Opublikowano

37. Skarpetki

99 najfajniejszych rzeczy

37. Skarpetki

Był taki cytat z Tyrmanda, znanego autora i samozwańczego bikiniarza, którego to cytatu teraz nie przytoczę, a w którym Tyrmand postulował, że skarpetki są jego zdaniem odzwierciedleniem drzemiącej w człowieku inwencji. Można było z tego wysnuć nawet taki wniosek, że tłamszenie tej inwencji na tym najbardziej elementarnym poziomie garderoby może prowadzić do kreatywnej destabilizacji. Nie traktuję tego jako prawdy objawionej, ale już do samych skarpetek w charakterze atrybutu szeroko pojętej fajności podchodzę, paradoksalnie, całkiem poważnie. Nie od zawsze jednak tak było — moje skarpetki w okresie młodzieńczym szybko przybrały odcienie szarości, a matka od kiedy tylko skończyłem liceum pragnęła, bym stał się człowiekiem poważnym — przynajmniej w kontekście skarpet dobranych odpowiednio do okazji tzn. czarnych do garnituru, krótkich do tenisówek, a białych do sandałów (tych na szczęście nigdy nie nosiłem). I tak tkwiłem w tej bezrefleksyjnej poprawności, trochę podyktowanej pragmatyzmem, trochę brakiem obeznania w tej kwestii, aż do momentu, gdy w japońskim shinkansenie nie spotkałem poważnego biznesmena w poważnym czarnym dwurzędowym garniturze zamawiającego najdroższy zestaw obentō w skarpetkach zupełnie szalonym — wielobarwnych, pozornie nieprzystających do żadnej innej części jego roli społecznej — stroju, pozycji, sytuacji, a jednak mówiących o nim więcej niż cała reszta. Tym samym to jego skarpetki stworzyły kontekst dla reszty jego persony. Może to przypadek, może urodzinowy prezent od nastoletniej córki, który tego dnia zmuszony był przywdziać. Pozostanę jednak przy idealistycznej postawie Tyrmanda, że oto mamy przed sobą człowieka, który tymi skarpetkami daje upust społecznemu skrępowaniu. To nie tyle protest, co manifest przeciwko banałowi, szarości, bezrefleksyjności, nudzie, sztampie. Przeciw temu co dorosłe, składne, wyważone, co przystoi i wypada. Manifest fajności, ot co.