Opublikowano

The Miseducation of Kurtek Lewski

hill

The Miseducation of Lauryn Hill to płyta, która nauczyła mnie czuć muzykę. Pokazała mi, że muzyka może przeszywać na wskroś, penetrować i wypełniać psyche i zostawiać po sobie ślad. Wykształciła we mnie pewien zdrowy zmysł, że oto w centrum dobrego życia musi być miejsce i na radość, i na smutek. Ta słodko-gorzka, bardzo życiowa mieszanka stojąca w jej centrum; lekcja, na którą sama Lauryn Hill zaspała, była przysposobieniem dla mnie. To pierwsza płyta, którą miałem na winylu, pierwsza, przy której płakałem, pierwsza, której słowa traktowałem osobiście niczym moje własne, pierwsza, która wrosła bezbrzeżnie w mój świat, stając się naturalną ścieżką dźwiękową mojej codzienności. Nie potrafię myśleć o nastoletnim sobie w oderwaniu od Miseducation, ani o Miseducation, nie traktując jej jako części mojej własnej drogi.

Nie pamiętam już, jak to wszystko się zaczęło, ale niewątpliwie miało związek z Fugees. W domu bez kablówki (która byłaby oknem na świat w postaci niemieckiego MTV) w Polsce przed przełomem milenialnym debiutancki krążek Hill musiał być wielkim nieobecnym, podczas gdy „Killing Me Softly” i „Ready or Not” grano wszędzie i bez umiaru. Wokalna ekwilibrystyka Hill w połączeniu z jej nieustraszonym flow musiały budzić podziw. Moje pierwsze wspomnienia związane z odkryciem jej solowej kariery są jednak doszczętnie cyfrowe, niewątpliwie więc o kilka lat późniejsze, choć absolutnie nie spóźnione — Hill dotarła do mnie w samą porę. Samo Miseducation wielokrotnie odkrywane, studiowane z namaszczeniem w rozmaitych kontekstach i perspektywach musiało być dla mnie także bramą do wielkiego klasycznego soulu. Dzięki Hill odkryłem nie tylko Steviego Wondera, ale też nieodżałowaną Arethę, wspaniałego Curtisa, magnetyzującego Sama Cooke’a czy natchnionego Boba Marleya. Ten ostatni dla mnie wciąż najmocniej objawia się jednak w dość odległej mu interpretacji. To była ta właściwa brama do świata nieznanego zupełnie nastoletniemu młokosowi pozbawionemu świadomych kulturalnych wzorców. Dzisiaj myślę, że moi rodzice powinni napisać list z podziękowaniami do Lauryn Hill. Ich syna, gdy wchodził w ten głupi wiek, kiedy na swoich pierwszych idoli zwykle wybiera się największych czubów (w najlepszym razie bełkoczących raperów z wytatuowanymi twarzami; chyba że jest się postacią z filmu któregoś z naśladowców Wesa Andersona — wtedy nie), przyciągnął bez reszty jej niekłamany magnetyzm. Wtedy wydawało mi się to dosyć wstydliwe — na wpół dziwne, na wpół błahe, ale prawda była taka, że jeśli do kogoś z dalekiego świata wielkiej sztuki, poważnej nauki, ważkiej polityki miałem zaufanie, to właśnie do Hill.

misedvinyl
Kurtek z panią Hill

W tym kontekście od lat próbuję bez powodzenia skleić jakiś tekst o Hill, którego podstawą byłyby właśnie zaufanie i zrozumienie. Tak jak zrozumienie — z początku w postaci nieśmiało kiełkującego poczucia, później obezwładniającej pewności, aż w końcu pewnej wygaszonej, enigmatycznej, ale jednak niepodważalnej prawdy — jest podstawą mojej relacji z Hill. Sama artystka nie daje mi jednak sposobności — Miseducation zostało na przestrzeni ostatnich dwóch dekad rozłożone na czynniki pierwsze przez amerykańskich krytyków niezliczoną ilość razy, można mniej lub bardziej świadomie powielać ich myśli, niezbornie układać na nowo, podpisywać się pod nimi własnym nazwiskiem, ale gdy od zawsze zna się na pamięć każdy wers i dźwięk na krążku, trudno o samopoczucie uczciwości takich sądów. Brak świeżej perspektywy, dystansu, przewrotnej myśli kwestionującej zastany ład. A i empatia jako budulec musi zawieść, kiedy wszyscy rozumieją, a w miejscu faktycznej kontry słychać wyłącznie echo unisonu. Próbując nieskładanie zebrać te pulsujące od lat samobieżnie myśli, słucham zresztą MTV Unplugged No. 2.0 z przekonaniem, że oto właśnie muzyka, dla której moje zrozumienie może mieć rzeczywisty sens. W tym kontekście Miseducation przyuczyło mnie do sztuki rozumienia, abym mógł z empatią pojąć Unplugged. Nie było to wynikiem żadnej artystycznej kalkulacji, stało się zupełnie naturalnie — tak jak rodzice, którzy uczą dzieci miłości, by te mogły oddać ją później światu, gdy jest mu najbardziej potrzebna.

Unplugged potrzebowało zrozumienia. Choć Hill w licznych interludiach sama rozwlekle wyjaśniała swoją obecną postawę wobec świata, oszczędna forma, złożone moralnie, emocjonalnie i leksykalnie teksty i wspomniane przerywniki musiały w mniej zdeterminowanym odbiorcy wywołać pewną konsternację. Tym z założenia nieoszlifowanym materiałem Hill połowicznie wybrnęła z klątwy drugiej płyty, która w obliczu bezprecedensowego sukcesu debiutu musiała pochłonąć ją wówczas bez reszty (i to właśnie ta druga połowa). Album, który się wtedy ukazał, nie mógł w swojej niedoskonałości uczciwiej przedstawić nowego emocjonalnego ładu piosenkarki. Ładu w fazie gwałtownej reformacji, ale nie irracjonalnego, sprzecznego u podstaw, kosmicznego ani odległego, a takie właśnie wrażenie można było odnieść po pobieżnym odsłuchu pozbawionym woli zrozumienia. Woli, która może przecież zaprowadzić nas w głąb nas samych, do miejsc, z których istnienia nie mogliśmy zdawać sobie sprawy. Kontakt z prawdziwym artystą obnażonym, przedstawiającym swoją prawdę na skraju (lub w zupełnym oderwaniu od) scenicznej kreacji, musi grozić zrozumieniem jego perspektywy. Unplugged względem Miseducation jest trudną być może, ale obezwładniająco szczerą dokumentacją stawania się — artystycznego oczywiście też, ale przede wszystkim tego człowieczego. Niewątpliwie drzemie w tym samoodarciu się megagwiazdy z atrybutów jej gwiazdorstwa pewna biblijna mistyka i w tym sensie Hill nie jest gołosłowna — not the talkers, but the walkers in His word, are the only ones the Father will forgive — puentuje przepełnione biblijną metaforyką 9-minutowe „Oh Jerusalem”. Szalone? Być może, ale jakże mocne! Współistnienie pozornych sprzeczności bezboleśnie i harmonijnie zaakcentowane na Miseducation, na Unplugged przybiera formę brutalnego emocjonalnego rollercoastera. Mimo wszystko zarówno w sensie artystycznym, jak i emocjonalnym jedno wynika z drugiego, a jestem przekonany, że także jedno drugie uzupełnia i wyjaśnia.

Okazuje się, że dokładnie 10 lat temu pisałem dla Soulbowl.pl o technikaliach sukcesu Miseducation. Przed trzema laty zaś poświęciłem kolejom losu Hill audycję radiową.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *