Opublikowano

96. Zachód słońca na Marsie

99 najfajniejszych rzeczy

96. Zachód słońca na Marsie

Ziemskie zachody słońca są odrobinę bardziej spektakularne, ale zachód słońca na Marsie rzuca nowe spojrzenie na Czerwoną Planetę, a mianowicie oswaja ją, czy raczej próbuje oswoić, bo z jednej strony uzmysławia nam, że Mars potencjalnie jest miejscem podobnym Ziemi, z drugiej pokazuje, że to miejsce zupełnie inne. Naukowcy nadal nie wiedzą, dlaczego marsjańskie słońce ma niebieskie zabarwienie. Ale nawet bez tego można na Marsie poczuć się obco — marsjańskie słońce jest odrobinę mniejsze od ziemskiego. Poza Marsem, gdzie już odrobinę się zadomowiliśmy, udało nam się jeszcze sfotografować powierzchnię największego księżyca Saturna — Tytana. Rzecz jasna widzieliśmy też słońce z Księżyca oraz ziemskiej orbity. Niemniej jednak czekamy na więcej!

Opublikowano

97. Bańki mydlane

99 najfajniejszych rzeczy

97. Bańki mydlane

Mała rzecz, a cieszy. Te słowa idealnie oddają esencję baniek mydlanych, które poza tym, że rzeczywiście cieszą, są mimo wszystko pozycją dość ambiwalentną, z tego chociażby tytułu, że ludzie nie znają umiaru — bańki mydlane, jeśli już są częścią jakiejś stylistyki, zazwyczaj lądują w photoshopowej tęczowej krainie szczęśliwości, a latem na co drugim rogu można natknąć się na kolesia, który przy pomocy perwersyjnego oprzyrządowania próbuje wyprodukować bańkę rozmiaru małego słonia. A tymczasem istota baniek kryje się w ich prostolinijności — na powierzchni cienkiej błony możemy znaleźć nierzadko nowy wspaniały świat. Ta nienachalna doskonałość baniek nieuchronnie łączy się z ich ulotnym charakterem. Całe szczęście.

Opublikowano

98. Webdriver Torso

99 najfajniejszych rzeczy

98. Webdriver Torso

Niewątpliwie najfajniejszy kanał na YouTube musiał odmeldować się w zestawieniu. Webdriver Torso, zaskakujący różnorodnością (choć nie kształtów, ani tym bardziej nie barw) i ilością upublicznianych materiałów — do lipca pojawiło się na nim ponad 330 tysięcy filmów o długości wahającej się od 11 sekund do 25 minut, subskrybuje ponad 75 tysięcy osób (w tym ja, dwukrotnie!), a wszystkie materiały obejrzano ponad 11 milionów razy. Tajemniczy kanał zawiera niemal wyłącznie (z trzema istotnymi wyjątkami) zmieniające się grafiki czerwonych i niebieskich prostokątów (próbka powyżej). Pierwszy z wyjątków, tmpRkRl85, to jedenastosekundowe wideo, w którego drugiej części gościnnie pojawia się tańczący Rick Astley, drugi, 00014, przedstawia Wieżę Eiffela, podczas gdy trzeci 0.455442373793, który można obejrzeć jedynie we Francji za opłatą 1,99 euro uiszczoną za pomocą francuskiej karty kredytowej, jest odcinkiem amerykańskiej kreskówki dla dorosłych Aqua Teen Hunger Force. To nie przypadek — większość filmów na Webriver Torso w lewym dolnym rogu opatrzonych jest tytułem aqua.flv.

Najbardziej prawdopodobna hipoteza dotycząca Webdriver Torso jest taka, że to obcy próbują skomunikować się z ludzkością za pomocą zrozumiałych dla nich (i dla nas?) symboli. Jedną z poszlak był komentarz zostawiony przez Webdriver Torso — „Matei is highly intelligent”. Gdy przez kilka miesięcy poszukiwania Matei nie przyniosły rezultatów, WT wyznał wreszcie, że „I am Matei”. Co więcej po wpisaniu frazy „webdriver torso” w Googlach, te zaczynają szaleć. Nie bez powodu — Webdriver Torso, niewątpliwie najfajniejszy kanał na YouTube, służy firmie do testowania na bieżąco jakości udostępnianych na platformie filmów. Mimo wszystko głęboko wierzę, że nie wyklucza to wcale hipotezy o wiadomościach od obcych.

Opublikowano

99. Festiwale muzyczne

99 najfajniejszych rzeczy

99. Festiwale muzyczne

Na temat należy spojrzeć ogólnie, ale jednak dość wybiórczo. Z tego też powodu festiwale muzyczne otwierają cykl, zamiast ją wieńczyć. Bo z jednej strony mamy festiwale bardzo archetypiczne — jeszcze kilkanaście lat temu jako pierwszy do głowy przychodził Krajowy Festiwal Piosenki Polskiej w Opolu powołany do życia w atmosferze ogólnej ekscytacji jako impreza muzyki bądź co bądź młodzieżowej w 1963 roku. Dalej był Jarocin, w latach 80. i 90. matecznik polskiego punku, jeden z najbardziej wyrazistych ośrodków kontrkultury czasów PRL-u. Były i inne, ale bardzo odległe czasowo lub terytorialnie (a nierzadko i jedno, i drugie, jak w przypadku legendarnego Woodstocku latem ’69) — nazwą, która pojawiała się jednak najczęściej w charakterze synonimu współczesnej alternatywy było Glastonbury. Polska jednak w ciągu ostatnich dziesięciu lat zmieniła się i w tej materii — od kiedy Open’er wyrósł na naczelną muzyczną imprezę sezonu młodego pokolenia, jak grzyby po deszczu zaczęły pojawiać się kolejne i wachlarz ten z roku na rok rozszerza się we wszystkich kierunkach. Są festiwale plenerowe i festiwale halowe, miejskie i podmiejskie, alternatywne i popularne, jedno- i wielodniowe, skoncentrowane i rozproszone. Nie wspominając nawet o festiwalach jazzowych czy muzyki poważnej, których tradycje organizatorskie nierzadko przebijają nie tylko wspomnianego Open’era, ale i Jarocin, i Opole.

Na festiwalach bardzo często bywa się nie dla samej muzyki i może być to równie fajne, co rozczarowujące, a bywa że i odstręczające. Od festiwalu wszak nierzadko niedaleko do festynu, a wówczas postrzeganie tu i teraz współfestiwalowiczów może ulec diametralnej zmianie. Festiwale mogą być rzecz jasna doświadczane z godnością i bez wysiłku, ale jeśli mówimy o kilkudniowych plenerowych maratonach, brak choćby odrobiny szaleństwa może takiej imprezie odebrać cały urok. Bywa jednak, że urok odebrany zostaje brutalnie np. przez nieoczekiwane załamanie pogody — wtedy przynajmniej jest co wspominać. Ja nigdy nie zapomnę masy gnijącego od upału błota szczelnie wypełniającego pole namiotowe na pamiętnym Open’erze w 2012 roku. Od tego czasu mocne postanowienie każe mi się trzymać od pól namiotowych z dala, przynajmniej na festiwalach — na wszelki wypadek. Ale wtedy też wypiłem najlepsze piwo w życiu — przemoknięty do cna podczas oberwania chmury przed koncertem Mumford & Sons — ciepłego Kamelota z Černej Hory, siedząc w bagażniku samochodu na parkingu festiwalowym. Było warto.

Pozostaje jeszcze kwestia pojęcia i poczucia fajności samych festiwalowiczów, które inaczej kształtować się będzie na Offie czy Open’erze, a inaczej na Wratislavii Cantans czy Warszawskiej Jesieni. Za niejednoznaczności, które jednak dają sporą swobodę interpretacji tematu, miejsce 99.