Królowa rodziny dżemów, dumnie panująca nad konfiturami i marmoladami, nieskalana cukrem, lekko kwaskowa, nieprzyzwoicie gęsta. A wszystko to od połowy sierpnia do połowy października na wyciągnięcie ręki. Wystarczą śliwki, garnek, kuchenka i najpewniej przynajmniej osiem godzin spędzonych w kuchni na przygotowywaniu, smażeniu, rozlewaniu do słoików i sprzątaniu. Słowem — trzeba zasiać, żeby zebrać. Ale nie o sam zbiór tu chodzi. Ja cenię sobie przede wszystkim czas spędzony z łyżką nad garnkiem, kiedy na jeden dzień wyłączam się trochę ze świata i zamykam z książką lub filmem w kuchni. Ważny jest też proces — obserwowanie jak garnek wypełniony śliwkami zmienia się powoli w słodką kleistą maź. No i gdy już przyjdą mrozy, trudno o fajniejszą rzecz niż kanapka z własnej roboty powidłami. Przemyślcie to.
Chciałem opowiedzieć wam pasjonującą, pełną absurdalnych zwrotów akcji i abstrakcyjnego humoru historię stojącą za jednym z najbardziej fascynujących artefaktów popkultury — repliką maski pstrąga zdobiącą okładkę płyty Captaina Beefhearta o tym samym tytule, ale okazuje się, że takiej historii najprawdopodobniej zwyczajnie nie było. Dziwaczna muzyka potrzebuje dziwacznej oprawy. Tylko i aż tyle. Co ponadto? Fotografia widniejąca na okładce ponoć nie była w żaden sposób przerabiana. I już. Jeden z niewielu wpisów koncentrujących się na kultowej grafice to artykuł w LA Weekly broniący jej przed umieszczeniem w zestawieniu najgorszych okładek wszech czasów, czego dopuściło się jakieś amerykańskie muzeum. Okładka zostaje także wspomniana w książce z serii 33⅓ poświęconej płycie, ale i tutaj stanowi jedynie tło dla wciąż okrytej mgiełką tajemnicy historii legendarnej płyty. A tymczasem pstrąża twarz spozierająca spod lincolnowskiego cylindra na ekspresyjnie różowo-czerwonym tle ma w sobie coś przemożnie elektryzującego i fascynującego, o czym można by pewnie napisać osobną książkę — choćby wymyśloną (tutaj zacząłem pisać swoją wersję wymyślonej historii okładki implikującą, że postać z okładki to prawdziwy człowiek-pstrąg, który podobnie jak Ziggy Stardust Bowiego chce wywołać rewolucję przy pomocy muzyki, ale całość była tak konwencjonalna i głupia, że w połowie drugiego zdania wszystko skasowałem).
Czegokolwiek się podejmujemy — w domu, w szkole, w pracy — na okrągło tłuką nam do głów, jak ważne jest pozostawanie konsekwentnym. Inaczej przecież niczego w życiu nie osiągniemy, skażemy się na zadowolenie półśrodkami i bylejakością (co ja czytam raczej jako „nakarmimy do syta swoją wewnętrzną dyspersję” czy też czasem jako „osiągniemy katharsis wewnętrznej deregulacji”). Konsekwencja jest ważna, ale sama w sobie też może być smutna czy nawet żałosna. Co więcej, można na nią umrzeć. Na śmierć! Zanim jednak to się stanie, konsekwencja wyssie z takiego jegomościa wszystkie soki twórcze, wpisze w kanciastą ramę i zawiesi na ścianie. Słodkie trofeum! I owszem ta cała gimbokorpopaplanina o byciu konsekwentnym może i ma trochę sensu, ale przecież nie wtedy, gdy kogoś konsekwencja zupełnie się nie ima. A jeśli się ima, po co strzępić język! Sednem całej sprawy jest jednak to, że niewiele jest uczuć słodszych niż umyślne kreowanie paradoksów, pławienie się w antynomiach, czyli po prostu rozmyślne porzucenie konsekwencji. Tymczasowo. Nie chodzi tu bynajmniej o brak konsekwencji wynikający z bycia nieogarem, ale o następstwo pewnej świadomej kreacji — to jest istotą sprawy i sprawcą istoty. Niektórzy powiedzą — „brak odpowiedzialności”, inni zakrzykną — „kłamstwo i manipulacja”, ale tylko sobie pomyślcie, oni wszyscy na tę konsekwencję kiedyś umrą.
Słowo-klucz w kontekście Breakfast Club, w polskim tłumaczeniu znanego jako Klub winowajców, niezobowiązującej 80-sowej komedii dla nastolatków pojawiło się już w Kurtkowo — filmowo, gdzie nie tylko nazwałem film arcydziełem, ale przede wszystkim określiłem go jako jeden z najfajniejszych, jakie kiedykolwiek powstały. Kino dla nastolatków może być (i ostatnimi czasy przeważnie jest) okropne — niezręcznie zagrane, pełne słabych pranków i suchych łanlajnerów, ale seria filmów z przełomu lat 80. i 90. (których wspólnym mianownikiem była w dużej mierze persona grana przez Molly Ringwald) pokazuje, że o wchodzeniu w dorosłość można robić kino niezobowiązująco szczere, inteligentne i zabawne, a przy tym, co ważne, nie nadmiernie moralizatorskie. Ten złoty środek udało się osiągnąć nie tylko w Breakfast Club, ale w mniejszym lub większym stopniu także m.in. w Pretty in Pink, Ferris Bueller’s Day Off, kultowym Dazed and Confused, a w ostatnich latach m.in. The Perks of Being a Wallflower. Jest z czego wybierać!
Kiedyś sporo mówiło się o tym, jak telewizja ogłupia. Ostatnio temat usunął się trochę w cień, bo mamy internet. Zarówno w ogłupiającej telewizji, jak w i ogłupiającym internecie można natknąć się na talk show produkcji HBO — Last Week Tonight With John Oliver. Wszystko jest w tytule — John Oliver, prowadzący, podsumowuje najważniejsze wydarzenia minionego tygodnia w ciągu jednego wieczora, czy raczej około półgodzinnego odcinka emitowanego w niedzielę. Czasem są to sprawy rzeczywiście aktualne, czasem Oliver trochę dryfuje i podejmuje tematy niepopularne, ale istotne — przynajmniej z punktu widzenia amerykańskiego społeczeństwa. Śpieszę wyjaśnić — Oliver sam jest Brytyjczykiem, ale mieszka w Nowym Jorku i robi program dla Amerykanów, w którym miesza wartości edukacyjne z brytyjskim humorem oprawionym w amerykański format talk showu. Brzmi ciekawie? I tak właśnie jest. Oliver potrafi przemycić istotne, ale same w sobie często nieciekawe i nieatrakcyjne treści w niesamowicie błyskotliwej i angażującej widza formie. Fakt, że nie wszystkie tematy są równie fascynujące i nie ze wszystkimi wnioskami Olivera jestem w stanie się zgodzić bez zastrzeżeń, ale w większości przypadków facet robi zdumiewającą robotę. W szerszym kontekście można potraktować pozycję 69 (bang!) jako przekazywanie wiedzy w interesujący sposób. To zawsze jest fajne. Nie zawsze skuteczne. Ale zawsze fajne. Poniżej próbka, więcej tutaj, całe odcinki w HBO.
Chyba wszyscy podświadomie dążymy do doskonałości, która niestety w naszej ziemskiej wersji jest jedynie odbiciem absolutu na ścianie ciemnej jaskini. Możemy się starać, a i tak zbliżenie do ideału jest niemożliwe. Jeśli uważamy coś za perfekcyjne, to jest to najpewniej kwestią naszej (niedoskonałej) percepcji. Jest w ekonomii zresztą tzw. zasada Pareta (znana także jako zasada 80/20), która utożsamia 80% efektów pracy z 20% wysiłków, co oznacza, że by dopracować pozostałe 20% będziemy musieli włożyć w coś czterokrotnie więcej pracy niż przeznaczyliśmy do tej pory. Niby widać finisz, ale droga jest stroma, kręta i wyboista. Zasada oczywiście ma dużo szersze zastosowanie, ale pokazuje pewien dający się empirycznie zweryfikować istniejący mechanizm, także w kontekście dążenia do doskonałości.
Oczywiście jest różnica między pracą, którą należy wykonać, żeby zapewnić na świecie pokój, dostatek i powszechną szczęśliwość a taką, którą trzeba włożyć w np. dokładne umycie dna basenu albo złożenie zestawu puzzli. I tu wchodzimy na pole, które na potrzeby tego cyklu nazwałem idealnym dopasowaniem. Chodzi o wrażenie perfekcji w wykonaniu jakiejś pozornie błahej, codziennej rzeczy jak pieczołowite złożenie prania, udekorowanie ciasta, zgrabienie liści, w taki sposób, by odczuć z tego powodu satysfakcję. Oczywiście, jak pisałem, droga ku temu, cokolwiek byśmy robili, jest stroma, kręta i wyboista, wymaga więc to od nas czasu, cierpliwości, koncentracji i umiejętności, co zwłaszcza w realiach, które zmuszają nas niekiedy do zajmowania się kilkoma rzeczami jednocześnie, jest, powiedzmy sobie szczerze, nie do zrealizowania. Straszliwie pesymistycznie to wszystko jak dotąd brzmiy, ale, ale, na szczęście z odsieczą przybywa internet, gdzie można się takimi satysfakcjonującymi obrazkami z idealnym dopasowaniem nakarmić do syta.
Jak powszechnie wiadomo, internetem rządzą koty. Istotne jest jednak to, że jedne rządzą bardziej, a inne mniej. Jedne pamiętamy przez chwilę, inne — całe życie. Królem internetowych kotów jest bezsprzecznie Fatso znany jako Keyboard Cat. Fatso swój koci primetime osiągnął już w 1984, na długo przed tym zanim zaczęto myśleć o Youtubie. Na międzynarodowy sukces przyszło mu więc poczekać. I to aż 25 lat, kiedy szerszej publiczności pokazał go Stephen Colbert. Fatso nie doczekał tego momentu. Zmarł w 1987 roku na kocią chorobę. Tymczasem jego duch, jego muzyka wciąż żyją, inspirując kolejne pokolenia kocich śmieszków.
72. Wycinanie ludzi ze zdjęć lub wymalowywanie ich z obrazów
Zostanie wyciętym ze zdjęcia nie jest chyba niczym przyjemnym, ale już samo wycinanie czy to klasycznie przez użycie nożyczek, czy też przybytków digitalnych w postaci chociażby Photoshopa jest zajęciem fantastycznym. I nie chodzi tu o wycinanie z zemsty, odrzucenia czy nienawiści. Decyduje raczej przypadek. Przypadek, że akurat jakiś biedaczyna wiązał sobie buta w kadrze pamiątkowego zdjęcia z wakacji. Wykadrowanie nie wystarczy. Trzeba wyciąć. I jest fun. Największy, gdy się na takie zdjęcie patrzy przed i po. Wyższą szkołą jazdy, ale o znacząco wyższym stopniu funu jest z kolei wymalowywanie ludzi z obrazów. Ale tu powody już rzadko są pragmatyczne, bo ten biedak od sznurowadła sam raczej na tym obrazie się nie zawieruszył — ktoś go tam celowo umieścił. Powody są więc albo polityczne (jak wycięcie Jeżowa ze zdjęcia ze Stalinem, gdy popadł w jego niełaskę), albo artystyczne (jak na obrazie „Erased Lord”, z którego wymalowano George’a Campiona Courthope’a).
Ł, czyli eł lub ły, to być może najfajniejsza litera na świecie. Na pewno w moim cyklu. To po pierwsze litera potwornie niedoceniana — w Polsce znaków diakrytycznych się za bardzo nie lubi, a Ł jest trochę między pełnoprawną literą a lokalnym dziwolągiem, a przecież to nasza autorska litera, bo choć są języki, w których stosuje się znak zapisywany w ten sam lub podobny sposób, polski jest największym (i jednym dużym) z nich. Co więcej nasze Ł ma piękną tradycję dwojakiej wymowy, jako angielskie w albo rosyjskie л. To drugie, spotykane jeszcze na wschodzie, dzisiaj uznawane jest za archaiczne czy teatralne. A szkoda, bo to być może najpiękniejszy dźwięk w naszym języku. Ł na dużym propsie.
Tym razem zacznę od komunału. Otóż każde pokolenie ma taki teledysk, taki utwór, który niekoniecznie jest głosem pokolenia, ale między wierszami mówi coś o czasach i ludziach i robi to w świetnym stylu. OK, może to nieprawda, ale to jest ten teledysk. Drake wykręcił za jednym zamachem nie tylko utwór roku, ale i teledysk dekady — i jedno, i drugie osiągając dzięki realizacji znakomitych pomysłów przy zachowaniu względnej prostoty. Ale o fajności „Hotline Bling” zadecydowało koniec końców nie to, że Drake stał się po nim człowiekiem-memem, ale dystans z jakim podszedł do całego projektu. Ruchy taneczne dalekie od obowiązującego w R&B kanonu i gruby golfosweter (który nawet nie był w renifery — to tak bardzo mogło się nie udać, a wyszło najfajniej.