Opublikowano

62. Gry planszowe

99 najfajniejszych rzeczy

62. Gry planszowe

U mnie w domu nigdy się w żadne gry nie grało. Ojciec miał co prawda dwie całkiem paradne talie kart, ale z racji, że nie było dla nich zastosowania jeszcze, jak tylko ledwie od ziemi odrosłem przekazał mi je wieczne nieoddanie. A może sam sobie je zawłaszczyłem? Niezależnie od wszystkiego, nigdy nie było żadnego problemu, że je pogubiłem, plastikowe pudełko połamałem, a z czasem i reszta kart nigdy nie wróciła do szafki, w której wcześniej rezydowały. Używałem jej wtedy głównie albo do budowania domków (co szło mi fatalnie), albo do gry samemu ze sobą w najbardziej ułomną karcianą grę, jaka istnieje, ale jedyną, jaką wówczas znałem, a mianowicie — w wojnę. O tym, że gry planszowe istnieją, powiedziała mi telewizja. Kolorowe reklamy kolejnych sztandarowych tytułów od Hasbro zadziałały na moją wyobraźnię z siłą, z jaką tylko reklamy zabawek i gier potrafią zahipnotyzować dziecko i przed kilka kolejnych lat z rzędu pod choinkę dostawałem rozmaite gry — z Monopoly i Cluedo na czele. Rodzina musiała przeklinać mnie pod nosem, ale przynajmniej na początku nie dawali sobie tego po sobie poznać. Stopniowo jednak kolejne osoby zaczęły się wykruszać i w końcu ze swoimi grami zostałem na polu boju sam. W tej smutnej opowieści chodzi mi wyłącznie o to, że planszówki to naprawdę fajny sposób spędzania wolnego czasu — wcale nie o to, że ja miałem rację, a wszyscy oni się mylili. Wcale a wcale.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *