Opublikowano

The Chicks ain’t Dixie no more

The Chicks

Trio country znane kiedyś jako Dixie Chicks wydało w połowie lipca piątą studyjną płytę i pierwszą od 14 lat. W międzyczasie wiele się zmieniło — generyczny trap wyparł z amerykańskiego radia melodyjne refreny, na całym świecie jako pokłosie rozczarowania dotychczasowymi elitami do władzy zaczęli dochodzić prawicowi populiści, rośnie społeczny opór wobec rasizmu, przemocy wobec kobiet, dewastacji klimatu, wreszcie pierwotny termin premiery krążka przesunięto ze względu na pandemię covid-19. A to wszystko dla muzyki grupy jest wcale nie obojętne. Po tym jak w 2003 roku wokalistka Natalie Maines podczas londyńskiego koncertu skrytykowała ówczesnego prezydenta USA George’a W. Busha za wojnę w Iraku, twórczość zespołu miała zostać upolityczniona już na zawsze.

Dixie Chicks powstały jako kwartet jeszcze w 1989 roku, jednak sukces komercyjny osiągnęły dopiero dziesięć lat później płytą Wide Open Spaces, gdy siostry Martie Maguire i Emily Strayer nawiązały kreatywne porozumienie z nową wokalistką — Natalie Maines. Pierwsze dwie płyty grupy w nowym składzie były dość prostolinijne — wyobraźcie sobie akustycznie zaaranżowany 90sowy radiowy pop z wykorzystaniem tradycyjnych instrumentów — banjo, dobro, mandoliny czy bluegrassowych skrzypiec. Trzeba jednak oddać dziewczynom, że śpiewały w dużej mierze dobre piosenki — nawet jeśli z początku większość ich repertuaru wyszła spod pióra innych autorów (trudno zresztą zbłądzić, śpiewając numery Bonnie Raitt czy Patty Griffin). Przełomem stylistycznym był krążek Home z 2002 roku, na którym grupa świadomie wymsknęła się z radiowego schematu w stronę bluegrassowych korzeni gatunku i neo-tradycyjnej koncepcji brzmienia. Krążek nagrodzono czterema Grammy, a zespół ruszył w trasę koncertową po świecie — Top of the World Tour, zatytułowaną tak po jednym z utworów na płycie (autorstwa wspomnianej Griffin zresztą). I wtedy wydarzył się londyński incydent, który na zawsze zmienił karierę i życie pań.

Słowa Maines, że „nie chcą wojny w Iraku i wstydzą się, że prezydent Bush pochodzi z Teksasu” publiczność przyjęła entuzjastycznie, ale gdy wiadomość podchwyciły amerykańskie media, zaczęło się grillowanie. Piosenki Dixie Chicks zostały zdjęte z anteny tysięcy stacji radiowych grających country, gatunek tradycyjnie utożsamiany z amerykańską prowincją i republikanami — ich cover „Landslide” Fleetwood Mac w ciągu jednego tygodnia spadł na łeb, na szyję z 10 na 43 miejsce listy Billboard Hot 100. Ludzie zwracali bilety na koncerty, w Luizjanie zainicjowano akcję publicznego niszczenia płyt grupy buldożerem, muzyczki trzeba było objąć szczególną ochroną, bo listownie grożono im śmiercią. Całą sprawę pokazano w filmie dokumentalnym Shut Up and Sing. Jak się okazało, Dixie Chicks stały się jednymi z pierwszych ofiar cancel culture, jeszcze zanim media społecznościowe zawładnęły masową wyobraźnią, tworząc platformę do urządzania wirtualnych samosądów.

W 2006 roku The Chicks wróciły z kolejnym krążkiem Taking the Long Way pod skrzydłami producenckimi Ricka Rubina i tym razem miały wiele do przekazania. Nie schowały głów w piasek, nie posypały ich popiołem, wydoroślały, wyostrzyły brzmienie i wspólnie napisały wszystkie piosenki na nowy album (wraz z Danem Wilsonem, Gary Lourisem z The Jayhawks, Sheryl Crow czy Lindą Perry). W głośnym singlu „Not Ready to Make Nice” śpiewają szczerze: „I’m not ready to make nice, I’m not ready to back down, I’m still mad as hell”. Krążek pełen jest słodko-gorzkich historii, które na błędy przeszłości patrzą raczej ze zrozumieniem niż z żalem. W jednym z najlepszych momentów płyty „Bitter End” panie wznoszą toast za gorzki koniec, żegnając starych przyjaciół, którzy kiedyś byli u naszego boku, ale teraz musimy wyobrażenie o tej przyjaźni pochować. W quasi-tytułowym „The Long Way Around” szczerze rozróżniają prowadzącą przez życiowe wyboje niepokorność od zwyczajnego konformizmu i skrótowego oportunizmu („My friends from high school married their high school boyfriends, moved into houses in the same ZIP codes where their parents live, but I could never follow”). Nie obwiniają nikogo, przyjmują i opisują świat takim, jaki jest, wiedzą, że każda decyzja ma swoje konsekwencje. Jedną z nich było zasypanie grupy w 2017 roku pięcioma statuetkami Grammy — w tym tą najważniejszą — dla najlepszej płyty. Ja odkryłem tę płytę wraz z całą jej historią w połowie 2008 roku, gdy przypadkiem trafiłem na nią na wyprzedaży w supermarkecie i zwróciła moją uwagę okładką. Dzisiaj znam ją na pamięć — bardziej niż lekcją metastylistycznej ogłady stała się dla mnie mimowolnym przewodnikiem akceptacji i empatii. I myślę, że to nawet bardziej niż na wskroś amerykańskie brzmienie krążka (które swego czasu było dla mnie wyznacznikiem muzycznej jakości) sprawiło, że krążek przetrwał dla mnie próbę czasu, choć o jego oryginalnym kontekście wszyscy zdążyli już dawno zapomnieć. Mimo wszystko nie wierzyłem w nowy album, dopóki nie usłyszałem pierwszego singla.

Na Gaslighterze trio wciąż jest niepokorne i wciąż dokonuje doskonałych wyborów na płaszczyźnie stricte muzycznej, zwłaszcza biorąc pod uwagę wpisaną w stereotyp zaściankowość stylistyki country. Półtorej dekady po tym, jak Rick Rubin pomógł im wejść ze swoim gniewem w szeroko rozumiany rockandrollowy paradygmat, teraz na folkpopową stronę mocy przeprowadził je Jack Antonoff. Płyty pewnie by nie było, bo grupa planowała wyplątać się z problematycznego kontraktu z Columbią zestawem coverów, ale w międzyczasie w gruzach legło toksyczne małżeństwo Maines z aktorem Adrianem Pasdarem i piosenkarka zdecydowała się dać upust swoim emocjom w dwunastu nowym utworach.

The Chicks

Z premierą krążka zbiegły się w czasie protesty ruchu Black Lives Matter przeciwko przemocy policji wobec czarnoskórych obywateli, które objęły całe Stany Zjednoczone. W obliczu tych wydarzeń, w akcie solidarności grupa postanowiła zmienić nazwę na The Chicks, pozbywając się przymiotnika Dixie oznaczającego tradycyjnie stany znajdujące się poniżej linii Masona-Dixona — historycznej granicy kulturowej między Północą a Południem, ale naznaczonego rasistowskimi konotacjami (to zresztą wpisuje się w szerszą dyskusję o rasizmie w muzyce country w ogóle, co w zeszłym miesiącu opisano w artykule w magazynie Vulture). Decyzja oczywiście wzbudziła kontrowersje — bliźniaczo podobne zresztą do niedawnej dyskusji w Polsce nad etymologią i obraźliwością słowa „Murzyn”. Wszystko to stworzyło dość wybuchową mieszankę jeszcze przed premierą płyty, ale jak najbardziej pozostało w normie — The Chicks, podobnie jak Beyoncé na Lemonade (z którą zresztą wspólnie wykonywały singlową wersję „Daddy Lessons”), konsekwentnie łączą muzykę z polityką i sprawami osobistymi. Jestem zresztą przekonany, że zmiana nazwy zespołu, jakkolwiek byśmy ocenili jej zasadność i estetykę, wpisała się idealnie we wszystko to, co The Chicks i ich muzyka sobą reprezentują.

Gaslighter jest płytą w dużej mierze terapeutyczną — począwszy od tytułu krążka i otwierającego ją utworu odnoszącego się do gaslightingu, formy psychologicznej manipulacji polegającej na destabilizacji psychicznej ofiary tak, by sama zaczęła kwestionować swoją poczytalność. „Gaslighter, you broke me, you’re sorry, but where’s my apology?” — pyta retorycznie Maines w refrenie. To czy zwraca się do byłego męża, czy do obecnego prezydenta USA, Donalda Trumpa, pozostaje kwestią interpretacji. Bo choć tematyczna oś albumu oscyluje wokół nieudanej relacji, wiele piosenek można czytać szerzej. Wyciszone „Julianna Calm Down” to uosobienie siostrzeństwa, rada udzielona własnym córkom, ich koleżankom i wszystkim tym kobietom, które czują, że zostały skrzywdzone lub wykorzystane i nadszedł czas, by przerwać toksyczną relację. Jednocześnie to szczególna medytacja z powtarzanym jak mantra „put on”, podnosząca na duchu przed trudną emocjonalnie konfrontacją. Organowe podszycie podkreślone dynamicznym, ale minimalistycznym bitem, rozwijające się naturalnie w coraz to nowe formy z każdym kolejnym refrenem nie tylko znakomicie współgra z konfesyjnym charakterem utworu, ale odważnie wprowadza The Chicks do świata wielkoformatowego popu. Fascynujące jest zwłaszcza to, że efekt ten Antonoff osiągnął przy użyciu organicznego instrumentarium. Miłośnicy bluegrassowej przeszłości grupy będą zawiedzeni, że wiejskie skrzypki Maguire zamieniła na bardziej klasyczne skrzypce, a banjo Strayer, choć pojawia się w większości utworów, jest raczej akcentem niż dominantą.

Ale upopowienie i ugładzenie brzmienia w żaden sposób nie odbierają dziewczynom poczucia sprawczości. To w dużej mierze fascynujące, ale podobnie jak na Taking the Long Way The Chicks udało się stworzyć płytę spod znaku rape and revenge, którą jednocześnie wypełnia empatia. Nawet gdy Maines atakuje męża w refrenie „How Do You Sleep”, główną narrację buduje dobro ich dorastających synów. Ratowanie rozpadającego związku dla dobra dziecka to także główny motyw w emocjonalnym „For Her” budującym historię zarówno dzięki wokalom Maines, co kunsztownej pracy Wurlitzera. Zdecydowanym centerpiece’m krążka jest jednak singlowe „March March” — bezpośredni komentarz do narastającej niesprawiedliwości społecznej w Stanach Zjednoczonych — przemocy wobec czarnoskórych, szkolnych strzelanin czy katastrofy klimatycznej. Po raz kolejny Antonoff decyduje się tutaj na subtelne podkreślenie głosu Maines — wydatnym post-hiphopowym bitem z jednej strony i chmurnymi countrującymi gitarowymi riffami z drugiej. Katharsis są banjo i skrzypce nabudowujące i rozładowujące napięcie w drugiej części utworu. I choć żadne współczesnego country, które słyszałem, nie brzmiało tak, jak ten utwór — nie dorównywało mu metagatunkową odwagą — jestem przekonany, że tak właśnie powinno brzmieć w drugiej dekadzie XXI wieku, o ile tylko w międzyczasie dyrektorzy wielkich wytwórni i rozgłośni radiowych nie zamieniliby formatu w sieczkę. Katharsis jest na płycie przynajmniej jeszcze jedno — w przedostatnim „Hope It’s Something Good” The Chicks zamieniają złość i rozgoryczenie w nadzieję, podobnie jak zrobiły to przed 14 laty w „I Hope”. Kończą płytę koncyliacyjnie, ale nie ustępują.

Nie jest to rzecz jasna ani żadna płyta roku, ani idealny krążek pop, ani wywrócenie tego, jak grać i rozumieć country do góry nogami. Koniec końców The Chicks na każdym z krążków mają jakiś słabszy moment, który nie pozwala dać się przeoczyć. To wszystko jest jednak zupełnie wtórne w kontekście i brzmienia, i treści, i melodyki, i, wreszcie, emocjonalnego ładunku tej muzyki. The Chicks nie są już co prawda DCX, ale pomimo wielu zmian i upływu lat konsekwentnie robią swoje.

Opublikowano

Leave Fiona Apple alone!

Fiona Apple

Fetch the Bolt Cutters pod lupą

Fiona Apple po ośmioletniej przerwie wypuściła w piątek nową płytę. „Wypuściła” to słowo najodpowiedniejsze, niemalże dające się odczytać jako „wymsknęła jej się z rąk”, ale niezupełnie. Wypuściła, jak wypuszcza się gołębia pocztowego z ważną informacją po wielu latach rozłąki ze szczytu nieczynnej latarni morskiej na samotnej odległej wyspie, z niepewnością, czy i do kogo ta wiadomość dotrze. I kiedy. Jak wypuszcza się list w butelce. Szczelnie zakorkowany, ale ze świadomością kruchości i losowości tego aktu. Ale tak właśnie ktoś taki jak Fiona Apple mógłby wypuścić wiadomość taką jak Fetch the Bolt Cutters.

Kiedy jednak butelką czy tam gołębiem Fiony Apple jest internet, „kiedy” zamienia się w „natychmiast”, a „ktoś” staje się „każdym”. Zapowiedź albumu była na tyle enigmatyczna (ale dla stroniącej od mediów, klasycznej wielkolabelowej promocji i tym podobnych ustawek Apple dość typowa), że do ostatniej chwili „być albo nie być” tej płyty opierało się na wierze, że artystka dotrzyma słowa, raczej niż na realnych twardych dowodach — singlach, teledyskach, tytułach, nazwiskach, billboardach. To, co stało się w piątkowy poranek, było zupełnie niewspółmierne do tej butelki wrzuconej do morza gdzieś daleko. Owszem, Fiona nie wydała płyty niemal od dekady; pewnie, ostatnie The Idler Wheel stanowiło wzór niedoścignionej redefinicji brzmienia; tak, dzieci 90sowego niezalu, wszyscy ci samozwańczy smutni dziwacy, którzy znajdowali w ekspresji Apple ukojenie przez ostatnie ćwierć wieku, mogli poczuć dreszczyk emocji, powiew nostalgii. Ale okazało się, że Fiona nie tyle cisnęła tą butelką nonszalancko w fale, co zrzuciła ją z pasją z wierzchołka górskiego szczytu. Wraz z nią zeszła bowiem potężna lawina.

Andergrand na kwarantannie, cyfrowy niezal XXI-wieku podbudowany opiniami krytyków (i tą przesławną Pitchforkową 10-tką, pierwszą od dekady) wystrzelił, by ukoronować tę najbardziej nieprawdopodobną królową popu, jeszcze zanim druga połowa globu zdoła zaparzyć kawę i omieść wzrokiem poranne nagłówki. Wynieść na ołtarze, zanim można skonstatować, co tak w zasadzie jest wynoszone. Przerobić w pośpiechu wytrawne i nieoczywiste na gorący muzyczny fast food. Oto pokolenie „tu i teraz”, żyjące od lajwa do lajwa, od iwentu do iwentu, z wiecznym fomo na karku ustala zasady dla nas wszystkich. To ono buduje swoje pomniki, swoją historię, swoje legendy i robi to w ramach schematów, które zna, wyznaczonych jeszcze przez boomerów z Rolling Stone’a w czasach psychodeliczno-progresywnej rewolucji przełomu lat 60. i 70., ale sobie znanymi środkami. Poczucie bycia częścią czegoś znaczącego, zwłaszcza jeśli wiąże się ze swoistą ekskluzywnością — ekskluzywnością chwili (dyktującego warunki „tu i teraz”), bierze górę nad oceną faktycznego znaczenia. To, co zostanie z Fetch the Bolt Cutters jutro, jest na swój sposób abstrakcyjne i odległe. Bo jutro płytę może wydać Travis Scott albo Rihanna. Tak samo w zeszłym roku przerobiono Norman Fucking Rockwell Lany del Rey. I tak jak wówczas nie dziwiłem się sceptykom, którzy na pędzący pociąg z hype’m Lany del Rey uparcie nie chcieli wskoczyć, tak samo rozumiem maruderów wobec nowo odkrytego przez masy geniuszu Fiony Apple. Mimo że tej drugiej sam z nadzieją wypatrywałem od lat. Internetowe fale hajpu charakteryzują się zresztą podobnym przebiegiem, co analogiczne fale hejtu. Równie błyskawicznie i bezrefleksyjnie lajkujemy i wyrażamy zachwyty, co odsądzamy od czci i wiary, wyklinamy, wytykamy. O ile współczesna wielkoformatowa krytyka muzyczna straciła jaja lata temu, posługuje się okrągłymi słowami i coraz częściej szuka pozytywów w kontekście nagrania niż w nim samym, o tyle dzieciaki ze smartfonami w tańcu się nie pierdolą. I tutaj także kontekst jest wszystkim, choć na zupełnie innym poziomie. Nie popkulturowe brednie, które za kilka lat stracą jakikolwiek sens względem oceny i interpretacji, a post-popkulturowy szum o sile przekonywania opartej na „tu i teraz”, do najbliższego festiwalu muzycznego, kolejnego wahania nastroju. Nie naigrywam się, nie wytykam palcem, rozumiem to i znam.

Nie zrozumcie mnie źle, jeśli ktoś w świecie szeroko pojętego popu zasługuje dzisiaj na uznanie i zaszczyty, to jest to bez wątpienia właśnie Fiona Apple. Trudno jednak, jeśli ma się przekonanie, że rozumie się, z czego biorą się introwertyczność, samotniczość, gniew i antysystemowość życia i twórczości Apple, przymknąć oko na tę rozrzutną dysproporcję pomiędzy twórcą i jego dziełem a jego przyjęciem i konsumpcją. Przewrotny żart cyfrowej epoki dobrobytu, w której każdy jest dziennikarzem, każdy jest twórcą i każdy ma na wyciągnięcie ręki dowolne utwory i źródła. Epoki, w której to uwaga i czas są walutą, dostępność nie jest już barierą. Kotwicą, która niegdyś sprawiała, że pomimo chęci, pożądane zasoby pozostawały niedostępne i siłą rzeczy uwagę trzeba było poświęcać tym już nabytym. Ale o ile wspomniana Lana del Rey pozostawała dzieckiem epoki streamingu, Fiona Apple przybyła do słuchaczy w cyfrowej formie z czasów zamierzchłych, gdy premier płytowych wypatrywało się na fizycznych regałach lokalnych sklepów, gdy pierwsze dni po wypuszczeniu płyty były decydujące na tyle, na ile zdyscyplinowani byli fani, a radiostacje nakręcały sprawę, grając pierwsze single i emitując reklamy. O ile inaczej celebrowało się wówczas takiego przywiezionego ze sklepu cedeka, jakże inaczej pachniała drukowana poligrafia niż PDF-owe liner notesy, o ile dłużej taka płyta pozostawała w odtwarzaczu. Było zupełnie inaczej, co nie znaczy oczywiście lepiej albo gorzej, zwłaszcza że celebrowanym materiałem równie dobrze mógł być album Baha Men, który z braku laku zalegał później w discmanie przez długie lata. Coś za coś.

Fetyszyzacja przeszłości to, obok cyfrowej stadnej ekscytacji, etap, który ja sam mam już dawno za sobą. Zastanawiam się jedynie głośno, co tracimy, a co zyskujemy, konsumując Fetch the Bolt Cutters na kolanie, podczas gdy to bez wątpienia muzyka, która nie ma wcale minimalnej daty trwałości. Posłuchajcie The Idler Wheel, Extraordinary Machine, When the Pawn — żadnej z nich upływ czasu nie odjął adekwatności. Emocjonalny nonkonformizm Apple odziany w szaty mrocznego kabaretu jest osadzony poza czasem, poza trendami, poza fomo. Więcej — jest ich przeciwieństwem. Muzyka Apple oczywiście nie da się zamknąć w cyfrowej klatce „tu i teraz”, będzie tworzyć kolejne osobiste uniwersa dla setek jej admiratorów przez wiele lat. Oczywiście, każdy ma prawo słuchać muzyki, jak, kiedy i gdzie chce i intencje twórcy nie są wcale jakkolwiek wiążące. Mimo wszystko mam wrażenie, że można oddać tej płycie sprawiedliwość lepiej niż one-linerem opublikowanym pośpiesznie w mediach społecznościowych.

If you don’t have a date, celebrate!
Go out and sit on the lawn and do nothing
Cause it’s just what you must do and
Nobody does it anymore

Opublikowano

Wiosna nas ominie

Wiosna

Wiosenne drzewo Schielego

Znów nie założę lekkiego płaszcza — pomyślałem nieopatrznie, zaglądając do szafy w któryś z pierwszych dni polskiego koronawirusa. Przeraziła mnie ta myśl na wielu poziomach. Ludzie umierają, tracą pracę, a ja w ten sposób. Gdybym chociaż był ofiarą mody, można by pewnie spojrzeć na mnie łaskawiej. Z pobłażaniem. Mimowolną refleksją, że najwyraźniej nie można mi już pomóc.

Wyczerpały mi się baterie w lampce w kształcie wieloryba-ducha. Mam zamienniki w drugiej szufladzie kredensu. Albo trzeciej, zależy z której strony liczyć. No i te zamienniki. Jeśli wykorzystałbym je teraz, mógłbym nie mieć kolejnego kompletu na później. Gdy moja lampka-wieloryb wyczerpałaby następne dwie baterie, zostałbym z niczym. W ciemności. Musiałbym rozważyć co najmniej wyjście do sklepu na dole.

Trudno o sytuację bardziej surrealistyczną niż wizyta w spożywczaku w trakcie epidemii . To dwa kroki stąd, a jednak wyprawa. Trzeba pilnować każdego ruchu — skrupulatnie przemyśleć listę zakupów, wybrać odpowiedni outfit. Czy nie za wcześnie na maseczkę? W mediach mówili, że to dla tych, którzy są już chorzy. Choć też zależy na którym kanale. A jeśli mnie wyproszą? Albo, nawet gorzej, nakapują do Sanepidu, że coś ze mną nie tak? W ciasnych alejkach trudno upilnować odległość, zwłaszcza jeśli co rusz napiera na ciebie starzec, któremu najwyraźniej wszystko jedno, a chwilę później wbrew wszelkim założeniom i poza jakimkolwiek protokołem spotykasz kobietę kaszlącą na jogurty. Oho, widzi cię, bo zmienia trajektorię kaszlu. Przez cały czas bacznie obserwujesz innych i jesteś obserwowany. W jednej chwili z ofiary możesz przeistoczyć się w napastnika zupełnie wbrew wszelkiej logice, swoim intencjom i wymiarowi całej sytuacji. Biedna kaszląca, biedne jogurty, biedny ja.

Wiemy już, że z kina apokaliptycznego, epidemicznego, wojennego nie dowiemy się, że najpierw kończy się papier toaletowy. I że to trochę wstyd, tak się dać ponieść owczemu pędowi przy całej tej racjonalności, którą sobie przypisuję, ba!, chełpię się nią, gdy inni panikują. W głębi siebie rzecz jasna. I zachowując rzeczowy ton w rozmowach telefonicznych z matką (wtedy się w tej racjonalności utwierdzam i wzrastam). Ale co jeśli rzeczywiście nie uda się tego papieru zdobyć przez jakiś czas. Głupio mi, ale wrzucam do koszyka, póki jeszcze jest. Czy innym wrzucającym też jest głupio?

Słyszałem o tych wszystkich imprezach online, gdzie można bez przeszkód się gromadzić, ocierać nawet (jeśli komuś brakuje komunikacji miejskiej w godzinach szczytu i koncertów chujowego hip hopu), ale jakoś tak wyszło, że sam jeszcze na żadną nie trafiłem. Brakuje mi trochę prawdziwych ludzi, ale staram się doceniać tę sposobność (swoją drogą — niezłe słowo na coś, na co nie ma się wpływu), by zwolnić. Więc jak na razie wzorowo marnuję ten czas. Pierwszy dzień home office’u był jak Gwiazdka! Być w pracy i zrobić pranie? Komu mogę podziękować, kogo uściskać? Cofam, ściskać się teraz nie wolno. Mimo tych małych radości konsekwentnie czuję się jednak jakiś przeżuty. Ale cóż. Co rusz podejmuję małe próby, by ten marazm przezwyciężyć. I nerwicę. Bo okazuje się, że mam nerwicę. Może i mam.

Zalałem sobie właśnie herbatą biurko i podbiurcze. Niech będzie, że w ramach puenty.

Opublikowano

Better Than Fine

Better Than Fine

W zeszłym roku było o empatii i trosce, w tym postanowiłem wniknąć nieco głębiej w to, co musi pośrednio leżeć u ich podstaw, czyli nasz własny dobrobyt rozumiany jako zdrowy egoizm, równowaga pomiędzy tym, co nasze własne, co czyjeś a co nasze wspólne. Trudno na dłuższą metę troszczyć się o kogoś, nie myśląc w ogóle o sobie, trudno przejmować się kryzysem klimatycznym, nie mając co włożyć do garnka, trudno uczciwie pokochać kogoś innego, gdy nienawidzi się siebie. Jeśli ja czuję się szczęśliwy, spełniony, stabilny, niekoniecznie samozadowolony, ale też nie targany życiowymi burzami, jestem dużo bardziej skłony i gotów do tego, aby pomóc tym, którzy tej pomocy potrzebują — jestem gotów, żeby pomóc najpierw tym najbliższym mi — mojej rodzinie, moim przyjaciołom, moim sąsiadom, mojej społeczności, mojemu miastu, mojemu regionowi, mojemu krajowi, mojemu kontynentowi, mojej planecie…

Zwrócićcie uwagę jak płynnie „moje” zazwyczaj przechodzi w „nasze”, co z jednej strony przez pewną ogólność i dystans, zwalnia nas z jakiejś odpowiedzialności za „nasze”, ale też pokazuje, co kluczowe dla tegorocznych życzeń, że „nasze” składa się z wielu „moich”. Za tym wyświechtanym hasłem, że zmiana zaczyna się w nas, zazwyczaj kończących na bilbordach reklamowych, kryje się wbrew pozorom faktyczna moc, ale trzeba ciągłej pracy nad sobą, by być w stanie z niej korzystać.

Życzę Wam zatem, byście czuli się jak Fiona Apple — lepiej niż dobrze. W tym tytułowym życzeniu jest zresztą ukryty także — niemniej ważny w kontekście obecnej sytuacji społeczno-polityczno-ekologicznej — świadomy nonkonformizm, dzięki któremu wiemy, kiedy wstać i zabrać głos, ale także kiedy nie musimy tego robić. Nie musimy wielu rzeczy i dzięki temu, że potrafimy nie musieć, możemy chcieć, żyć i czuć! Nie samozadowolenie, które pozwala nam spocząć na laurach, ale raczej poczucie spełnienia, które wyłącza nas z owczego pędu, byśmy mogli skupić się na tym, co naprawdę uważamy za ważne i dać temu siebie.

Tegoroczna okładka jest hołdem dla jednej z najwspanialszych świątecznych płyt w historii — December George’a Winstona z 1982 roku. Znajdziecie ją w całości na mojej dorosłej świątecznej mega·plejliście bez dzwoneczków.

Poprzednie części świątecznych pozytywek w serii dostępne są tutaj.

Opublikowano

γολδενυνικόρν: bubblegum ✕ avantgarde II

Nieważne dokąd, ważne którędy — zapowiedziałem przed niemal trzema laty przy zupełnie podobnej okazji tzn. godziny do dowolnego zapełnienia muzyką w porze późnowieczornej w rozgłośni akademickiej z tradycjami awangardowymi. I tak mi się ubzdurało, to był mój główny punkt odniesienia, że powinienem ten schemat odtworzyć i przetoczyć działo bezzałogowej panoramy dźwięku przez pokład stacji raz jeszcze. Wszystko było zaplanowane raczej podskórnie niż przemyślane (z wyjątkiem może zestawienia Tiesto z Nakamurą), a zebrane w natłoku zajęć w ostatniej chwili skutkowało losowością trudną do przyjęcia nawet dla mnie. Niemniej wciąż jest to zapis żywej w kulturze i popkulturze pozornej walki popu z awangardą — jej ewentualny wynik jest z założenia nieistotny, żeby nie powiedzieć — nieprawdopodobny. Ja sam nadal nie za bardzo wiem dokąd, ale bywa, że jeszcze wydaje mi się, że wiem, którędy. Tym samym zapraszam, après vous, zanim mój złoty jednorożec całkiem zdechnie.

Opublikowano

Nowa ewangelia starokalifornijska

pawie

pawi fryz autorstwa alfreda mullera (1903)

lato znów zuchwale splata w warkocze brody starców
gdy na wierzchach swych najlepszych klaczy
przez morze i góry przeprawiają się do starej kalifornii
być może po raz ostatni

granica stanu granicą ducha i serca —
akompaniuje starcom nierzeczywista pieśniarka
o biało-różowej jak kwiaty magnolii cerze —
to najlepsza impresja fiony apple w tej części illinois

pobiegnę i ja wraz z wami —
krzyknęło z przejęciem wiele lat temu dziecko

wojny zmarszczyły mu czoło, czas przygasił chęci
w uszach pobrzmiewają jeszcze echa
dawnego okrzyku przejęcia

stoję teraz przed sobą jako dziecko i jako starzec
nierówny sam sobie, dojrzały i zielony, znajomy i obcy
w oczekiwaniu na cud, który nigdy nie nastąpi
nie mam już sobie nic do powiedzenia

(epilog fantastyczny:
gdybym kiedyś jednak przypadkiem trafił znów do kalifornii
dziecko spotkałoby starca z brodą splecioną w warkocz
a wszystko to, co dotąd niewypowiedziane, wylałoby się
wypełniając po brzegi słowem całe jezioro tahoe
a wersy owej pieśniarki o cerze koloru kwitnącej magnolii
wybrzmiałyby raz jeszcze niczym dawno nieczytana ewangelia)

Opublikowano

Ponadpokoleniowa bańka estetyczna

ja

Golden Hour

Dziś rano usłyszałem w wiadomościach Radia RAM krótkie podsumowanie wczorajszych Grammy, w którym największym zwycięzcą okrzyknięto Childisha Gambino, którego zresztą chwilę wcześniej grano. O Kacey Musgraves, która nie tylko zdobyła tyle samo statuetek, co Glover, ale zgarnęła tę najważniejszą — za album roku, w ogóle nie wspomniano. Okazała się zbyt egzotyczna zarówno dla prezenterki, która skupiła się na niepołamaniu sobie języka na pseudonimie Cardi (czy też Carli?) B, jak i dla polskiego słuchacza, który na sam widok słowa country owija się uszami dookoła głowy, bo to przecież takie amerykańskie disco polo. Wyjątkiem jest oczywiście Johnny Cash coverujący Nine Inch Nails — to prawdziwe i głębokie, no ale Johnny Cash był tylko jeden — i ewentualnie Shania Twain, bo fajnie się pląsa na weselach i studniówkach do „Man! I Feel Like a Woman”. Przy takiej dylogii akceptowanych wyjątków Musgraves wydaje się wyjątkowo niewygodna. Z jednej strony przez cały zeszły rok nie dało się jej nigdzie u nas zmieścić przez ten stygmat country właśnie, z drugiej zaś okazuje się, że na jej ostatniej płycie tak skutecznie marginalizowana countrypopowa tkanka (wraz z błyskotliwym, ale nienachalnym songwritingiem Musgraves) została przefiltrowana przez 90-sową softrockowo-dreampopową produkcję i w efekcie tego powstał pop, który powinien być wyjątkowo blisko słuchacza. Pop, który z radia powinien przywędrować na jego plejlistę i dopiero tam się zadomowić, tę przestrzeń wypełnić jakością i treścią. Problem w tym, że on do naszego słuchacza nie dotrze — to nowy rozdział tej samej bańki estetycznej, przez którą całe pokolenie naszych rodzimych słuchaczy uważa Pink Floyd za synonim dobrej muzyki, a o The Velvet Underground nigdy nie słyszało. Nie usłyszycie też dzisiaj Musgraves w naszym radiu, chociaż powinniście, dlatego jeszcze polecam ją tutaj — to ciepła, bezpretensjonalna, ale zrobiona z wyobraźnią płyta, w której można zatopić się w poszukiwaniu ukojenia, gdy za oknem pada i wieje.

Opublikowano

Małe walczyki

ja

czyż nie dobija się koni

Jeszcze w latach 60. na płytach wydawanych przez Polskie Nagrania, ale i na niektórych amerykańskich krążkach, oprócz tytułu, wykonawcy (zwykle w postaci solisty, orkiestry i dyrygenta), tekściarza i kompozytora pojawiało się właściwe muzyce tanecznej oznaczenie. Słuchacz wiedział więc zawczasu, czy słucha twista, tanga, samby, rumby, mamba, fokstrota czy walca. Zastanawiałem się wielokrotnie, choć raczej mimowolnie niż w ramach jakichś bardziej uporządkowanych rozmyślań, nad zasadnością umieszczania tego typu informacji — być może był ku temu jakiś szczególny powód, myślałem. Ale jako że nie trafiłem na żadne opracowanie, postanowiłem przyjąć najprostsze wyjaśnienie — to rozróżnienie stosowane w analogii do muzyki klasycznej — wydawanej na dużych płytach znacznie wcześniej od rozrywkowej — stanowiącej więc naturalny punkt wyjścia. Natomiast dziś te wówczas suche oznaczenia muszą budzić wyobraźnię. Cóż to był za świat? Czy faktycznie tańczono do tych płyt fokstroty i tanga? I wreszcie — gdzie te walce, twisty, samby ukryły się współcześnie? Że dziś pop tworzy się inaczej, że z klasycznych schematów korzysta się z większą dowolnością, a kompozytorów, dyrygentów i całe orkiestry zastąpili producenci, nie trzeba nikomu tłumaczyć. Niemniej wciąż do tych sprawdzonych formuł się wraca i są one w stanie całkiem nieźle obronić się i w radiu, i na płytach. Żaden z tych kontekstów nie jest jednak dla meritum tego wpisu szczególnie istotny.

Nigdy nie tańczyłem. Nie że w klubach, na festiwalach, weselach. Na ulicy w deszczu i w supermarkecie między mrożonkami. To oczywiście! Ale tak naprawdę, żeby ktoś mi pokazywał kroki, tłumaczył jak interpretować nimi rytm, kreował układy i wyznaczał role. Wszystko to zawsze było dla mnie spontaniczne, naturalne, ale też do pewnego stopnia niezdarne, może nawet zupełnie nie tak. Jedyna próba uporządkowania tej amatorszczyzny zakończyła się dla mnie przytłaczającym zwątpieniem. Z perspektywy czasu myślę, że zabrakło mi w tym wszystkim jednak przede wszystkim muzyki, która rozwiązałaby moje poplątane kroki. Jakkolwiek zdarzało mi się wyczuć rock & rolla, nosiła mnie samba i szanuję tango, na dnie mojego serca gra sobie skromny walczyk, a ja, jak Joanna Newsom w klipie do „Sapokanikan”, sunę ulicą nieśmiało bujając się, dygając i podrygując. Dopiero niedawno postanowiłem te melodie rozsiane po kilkunastu latach mojej płytoteki zacząć zbierać w jednym miejscu — tym samym, gdy tylko namierzę kandydata na kameralny walczyk, próbuję naraz wcisnąć go do mojego niewielkiego zbioru. Jeśli się zmieści, znaczy, że w istocie pasuje. Ton zbiorowi nadało być może najbardziej niedocenione nagranie w katalogu Kacey Musgraves, odkryte przeze mnie ponownie na końcu jej drugiej płyty w zeszłym roku — jeden z tych utworów, które otwarcie mamią słuchacza fałszywym poczuciem bezpieczeństwa, a jednocześnie dają mu możliwość wypełnienia wszystkich pęknięć i wątpliwości szczerą intymnością. Choć taki był klucz, nie wszystkie moje małe walczyki mają podobną wymowę — są refleksje nad utraconą miłością („For the Good Times”, „Dreaming My Dreams With You”), przepracowywanie kryzysów („Through the Dark”) czy pożegnań („Riding for the Feeling”), jest o nadziei na miłość („Dear Someone”) i lepsze życie („Daughters”), o doświadczeniu przemocy („Star Witness”) i o tym, że wszystko jest wszystkim („Stories Don’t End”). Są też wiekowe utwory, które się nie starzeją („Quicksilver Daydreams of Maria”), a wszystko pieczętuje rubaszny Bob Dylan śpiewający Hanka Williamsa. Taka moja mała bezpieczna przystań, w której kroki same się znajdują.

Opublikowano

minna tadaima

ja

opieszale wykadrowany fragment kolacji u państwa nathanson toulouse-lautreca

naszkicowałem bezbarwną kredą coś na kształt twarzy
w miejscu, gdzie powinny znajdować się oczy — dwie puste jamy
pochłaniające łapczywie resztki karykaturalnego konturu

coś, co mogłoby być nosem
spłynęło groteskowo pod podłużne rozwarte wykrzywienie nibyust
ucho — jedno
raczej z tych do trzymania, niż do słyszenia
brwi — nastroszone kępki dawnego charakteru
próbowały same utrzymać w ryzach pozory jakiejś fizjonomii

to na nic — bezbarwna kreda złamała się
pod ciężarem mojej lewej ręki, wydając krótki głuchy dźwięk

nie usłyszałem go jednak
próbowałem spojrzeć przez jamy
ale ani niczego nie mogłem już dostrzec,
ani nikogo wokół już nie było

Opublikowano

No Tweedledee, No Tweedledum: Songs to Help You Feel Slightly Better This Christmas

tweedle

Co roku wygląda to podobnie — gdzieś pomiędzy reklamą multiwitaminy dla seniorów, która bez wątpienia będzie idealnym prezentem gwiazdkowym dla babci, a okazją nie do odrzucenia, że wydając więcej, zyskasz więcej, a do tego pomożesz chorym dzieciom — pojawiają się uśmiechnięci celebryci w czapkach mikołajów starający się udowodnić, że w wigilię nawet oni mówią ludzkim głosem, możesz więc i ty. I owszem, niezależnie od formy przekazu, przekonanie kogoś, że warto spojrzeć nieco dalej niż na czubek własnego nosa i podzielić się kromką chleba (czy też całą lodówką) z potrzebującym, jak najbardziej zasługuje na pochwałę. Istnieje też jednak aspekt świąt, który trudno wpisać w format reklamy telewizyjnej. Ci z drugiej strony będą więc nieufnie przyglądać się tamtym od rozdawania lodówek, apelując, że w Świętach chodzi o to, by zwolnić — wyłączyć telefon, powiedzieć matce, że się ją kocha, spędzić z dzieckiem pół dnia na budowaniu szkaradnego zamku z klocków. Odpocznijmy od dedlajnów, popatrzmy sobie wreszcie w oczy i między kolejnymi kawałkami sernika zanudźmy się swoim towarzystwem do tego stopnia, że za tymi dedlajnami zatęsknimy.

I oczywiście, że Boże Narodzenie jest rzecz jasna dobrym czasem, by się zatrzymać i odetchnąć od codziennej bieganiny. Ja jednak w tym roku postanowiłem pójść o krok dalej i w trzynastą odsłonę świątecznego mikstejpu The Twelve Days of Christmas wpisać quasi-koncepcyjną meta-myśl, że oto znów nadarza się okazja, by spróbować względem bliskich i dalszych nam wykazać się większą empatią. Dopiero jakiś czas temu zdałem sobie sprawę, że myśląc lub mówiąc o innych w kategoriach empatii, kołatała mi gdzieś w głowie nieuświadomiona wcześniej myśl, że to jedna z tych największych ludzkich cnót — sposób myślenia o świecie, ludziach i rzeczach, do którego ja sam chciałbym dążyć. I pomyślałem, że jakkolwiek mnie samemu czasem z tą empatią nie idzie, jak bym chciał, spróbuję się tym punktem widzenia podzielić. Utwory na No Tweedledee, No Tweedledum są w dużej mierze wyciszające — nie znajdziecie tu tańczących zabawek (z jednym tylko wyjątkiem) czy wirujących choinek, nie znajdziecie tu też śladów przedświątecznej krzątaniny, aż wreszcie — nie będzie ani Tweedledee, ani Tweedledum, którzy zgodnie z Disneyowską interpretacją Alicji w krainie czarów jawili mi się jako sprawcy niepotrzebnych zupełnie zamieszań niesłużących nikomu, ani niczemu (a oprócz tego, hej!, mają przecież bardzo świątecznie brzmiące imiona godne psotnych ołowianych żołnierzyków porywających pozytywkową tancereczkę w wigilijną noc na świąteczną paradę zabawek). To wyciszenie jest z jednej strony wyrażeniem potrzeby swoistej życiowej harmonii, której sam ostatnio poszukuję, z drugiej zaś warunkiem, by móc z przekonaniem dążyć do większej dla drugiego człowieka empatii.

Piosenki w tym roku przedstawiają więc różne historie i perspektywy — dla kogoś święta będą czasem duchowego odnowienia, ktoś inny spojrzy na nie przez pryzmat rodzinnego spotkania, inny ktoś pogrąży się w smutku i nostalgii, a jeszcze kogoś bożonarodzeniowy blichtr, a nawet sama idea świętowania, może wprawiać w gniew. Z niektórymi z tych spojrzeń pewnie się zgodzimy, jakieś przypiszemy sobie, a w którymś dojrzymy siebie sprzed lat, w jeszcze innym zaś — kogoś, kogo dobrze znamy, ale nie możemy znaleźć z nim wspólnego języka. Jedne, przez podobieństwo doświadczeń, nawet tych dawno minionych, zyskają nasze zrozumienie, z innymi będziemy musieli się oswoić, pozostałe na długo wydadzą się nam obce. To dobry czas, by samemu w sobie tę obcość oswoić i zastanowić się, czy nie wyrządzamy komuś i sobie jakiejś krzywdy, negując doświadczenia i świadectwa innych w oparciu o swoje własne. I tego sobie i Wam życzę, nie tylko na i od święta!

Poprzednie części świątecznych pozytywek w serii dostępne są tutaj.