Opublikowano

44. Kameralne koncerty znanych wykonawców w niepozornych miejscach

99 najfajniejszych rzeczy

44. Kameralne koncerty znanych wykonawców w niepozornych miejscach

Kiedyś późnym wieczorem przechodząc koło wrocławskiego kina Nowe Horyzonty, zatrzymałem się na chwilę przy plakacie Konia turyńskiego Beli Tarra. Chwilę wcześniej rozpoczął się przedpremierowy pokaz filmu w ramach trudnego dzisiaj do zidentyfikowania przeglądu. O tym, że obraz do kin ma dopiero wejść dowiedziałem się przypadkiem kilka miesięcy później. Natychmiast przed oczyma zamigotało mi mgliste wspomnienie tamtego jesiennego wieczora, kiedy nieomal nieświadomie miałem okazję uczestniczyć w czymś fajniejszym niż mi się wówczas wydawało. Zapamiętałem to zdarzenie do dziś, choć nie odcisnęło żadnego wpływu na moje życie. Ostatecznie Konia turyńskiego obejrzałem w domu. Podobał mi się.

Wspominam akurat ten moment, bo nigdy nie udało mi się zajść na kameralny koncert znanego wykonawcy w niepozornym miejscu, a istotę jego fajności wyobrażam sobie właśnie w taki sposób. Czasem słyszy się po fakcie, że jakiś powszechnie znany i ceniony artysta dał niezapowiedziany występ na kompletnym końcu świata albo zaprezentował materiał z nadchodzącego albumu garstce szczęśliwców podczas sekretnego koncertu. I nie chodzi nawet o to, że kameralne lokalizacje sprzyjają odbiorowi opartej o prawdziwe uczucia muzyki — że klimatyczna restauracja z urokliwymi okrągłymi stolikami, każdego zwieńczonego światełkiem nieśmiałej lampki stojącej pośrodku, będzie lepszą lokalizacją, by posłuchać, powiedzmy, intymnych reinterpretacji klasyków Billa Evansa niż duża sala Narodowego Forum Muzyki. Chodzi raczej o samo uczucie, być może w danej chwili jeszcze nieskrystalizowane, nieodczytane, że oto zupełnym przypadkiem bierze się udział w czymś szczególnym.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *