jest bezwzględna i ustawiczna wielozadaniowość — tak w pracy, jak i poza nią, każdy wieczór jest wyborem, wokół bezlik możliwości i powinności, tyle terminów, które już minęły, ale może jeszcze nie jest za późno, by im zadośćuczynić. Tysiące rzeczy, których nie widać. Odkładając jednak na bok codzienne FOMO, pranie samo się nie rozwiesi, a podłoga nie umyje. Ale czy szczęściem jest akurat koniecznie nierozwieszanie prania i niemycie podłogi? Bynajmniej. Tylko gdy robi się to na szczudłach, po czasie, bez przekonania i w pośpiechu, trudno się na tym nie wyłożyć. Stan idealnej harmonii, który jako jedyny jest w stanie zapewnić warunki do szczęśliwego wzrastania ku świadomości, należy niestety w tej przeładowanej bodźcami rzeczywistości włożyć między bajki. Kto nie przespał do cna (dosłownie) swojego momentu egzystencjalnej równowagi, albo nie zajadł go chipsami z colą, oglądając maraton „Przyjaciół” po raz dziesiąty, niech pierwszy rzuci kamieniem.

Nie jest co prawda tak, że dopóki kobyła jakoś dycha, można jej dokładać. Ale zdrowa klacz musi nieść jakiś tobołek — jeden, drugi, trzeci, żeby poczuć swoją egzystencję, nadać jej sensu i zdobyć charakter. Mnie jednak nie chodziło wcale o szukanie szczęścia w bezkresnym nieróbstwie. Wręcz przeciwnie — przekonałem się swego czasu, jak nadmiar wolnego w parze z niepewnością jutra i brakiem konkretnego pomysłu na siebie są w stanie dać w kość. Jak Alibabki wypracowałem sobie raczej metodę skrupulatnego odkładania szczęścia na potem. Zbierałem z zapałem artefakty, które miały mnie kiedyś srodze uszczęśliwić. Kupowałem płyty, wyobrażając sobie dzień, gdy wreszcie rozłożę się beztrosko na sofie przy gramofonie i będę chłonął każdy dźwięk. Należało to bezsprzecznie odłożyć na później — nie posiadałem wszak sofy, ani przestrzeni, by ją wygodnie umiejscowić. Zapełniałem półki książkami, z nadzieją, że może kiedyś nadarzy się sposobność, bardziej fortunna niż niesatysfakcjonujące i zagonione tu i teraz. Szukałem meritum naprędce i bez szacunku dla dzisiaj, by w moich wyobrażeniach jutra czerpać z niego jak lord. Dziś trochę spuściłem z tonu. Staram się, o ile mogę, nie obudowywać się na przyszłość, nie odkładać ważnych lektur poza horyzontem, ale wciąż kupuję płyty, wyobrażając sobie sytuacje, w jakich mogłyby mi przynieść szczęście. Staram się jednak wybierać tak, by tej chwili, przez sam tylko przedmiot wyboru, nie odsuwać na dzień, który nie nadejdzie. Przez lata kupiłem np. co najmniej kilka tanecznych płyt na retro prywatkę, której nigdy nie zrobiłem — poza tym kontekstem jakoś nie wyobrażam sobie ich słuchać. Ostatnio z kolei zauważyłem u siebie większą inklinację do płyt folkowych, które dobrze skomponowałyby się z tym ogrodem, z którym w swojej wyobraźni powiązałem wszelką szczęśliwość. Równoważę to albumami, które dobrze współgrają z czytaniem — ambient, kameralny jazz, ewentualnie trio fortepianowe — nic szalonego.

Wszystkie te projekcje, których konsekwencją było koniec końców nie tyle odkładanie szczęścia na potem, co odsuwanie go na nigdy, sprawiły, że koniec końców w pewnym momencie przestałem zupełnie myśleć o sobie teraźniejszym w kategoriach jakiejkolwiek szczęśliwości. Szczęście lub nieszczęście nie mogło mnie dotknąć na etapie przygotowań do bycia szczęśliwym. Nie nabyłem jeszcze stosownej licencji, by taki traf mógł się mnie imać. Szczęście miało przecież dopiero nadejść. Dopiero wtedy miało się liczyć — jak gdybym miał u jakiejś wróżki, zaciągać w tym szczęściu długi. Znów Alibabki! Z matni, w którą sam wpadłem w ramach jakiegoś sposobu na życie, wydostałem się niełatwo. W pewnym momencie życie marzeniem zaprowadziło mnie w kozi róg. Sytuacja zupełnie obiektywna zmusiła mnie do rewizji kolejno wszystkich moich wyobrażeń o sobie i swojej przyszłości. I tak dotarłem też do tego domku z ogrodem na skraju lasu, którego jeszcze nie przepracowałem, ale wiem, że być może będę musiał go rozebrać w głowie cegła po cegle, przynajmniej na razie, by być szczęśliwym tu i teraz. A może kiedyś będzie mi dane zbudować go na nowo, tym razem na jawie.

Opublikowano

Matołek

Matołek

Meg Alexander, Dół z dyptyku Wzgórze/Dół, tusz na papierze, 2017

Usypałbym chętnie górkę,
pod górką zostawił dołek,
nad górką przypiął broszurkę:
„W tym dołku spoczął matołek,
co Kabaret Starszych Panów
na Spotify i Tidalu
wykastrował z polskich znaków
bez polotu w digitalu”.

Opublikowano

Popatrz, jaki las

Popatrz, jaki las

Fotografia lasu, dokąd uciekłem, własna

Niby wciąż z ochotą poznaję świat. Z wypiekami na twarzy czytam historie prawdziwe i wymyślone, które przydarzyły się komuś kiedyś gdzieś lub mogłoby się przydarzyć (czy też nie). Wyobraźnia wyznacza ten horyzont. Z uwagą i empatią słucham, co przytrafia się ludziom dookoła. Z ciekawością czytam o stylach, językach, koncepcjach, odkryciach — niekoniecznie wcale przełomowych. Chłonę wielkie obrazy i małe rysunki, zdjęcia zupełnie średnie. Nie wszystko to robię oczywiście przy komputerze. Bywa, że więcej można odkryć, wyglądając na chwilę do ogrodu, niż przez pół dnia scrollując walle.

Coraz więcej jest jednak w tym poznawaniu „niby wciąż”, a mniej ochoty. Jako dziecko szerokopasmowej sieci, niegdyś przykute do peceta świątek-piątek, w dzień i w nocy, nie umiem rzeczywistości utożsamiać z medialnym przyłączem, z cyfrową ułudą egzystencji, nawet pomimo tego, że nigdzie indziej tak wytrwale nie próbowałem się przez lata urządzić. Świat z ochotą usiłuje karmić mnie sobą przez rurę — tak jak tuczy się gęsi na foie gras. Historie prawdziwe i wymyślone mieszają się poza horyzontem wyobrażeń i skaczą do gardeł, wściekle ujadając. Kiedy im ulegam, nie mogę przestać myśleć w asteryskach.

I tylko ten las się opiera. Tam uciekam w mojej głowie, w marzenia o końcu nowoczesności — naiwnie wierząc, że potrafiłbym żyć prosto i daleko; pysznie sądząc, że zapasy płyt i książek nie znudziłyby mnie wkrótce na własnym wygnaniu. Domek na skraju z malwowym ogrodem, starym dzbankiem bez ucha nabitym niedbale na parkan. Popatrz, jaki las…