Opublikowano

67. Umyślny brak konsekwencji

99 najfajniejszych rzeczy

67. Umyślny brak konsekwencji

Czegokolwiek się podejmujemy — w domu, w szkole, w pracy — na okrągło tłuką nam do głów, jak ważne jest pozostawanie konsekwentnym. Inaczej przecież niczego w życiu nie osiągniemy, skażemy się na zadowolenie półśrodkami i bylejakością (co ja czytam raczej jako „nakarmimy do syta swoją wewnętrzną dyspersję” czy też czasem jako „osiągniemy katharsis wewnętrznej deregulacji”). Konsekwencja jest ważna, ale sama w sobie też może być smutna czy nawet żałosna. Co więcej, można na nią umrzeć. Na śmierć! Zanim jednak to się stanie, konsekwencja wyssie z takiego jegomościa wszystkie soki twórcze, wpisze w kanciastą ramę i zawiesi na ścianie. Słodkie trofeum! I owszem ta cała gimbokorpopaplanina o byciu konsekwentnym może i ma trochę sensu, ale przecież nie wtedy, gdy kogoś konsekwencja zupełnie się nie ima. A jeśli się ima, po co strzępić język! Sednem całej sprawy jest jednak to, że niewiele jest uczuć słodszych niż umyślne kreowanie paradoksów, pławienie się w antynomiach, czyli po prostu rozmyślne porzucenie konsekwencji. Tymczasowo. Nie chodzi tu bynajmniej o brak konsekwencji wynikający z bycia nieogarem, ale o następstwo pewnej świadomej kreacji — to jest istotą sprawy i sprawcą istoty. Niektórzy powiedzą — „brak odpowiedzialności”, inni zakrzykną — „kłamstwo i manipulacja”, ale tylko sobie pomyślcie, oni wszyscy na tę konsekwencję kiedyś umrą.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *