Opublikowano

Wyznanie maski

Wyznanie maski

Yukio Mishima, „Wyznanie maski”, wyd. Państwowy Instytut Wydawniczy, 2019


Yukio Mishima uwodzi i porzuca czytelnika. Niby zaklina się, że nie robi tego celowo, ale koniec końców nie może wyprzeć się winy, która leży w jego naturze. Czyni to samo, co jego bohater i mętny stan jego umysłu nie stanowi okoliczności łagodzących. To ponoć powszechna opinia — podzieliła ją w posłowiu także tłumaczka pierwszego polskiego wydania Beata Kubiak Ho-Chi — że z początku „Wyznanie maski” wciąga i magnetyzuje, by w końcówce wytracić tempo i urwać się, zanim cokolwiek zdąży się wyjaśnić. Czytelnik zostaje porzucony i zostawiony bezradny sam sobie. Niby wie, jaki musi być dalszy ciąg tej opowieści, ale jednak historia życia samego Mishimy, który „Wyznanie” uczynił czymś w rodzaju swojego autobiograficznego pamiętnika, nie daje się zgodnie dopasować do jego literackiego preludium. Nie da się ukryć, że autor w młodym wieku osiągnął mistrzostwo autokreacji — pytanie brzmi, czy osiągnął to na papierze, czy w prawdziwym życiu. Jego maska pozostaje nieprzenikniona, a postać za nią skryta — niewyraźna. Z tego wszystkiego „Wyznanie maski” bardzo wyraźnie weszło mi w głowę, wywołując pewien nieprzyjemny, niedookreślony niepokój — powodowany być może irracjonalną troską o dalsze losy targanego wewnętrznymi sprzecznościami bohatera. To fascynujący, brutalnie przerwany opis, jak określił to później sam Mishima, autoterapii. Zanim jednak do tego dochodzi, trudno z narratorem utworu się nie zaprzyjaźnić — zachowując jakiś dystans, ale nie większy niż gdybyśmy poznali w szczegółach uczucia i myśli pierwszej napotkanej osoby. Kōchan trochę asekuracyjnie, a trochę ostentacyjnie pozycjonuje się jako freaka, ale spod tej (kolejnej) maski wyziera wrażliwy człowiek z umysłem, duszą i ciałem, które dorastając, próbuje scalić w pełnego siebie na kanwie kolejnych miłosnych rozterek. Mishima skrywa się za maską nie tylko z powodu autokreacji, ale także dlatego, aby swobodnie pisać o tym, co najbardziej ludzkie, a przez to intymne i zwłaszcza w powojennej Japonii — tabu. Czyta się go znakomicie, także za sprawą pierwszorzędnego przekładu, przewyższającego znacznie językowo dawne wydanie „Ballady o miłości”, które swego czasu czytałem, a które mnie Mishimą na jakimś poziomie rozczarowało. Tu o rozczarowaniu nie może być mowy. Jest niedosyt, być może tęsknota, że młodzieniec, którego empatycznie przytuliłem do piersi, wyrwał się, uciekł i zniknął, by już nigdy nie powrócić.

Wyznanie maski

Opublikowano

Carlowi Sandburgowi

ja

Carl Sandburg

Szukając siebie, potykam się co rusz o Carla Sandburga, który sprawił, że jako dorosłemu człowiekowi, słowa zaczęły układać mi się jakby inaczej —
uwielbiam swoją żółtą książeczkę i ściskam ją w dłoni, ilekroć czuję zawód monotonią codziennego życia.

Kartkując żółte, jak kukurydza, o której śnił pewien farmer z Illinois, kartki, zerkam to na nieśmiele nadrukowane wersy, to za okno, gdzie dzieje się życie.
Ktoś inny wygląda na to z okna szarej kamienicy z naprzeciwka, a jego myśli zakrywa chmura dymu papierosowego.

Im dłużej wytężam wzrok i umysł, a nie potrafię przez nią przejrzeć, tym mocniej ściskam żółtą książeczkę i tym milej wspominam Carla Sandburga, który to potrafił.

Opublikowano

Żart

Żart

Milan Kundera, „Żart”, wyd. W.A.B., 2014


Trudno wyczuć, kiedy Milan Kundera żartuje sobie z czytelnika, a kiedy jest zupełnie poważny, ale trzeba skubańcowi oddać, że jego debiut literacki to „hell of a book”, jak (być może) powiedzieliby Anglosasi. Zaczynając od tego, że tytułowy żart jest wielopłaszczyznową osią całej tej historii — szerzej — według Kundery (całkiem zresztą słusznie) jest naturalną właściwością zorganizowanego społecznie życia ludzkiego, a może i nawet ludzkiego losu w ogóle. To wszystko przekłada się oczywiście bardzo zręcznie na koleje losu głównego bohatera, który choć niby od samego początku (historia opowiadana jest jako retrospekcja, nie do końca więc można to ocenić) zdaje sobie sprawę ze swojej roli podrzędnego trybiku w wielkiej machinie historii, uparcie nie potrafi zgodzić się na swój los. W okresie siermiężnego stalinizmu ze względu na głupi żart zostaje wydalony z partii i ze studiów na praskim uniwersytecie. Ta degradacja odwraca jego życie do góry nogami i po drabinie swoich aspiracji może wspinać się od tej pory już jedynie żartobliwie. Kundera wykorzystuje tę okazję do nakreślenia wybornej satyry na rządy partii i twardy socjalizm. Aż dziw bierze, że udało mu się tę powieść w 1967 wydać oficjalnie w jego rodzimej Czechosłowacji — trafił później oczywiście na indeks, ale wciąż!

To jednak jedynie punkt wyjścia (choć formatywny dla głównego bohatera, który zmuszony jest zweryfikować swoje młodzieńcze ideały i dążenia) dla rozważań o naturze bardziej egzystencjalnej i uniwersalnej — od socjalizmu Kundera płynnie przechodzi do słowackiego folkloru, który z kolei staje się trafnym komentarzem i ustroju, i społeczeństwa, aby dalej snuć romantyczne wizje o prawdzie i przeznaczeniu, które jednak szczęśliwie sam zawsze w porę rozbija o niejednoznaczności i przypadki. Jest życiowy, nie zadowalają go truizmy, nawet w chwilach egzaltacji. Ustami czwórki różnych bohaterów przedstawia doskonale logicznie umotywowane i psychologicznie sportretowane strony tej samej historii. I właśnie w momentach konfrontacji różnych postaw i punktów wyjścia jego kunszt wznosi się na wyżyny. Beztrosko, żartobliwie (jako namiestnik tytułowego „bohatera”) wykazuje, jak wszystko jest względne, poza tym jedynie, że „nikt nie naprawi krzywd, które wyrządzono, ale wszystkie krzywdy ulegną zapomnieniu”.

Żart

Opublikowano

Leave Fiona Apple alone!

Fiona Apple

Fetch the Bolt Cutters pod lupą

Fiona Apple po ośmioletniej przerwie wypuściła w piątek nową płytę. „Wypuściła” to słowo najodpowiedniejsze, niemalże dające się odczytać jako „wymsknęła jej się z rąk”, ale niezupełnie. Wypuściła, jak wypuszcza się gołębia pocztowego z ważną informacją po wielu latach rozłąki ze szczytu nieczynnej latarni morskiej na samotnej odległej wyspie, z niepewnością, czy i do kogo ta wiadomość dotrze. I kiedy. Jak wypuszcza się list w butelce. Szczelnie zakorkowany, ale ze świadomością kruchości i losowości tego aktu. Ale tak właśnie ktoś taki jak Fiona Apple mógłby wypuścić wiadomość taką jak Fetch the Bolt Cutters.

Kiedy jednak butelką czy tam gołębiem Fiony Apple jest internet, „kiedy” zamienia się w „natychmiast”, a „ktoś” staje się „każdym”. Zapowiedź albumu była na tyle enigmatyczna (ale dla stroniącej od mediów, klasycznej wielkolabelowej promocji i tym podobnych ustawek Apple dość typowa), że do ostatniej chwili „być albo nie być” tej płyty opierało się na wierze, że artystka dotrzyma słowa, raczej niż na realnych twardych dowodach — singlach, teledyskach, tytułach, nazwiskach, billboardach. To, co stało się w piątkowy poranek, było zupełnie niewspółmierne do tej butelki wrzuconej do morza gdzieś daleko. Owszem, Fiona nie wydała płyty niemal od dekady; pewnie, ostatnie The Idler Wheel stanowiło wzór niedoścignionej redefinicji brzmienia; tak, dzieci 90sowego niezalu, wszyscy ci samozwańczy smutni dziwacy, którzy znajdowali w ekspresji Apple ukojenie przez ostatnie ćwierć wieku, mogli poczuć dreszczyk emocji, powiew nostalgii. Ale okazało się, że Fiona nie tyle cisnęła tą butelką nonszalancko w fale, co zrzuciła ją z pasją z wierzchołka górskiego szczytu. Wraz z nią zeszła bowiem potężna lawina.

Andergrand na kwarantannie, cyfrowy niezal XXI-wieku podbudowany opiniami krytyków (i tą przesławną Pitchforkową 10-tką, pierwszą od dekady) wystrzelił, by ukoronować tę najbardziej nieprawdopodobną królową popu, jeszcze zanim druga połowa globu zdoła zaparzyć kawę i omieść wzrokiem poranne nagłówki. Wynieść na ołtarze, zanim można skonstatować, co tak w zasadzie jest wynoszone. Przerobić w pośpiechu wytrawne i nieoczywiste na gorący muzyczny fast food. Oto pokolenie „tu i teraz”, żyjące od lajwa do lajwa, od iwentu do iwentu, z wiecznym fomo na karku ustala zasady dla nas wszystkich. To ono buduje swoje pomniki, swoją historię, swoje legendy i robi to w ramach schematów, które zna, wyznaczonych jeszcze przez boomerów z Rolling Stone’a w czasach psychodeliczno-progresywnej rewolucji przełomu lat 60. i 70., ale sobie znanymi środkami. Poczucie bycia częścią czegoś znaczącego, zwłaszcza jeśli wiąże się ze swoistą ekskluzywnością — ekskluzywnością chwili (dyktującego warunki „tu i teraz”), bierze górę nad oceną faktycznego znaczenia. To, co zostanie z Fetch the Bolt Cutters jutro, jest na swój sposób abstrakcyjne i odległe. Bo jutro płytę może wydać Travis Scott albo Rihanna. Tak samo w zeszłym roku przerobiono Norman Fucking Rockwell Lany del Rey. I tak jak wówczas nie dziwiłem się sceptykom, którzy na pędzący pociąg z hype’m Lany del Rey uparcie nie chcieli wskoczyć, tak samo rozumiem maruderów wobec nowo odkrytego przez masy geniuszu Fiony Apple. Mimo że tej drugiej sam z nadzieją wypatrywałem od lat. Internetowe fale hajpu charakteryzują się zresztą podobnym przebiegiem, co analogiczne fale hejtu. Równie błyskawicznie i bezrefleksyjnie lajkujemy i wyrażamy zachwyty, co odsądzamy od czci i wiary, wyklinamy, wytykamy. O ile współczesna wielkoformatowa krytyka muzyczna straciła jaja lata temu, posługuje się okrągłymi słowami i coraz częściej szuka pozytywów w kontekście nagrania niż w nim samym, o tyle dzieciaki ze smartfonami w tańcu się nie pierdolą. I tutaj także kontekst jest wszystkim, choć na zupełnie innym poziomie. Nie popkulturowe brednie, które za kilka lat stracą jakikolwiek sens względem oceny i interpretacji, a post-popkulturowy szum o sile przekonywania opartej na „tu i teraz”, do najbliższego festiwalu muzycznego, kolejnego wahania nastroju. Nie naigrywam się, nie wytykam palcem, rozumiem to i znam.

Nie zrozumcie mnie źle, jeśli ktoś w świecie szeroko pojętego popu zasługuje dzisiaj na uznanie i zaszczyty, to jest to bez wątpienia właśnie Fiona Apple. Trudno jednak, jeśli ma się przekonanie, że rozumie się, z czego biorą się introwertyczność, samotniczość, gniew i antysystemowość życia i twórczości Apple, przymknąć oko na tę rozrzutną dysproporcję pomiędzy twórcą i jego dziełem a jego przyjęciem i konsumpcją. Przewrotny żart cyfrowej epoki dobrobytu, w której każdy jest dziennikarzem, każdy jest twórcą i każdy ma na wyciągnięcie ręki dowolne utwory i źródła. Epoki, w której to uwaga i czas są walutą, dostępność nie jest już barierą. Kotwicą, która niegdyś sprawiała, że pomimo chęci, pożądane zasoby pozostawały niedostępne i siłą rzeczy uwagę trzeba było poświęcać tym już nabytym. Ale o ile wspomniana Lana del Rey pozostawała dzieckiem epoki streamingu, Fiona Apple przybyła do słuchaczy w cyfrowej formie z czasów zamierzchłych, gdy premier płytowych wypatrywało się na fizycznych regałach lokalnych sklepów, gdy pierwsze dni po wypuszczeniu płyty były decydujące na tyle, na ile zdyscyplinowani byli fani, a radiostacje nakręcały sprawę, grając pierwsze single i emitując reklamy. O ile inaczej celebrowało się wówczas takiego przywiezionego ze sklepu cedeka, jakże inaczej pachniała drukowana poligrafia niż PDF-owe liner notesy, o ile dłużej taka płyta pozostawała w odtwarzaczu. Było zupełnie inaczej, co nie znaczy oczywiście lepiej albo gorzej, zwłaszcza że celebrowanym materiałem równie dobrze mógł być album Baha Men, który z braku laku zalegał później w discmanie przez długie lata. Coś za coś.

Fetyszyzacja przeszłości to, obok cyfrowej stadnej ekscytacji, etap, który ja sam mam już dawno za sobą. Zastanawiam się jedynie głośno, co tracimy, a co zyskujemy, konsumując Fetch the Bolt Cutters na kolanie, podczas gdy to bez wątpienia muzyka, która nie ma wcale minimalnej daty trwałości. Posłuchajcie The Idler Wheel, Extraordinary Machine, When the Pawn — żadnej z nich upływ czasu nie odjął adekwatności. Emocjonalny nonkonformizm Apple odziany w szaty mrocznego kabaretu jest osadzony poza czasem, poza trendami, poza fomo. Więcej — jest ich przeciwieństwem. Muzyka Apple oczywiście nie da się zamknąć w cyfrowej klatce „tu i teraz”, będzie tworzyć kolejne osobiste uniwersa dla setek jej admiratorów przez wiele lat. Oczywiście, każdy ma prawo słuchać muzyki, jak, kiedy i gdzie chce i intencje twórcy nie są wcale jakkolwiek wiążące. Mimo wszystko mam wrażenie, że można oddać tej płycie sprawiedliwość lepiej niż one-linerem opublikowanym pośpiesznie w mediach społecznościowych.

If you don’t have a date, celebrate!
Go out and sit on the lawn and do nothing
Cause it’s just what you must do and
Nobody does it anymore

Opublikowano

Jak przestałem kochać design

Jak przestałem kochać design

Marcin Wicha, „Jak przestałem kochać design”, wyd. Karakter, 2015


Marcin Wicha zna się na designie, jest spostrzegawczy i ma lekkie pióro. Więcej — naturalną zdolność, by swoje spostrzeżenia, niezawieszone przecież w próżni, ubierać w anegdoty. Czy może raczej — nie rozbierać ich mimowolnie z kontekstu, który też ma swój ciężar, dzięki czemu „Jak przestałem kochać design” rezonuje z czytelnikiem, nawet jeśli ten o designie nie wie nic. Owszem, są to czasem opowiastki dość insiderskie, ale w każdej kolejnej, inside może być ktoś inny. Forma sprzyja zresztą inkluzywności. Wicha jest językowym minimalistą. Pisze tyle, ile powinien. Rzadko więcej. A jego książka składa się z modułów, które akurat on czy jego wydawca poukładali w trzech częściach w kolejności, która wydaje się raczej intuicyjna niż konieczna. Czytelnik może dowolnie te moduły przekładać, pomijać nawet, jeśli okaże się, że akurat w przypadku tego czy tamtego jest za bardzo outside. Bo Wicha nie prowadzi za rękę. Puenty pojawiają się tu przy okazji, często w niedopowiedzeniach, czasem wprowadzane są w bieg tekstu niejako tylnymi drzwiami, by dopiero po ostatniej kropce objawić się czytelnikowi. To książka dialogująca. Wydawca użył na obwolucie słowa „finezyjna”, które wcale nie wydaje mi się nie na miejscu. Podobnie jak „Rzeczy, których nie wyrzuciłem” i tutaj czyta się Wichę fenomenalnie — jednym tchem, ale paradoksalnie dlatego, że jest tu dużo przestrzeni na swobodny oddech.

design

Opublikowano

Wiosna nas ominie

Wiosna

Wiosenne drzewo Schielego

Znów nie założę lekkiego płaszcza — pomyślałem nieopatrznie, zaglądając do szafy w któryś z pierwszych dni polskiego koronawirusa. Przeraziła mnie ta myśl na wielu poziomach. Ludzie umierają, tracą pracę, a ja w ten sposób. Gdybym chociaż był ofiarą mody, można by pewnie spojrzeć na mnie łaskawiej. Z pobłażaniem. Mimowolną refleksją, że najwyraźniej nie można mi już pomóc.

Wyczerpały mi się baterie w lampce w kształcie wieloryba-ducha. Mam zamienniki w drugiej szufladzie kredensu. Albo trzeciej, zależy z której strony liczyć. No i te zamienniki. Jeśli wykorzystałbym je teraz, mógłbym nie mieć kolejnego kompletu na później. Gdy moja lampka-wieloryb wyczerpałaby następne dwie baterie, zostałbym z niczym. W ciemności. Musiałbym rozważyć co najmniej wyjście do sklepu na dole.

Trudno o sytuację bardziej surrealistyczną niż wizyta w spożywczaku w trakcie epidemii . To dwa kroki stąd, a jednak wyprawa. Trzeba pilnować każdego ruchu — skrupulatnie przemyśleć listę zakupów, wybrać odpowiedni outfit. Czy nie za wcześnie na maseczkę? W mediach mówili, że to dla tych, którzy są już chorzy. Choć też zależy na którym kanale. A jeśli mnie wyproszą? Albo, nawet gorzej, nakapują do Sanepidu, że coś ze mną nie tak? W ciasnych alejkach trudno upilnować odległość, zwłaszcza jeśli co rusz napiera na ciebie starzec, któremu najwyraźniej wszystko jedno, a chwilę później wbrew wszelkim założeniom i poza jakimkolwiek protokołem spotykasz kobietę kaszlącą na jogurty. Oho, widzi cię, bo zmienia trajektorię kaszlu. Przez cały czas bacznie obserwujesz innych i jesteś obserwowany. W jednej chwili z ofiary możesz przeistoczyć się w napastnika zupełnie wbrew wszelkiej logice, swoim intencjom i wymiarowi całej sytuacji. Biedna kaszląca, biedne jogurty, biedny ja.

Wiemy już, że z kina apokaliptycznego, epidemicznego, wojennego nie dowiemy się, że najpierw kończy się papier toaletowy. I że to trochę wstyd, tak się dać ponieść owczemu pędowi przy całej tej racjonalności, którą sobie przypisuję, ba!, chełpię się nią, gdy inni panikują. W głębi siebie rzecz jasna. I zachowując rzeczowy ton w rozmowach telefonicznych z matką (wtedy się w tej racjonalności utwierdzam i wzrastam). Ale co jeśli rzeczywiście nie uda się tego papieru zdobyć przez jakiś czas. Głupio mi, ale wrzucam do koszyka, póki jeszcze jest. Czy innym wrzucającym też jest głupio?

Słyszałem o tych wszystkich imprezach online, gdzie można bez przeszkód się gromadzić, ocierać nawet (jeśli komuś brakuje komunikacji miejskiej w godzinach szczytu i koncertów chujowego hip hopu), ale jakoś tak wyszło, że sam jeszcze na żadną nie trafiłem. Brakuje mi trochę prawdziwych ludzi, ale staram się doceniać tę sposobność (swoją drogą — niezłe słowo na coś, na co nie ma się wpływu), by zwolnić. Więc jak na razie wzorowo marnuję ten czas. Pierwszy dzień home office’u był jak Gwiazdka! Być w pracy i zrobić pranie? Komu mogę podziękować, kogo uściskać? Cofam, ściskać się teraz nie wolno. Mimo tych małych radości konsekwentnie czuję się jednak jakiś przeżuty. Ale cóż. Co rusz podejmuję małe próby, by ten marazm przezwyciężyć. I nerwicę. Bo okazuje się, że mam nerwicę. Może i mam.

Zalałem sobie właśnie herbatą biurko i podbiurcze. Niech będzie, że w ramach puenty.

Opublikowano

1Q84

1Q84

Haruki Murakami, „1Q84”, wyd. Muza, 2010-11


O Murakamim mówi się różnie — są tacy, którzy wypatrują jego nazwiska na liście nominacji Komitetu Noblowskiego i tacy, którzy wymieniają je jednym tchem z Paulem Coelho. Mnie w przeciwieństwie do Coelho, którego znam głównie z memicznych cytatów, Murakami musiał złowić — przede wszystkim tym, że jest najbardziej znanym współczesnym pisarzem japońskim — najszerszym kanałem dostępowym do tamtejszej literatury. Nie musiał mnie jednak ująć, a tymczasem jego zręcznie zbudowane światy low fantasy zrobiły na mnie wrażenie — jeden z nich — z „Kafki nad morzem”, z wątkiem uroczego staruszka rozmawiającego z kotami, trwale zapisał się jako piękne wakacyjne wspomnienie, które z uporem maniaka kilkakrotnie próbowałem przywrócić do życia w nowej inkarnacji kolejnymi pozycjami z bibliografii pisarza. Z różnym skutkiem.

Ostatnią z prób było trzytomowe „1Q84”, które przez lata nęciło mnie obietnicą niesamowitej fantastycznej przygody na, bagatela, tysiącu pięciuset stronach po równo rozpisanych na dwie główne postaci — trenerkę personalną/morderczynię oraz matematyka/literata, których główna intryga splata do tego stopnia, że aż lądują w równoległej rzeczywistości, w której nic nie jest takie, jakie się wydaje. Dla mnie z kolei była to, a przynajmniej miała być, wakacyjna przygoda przed dwoma laty, porzucona jednak wpół drogi, ale podchwycona w zeszłym roku, a zakończona w trzecim tomie dopiero teraz myślą, że nie mogę sobie pozwolić na kolejne wakacje pod egidą tej monumentalnie rozpisanej, ale momentami potwornie ciągnącej się historii — chciałem się z niej wyplątać jak najprędzej, podobnie zresztą jak jej bohaterie. Nie wiem, czy to kwestia rozpisania tej konkretnej opowieści inaczej niż reszty książek Murakamiego, czy mojego ewoluującego wyczucia literackiego, ale „1Q84” było przeprawą cokolwiek nierówną.

W każdym z trzech tomów akcja wyraźnie przyśpiesza w końcówce, by następnie zredukować się do poziomu obyczajowego czytadła z początkiem kolejnego. To, co wcześniej w prozie Murakamiego ujmowało — jego styl opisywania rzeczywistości był przejrzysty, uporządkowany i zasadniczy, w tej skali przytłaczało powtórzeniami kolejnych monotonnych schematów. Zresztą im bliżej końca, tym historia miała do zaoferowania mniej fajerwerków — tajemnice zręcznie nakreślone w pierwszym tomie, w drugim, mimo ostrożności pisarza, rozpracowane zostały do tego stopnia, że trzeci, mimo obietnicy kolejnych odkryć, prowadził jak po sznurku do prostolinijnego finału — czegoś, czego u Murakamiego, pisarza chronicznie bez pomysłu na to, jak kończyć swoje powieści, wcześniej nie doświadczyłem. O ile więc sama kreacja intrygi w równoległym na wpół fantastycznym uniwersum udała się pisarzowi całkiem dobrze, o tyle ograniczenia jego własnego tworu sprawiły, że im bliżej czytelnik był jego rozwiązania, tym bardziej postępująca klaustrofobia fabularna mieszała się tu z banałem. Myślę jednak, że byłby to całkiem niezły materiał na ekranizację anime, które potrafiłoby w ramach wypracowanej stylistyki, nie tylko to brzmię udźwignąć, ale może nawet obrócić je w atut. Ja jednak jako czytelnik poczułem się co najmniej wykorzystany. I choć skłamałbym, twierdząc, że nie było chwil, gdy pochłaniałem kolejne strony z młodzieńczą ekscytacją, pamiętam też te, kiedy apatia i powtarzalność odbierały mi chęć do kontynuowania tej historii na długie miesiące.

1Q84

Opublikowano

Wymiary życia

Wymiary życia

Julian Barnes, „Wymiary życia”, wyd. Świat Książki, 2015


Trudno „Wymiary życia” sklasyfikować jako typową powieść — oto Barnes przywołuje mniej lub bardziej anegdotycznie trzy historie z życia pionierów aeronautyki, by następnie wykorzystać niektóre z przedstawionych wcześniej motywów jako pomoc przy przelewaniu na papier własnego żal po stracie żony. Żal, definiowany przez autora jako przeciwieństwo miłości, jest niepoliczalny, proporcjonalny do niepowetowanej straty ukochanej, a przepracowanie go to, jak sam pisze, praca na cały etat, o tyle zresztą syzyfowa, że nie da się jasno wyznaczyć jej ram, określić procedur, a nawet zidentyfikować celu. Barnes jest szczery, naturalnie błyskotliwy i wielokrotnie zdaje się trafiać w sedno. „Wymiary życia” nie tyle dodają pogrążonym w żalu otuchy po stracie w bezpośredni sposób, co oferują zrozumienie, gdy nikt inny wkoło zdaje się nie rozumieć. Wszystko to, pomimo ogromu żalu, ujęte zostało w lapidarnej formie tak, by między kolejnymi akapitami móc swobodnie wziąć oddech i samemu skonfrontować się z odczuciami autora. Tym samym mimo trudnego tematu książka nie przytłacza beznadzieją, a koi poczuciem empatii. Pomimo zróżnicowanej tematyki bez trudu zachowuje ciągłość logiczną i narracyjną, dzięki czemu ani na chwilę nie traci beletrystycznego zacięcia. Jakkolwiek może się to wydać niepokojące czy przykre, warto mieć ją na półce — tak na wszelki wypadek.

Wymiary życia

Opublikowano

2019 ✕ filmy

2019

rzutem na taśmę kończę ubiegłoroczny sezon filmowy przed ceremonią nagród akademii — sporo było w nim pozytywnych doświadczeń kinowych, szczerych emocji, urzekających interpretacji, zachwycających detali; zdarzały się i rozczarowania, ale jak zwykle skupiam się na tym, co dobre i prezentuję własną listę filmowych polecajek

2019

15. luce

reż. julius onah

nieco zdystansowany, z pozoru sztampowy, ale wyjątkowo gęsty fabularnie dramat; przede wszystkim angażujący moralnie i intelektualnie; efekt podbija ben salisbury’ego i geoffa barrowa z portishead

2019

14. knives out

reż. rian johnson

bałem się, że rian johnson poleci tu guyem ritchie’m, ale na szczęście udźwignął ciężar gatunkowy whodunit, tworząc najlepszy film tego typu ostatnich 20 lat — barwny na wzór klasycznego „clue”, zabawny w całkiem błyskotliwy sposób i wciągający w niesztampową intrygę licznymi twistami fabularnymi

2019

13. il traditore

reż. marco bellocchio

udany dramat sądowy o bezprecedensowym procesie cosy nostry na przełomie lat 80./90.; zrobiony z rozmachem, ale bez efekciarstwa; czuć oddech mafii na plecach

2019

12. les misérables

reż. ladj ly

świeże spojrzenie na uniwersalną historię przemocy pokazaną z dokumentalistycznym zacięciem na paryskich przedmieściach przez analogię do victora hugo; mocny polifoniczny głos w dyskusji o wielokulturowości

2019

11. a beautiful day in the neighborhood

reż. marielle heller

choć vogel został tu trochę uproszczony psychologicznie, hanks portretuje pana rodgersa doskonale; no i przede wszystkim to taki czarujący i ciepły film, jakich chronicznie brakuje w na wskroś cynicznym świecie; wraz z dokumentalnym won’t you be my neighbor to wspaniałe podsumowanie dziedzictwa pana rodgersa

2019

10. matthias et maxime

reż. xavier dolan

slice of life, którego osią jest niefortunne zauroczenie skutkujące napięciem w życiu grupy przyjaciół; dolan opowiada o rzeczach ważnych, ważniejszych i zupełnie nieistotnych; zdecydowany powrót reżysera do znakomitej formy; jak zwykle robotę robią klimatyczne zdjęcia i fenomenalny soundtrack

2019

9. midsommar

reż. ari aster

dziwaczny, poetycki, chory, tajemniczy, abstrakcyjny, zabawny, przerażający, amerykański i europejski; the wicker man doczekał się godnego następcy; kolejny nieszablonowy film arego astera

2019

8. the report

reż. scott z. burns

koniec końców mimo wszystko „lubimy” amerykę właśnie za to, że takimi raportami i filmami próbuje rozliczać się sama ze sobą; na pograniczu dramatu śledczego i politycznego; choć kładzie nacisk na słowo, do samego końca trzyma w napięciu; kolejna znakomita rola adama drivera

2019

7. marriage story

reż. noah baumbach

gęsty i emocjonalny, oparty na niezłym scenariuszu i świetnej aktorskiej synergii drivera i johansson z doskonałymi kreacjami drugoplanowymi; kompetentne współczesne przedłużenie kramer vs. kramer, ale mniej intymne, niż miałem nadzieję, po wcześniejszych filmach baumbacha

2019

6. bacurau

reż. juliano dornelles, kleber mendonça filho

przywołuje duchy brazylijskiej tropicalii, przechodząc od naturalistycznej codzienności odludnego miasteczka do krwawej batalii lokalsów z najeźdźcami w tradycji kwaśnego westernu; wielowymiarowe, kolorowe, szalone kino!

2019

5. little women

reż. greta gerwig

pełna uroku i wigoru, choć pokaźnie przyprawiona nostalgią, świeża adaptacja najbardziej klasycznej spośród amerykańskich powieści; gerwig czuje alcott bardziej niż ktokolwiek we współczesnym hollywood — mimochodem wpisuje w tę doskonale znaną historię swoją własną; no i saoirse ronan to najlepsza możliwa jo!

2019

4. toy story 4

reż. josh cooley

prawie zapomniałem, jak kocham toy story, ale ten seans na szczęście odświeżył mi pamięć! śmiałem się i płakałem jak dziecko — cieszę się, że seria dorasta ze mną!

2019

3. boże ciało

reż. jan komasa

najlepszy polski film przynajmniej od czasu „idy”; moralnie i emocjonalnie złożony, grający symbolami, ale nienachalnie, szukający faktycznego sacrum w świecie profanum

2019

2. dolor y gloria

reż. pedro almodóvar

introspektywny, osobisty, wzruszający, wielowątkowy, poszukujący (i odnajdujący niby przypadkiem) powiązania między przeszłością, teraźniejszością i przyszłością na wzór końca długiego dnia; najlepszy almodovar od volver, a może i w ogóle

2019

1. parasite

reż. bong joon-ho

prawdziwe pankinowe doświadczenie, z którym ostatecznie nie był w stanie rywalizować żaden inny obraz; pędzący emocjonalny rollercoaster; uniwersalna historia z nieprzewidywalną fabułą i niejednoznacznymi postaciami; współcześni nędznicy; cała przewrotna natura współczesnego kina koreańskiego w jednym filmie

Opublikowano

Tango śmierci

Tango śmierci

Jurij Wynnyczuk, „Tango śmierci”, wyd. KEW, 2018


Jurij Wynnyczuk zaczyna „Tango śmierci” niewinnie — oto przedstawia czytelnikowi w formie przekładańca dwie równoległe opowieści — obie dziejące się we Lwowie, ale w dwóch różnych kontekstach historycznych: jedna w szarej rzeczywistości Związku Radzieckiego, druga wypełniona życiem barwnych lwowskich kramów w przededniu drugiej wojny światowej. Oczywiście z biegiem akcji historie zaczynają układać się względem siebie, ale nawet zanim staje się to dla czytelnka jasne, żywe opisy dawnego Lwowa, dialogi postaci pełne regionalnych anachronizmów i fabuła przybierająca konteksty coraz to bardziej fantastyczne — robią swoje i czytelnik zostaje w lekturę wessany tak samo, jak wtedy, gdy jako dzieciaków pochłaniały nas niejednokrotnie na długie godziny jakieś wielkie zawadiackie przygodowe sagi Nienackiego czy Niziurskiego. Najbliżej w tych momentach rozkosznej barokowej łobuzerki Wynnyczukowi jednak do „Złego” Tyrmanda, jeśli chodzi i o przepych językowy, i o ferwor niemożliwej akcji. U Wynnyczuka więcej jednak melancholii i metafizyki, które spajają oba plany. Im bliżej finału, tym bardziej magiczna oś przechyla się od drugiej opowieści ku pierwszej — jedną musi spowić mrok, by drugą wypełniło światło; jeden Lwów musi skapitulować i ponieść swoją ofiarę, aby drugi mógł ożyć. Trudno prozę Wynnyczuka z czymkolwiek porównać, bo fantazja, realizm, humor i powaga mieszają się tu z rozdziału na rozdział w sposób zupełnie nieprzewidywalny. To wielowymiarowa lektura, która cieszy czytelnika przede wszystkim obcowaniem ze znakomitym tekstem. Nie byłoby jednak tej rozkoszy czytelniczej, gdyby nie rewelacyjne tłumaczenie nieocenionego Bohdana Zadury.

Tango śmierci