Opublikowano

Upiorny twist

twist-600x400

Nie wybieram się dzisiaj co prawda w tournee po okolicy, by dręczyć niczemu winnych ludzi prośbami o cukierki, ale myślę, że nie pogardzę seansem jakiegoś prawdziwie upiornego filmu. By jednak wcześniej wprawić się w nastrój, na łamach Soulbowl.pl przygotowałem odpowiednio upiorną muzyczną selekcję w kształcie 10 hajlatów i 30 wcale nie gorszych niehajlajtów.


10. G-Eazy featuring Jeremih, „Saw It Coming”

„Ghostbusters” Raya Parkera Jra nie da się niczym zastąpić, więc nazywanie „Saw It Coming” promującego tegoroczny remake Pogromców duchów następcą legendarnego motywu byłoby srogim nadużyciem. Nie zmienia to jednak faktu, że „Saw It Coming” to kawałek solidnego radiowego popu z obłędnym refrenem Jeremiha mocno nawiązującym do R&B w stylu późnego Michaela Jacksona. Na pytanie „Who you gonna call?” G-Eazy i Jermih odpowiadają „I bet you never saw it coming” — i rzeczywiście mają rację.

*

9. Gnarls Barkley, „The Boogie Monster”

Aloe Blacc ma dolara w kieszeni, a Cee Lo Green — potwora w szafie, przynajmniej jeśli wierzyć deklaracjom z refrenów ich piosenek. Danger Mouse od zawsze lubował się w serwowaniu mrocznych motywów w gęstych aranżach — z jednej strony mocno osadzonych na hip-hopowych fundamentach, z drugiej zaś bezsprzecznie czerpiących z upiornego twistu lat 60. Jednym z kulminacyjnych momentów tego chwytliwego stylu był wydany w 2006 roku krążek St. Elsewhere, na którym wespół z Cee Lo z retrosoulu i oldschoolowego funku wyczarowali prawdziwie diaboliczne muzyczne przedstawienie.

*

8. Gorillaz featuring Del the Funky Homosapien, „Clint Eastwood”

Czy tylko ja nigdy nie wierzyłem Damonowi Albarnowi śpiewającemu w „Clint Eastwood” apatycznym głosem, że jest szczęśliwy i ma torbę pełną promieni słonecznych? Moją niepewność potęgował przeraźliwy syntezatorowy motyw wybijający się raz po raz ponad klasyczny triphopowy bit. Sytuacji nie poprawiał też Del the Funky Homosapien, który charyzmatycznymi (czyt. demonicznymi w nieco kreskówkowy sposób) zwrotkami doskonale dopełnia hipnotyczny refren Albarna.

*

7. Nosowska, „Puk puk”

Jeśli sądziliście, że w polskiej muzyce nie mieliśmy swoich własnych upiornych momentów, to najwyższy czas zweryfikować ten pogląd. Tytułowy utwór z wydanego przed 20-ma laty triphopowego debiutu Kasi Nosowskiej mógłby służyć za model, jak zręcznie budować grozę w muzyce pop. Mamy plemiennie pulsujący bit, wiatr wygwizdujący na skraju fałszu straszliwą melodię i opartą na na pomyśle z filmu Dzieco Rosemary porażającą kołysankę. Atmosfery horroru dopełniają szczere wyznania Nosowskiej, która nie ukrywa tego, że jest przerażona i nie zawaha się wciągnąć słuchacza do swego pogrążonego w mroku świata.

*

6. OutKast featuring Killer Mike, „Bust”

W dyskografii OutKast można by co prawda znaleźć kilka utworów bardziej bezpośrednio tekstowo nawiązujących do Halloween — z humorystycznie traktującym o problemach matrymonialnych najsłynniejszego wampira w historii „Dracula’s Wedding” na czele. Ze świecą szukać natomiast piosenki dorównującej „Bust” z wydanego w 2003 roku Speakerboxxx/The Love Below szeroko pojętą upiornością na poziomie aranżacji. Zanim na dobre zrywa się potworna nawałnica Big Boi ostrzega, że siódma pieczęć właśnie została zerwana, a duchy i gobliny błądzą wolno po Ziemi. Część z nich zaangażował zresztą najpewniej do majakowego chóru przyprawiającego żywych o dreszcze przez cały burzliwy przebieg utworu.

*

5. Screamin’ Jay Hawkins, „I Put a Spell on You”

VooDoo D’Angelo może i czarowało słuchaczy, ale z prawdziwym voodoo miało niewątpliwie niewiele wspólnego. W tym kontekście dużo większą moc mają zaklęcia rzucane przez Jaya Hawkinsa w klasycznym „I Put a Spell on You”, które doczekało się bezliku coverów i do dziś pozostaje adekwatnym elementem zachodniej popkultury. Żadna z reinterpretacji nie dorównywała jednak ekspresją wydanemu w listopadzie 1956 roku oryginałowi. Ta niesławna bluesowa ballada zapewniła nieznanemu wcześniej szerszej publiczności Hawkinsowi nieśmiertelność i dołożyła swoje trzy grosze do mojej upiornej plejlisty.

*

4. Nick Cave & The Bad Seeds, „Red Right Hand”

Także Nick Cave zbudował jeden ze swoich gotyckich przebojów na bazie upiornego twistu i złowrogo dmiącego w tle wiatru. Pierwotnie wydane w 1994 roku na płycie Let Love In „Red Right Hand” dwa lata później nie bez powodu zostało wybrane jako temat sagi filmowej Krzyk. Cave jednak nie krzyczy — jako narrator oszczędnie dozuje emocje w historii, która bierze swój tytuł z poematu łączonego niegdyś z satanizmem Johna Miltona, ale rozwija się co najmniej jak opowiadanie Stephena Kinga.

*

3. The Weeknd, „House of Balloons”/”Glass Table Girls”

„House of Balloons”/”Glass Table Girls” podwójny hajlajt z debiutanckiego mikstejpu The Weeknd brzmi może bardziej jak bliskie spotkanie trzeciego stopnia z istotami pozaziemskimi, aniżeli z wesołym diabłem, ale bardzo trudno odmówić mu przepełnionego ciemną materią gęstego klimatu, kóry można by ciąć nożem. Po części dlatego, że muzyk pożyczył potwornie przebojowy refren od Siouxsie & The Banshees, ale także dzięki wkładowi własnemu — okalającym melodię mrocznym syntezatorom i zdumiewająco przestrzennej produkcji.

*

2. Run the Jewels, „Oh My Darling Don’t Meow (Just Blaze Remix)”

Po zeszłorocznej premierze kociego arcydzieła nic nie będzie już takie samo. Nie duchy, wampiry czy zombie, a koty stoją za mrocznym i psychotycznym brzmieniem Meow the Jewels. Kocia paranoja jest zresztą ewidentnym lajtmotiwem hitowego „Oh My Darling Don’t Meow” w znakomitym remiksie Just Blaze’a, który dzięki zaprzęgnięciu w bit hipnotycznych kocich sampli wykreował klimat grozy niczym nieustępujący „Thrillerowi” Michaela Jacksona.

*

1. Michael Jackson, „Thriller”

Nastoletnie uwielbienie klasycznego kina grozy, fascynacja nieprzeniknionymi, strasznymi, tajemniczymi historiami to punkt wyjścia do koncepcyjnego przeboju Michaela Jacksona — być może najbardziej utytułowanej okołohalloweenowej piosenki w historii muzyki popularnej. Jackson z Rodem Tempertonem zawarli w niej bowiem typową dla amerykańskich slasherów naiwność, a ejtisowe syntezatory połączone z galerią klasycznych dźwiękowych efektów — od wyjącego psa po skrzypiące drzwi — dodały do utworu odrobinę nieodzownego w tym wypadku kiczu. Całości dopełnił niezastąpiony mistrz horroru Vincent Price w roli narratora, którego głos przyprawiać może o ciarki. Panie, panowie, prawdziwy thriller!


Opublikowano

52. Zanurzanie ręki głęboko w ziarnie

99 najfajniejszych rzeczy

52. Zanurzanie ręki głęboko w ziarnie

Ręka na zdjęciu powyżej nie należy może do szczególnie głęboko zanurzonych w ziarnie, a to i tak najlepsza fotografia, jaką podarował mi na tę okoliczność pan internet. Ale da się to jak najbardziej wytłumaczyć. Kto bowiem myślałby o fotografowaniu swojej ręki zanurzonej głęboko w ziarnie podczas zanurzania jej głęboko w ziarnie, chyba nigdy nie zanurzał ręki głęboko w ziarnie. A to przeżycie nadzwyczajne, doznanie z rodzaju tych niezapomnianych, które pamięta się przez całe życie. Zazwyczaj nieśmiało (i nieświadomie tego, co może czaić się w ziarnie) realizowane w dzieciństwie podczas wakacji u babci czy cioci na wsi. Dorosłym nie wypada zanurzać ręki w czyimś ziarnie. Za dużo jest tu przeszkód związanych z, powiedzmy, etykietą. Zastanawia mnie natomiast jak wiele osób obecnie na świecie posiada w swoich domach worki z ziarnem, tylko po to, by móc w dowolnej chwili głęboko zanurzyć w nich ręce.

Opublikowano

53. Wskakiwanie na krawężnik

99 najfajniejszych rzeczy

53. Wskakiwanie na krawężnik

Z pierwszej (jeszcze licealnej) lektury Dżumy Alberta Camusa zapamiętałem tylko jeden, wydawałoby się, niepozorny szczegół, a mianowicie, że dr Bernard Rieux, główny bohater powieści, przechodząc przez ulicę, „lekko wskakiwał na krawężnik”. Do książki wróciłem oczywiście jeszcze później na fali fascynacji twórczością Camusa i tylko utwierdziłem się, że owa drobnostka nie była ani niepozorna, ani nieistotna (pomimo tego, że nie stanowiła sedna powieści) — była natomiast fajna w sposób trudny do umotywowania i składnego ujęcia. Niemniej jednak właśnie dzięki takim szczegółom (a także wielu wielkim rzeczom, ale przede wszystkim jednak dzięki szczegółom) Rieux nie dało się nie polubić. Od lat moim pierwszym skojarzeniem z Dżumą (ale też zupełnie pospolitą, na szczęście obecnie już jakby mniej, dżumą) jest nie tyle obraz zbierającej śmiertelne żniwo zarazy, ale przebiegający przez orańską ulicę dr Rieux lekko wskakujący na krawężnik.

Opublikowano

54. Filmy lub książki, które kończą się całkowicie nagle i bez żadnej pointy

99 najfajniejszych rzeczy

54. Filmy lub książki, które kończą się całkowicie nagle i bez żadnej pointy

Szeroka publiczność uwielbia dzieła kompletne, do których nie da się już niczego dodać, bo wszystkie słowa zostały wypowiedziane, wszystkie gesty wykonane, a zakończenie tak szczelnie zamyka ciąg fabularny, że jeśli ktokolwiek próbowałby się w nie wślizgnąć z choćby odrobiną niedopowiedzenia, zostałby na miejscu aresztowany, postawiony przed sądem dwudziestoczterogodzinnym, błyskawicznie osądzony przez niemający wątpliwości co do jego winy specjalny trybunał i zrzucony na wieczność do najgłębszego lochu, z którego otchłani nie mógłby już mącić spokoju dzieła i jego wyznawców.

Ktoś kiedykolwiek słyszał o filmie zatytułowanym Skazani na Shawshank? Filmie, należy pośpiesznie dodać, prawdziwie pięknym, bo triumfuje w nim sprawiedliwość, bohaterom dobry los wynagradza po stokroć doznane wcześniej niesłusznie krzywdy. Właśnie względem niego wysnułem kiedyś nieśmiało tezę, że może przedstawione zakończenie nie jest jednak tak idylliczne, jak zazwyczaj chcą widzieć je widzowie. Że może Darabont zdobywa się jednak na krztynę filmowego szaleństwa i pokazuje raczej marzenie jednego z bohaterów aniżeli rzeczywiste zakończenie. Ale jak to? Wówczas historia nie byłaby kompletna, a świat milionów widzów w ciągu chwili zmieniłby się nie do poznania — zniknęłyby z niego przyjaźń, wiara, nadzieja. Nagle nie byłoby się na kim oprzeć. Doskonale. Osobiście wziąłbym parę ponadwymiarowych nożyc i uciął na negatywnie to sielskie zakończenie — gdzieś w losowym miejscu, możliwie bliżej początku. Nie mam żadnych wątpliwości, że byłby to wówczas o wiele fajniejszy film.

Opublikowano

55. Nieruchome ruszające się obrazy

99 najfajniejszych rzeczy

55. Nieruchome ruszające się obrazy

Pamiętam, że w starszych wersjach Windowsa można było ustawić jako tapetę ruchomego gifa. Co prawda obciążało to strasznie komputer, ale można było się trochę zabawić — zwłaszcza gdy miało się 11 lat, nowy komputer i zero internetu.

Pamiętam też, że gdy byłem nawet młodszy ukazywał się jakiś kolorowy tygodnik dla dzieciaków, którego maskotką był rysunkowy wąż. Nazywało się to bodaj Przygoda ze sztuką i miało ponoć pobudzać kreatywność. Ja tymczasem zawsze kończyłem lekturę sfrustrowany. Na odwrocie zamieszczano wielokolorowe grafiki bazujące na powtarzalnym wzorku i ponoć patrząc na nie w szczególny sposób, można było zobaczyć ukryty wśród tych wzorków rysunek. Mnie to zawsze przerastało i podejrzewam, że dzisiaj też bym poległ.

Powyższa grafika to fragment okładki Merriweather Post Pavilion Animal Collective — ich pierwszej i jedynej płyty, w której zakochałem się od początku do końca (choć wcześniejsze Strawberry Jam to też jak najbardziej solidna rzecz) i która została ze mną od premiery aż do dziś. Pamiętam swoje zaskoczenie, gdy po wstępnych oględzinach okładki, jeszcze na monitorze komputera, okazało się, że obrazek porusza się, choć pozostaje nieruchomy. Magia. Płytę kupiłem nieco później — zaraz po pamiętnym koncercie grupy na festiwalu w Jarocinie, gdy przyszło im występować po Kaziku na Żywo. Dla większości publiczności dzień skończył się zresztą na KNŻ i zaraz po ich występie ludzie masowo zaczęli opuszczać teren imprezy. Na Animal Collective z wielotysięcznej publiki została garstka, którą można by pewnie zmieścić do szkolnego autobusu.

Opublikowano

56. Saturday Night Live

99 najfajniejszych rzeczy

56. Saturday Night Live

Moje ulubione pozycje cyklu to te, które albo sam wymyśliłem, albo są na tyle nieoczywiste, że zostawiają mi pole do manewru, by ich fajność wskazać i opisać. Z kolei wyjaśnianie dlaczego Saturday Night Live (najwspanialszy variety entertainment show w historii telewizji) jest fajne to jak tłumaczenie rodzicom internetu — „wiesz mamo, w internecie są koty; jak klikniesz, to zaczną się ruszać; widzisz, jakie zabawne?; ludzie oglądają je w pracy”; ew. „to mysz, ma dwa klawisze; to kursor, zobacz, jak się rusza na ekranie; a to Internet Explorer, będzie twoim towarzyszem podczas internetowej przygody”. Jakkolwiek by do tematu podejść, wychodzi niezręcznie. Lepszą strategią byłoby napisanie „ja to tylko tu zostawię” i pośpieszne oddalenie się do innego zakątka sieci, ale nie na tyle daleko, by nie docierały do nas reakcje innych (jak to piszą sondażownie, a w serwisach informacyjnych po nich powtarzają) internautów. Mógłbym to oczywiście zrobić, ale musiałbym założyć, że jest ktoś, ktokolwiek poza mną, kto tu zagląda i co więcej — czyta, a to ryzykowne. Saturday Night Live ma już ponad 40 lat (aha! wartość dodana! nareszcie!) i z wyjątkiem kilku klasycznych skeczy w stylu Bożonarodzeniowego życzenia Steve’a Martina, współczesnemu odbiorcy może być trudno przebrnąć przez większość programów starszych niż kilka lat. Jakość (także komediowa) i sposób realizacji scenek w SNL trochę się przez ten czas zmieniły. Bardziej jednak zmienił się kontekst. Coś, co było zabawne w 2002 roku, niekoniecznie będzie zrozumiałe dla kogoś kto w 2002 (czy nawet w 1992) dopiero się urodził (pomijając, że ktoś taki ma teraz dopiero 14 lat, więc bawią go raczej piosenki Gagu Albanii). To oczywiste. Żeby nie zakopać się bardziej, ja to rzeczywiście tylko tu zostawię.

Opublikowano

57. Rozświetlone miasta oglądane nocą z lotu ptaka

99 najfajniejszych rzeczy

zdj. Maciej Margas

57. Rozświetlone miasta oglądane nocą z lotu ptaka

Fergie (ta podstarzała blondyna, która sprzedała szerokiej publiczności Black Eyed Peas) miała kiedyś taki teledysk — „Glamorous”. I jednym z elementów jej glamorous lifestyle było picie szampana i obserwowanie panoramy zatopionego w promieniach zachodzącego słońca miasta z okna prywatnego odrzutowca. Super hobby, pani Fergie. Poza tym było jeszcze wiele innych scen, gdzie mocno wymalowana i przestylizowana wyginała się nonszalancko przed kamerą, ale najbardziej zapadł mi w pamięci samolot przecinający wieczorne niebo. Pomyślałem, że to faktycznie glamorous — niekoniecznie część z prywatnym odrzutowcem, ale możliwość zobaczenia rozświetlonego miasta nocą z lotu ptaka. Można to oczywiście zobaczyć w teledysku przygotowanym przez NASA albo z najwyższego piętra najwyższego budynku — niezależnie od tego nocna panorama miasta robi niesamowite wrażenie.

Opublikowano

58. Piosenki, które można przeżywać

99 najfajniejszych rzeczy

58. Piosenki, które można przeżywać

Jak głosi obiegowa opinia (nie będę pisał, że kłamliwa, żeby nie wywoływać złej aury, ale tak w istocie jest) o gustach się nie dyskutuje. A nawet jeśli już to przecież gdzie styl, gdzie szyk, gdzie smak, gdy naprawdę liczą się emocje! „Nic nie szkodzi, że pan zafałszował, pan wyraził w ten sposób siebie i ja to szanuję”. Idąc dalej, nie tylko „śpiewać każdy może”, ale śpiewać każdy powinien! John Philip Sousa, lider jednej z najsłynniejszych amerykańskich orkiestr przełomu XIX i XX wieku, był zdecydowanie przeciwny rozwijającemu się wówczas prężnie przemysłowi muzycznemu, twierdząc że możliwość odsłuchania w dowolnej chwili wybranego nagrania zabije powszechne wcześniej śpiewanie — śpiewano w domach i miejscach publicznych, pojedynczo i grupowo, z akompaniamentem i a cappella, pod nosem i na cały głos w zupełnie zwyczajnych sytuacjach życiowych. Obecnie śpiewać mają dla nas profesjonaliści (eghm!), a tym bardziej niepokornym pozostaje co najwyżej karaoke (czyli gettoizacja pełną gębą). Inną kwestią jest to, że funkcje melodii przeniesiono we współczesnym popie na rytm, a ja choćbym bardzo się starał, nie jestem w stanie unieść żadnego tracka z ostatniej płyty Danny’ego Browna.

W latach 60. piosenki prześpiewywało się sporadycznie — nawet w muzyce soul i nawet jeśli piosenka była technicznie dość trudna, śpiewało się raczej prosto — stało się to niechlubną normą dopiero w latach 90., ale jeszcze w 1968 w tytułowym utworze z krążka Dziewczyny, bądźcie dla nas dobre na wiosnę w pewnym momencie Wojciech Młynarski, przed instrumentalnym mostkiem, zapowiada „Teraz będzie solo muzyczne, a ja będę przeżywał!” i ten krótki fragment kryje w sobie z jednej strony słowo-klucz do sedna całej sprawy, a z drugiej poniekąd do tego sedna bez zbędnych ceregieli dochodzi. Piosenki, które można przeżywać, to cała kategoria muzyczna. Solówki (głównie gitarowe) jako element do przeżywania nadają się oczywiście fantastycznie, ale jednak nie są podstawą rzeczonych piosenek. Podstawą są jednak melodia, tekst i rzecz jasna ekspresja wykonawcza. Od legendarnego „I’ve had the time of my life and I never felt this way before”, przez „You will always be my endless love”, „Mój sokole gromowładny, pytaj o mnie stepów sławnych”, po nie mniej utrwalone w popkulturze
„Because the greatest love of all is happening to me”
(na zdjęciu powyżej screen z brawurowej interpretacji Sandry Hüller w kapitalnym austriackim komediodramacie Toni Erdmann). „Przeżyj to sam” proponował poeta. Pójdźcie więc za jego radą i doznawajcie!

Opublikowano

59. Wpatrywanie się w księżyc tak intensywnie, że ten aż zdaje się przybliżać

99 najfajniejszych rzeczy

59. Wpatrywanie się w księżyc tak intensywnie, że ten aż zdaje się przybliżać

Fajność na granicy paranoi, przynajmniej od czasu premiery Melancholii Larsa von Triera, gdzie księżyc faktycznie się przybliżał, bo Melancholia zakłóciła jego orbitę*. Ale jeszcze przed premierą filmu patrząc na księżyc, wielokrotnie odnosiłem wrażenie, zwykle jedynie na bardzo krótką chwilę, że oto księżyc faktycznie zbliża się w kierunku Ziemi. Niedowierzanie mieszające się z ekscytacją i niecierpliwym przecieraniem oczu, czy rzecz nie jest aby jedynie iluzją. To trick, który zawsze działa — wiem doskonale, że to blef i moje oczy mnie kantują, a jednocześnie chcę znów wpatrywać się w srebrną tarczę i przeżywać za każdym razem te same małe ekscytacje i małe zawody.


* Jak się okazało, Melancholia nie tyle zakłóciła orbitę księżyca, ale sama niebezpiecznie zbliżyła się do Ziemi. To nie czyni tego przykładu mniej adekwatnym dla sprawy, ale wypada jakby mniej fajnie, bo niespełniony jest warunek idealnego dopasowania.

99 najfajniejszych rzeczy

Opublikowano

60. Nyan Cat

99 najfajniejszych rzeczy

60. Nyan Cat

Ostatnio znalazłem swoją ocenę tematu Nyan Cata z tagami #evil i #perfection (powinno być #purrfection, prawda?). Chwilę później natknąłem się na żywiołową dyskusję sprzed kilku lat, czy ten numer można traktować jako tzw. novelty, w której nie brałem udziału. Nie będę zanudzał historią, jak lecący w przestrzeni kosmicznej kot-grzanka zostawiający za sobą tęczowy ślad podbił internet i fińską dziewczynkę z porem w dłoni. Rodzice mogą nie mieć o tym pojęcia, ale umówmy się, to podstawy internetu — rzeczy, których za kilka lat będą uczyć na historii (co akurat idealnie wpisuje się w zapowiadaną całkiem nową podstawę programową!). Pokuszę się natomiast o tezę, że Nyan Cat źle zaczął. Po tym, jak mem z kotem zainfekował cały świat, powstała ta oto przepiękna strona nyan.cat, na której można było wybrać sobie język i wersję kota — wśród nich trochę wpadek i kilka absolutnych sztosów, jak chociażby cooljazzowa aranżacja, która przenosi rzecz na zupełnie inny poziom. Co więc poszło nie tak? Otóż, znajomy, nazwijmy go Edwin, podsyłając mi link, zrobił to raczej w sposób „sprawdź, ile wytrzymasz słuchając tego gunwa, hehe” aniżeli „wowowow ten kot jest grzanką i zostawia za sobą tęczę”. A tymczasem Nyan Cat jest jednym z najbardziej wpływowych kotów w internecie (którym przecież rządzą właśnie koty, duh!) obok Keyboard Cata, Pusheena i kotów, które udają chleb. To nie przelewki.