Opublikowano

78. „Gwiezdne wojny”

99 najfajniejszych rzeczy

78. Gwiezdne wojny</b>

Nigdy nie byłem prawdziwym fanem Gwiezdnych wojen. Nie wiem, ile księżyców miało Coruscant, ani jak na imię miał Tarkin, ale od zawsze idea świata wymyślonego przez Lucasa była mi bliska i, jak przekonałem się ostatnim czasie, nadal jest. Chociaż nowa trylogia była raczej bolesna, to oryginalne trzy filmy, zwłaszcza po remasteringu i gruntownych poprawkach, nadal robią wrażenie. Wiadomo, fabuła jest prosta jak konstrukcja cepa, ale to też przecież nierzadko integralna cecha fajności. Dla rzeczy zawiłych i wymagających intelektualnie przeznaczone są bardziej wysublimowane określenia. A tymczasem Gwiezdne wojny z Lucasem czy bez niego, w wersji którą ostatnio serwuje nam Disney czy w odsłonie Expanded Universe (vide R.I.P.) są po prostu fajne. Ulubiona postać? C-3PO, który pokazuje, że można stworzyć zabawną, ale konstruktywną postać, która nie zrujnuje pozorowanej powagi fabularnej. Ale nie ukrywam, że chciałbym zobaczyć więcej Boby Fetta. Ulubiona scena? Nieśmiertelny opening! Zawsze czuję się na nim jak dziecko.

Co więcej, jeśli zawsze chcieliście obejrzeć „Gwiezdne wojny”, ale żal wam poświęcić prawie 16 godzin na seans, polecam tę nawet lepszą wersję dwugodzinną.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *