
Koguty pod palmami Itō Jakuchū (lata 60-te XVIII wieku)
Napisałem kiedyś dość wyczerpująco o życiu okładanym na później. Miałem nadzieję, że jeśli wyrzucę to z siebie, to uda mi się pozbyć tego poczucia, uporządkować teraźniejszość tak, by zrobić w niej miejsce na to, co ważne. Na quality time z bliskimi. Na ćwiczenia i medytację. Na nieśpieszne spacery w słońcu i w deszczu, gdy nie muszę zaraz nigdzie koniecznie być, a jedynie jestem tam, w tej chwili. I oczywiście na zalegające na półkach płyty kupione z nadzieją, że znajdę na nie idealny moment, ale lata mijają, a ten uporczywie nie chce nadejść — albo już był, został wykorzystany, chciałoby się go powtórzyć, ale tego też się nie da.
I nie mówię, że poniosłem fiasko, a jedynie, że jest jak jest. Wczoraj wieczorem próbowałem znaleźć idealną płytę z poczuciem, że tym razem mi się uda, ale znowu nie wyszło. The Gun Club okazał się zbyt krzykliwy po całym dniu za biurkiem — zbyt krzykliwy, by słuchać go ciszej, zbyt krzykliwy by znosić go głośniej. Lada chwila skończy się kolejny rok — w zasadzie już jesteśmy na przedmurzu Bożego Narodzenia. Coraz bardziej uporczywie myślę o wszystkich tych, do których dzwoniłem przed rokiem i zapewniałem ich, że zadbam o to, żeby tym razem udało się spotkać, a jedynie znów oddaliliśmy się od siebie o kolejny rok. Czy skrolowanie ich social mediów wystarczy, żeby nie wymknęli się z mojego życia na dobre? Czy te relacje, które kiedyś tyle nam dawały, są warte tego, żeby nadal o nie walczyć, jeśli codzienność zagmatwała sprawę? A może z czasem wszyscy jesteśmy skazani na samotne scrolowanie social mediów na swoich kanapach w piątkowe wieczory i sobotnie popołudnia?