Opublikowano

Niepamięć

ja

Martwe drzewo na jeziorze Nigadoo pędzla Rodrigo Moynihana

W internecie nic nie ginie — powtarza się czasem małolatom ku przestrodze w odruchu, który ma być namiastką nauki o konsekwencjach własnych działań. Obracamy jednak często te słowa z nadzieją, że ta złota zasada o bezkresie globalnej sieci unieśmiertelni na swój sposób naszą ulotną obecność nie tylko w niej, ale w ogóle — zaznaczy jakoś fakt naszego istnienia. Kiedyś trzeba było być władcą, myślicielem, wynalazcą, literatem, a i to nie gwarantowało nieśmiertelności. O tym decydowały kaprysy historyków i usposobienie kolejnych pokoleń. Dziś nie trzeba już niczego — jeśli ktoś umie tylko korzystać z Googli, to nas znajdzie. Co jednak jeśli zginąłby cały internet, a wraz z nim nasza i miliardy innych binarnych tożsamości przenikających się w bezkształtnej, szarej masie. Nie musimy rozważać nawet czarnego scenariusza katastrofy klimatycznej, której internet wraz z całym naszym cywilizacyjnym dobytkiem złożymy w końcu w ofierze. Internet może przecież zniszczyć wojna albo wyprzeć nowsza technologia. Gdy wymyślimy coś nowego, to, co dziś wielu uważa za swoje okno na świat, może naturalnie odejść do lamusa jak niegdyś dyskietki czy cylindry woskowe.

Cylindry fonograficzne były pierwszym, bardzo niedoskonałym masowym nośnikiem zapisu i dystrybucji muzyki. Wprowadzone na rynek w 1888 roku pozwalały na utrwalenie dwóch minut nagrania i pierwotnie wykonywane były z wosku, który po dwudziestu latach zastąpiono trwalszym celuloidem (o dwukrotnej pojemności i nieporównywalnie lepszej jakości). W międzyczasie z rynku wyparły je płyty szelakowe, a pod koniec lat 40. — winylowe. Produkcji cylindrów i odtwarzających je fonografów zaprzestano przed końcem lat 30. Jest we mnie naturalna chęć sięgania po to, co znalazło się na skraju niepamięci, i tu więc zabrnąłem. O ile początki filmu z akademicką pieczołowitością celebruje liczne grono kinomanów, o tyle narodziny fonografii leżą w strefie zapomnienia. To pchnęło mnie przed kilkoma laty w stronę książki fascynującej i absolutnie unikatowej — Billboard Pop Memories 1890-1954 Joela Whitburna, który tę odtrąconą przez popkulturę muzykę skatalogował i opisał z chirurgiczną wręcz precyzją (swoisty abstrakt tamtej lektury znajdziecie tutaj). Wśród najpopularniejszych utworów pierwszej dekady fonografii znalazło się kilka nagrań, których zresztą najprawdopodobniej nie będzie dane nam usłyszeć, bo, mimo rekordowej na ówczesne warunki sprzedaży, zaginęły. Co od egzemplarza. Wśród nich oryginalne wykonanie jednego z największych amerykańskich przebojów końca XIX wieku „My Old New Hampshire Home”, które miało sprzedać ponoć ponad dwa miliony kopii zeszytów z nutami (choć jeden cylinder z faktycznym nagraniem trafił ponoć ostatnio do Biblioteki Kongresu). Albo pierwsze wykonanie „The Sidewalks of New York” nagrane przez Dana W. Quinna — jednego z najpopularniejszych ragtime’owych pieśniarzy Ameryki przełomu wieków. Jego wersja według książki Whitburna przez 9 tygodni znajdowała się na szczycie ówczesnej listy przebojów. Nie wystarczyło, by nie rozpłynąć się na dobre w powietrzu przed nastaniem epoki cyfrowej. Czy jednak którekolwiek z zachowanych do dziś nagrań epoki początków fonografii miało więcej szczęścia?

W kwietniu ukazała się w Polsce oryginalnie wydana we Francji w połowie lat 90. przedziwna powieść Patricka Modiano, jednego z ostatnich pisarzy-noblistów. Przedziwna, bo formalnie oscylująca na granicy specyficznego dziennika, reportażu z okupowanego przez Niemców w czasie drugiej wojny Paryża i literackiego śledztwa. W centrum zainteresowania pisarza znalazła się nastoletnia w latach wojennych dziewczyna nazwiskiem Dora Bruder, której ówczesne losy Modiano próbuje odtworzyć po ponad pięćdziesięciu latach na podstawie poszlak historycznych, strzępów informacji i własnych przeczuć. Modiano podejmuje się działania straceńczego, ale napędzanego żywym heroizmem — dla siebie i dla świata chce odzyskać tę jedną zapomnianą przez wszystkich historię na przekór bezlitosnym trybom czasu. Niepamięć ma u niego twarz konkretnego człowieka. Jest Dorą Bruder, która jako niepokorna młoda żydówka w okupowanym przez Niemców Paryżu została skazana na zapomnienie. Wyrok wykonano. Odtworzony po latach zapis jej krótkiego życia wstrząsa nawet bardziej tym, co nie zostało napisane, aniżeli tym, co napisać się udało. Nieco inną twarz niepamięć przyjmuje w „Białymstoku”, głośnym reportażu Marcina Kąckiego, gdzie żydowska historia miasta została po wojnie zasypana razem z ostatnimi macewami, by wylać w centrum nowy plac, zasadzić drzewa i zacząć wszystko od nowa. Kącki nie dotyka niepamięci tak intymnej, nie ma do tego środków, ale i inne jest jego ujęcie tematu. Mierzy się z wymiarem terapeutycznym niepamięci, dla wielu po wojnie koniecznym, i praktycznym — świadomie podjętą decyzją o niepamięci i jej dziedziczeniem. Niepamięć jednak wyborem jedynie bywa, jej natura jest od nas, ludzi, niezależna — wszyscy, jak Dora Bruder, jesteśmy na nią skazani. Wykonanie wyroku może zostać odroczone. Ludzie od zarania dziejów zastanawiają się, czy istnieje instancja, która może go uchylić.

Nie udało mi się zawalczyć z własną niepamięcią. Gdy chciałem zacząć pamiętać, babcia już zapominała i nigdy nie udało nam się porozumieć. Były historie, których nigdy nie usłyszę, ludzie i miejsca, których nie będzie dane mi poznać, uczucia, których nie poczuję. Parafrazując Modiano, dla którego zatłoczone ulice Paryża bez Dory Bruder wydawały się całkiem puste, to brak, którego, wiem, że nie uda się niczym zapełnić. Świadomość częściowej śmierci. Ból fantomowy.