Opublikowano

75. Festiwale filmowe

99 najfajniejszych rzeczy

75. Festiwale filmowe

Co może być fajniejsze niż festiwale muzyczne. Minione pozycje dostarczały cząstkowych odpowiedzi, ale dopiero tę możemy przeciwstawić festiwalom muzycznym w sposób pełny i bezpośredni. Otóż festiwale filmowe naprawdę potrafią być bardziej ekscytujące, nawet dla kogoś, kto zasadniczo przedkłada muzykę nad film (takiego jak ja), a już na pewno są od festiwali muzycznych fajniejsze. Problem tkwi w tym, że trudno racjonalnie i przy pomocy słów wyrazić na czym ta fajność w zasadzie polega. Gdyby nie festiwale filmowe, prawdopodobnie nie miałbym okazji (czyt. siły, pieniędzy, motywacji), by w ciągu jednego dnia wybrać się do kina na więcej niż jeden film, a tak zdarzyło mi się kiedyś zobaczyć ich jednego dnia pięć. Festiwale filmowe bywają mniejsze i większe — te większe, jak wrocławskie Nowe Horyzonty, są ciekawsze o tyle, że filmów i pokazów jest co niemiara — w tym samym momencie czasem wyświetlanych jest nawet 10 różnych obrazów. Żeby więc taki festiwal przeżyć jak najpełniej trzeba się do niego trochę przygotować, a przede wszystkim przygotować się na maraton (w przypadku NH — dziesięciodniowy), kiedy wszystko inne ma znaczenie drugorzędne, a liczy się kino. Na ten czas staje się naszym drugim domem. Planowania sobie czasu nie widać końca. Widać za to ludzi przysypiających w kinie. Najlepszym elementem festiwali filmowych są jednak kluby festiwalowe, gdzie do białego rana potrafią toczyć się burzliwe dyskusje zarówno o festiwalowych filmach, jak i zupełnie o niczym.

Opublikowano

76. Hello, yes, this is dog

99 najfajniejszych rzeczy

76. Hello, yes, this is dog

Internetem podobno rządzą koty, ale tytuł najfajniejszego zwierzęcego memu w historii wędruje do tego psa. Zasadniczo mogłem uogólnić ten wpis do psów w ogóle, bo psy są kudłate, lojalne, wesołe i kochane, ale tym razem postanowiłem tego nie robić. Niemniej jednak niech ten pies w internecie zdominowanym przez koty symbolizuje wszystkie psy. Nadaje się do tego znakomicie. Do diaska, to w końcu pies rozmawiający przez telefon. To prawda nie trzyma sam słuchawki, ale wypowiada się bardzo koherentnie. Prawie jak w dowcipie*.

Dzwoni telefon.
Pies odbiera i mówi:
– Hau!
– Halo?
– Hau!
– Nic nie rozumiem.
– Hau!
– Proszę mówić wyraźniej!
– H jak Henryk, A jak Agnieszka, U jak Urszula: Hau!

99 najfajniejszych rzeczy

*dowcip ma charakter edukacyjny i został przytoczony, bo pasuje do okazji, nie dlatego, jakoby sam w sobie był fajny

Opublikowano

77. Jazda na rowerze

99 najfajniejszych rzeczy

77. Jazda na rowerze

Początkowo miały się tu znaleźć „dziewczęta na rowerach”. W pamięci miałem scenę z teledysku Natalie Imbruglii „Wrong Impression”, w którym ta beztrosko jeździ rowerem po amerykańskim przedmieściu i słynne rowerowe zdjęcia Audrey Hepburn. Miałem też oczywiście pewne własne wyobrażenia, dlaczego dziewczęta na rowerach są fajniejsze niż ktokolwiek inny na rowerze, ale ostatecznie doszedłem do wniosku, że nie są fajniejsze na tyle, żeby dyskwalifikować instytucję roweru w całej jej beztroskiej ogólności. Należy jednak przy tym zastosować pewne wyłączenia. Nie każda jazda na rowerze spełnia bowiem kryteria fajności. Jazda, o którą chodzi mi przede wszystkim jest jazdą rekreacyjną — jazda wyczynowa, zawodowa, czy też mająca na celu przede wszystkim dotarcie do określonego celu w określonym czasie jest z urzędu niżej punktowana — a najlepiej, by była przy tym nie tyle przejażdżką, co jazdą bezcelową. Szczenięce „wyjście na rower” i błądzenie po znanych na pamięć (albo nieznanych, nawet ciekawiej) uliczkach. Trochę jak w Amerykańskim graffiti tylko nie w samochodach czy na motorach i nie po zmroku (bo kto by jeździł rowerem po zmroku, to się trochę mija z celem). Tak właśnie jeździła sobie Natalie Imbruglia we wspomnianym teledysku (poniżej), podobnie jak dzieciaki z innego klipu — „The Suburbs” Arcade Fire (powyżej).

Opublikowano

78. „Gwiezdne wojny”

99 najfajniejszych rzeczy

78. Gwiezdne wojny

Nigdy nie byłem prawdziwym fanem Gwiezdnych wojen. Nie wiem, ile księżyców miało Coruscant, ani jak na imię miał Tarkin, ale od zawsze idea świata wymyślonego przez Lucasa była mi bliska i, jak przekonałem się ostatnim czasie, nadal jest. Chociaż nowa trylogia była raczej bolesna, to oryginalne trzy filmy, zwłaszcza po remasteringu i gruntownych poprawkach, nadal robią wrażenie. Wiadomo, fabuła jest prosta jak konstrukcja cepa, ale to też przecież nierzadko integralna cecha fajności. Dla rzeczy zawiłych i wymagających intelektualnie przeznaczone są bardziej wysublimowane określenia. A tymczasem Gwiezdne wojny z Lucasem czy bez niego, w wersji którą ostatnio serwuje nam Disney czy w odsłonie Expanded Universe (vide R.I.P.) są po prostu fajne. Ulubiona postać? C-3PO, który pokazuje, że można stworzyć zabawną, ale konstruktywną postać, która nie zrujnuje pozorowanej powagi fabularnej. Ale nie ukrywam, że chciałbym zobaczyć więcej Boby Fetta. Ulubiona scena? Nieśmiertelny opening! Zawsze czuję się na nim jak dziecko.

Co więcej, jeśli zawsze chcieliście obejrzeć „Gwiezdne wojny”, ale żal wam poświęcić prawie 16 godzin na seans, polecam tę nawet lepszą wersję dwugodzinną.

Opublikowano

79. Okna wystające poza dachy i ściany

99 najfajniejszych rzeczy

79. Okna wystające poza dachy i ściany

Czyli lukarnywykusze. Większość z nas (choć może powinienem mówić tylko za siebie, ale wiem, jak wyglądają polskie domy, więc niech będzie, że większość) żyje w domach straszliwie prostych i konwencjonalnych. I o ile prostota rzeczywiście w wielu przypadkach może uchodzić za wybawienie, polskiemu budownictwu przez lata brakowało jakiejkolwiek finezji. A tymczasem ja zawsze marzyłem, by zamieszkać w pokoju, którego okna będą wychodziły poza ścianę lub dach. Dlaczego amerykańskie domy (nawet jeśli buduje się je z kartonu) wydają się niejako wyciągnięte z innego świata? OK, bo buduje się je po drugiej stronie oceanu, a to faktycznie inny świat, to też, ale przede wszystkim dlatego, że na dużą skalę stosuje się właśnie lukarny i wykusze. Mała rzecz, a cieszy.

Opublikowano

80. Swetry w renifery

99 najfajniejszych rzeczy

80. Swetry w renifery

Moje niespełnione marzenie w kategoriach prezentu gwiazdkowego. Zasadniczo swetry (liczba poj. sweter) są w czołówce, jeśli chodzi o najfajniejsze części garderoby (obok kalesonów czy flanelowych koszul), a kolorowe wzory i renifery na piersi dodają im dodatkowego uroku. Jakby tego było mało dodatkowe punktu do fajności dodaje swetrom w renifery ich sezonowość. Niestety swetroworeniferowa oferta jest w dalszym ciągu taka sobie — renifery są zwykle albo kaprawe, albo dziecinne, albo nieprzyzwoite, choć muszę przyznać, że nie jestem z tych, którzy mają czas, siłę i motywację, by szczegółowo i skrupulatnie przeszukiwać swetrzane kolekcje.

Opublikowano

82. Mitochondrium, czyli zielona kanapka, która mnie pozdrawia

99 najfajniejszych rzeczy

82. Mitochondrium, czyli zielona kanapka, która mnie pozdrawia

Jakie mitochondrium jest, każdy widzi — można by napisać. No właśnie nie każdy, a w zasadzie mało kto. Samo mitochondrium jest jednak jedynie wstępem do zabawnego gagu związanego z istotą fajności pozycji 82. Jest też oryginalnym tematem pracy anonimowego internauty w nieistniejącym już serwisie Maziaj.pl [*]. Serwis był właściwie nieustającą interaktywną grą bez nagród i sensu, ale można było sobie pomaziać. Jedna osoba wymyślała temat, a druga ten temat rysowała, kolejna natomiast na podstawie tego rysunku wymyślała niejako kolejny temat, próbując opisać to, co widzi na obrazku. Czasem wychodziły z tego bardzo zabawne mitochondria, zwłaszcza kiedy historie poszczególnych łańcuszków można było śledzić na bieżąco. Niestety z czasem serwis zaczął zmagać się z trollami wypisującymi brzydkie rzeczy o papieżu i przez brak skutecznych mechanizmów moderacyjnych rzecz wkrótce upadła. Przez tych kilka tygodni była to niewątpliwie najfajniejsza rzecz w internecie. Gdybyście jeszcze nie wymyślili, tematem pozycji 82. jest mazianie jako takie, samo w sobie.

Teraz sprawdziłem i strona nadal jest i śmiga. Nadal są brzydkie żarty, ale można sobie pomaziać. Tu kilka fajniejszych przykładów z moich archiwów. Takie suche żarty, ale w paraartystycznej formie obrazkowej jakoś łatwiej przymknąć na to oko [via polscy rysownicy-satyrycy w czołowych tygodnikach opinii].

Pochodna z gruszki:
99 najfajniejszych rzeczy

Czteroipółkilogramowy arbuz a.k.a odcięta głowa ufoludka ważąca cztery i pół kilo:
99 najfajniejszych rzeczy

Usuwanie niewymierności z mianownika a.k.a pan odkurza mianownik:
99 najfajniejszych rzeczy

Opublikowano

83. Polaroid

99 najfajniejszych rzeczy

83. Polaroid

Polaroid — ten sam, który swego czasu trochę umarł, ale ostatnio trochę zmartwychwstał w nieco innym wydaniu, m.in. dzięki imitującym jego barwy instagramowym filtrom. Żeby nie było — stylizacja cyfrowych zdjęć na te polaroidowe nie jest niczym fajnym. Pokazuje za to, jak fajnym wynalazkiem był Polaroid pozwalający na natychmiastowe drukowanie zdjęć w ciekawym formacie i ekspresyjnych kolorach.

Ja z polaroidami mam kilka mglistych wspomnień z połowy lat 90., z którychś wakacji, kiedy miałem kilka lat, a ktoś miał aparat i robił nim zdjęcia. Kilka z nich powinno jeszcze gdzieś być. To zawsze była dość droga zabawa (ostatnio nawet bardziej), ale wydaje mi się, że podobnie jak w przypadku płyt winylowych fajność polaroidów jeszcze długo nie pozwoli odejść im w zapomnienie.

Opublikowano

84. Total Shreds

99 najfajniejszych rzeczy

84. Total Shreds

Kolejna pozycja, która może brzmieć egzotycznie, ale wierzę, że sama idea nie jest wam obca. Total Shreds to co prawda nie nazwa zjawiska, a jednego z bardziej popularnych youtube’owych kanałów, które się procederem zajmują. Z braku lepszego określenia, postanowiłem więc wykorzystać tę nazwę, która po przetłumaczeniu na polski (~”całkowite odarcie”) całkiem nieźle oddaje, o co chodzi.

A w telegraficznym skrócie chodzi o odarcie teledysku muzycznego z muzyki. Nie jest to jednak ani a cappella, ani klip bez dźwięku. Poza wspomnianym odarciem dopasowuje się bowiem do scen w klipie odgłosy faktycznie odpowiadające temu, co pokazywane jest na ekranie, a bywa, że niektóre wersje fabrykują nawet wokal. Proceder zakrojony jest dość szeroko, ale najbardziej ikonicznym przykładem pozostaje wersja nadto ekspresyjnego „Dancing in the Street” Bowiego i Jaggera, z której zresztą pochodzi ujęcie powyżej.

Twórcy nie oszczędzają nikogo: jest więc „Smells Like Teen Spirit”, „Gangnam Style”, „The Hardest Button to Button” Stripesów, „Happy” Pharrella czy „Anaconda” Nicki Minaj. Oczywiście, jak to w internecie, jest sporo średnich czy słabych rzeczy, ale te najlepsze są naprawdę fajne.

Opublikowano

85. RYM, czyli muzyczny filmweb dla ogarniętych ludzi

99 najfajniejszych rzeczy

85. RYM, czyli muzyczny filmweb dla ogarniętych ludzi

Zabawki dla dorosłych ostatecznie wygrywają z zabawkami dla dzieci, chociaż właściwie nie do końca. Mało kto na Rate Your Music jest bowiem tak naprawdę dorosły i nie chodzi mi tu o faktyczny wiek, a o dalece zbyt poważne traktowanie kwestii, które są zwyczajnie mało istotne. To swoją drogą mogłoby znaleźć się w tym zestawieniu na osobnej lokacie, jeśli byłbym choć trochę bardziej ironiczny. Nie będę opisywał o co w RYM-ie chodzi, to, uznaję, jest chyba całkiem jasne — ocenia i kataloguje się muzykę. Można też w dowolnym miejscu dodać tag, dopisać komentarz albo recenzję. Recenzję może napisać każdy i czasem jest to elaborat na 20 stron, a czasem jedno zdanie. Oczywiście, jak to w internetach, jest na RYM-ie sporo ludzi, którzy mają coś do przekazania i potrafią ubrać to w słowa, ale też sporo miernoty i trolli. Niemniej jednak specyficzne poczucie humoru i nawet bardziej specyficzny, ale jednak po stronie szeroko pojętego ogarniania rzeczywistości, gust (Natural Snow Buildings anyone?) robią robotę. RYM jest fajny.