Opublikowano

65. Powidła

99 najfajniejszych rzeczy

65. Powidła

Królowa rodziny dżemów, dumnie panująca nad konfiturami i marmoladami, nieskalana cukrem, lekko kwaskowa, nieprzyzwoicie gęsta. A wszystko to od połowy sierpnia do połowy października na wyciągnięcie ręki. Wystarczą śliwki, garnek, kuchenka i najpewniej przynajmniej osiem godzin spędzonych w kuchni na przygotowywaniu, smażeniu, rozlewaniu do słoików i sprzątaniu. Słowem — trzeba zasiać, żeby zebrać. Ale nie o sam zbiór tu chodzi. Ja cenię sobie przede wszystkim czas spędzony z łyżką nad garnkiem, kiedy na jeden dzień wyłączam się trochę ze świata i zamykam z książką lub filmem w kuchni. Ważny jest też proces — obserwowanie jak garnek wypełniony śliwkami zmienia się powoli w słodką kleistą maź. No i gdy już przyjdą mrozy, trudno o fajniejszą rzecz niż kanapka z własnej roboty powidłami. Przemyślcie to.

Opublikowano

66. Replika maski pstrąga

99 najfajniejszych rzeczy

66. Replika maski pstrąga

Chciałem opowiedzieć wam pasjonującą, pełną absurdalnych zwrotów akcji i abstrakcyjnego humoru historię stojącą za jednym z najbardziej fascynujących artefaktów popkultury — repliką maski pstrąga zdobiącą okładkę płyty Captaina Beefhearta o tym samym tytule, ale okazuje się, że takiej historii najprawdopodobniej zwyczajnie nie było. Dziwaczna muzyka potrzebuje dziwacznej oprawy. Tylko i aż tyle. Co ponadto? Fotografia widniejąca na okładce ponoć nie była w żaden sposób przerabiana. I już. Jeden z niewielu wpisów koncentrujących się na kultowej grafice to artykuł w LA Weekly broniący jej przed umieszczeniem w zestawieniu najgorszych okładek wszech czasów, czego dopuściło się jakieś amerykańskie muzeum. Okładka zostaje także wspomniana w książce z serii 33⅓ poświęconej płycie, ale i tutaj stanowi jedynie tło dla wciąż okrytej mgiełką tajemnicy historii legendarnej płyty. A tymczasem pstrąża twarz spozierająca spod lincolnowskiego cylindra na ekspresyjnie różowo-czerwonym tle ma w sobie coś przemożnie elektryzującego i fascynującego, o czym można by pewnie napisać osobną książkę — choćby wymyśloną (tutaj zacząłem pisać swoją wersję wymyślonej historii okładki implikującą, że postać z okładki to prawdziwy człowiek-pstrąg, który podobnie jak Ziggy Stardust Bowiego chce wywołać rewolucję przy pomocy muzyki, ale całość była tak konwencjonalna i głupia, że w połowie drugiego zdania wszystko skasowałem).

99 najfajniejszych rzeczy

Opublikowano

67. Umyślny brak konsekwencji

99 najfajniejszych rzeczy

67. Umyślny brak konsekwencji

Czegokolwiek się podejmujemy — w domu, w szkole, w pracy — na okrągło tłuką nam do głów, jak ważne jest pozostawanie konsekwentnym. Inaczej przecież niczego w życiu nie osiągniemy, skażemy się na zadowolenie półśrodkami i bylejakością (co ja czytam raczej jako „nakarmimy do syta swoją wewnętrzną dyspersję” czy też czasem jako „osiągniemy katharsis wewnętrznej deregulacji”). Konsekwencja jest ważna, ale sama w sobie też może być smutna czy nawet żałosna. Co więcej, można na nią umrzeć. Na śmierć! Zanim jednak to się stanie, konsekwencja wyssie z takiego jegomościa wszystkie soki twórcze, wpisze w kanciastą ramę i zawiesi na ścianie. Słodkie trofeum! I owszem ta cała gimbokorpopaplanina o byciu konsekwentnym może i ma trochę sensu, ale przecież nie wtedy, gdy kogoś konsekwencja zupełnie się nie ima. A jeśli się ima, po co strzępić język! Sednem całej sprawy jest jednak to, że niewiele jest uczuć słodszych niż umyślne kreowanie paradoksów, pławienie się w antynomiach, czyli po prostu rozmyślne porzucenie konsekwencji. Tymczasowo. Nie chodzi tu bynajmniej o brak konsekwencji wynikający z bycia nieogarem, ale o następstwo pewnej świadomej kreacji — to jest istotą sprawy i sprawcą istoty. Niektórzy powiedzą — „brak odpowiedzialności”, inni zakrzykną — „kłamstwo i manipulacja”, ale tylko sobie pomyślcie, oni wszyscy na tę konsekwencję kiedyś umrą.

Opublikowano

68. Breakfast Club

99 najfajniejszych rzeczy

68. Breakfast Club

Słowo-klucz w kontekście Breakfast Club, w polskim tłumaczeniu znanego jako Klub winowajców, niezobowiązującej 80-sowej komedii dla nastolatków pojawiło się już w Kurtkowo — filmowo, gdzie nie tylko nazwałem film arcydziełem, ale przede wszystkim określiłem go jako jeden z najfajniejszych, jakie kiedykolwiek powstały. Kino dla nastolatków może być (i ostatnimi czasy przeważnie jest) okropne — niezręcznie zagrane, pełne słabych pranków i suchych łanlajnerów, ale seria filmów z przełomu lat 80. i 90. (których wspólnym mianownikiem była w dużej mierze persona grana przez Molly Ringwald) pokazuje, że o wchodzeniu w dorosłość można robić kino niezobowiązująco szczere, inteligentne i zabawne, a przy tym, co ważne, nie nadmiernie moralizatorskie. Ten złoty środek udało się osiągnąć nie tylko w Breakfast Club, ale w mniejszym lub większym stopniu także m.in. w Pretty in Pink, Ferris Bueller’s Day Off, kultowym Dazed and Confused, a w ostatnich latach m.in. The Perks of Being a Wallflower. Jest z czego wybierać!

Opublikowano

69. Last Week Tonight With John Oliver

99 najfajniejszych rzeczy

69. Last Week Tonight With John Oliver

Kiedyś sporo mówiło się o tym, jak telewizja ogłupia. Ostatnio temat usunął się trochę w cień, bo mamy internet. Zarówno w ogłupiającej telewizji, jak w i ogłupiającym internecie można natknąć się na talk show produkcji HBO — Last Week Tonight With John Oliver. Wszystko jest w tytule — John Oliver, prowadzący, podsumowuje najważniejsze wydarzenia minionego tygodnia w ciągu jednego wieczora, czy raczej około półgodzinnego odcinka emitowanego w niedzielę. Czasem są to sprawy rzeczywiście aktualne, czasem Oliver trochę dryfuje i podejmuje tematy niepopularne, ale istotne — przynajmniej z punktu widzenia amerykańskiego społeczeństwa. Śpieszę wyjaśnić — Oliver sam jest Brytyjczykiem, ale mieszka w Nowym Jorku i robi program dla Amerykanów, w którym miesza wartości edukacyjne z brytyjskim humorem oprawionym w amerykański format talk showu. Brzmi ciekawie? I tak właśnie jest. Oliver potrafi przemycić istotne, ale same w sobie często nieciekawe i nieatrakcyjne treści w niesamowicie błyskotliwej i angażującej widza formie. Fakt, że nie wszystkie tematy są równie fascynujące i nie ze wszystkimi wnioskami Olivera jestem w stanie się zgodzić bez zastrzeżeń, ale w większości przypadków facet robi zdumiewającą robotę. W szerszym kontekście można potraktować pozycję 69 (bang!) jako przekazywanie wiedzy w interesujący sposób. To zawsze jest fajne. Nie zawsze skuteczne. Ale zawsze fajne. Poniżej próbka, więcej tutaj, całe odcinki w HBO.

Opublikowano

70. Idealne dopasowanie

99 najfajniejszych rzeczy

70. Idealne dopasowanie

Chyba wszyscy podświadomie dążymy do doskonałości, która niestety w naszej ziemskiej wersji jest jedynie odbiciem absolutu na ścianie ciemnej jaskini. Możemy się starać, a i tak zbliżenie do ideału jest niemożliwe. Jeśli uważamy coś za perfekcyjne, to jest to najpewniej kwestią naszej (niedoskonałej) percepcji. Jest w ekonomii zresztą tzw. zasada Pareta (znana także jako zasada 80/20), która utożsamia 80% efektów pracy z 20% wysiłków, co oznacza, że by dopracować pozostałe 20% będziemy musieli włożyć w coś czterokrotnie więcej pracy niż przeznaczyliśmy do tej pory. Niby widać finisz, ale droga jest stroma, kręta i wyboista. Zasada oczywiście ma dużo szersze zastosowanie, ale pokazuje pewien dający się empirycznie zweryfikować istniejący mechanizm, także w kontekście dążenia do doskonałości.

Oczywiście jest różnica między pracą, którą należy wykonać, żeby zapewnić na świecie pokój, dostatek i powszechną szczęśliwość a taką, którą trzeba włożyć w np. dokładne umycie dna basenu albo złożenie zestawu puzzli. I tu wchodzimy na pole, które na potrzeby tego cyklu nazwałem idealnym dopasowaniem. Chodzi o wrażenie perfekcji w wykonaniu jakiejś pozornie błahej, codziennej rzeczy jak pieczołowite złożenie prania, udekorowanie ciasta, zgrabienie liści, w taki sposób, by odczuć z tego powodu satysfakcję. Oczywiście, jak pisałem, droga ku temu, cokolwiek byśmy robili, jest stroma, kręta i wyboista, wymaga więc to od nas czasu, cierpliwości, koncentracji i umiejętności, co zwłaszcza w realiach, które zmuszają nas niekiedy do zajmowania się kilkoma rzeczami jednocześnie, jest, powiedzmy sobie szczerze, nie do zrealizowania. Straszliwie pesymistycznie to wszystko jak dotąd brzmiy, ale, ale, na szczęście z odsieczą przybywa internet, gdzie można się takimi satysfakcjonującymi obrazkami z idealnym dopasowaniem nakarmić do syta.

 

Opublikowano

71. Keyboard Cat

99 najfajniejszych rzeczy

71. Keyboard Cat

Jak powszechnie wiadomo, internetem rządzą koty. Istotne jest jednak to, że jedne rządzą bardziej, a inne mniej. Jedne pamiętamy przez chwilę, inne — całe życie. Królem internetowych kotów jest bezsprzecznie Fatso znany jako Keyboard Cat. Fatso swój koci primetime osiągnął już w 1984, na długo przed tym zanim zaczęto myśleć o Youtubie. Na międzynarodowy sukces przyszło mu więc poczekać. I to aż 25 lat, kiedy szerszej publiczności pokazał go Stephen Colbert. Fatso nie doczekał tego momentu. Zmarł w 1987 roku na kocią chorobę. Tymczasem jego duch, jego muzyka wciąż żyją, inspirując kolejne pokolenia kocich śmieszków.

Opublikowano

72. Wycinanie ludzi ze zdjęć lub wymalowywanie ich z obrazów

99 najfajniejszych rzeczy

72. Wycinanie ludzi ze zdjęć lub wymalowywanie ich z obrazów

Zostanie wyciętym ze zdjęcia nie jest chyba niczym przyjemnym, ale już samo wycinanie czy to klasycznie przez użycie nożyczek, czy też przybytków digitalnych w postaci chociażby Photoshopa jest zajęciem fantastycznym. I nie chodzi tu o wycinanie z zemsty, odrzucenia czy nienawiści. Decyduje raczej przypadek. Przypadek, że akurat jakiś biedaczyna wiązał sobie buta w kadrze pamiątkowego zdjęcia z wakacji. Wykadrowanie nie wystarczy. Trzeba wyciąć. I jest fun. Największy, gdy się na takie zdjęcie patrzy przed i po. Wyższą szkołą jazdy, ale o znacząco wyższym stopniu funu jest z kolei wymalowywanie ludzi z obrazów. Ale tu powody już rzadko są pragmatyczne, bo ten biedak od sznurowadła sam raczej na tym obrazie się nie zawieruszył — ktoś go tam celowo umieścił. Powody są więc albo polityczne (jak wycięcie Jeżowa ze zdjęcia ze Stalinem, gdy popadł w jego niełaskę), albo artystyczne (jak na obrazie „Erased Lord”, z którego wymalowano George’a Campiona Courthope’a).

Opublikowano

73. Ł

99 najfajniejszych rzeczy

73. Ł

Ł, czyli lub ły, to być może najfajniejsza litera na świecie. Na pewno w moim cyklu. To po pierwsze litera potwornie niedoceniana — w Polsce znaków diakrytycznych się za bardzo nie lubi, a Ł jest trochę między pełnoprawną literą a lokalnym dziwolągiem, a przecież to nasza autorska litera, bo choć są języki, w których stosuje się znak zapisywany w ten sam lub podobny sposób, polski jest największym (i jednym dużym) z nich. Co więcej nasze Ł ma piękną tradycję dwojakiej wymowy, jako angielskie w albo rosyjskie л. To drugie, spotykane jeszcze na wschodzie, dzisiaj uznawane jest za archaiczne czy teatralne. A szkoda, bo to być może najpiękniejszy dźwięk w naszym języku. Ł na dużym propsie.

Opublikowano

74. Teledysk „Hotline Bling”

99 najfajniejszych rzeczy

74. Teledysk „Hotline Bling”

Tym razem zacznę od komunału. Otóż każde pokolenie ma taki teledysk, taki utwór, który niekoniecznie jest głosem pokolenia, ale między wierszami mówi coś o czasach i ludziach i robi to w świetnym stylu. OK, może to nieprawda, ale to jest ten teledysk. Drake wykręcił za jednym zamachem nie tylko utwór roku, ale i teledysk dekady — i jedno, i drugie osiągając dzięki realizacji znakomitych pomysłów przy zachowaniu względnej prostoty. Ale o fajności „Hotline Bling” zadecydowało koniec końców nie to, że Drake stał się po nim człowiekiem-memem, ale dystans z jakim podszedł do całego projektu. Ruchy taneczne dalekie od obowiązującego w R&B kanonu i gruby golfosweter (który nawet nie był w renifery — to tak bardzo mogło się nie udać, a wyszło najfajniej.