Opublikowano

56. Saturday Night Live

99 najfajniejszych rzeczy

56. Saturday Night Live

Moje ulubione pozycje cyklu to te, które albo sam wymyśliłem, albo są na tyle nieoczywiste, że zostawiają mi pole do manewru, by ich fajność wskazać i opisać. Z kolei wyjaśnianie dlaczego Saturday Night Live (najwspanialszy variety entertainment show w historii telewizji) jest fajne to jak tłumaczenie rodzicom internetu — „wiesz mamo, w internecie są koty; jak klikniesz, to zaczną się ruszać; widzisz, jakie zabawne?; ludzie oglądają je w pracy”; ew. „to mysz, ma dwa klawisze; to kursor, zobacz, jak się rusza na ekranie; a to Internet Explorer, będzie twoim towarzyszem podczas internetowej przygody”. Jakkolwiek by do tematu podejść, wychodzi niezręcznie. Lepszą strategią byłoby napisanie „ja to tylko tu zostawię” i pośpieszne oddalenie się do innego zakątka sieci, ale nie na tyle daleko, by nie docierały do nas reakcje innych (jak to piszą sondażownie, a w serwisach informacyjnych po nich powtarzają) internautów. Mógłbym to oczywiście zrobić, ale musiałbym założyć, że jest ktoś, ktokolwiek poza mną, kto tu zagląda i co więcej — czyta, a to ryzykowne. Saturday Night Live ma już ponad 40 lat (aha! wartość dodana! nareszcie!) i z wyjątkiem kilku klasycznych skeczy w stylu Bożonarodzeniowego życzenia Steve’a Martina, współczesnemu odbiorcy może być trudno przebrnąć przez większość programów starszych niż kilka lat. Jakość (także komediowa) i sposób realizacji scenek w SNL trochę się przez ten czas zmieniły. Bardziej jednak zmienił się kontekst. Coś, co było zabawne w 2002 roku, niekoniecznie będzie zrozumiałe dla kogoś kto w 2002 (czy nawet w 1992) dopiero się urodził (pomijając, że ktoś taki ma teraz dopiero 14 lat, więc bawią go raczej piosenki Gagu Albanii). To oczywiste. Żeby nie zakopać się bardziej, ja to rzeczywiście tylko tu zostawię.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *