Opublikowano

45. Fistaszki

99 najfajniejszych rzeczy

45. Fistaszki

Moje życie nabrało jako takich barw, gdy zdałem sobie sprawę, że jedną z nielicznych postaci popkultury jest Charlie Brown. Owszem, były takie, z którymi chciałem się utożsamiać — kreacje aktorskie Zbyszka Cybulskiego w filmach polskiej szkoły filmowej, kolejni bohaterowie książek Alberta Camus, bezimienni elokwentni chłopcy z problemami egzystencjalnymi. To jedynie aspiracje, podczas gdy Charlie Brown i ja od samego początku jechaliśmy na tym samym wózku. Ja oczywiście ironicznie, ale czarny humor Charlesa M. Schulza bezlitosny wobec własnych bohaterów był czymś wobec czego nie mogłem przejść obojętnie. O ile Snoopy jako figurka dołączana do zestawów Happy Meal w McDonald’s zawsze wydawał mi się postacią pustą i obcą (choć na swój sposób uroczą), o tyle z Charlie’m, którego poznałem dopiero lat więcej łączyło mnie bardzo wiele. Spojrzenie na świat — nierozłączna mieszanka naiwnego optymizmu z empirycznym pesymizmem. To tyle o mnie. Co w tym wszystkim fajnego? Bezbłędne zestawienie dziecięcej beztroski z bezpardonowymi troskami świata dorosłych, lapidarna rysunkowa forma, którą z wielką wprawą przekształcono w serię nie mniej kultowych filmów z fenomenalną muzyką Vince’a Guaraldiego, wreszcie — żonglowanie znaczeniami, by czytelnika z jednej strony rozbawić, z drugiej wprowadzić czasem w lekkie zakłopotanie, wyrwać z szytego na miarę przyciasnego garnituru i równie przyciasnego dorosłego spojrzenia na świat.

peanuts

Opublikowano

46. „Rock Lobster”

99 najfajniejszych rzeczy

46. „Rock Lobster”

Pytania o ulubioną piosenkę potrafią trapić dniami i nocami co bardziej zapalonych miłośników muzyki, zdecydowanie bardziej aniżeli tendencyjnie powtarzane przez rockistowską młodzież w okolicach gimbo-licbazy pytanie o ulubiony zespół. A to dlatego, że bardzo często jest znacznie poważniejsze niż się może nieświadomie je zadającemu wydawać. To deklaracja o charakterze wyznania wiary czy manifestu politycznego. Siła rażenia jest w tym wypadku znacznie mniejsza, ale i tak delikwent wywołany do odpowiedzi ma z tyłu głowy irracjonalną być może myśl, że na swój sposób będzie ona promieniować na całe jego przyszłe życie. I tutaj pojawia się „Rock Lobster” nowofalowej grupy The B-52’s z ich głośnego debiutu z 1979 roku. Piosenka, którą kiedyś podawałem jako swoją ulubioną, gdy tylko zostałem wywołany do odpowiedzi. Któregoś razu przyszła mi do głowy i tak już została. Lubiłem ten absurdalny diaboliczny plażowy twist, dziwaczne inscenizacje, które można było wyprowadzić z jego upiornej narracji i wieloznacznego muzycznego charakteru i nawet dziwniejsze układy taneczne, którymi można było w zaciszu sypialni te inscenizacje urzeczywistnić. A w albumowej siedmiominutowej wersji zdaje się nie mieć końca. Jest szalenie plastyczny — może stać się wszystkim, czego słuchacz tylko zapragnie i istnieje realna szansa, że odnajdzie się w zadanej roli lepiej niż wspomniany słuchacz. Jedyne co należy zrobić to nie ignorować komunikatu umieszczonego z pełną powagą i odpowiedzialnością na winylowym labelu po obu stronach czarnej płyty — PLAY LOUD. Inaczej nic z tego. Tym samym doszliśmy więc do ukrytego sensu tej nieco nazbyt dziwacznej, nawet jak na standardy tego cyklu, pozycji — głośnego słuchania muzyki. Kurtyna.

Opublikowano

47. Okrągłe oprawki okularów

99 najfajniejszych rzeczy

47. Okrągłe oprawki okularów

Nie myślcie, że o tym nie myślałem. Całe życie o tym myślę. Od kiedy tylko po raz pierwszy objawił mi się Dymitr Szostakowicz ze swoim szorstkim spojrzeniem, nieśmiałą grzywką i umysłem geniusza. Ale atrybutem były oprawki okularów. Później szyki popsuł mi Harry Potter, a ostatecznie zderzyłem się z rzeczywistością. Upieram się co prawda wciąż, że ironicznie, ale w skrytości ducha nadal cierpię i przeżywam, że pewnie nie będzie nigdy mi dane wyglądać w okrągłych oprawkach okularów jak człowiek. Że nikt nie powie na ulicy komuś drugiemu, że trzeci ma okulary jak Kurtek. A jeśli nawet tak powie, to nie będą to te, o które jest cały ambaras. Te, które łączą inteligencję, niewinność i przewrotność. Wypisz, wymaluj — ja. Oczywiście.

Opublikowano

48. Twist

99 najfajniejszych rzeczy

Krzywe nogi Elvisa Costello

48. Twist

Te filuternie wygięte, nie do końca zresztą proste nogi, które widzicie powyżej, należą do niejakiego Elvisa Costello. Samo zdjęcie zdobi natomiast tył okładki jego debiutanckiego albumu My Aim Is True z odległego 1977 roku. Przez długi czas to zdjęcie, do pary z równie figlarną pozą na froncie płyty, było dla mnie definicją rock & rolla. Rock & rolla, którego nigdy nie rozumiałem wąsko, nie osadzałem w czasie i przez to nie miałem wrażenia jakoby jakkolwiek się do dziś zestarzał. Może dlatego, że uważałem (i wciąż uważam, hej), że gitara była atrybutem rock & rolla głównie na plakatach. W praktyce była natomiast narzędziem, które rock & rollowi pozwoliło zaistnieć i zawładnąć umysłami nastolatków. Instrumentem, który w owym czasie okazał się wystarczająco potężny, by stanąć w opozycji do skostniałej kultury poprzednich pokoleń. Rozumienie gitary i rock & rolla dosłownie było oczywiście uzasadnione. Pół wieku temu. Podobnie jest z zaprzyjaźnionym podejściem twistu, czyli w ogólnym rozumieniu albo tańca towarzyskiego, albo rodzaju zakręcanego słoika (to drugie użycie jest już chyba nieco przestarzałe, bardziej adekwatne byłoby najpewniej zamknięcie butelki odkręcanym kapslem). Możemy mówić też rzecz jasna o twiście fabularnym (ave, Alfred Hitchcock). Twisty te nie mają jednak zbyt wiele wspólnego ani z domniemaną fajnością naszego twista, ani z układem nóg Elvisa Costello ze zdjęcia powyżej. Równie dobrze mógłbym ten wpis zatytułować trap i miałoby to tyle samo sensu (niewiele), z tym, że byłoby nawet trudniejsze do wytłumaczenia. Bez Elvisa Costella musiałbym niechybnie posłużyć się Travisem Scottem, którego (i zresztą nie jego jednego) cechuje nadzwyczaj często równie elastyczna postawa (zdjęcie poniżej). Costello cytuje Bo Diddleya i przekazuje pałeczkę kulturze indie lat 90. Tę zaś w procesie, który można by pewnie podciągnąć pod modne ostatnio pojęcie cultural appropriation, włączyli w ramy nowej fali hip hopu raperzy najmłodszej generacji. Nie chodzi tu jednak ani o kontrkulturę (mówimy przecież o zjawisku masowym), ani o modę i chęć poczucia się fajnym, ani tym bardziej o bunt przeciw panującemu porządkowi wyrażony w trywialnej postaci. Twist może towarzyszyć rozmaitym motywacjom i wyrażać się w różny sposób. Najogólniej rzecz biorąc, to postawa, którą przyjmując, może nawet nie do końca świadomie, ale bez wątpienia z pewną premedytacją, nie stoi się w szeregu na baczność. I tutaj naturalnie wracamy do naszego twistu sensu stricto, który jako taniec czy towarzysząca mu muzyka, zwłaszcza w nieco mniej dosłownych formach (vide choćby „The Denial Twist” The White Stripes), także robi robotę, jeśli tylko odmieniamy fajność przez retro. Ale nawet wówczas musicie przyznać sami, że esencją tego twista jest także swoista wada postawy.

99 najfajniejszych rzeczy

Taki oto Travis Scott
Opublikowano

49. Pomelo

99 najfajniejszych rzeczy

49. Pomelo

Zacząłem o pomelo pisać jesienią. Pisać to duże słowo. Wybrałem zdjęcie z Google Images, nie podpisując źródła i napisałem Pomelo. Zawiesiłem się na pół roku, bo nie miałem pewności, czy aby owe pomelo rzeczywiście posiada przymioty, które pozwalają, by opisywać je słowem najfajniejsze. W międzyczasie jednak przydarzyła się zima, podczas której miałem wiele pomelo. Nie wszystkie wspominam dobrze. Jedno było zupełnie czerwone, inne wydawało się wyschnąć w środku wiele lat wcześniej i tkwić bezsilnie w stanie chemicznej konserwacji do momentu, gdy wbiłem w nie przesadzonych rozmiarów nóż do mięsa. Ale ogólnie pomelo po raz kolejny uratowało mi życie. Nie będę pisał o wartościach odżywczych. Mam to gdzieś. Pomelo jest fajne. Wygląda jak przerośnięty jajowaty grejpfrut, ale już w smaku plasuje się bliżej pomarańczy. Ma jednak tę podstawową zaletę, że nie leje się z niego sok jak pojebany. Dzięki mięsistemu wnętrzu, dającemu z łatwością odseparować owoc od skóry można pomelo spożyć kulturalnie, a nawet w kulturalnym towarzystwie. Samo pomelo malutką łyżeczką zjada na śniadanie wszystkie inne cytrusy. Mankament jest taki, że tak jak przed zimą nie potrafiłem ująć istoty jego fajności, bo przez lato niemal zapomniałem jego smak, tak i teraz nie potrafię. Czas na banalny finał, który niczego nie wyjaśni: najlepiej spróbować samemu.

Opublikowano

50. Koty, które udają chleb

99 najfajniejszych rzeczy

50. Koty, które udają chleb

Istnieje pewna wyjątkowa kategoria kotów, a mianowicie koty, które z jednej strony rządzą internetem, ale z drugiej występują także w naturalnym środowisku poza nim w nieco bardziej namacalnej formie. I nie chodzi mi tu ani o resztki nieodżałowanego Fatso złożone pod wyjątkowo dorodną jabłonką prawie trzy dekady temu, ani o pikselowy wir, który uformował istotę i wprawił w ruch kosmiczną kocią grzankę. Chodzi o świat rzeczywisty, który chyba nie ma żadnej dodatkowej nazwy pozwalającej odróżnić go od światów mniej rzeczywistych, więc podkreślę, że chodzi o ten najbardziej rzeczywisty ze światów. Jeśli ktoś nadal nie rozumie, mam opis sytuacji, który pewnie w jakiś sposób wyda się znajomy — chodzi o ten świat, z którym się stykacie po wyjściu ze swojej piwnicy. Nadal nic? Cóż, mówi się trudno, warto było spróbować. Moving on — w tym najbardziej rzeczywistym świecie żyją rzeczywiste koty — mają miękkie futerko i ostre futerko, w wolnym czasie wskakują na choinki i kontestują decyzje życiowe innych istot żywych. Bywa, że te właśnie koty, same z siebie, całkiem naturalnie zwijają się w taki koci nibykłębek czy raczej podwijają ogon i nogi pod siebie, tak że kształtem przypominają bochenek chleba. To bezsprzecznie jedna z ich najfajniejszych funkcji.

Opublikowano

51. Odśnieżanie w trakcie śnieżycy

99 najfajniejszych rzeczy

51. Odśnieżanie w trakcie śnieżycy, grabienie liści w trakcie wichury

Ludzie z reguły nie lubią odśnieżać czy grabić liści. Traktują to jako przykry obowiązek — „bo jak przyjdą roztopy to nam piwnicę zaleje”, „przejść się nie da”, „co powiedzą sąsiedzi”, „zgniją te liście przez zimę i tyle będzie z dbania o trawnik przez całe lato”. Wykonują te czynności machinalnie, odkładają je na ostatnią chwilę, a kończy się tak, że potykają się o grabie, robi się ciemno i zaczyna srogo padać. A tymczasem odśnieżanie czy grabienie trawnika może być wypełnieniem warunków idealnego dopasowania. No chyba, że akurat srogo śnieży lub potwornie wieje. Śnieg wszystko zasypie, zanim zdążymy uwinąć się z podjazdem, a na zagrabienie liści w równy stos nie ma najmniejszych szans. Syzyfowa praca. Najgorzej. Chyba że potraktujemy rzecz jako paradoksalną grę, heroiczną walkę z szalejącym żywiołem w obronie suwerenności podjazdu i trawnika! Wtedy może być najlepiej, a przynajmniej najfajniej. Ja kiedyś po takiej zabawie nabawiłem się srogiego zapalenia oskrzeli. I tak było warto!

Opublikowano

52. Zanurzanie ręki głęboko w ziarnie

99 najfajniejszych rzeczy

52. Zanurzanie ręki głęboko w ziarnie

Ręka na zdjęciu powyżej nie należy może do szczególnie głęboko zanurzonych w ziarnie, a to i tak najlepsza fotografia, jaką podarował mi na tę okoliczność pan internet. Ale da się to jak najbardziej wytłumaczyć. Kto bowiem myślałby o fotografowaniu swojej ręki zanurzonej głęboko w ziarnie podczas zanurzania jej głęboko w ziarnie, chyba nigdy nie zanurzał ręki głęboko w ziarnie. A to przeżycie nadzwyczajne, doznanie z rodzaju tych niezapomnianych, które pamięta się przez całe życie. Zazwyczaj nieśmiało (i nieświadomie tego, co może czaić się w ziarnie) realizowane w dzieciństwie podczas wakacji u babci czy cioci na wsi. Dorosłym nie wypada zanurzać ręki w czyimś ziarnie. Za dużo jest tu przeszkód związanych z, powiedzmy, etykietą. Zastanawia mnie natomiast jak wiele osób obecnie na świecie posiada w swoich domach worki z ziarnem, tylko po to, by móc w dowolnej chwili głęboko zanurzyć w nich ręce.

Opublikowano

53. Wskakiwanie na krawężnik

99 najfajniejszych rzeczy

53. Wskakiwanie na krawężnik

Z pierwszej (jeszcze licealnej) lektury Dżumy Alberta Camusa zapamiętałem tylko jeden, wydawałoby się, niepozorny szczegół, a mianowicie, że dr Bernard Rieux, główny bohater powieści, przechodząc przez ulicę, „lekko wskakiwał na krawężnik”. Do książki wróciłem oczywiście jeszcze później na fali fascynacji twórczością Camusa i tylko utwierdziłem się, że owa drobnostka nie była ani niepozorna, ani nieistotna (pomimo tego, że nie stanowiła sedna powieści) — była natomiast fajna w sposób trudny do umotywowania i składnego ujęcia. Niemniej jednak właśnie dzięki takim szczegółom (a także wielu wielkim rzeczom, ale przede wszystkim jednak dzięki szczegółom) Rieux nie dało się nie polubić. Od lat moim pierwszym skojarzeniem z Dżumą (ale też zupełnie pospolitą, na szczęście obecnie już jakby mniej, dżumą) jest nie tyle obraz zbierającej śmiertelne żniwo zarazy, ale przebiegający przez orańską ulicę dr Rieux lekko wskakujący na krawężnik.

Opublikowano

54. Filmy lub książki, które kończą się całkowicie nagle i bez żadnej pointy

99 najfajniejszych rzeczy

54. Filmy lub książki, które kończą się całkowicie nagle i bez żadnej pointy

Szeroka publiczność uwielbia dzieła kompletne, do których nie da się już niczego dodać, bo wszystkie słowa zostały wypowiedziane, wszystkie gesty wykonane, a zakończenie tak szczelnie zamyka ciąg fabularny, że jeśli ktokolwiek próbowałby się w nie wślizgnąć z choćby odrobiną niedopowiedzenia, zostałby na miejscu aresztowany, postawiony przed sądem dwudziestoczterogodzinnym, błyskawicznie osądzony przez niemający wątpliwości co do jego winy specjalny trybunał i zrzucony na wieczność do najgłębszego lochu, z którego otchłani nie mógłby już mącić spokoju dzieła i jego wyznawców.

Ktoś kiedykolwiek słyszał o filmie zatytułowanym Skazani na Shawshank? Filmie, należy pośpiesznie dodać, prawdziwie pięknym, bo triumfuje w nim sprawiedliwość, bohaterom dobry los wynagradza po stokroć doznane wcześniej niesłusznie krzywdy. Właśnie względem niego wysnułem kiedyś nieśmiało tezę, że może przedstawione zakończenie nie jest jednak tak idylliczne, jak zazwyczaj chcą widzieć je widzowie. Że może Darabont zdobywa się jednak na krztynę filmowego szaleństwa i pokazuje raczej marzenie jednego z bohaterów aniżeli rzeczywiste zakończenie. Ale jak to? Wówczas historia nie byłaby kompletna, a świat milionów widzów w ciągu chwili zmieniłby się nie do poznania — zniknęłyby z niego przyjaźń, wiara, nadzieja. Nagle nie byłoby się na kim oprzeć. Doskonale. Osobiście wziąłbym parę ponadwymiarowych nożyc i uciął na negatywnie to sielskie zakończenie — gdzieś w losowym miejscu, możliwie bliżej początku. Nie mam żadnych wątpliwości, że byłby to wówczas o wiele fajniejszy film.