Opublikowano

Wymazać siebie

Wymazać siebie

Garrard Conley, „Wymazać siebie”, wyd. Poradnia K, 2019


Pamiętam, że bardzo wyczekiwałem filmu Edgertona. Że nie udało mi się zobaczyć go przedpremierowo na Nowych Horyzontach i przez kilka miesięcy czułem przez to pewien niepokój. Pamiętam też, że kiedy wreszcie udało mi się go obejrzeć, pozostawił mnie zupełnie obojętnym. Był nieźle zrealizowany — dobrze obsadzony, nakręcony z wyobraźnią, z pewnością jako kino aspirujące (mające się spodobać centrolewicowej publiczności i członkom Akademii), ale jednak na jakimś poziomie przepełnione narracyjnym chaosem, który sprawia, że widz ma poczucie, że non stop kręci się w kółko. To wrażenie, jak się okazało, jest skutkiem dość wiernego przeniesienia tekstu Conleya na ekran.

Gerrard Conley opowiada o dorastaniu na głębokim południu w religijnej rodzinie baptystów, pod okiem ojca pastora, który wspólnie ze swoim bogiem zaplanował już życie swojego jedynego syna jako własnego następcy. Gdy na jaw wychodzi homoseksualizm chłopaka, ten zostaje wysłany na terapię konwersyjną. Kanwę wspomnień Conleya stanowią mieszające się ze sobą opisy historii rodzinnej, okresu dorastania i odkrywania swojej seksualności oraz rzeczywistości i metod ośrodka „terapeutycznego” Love in Action. Książka nie jest otwarcie szokująca. Oczywiście pseudopsychoanalityczna szarlataneria na każdym kroku uciekająca się do publicznych upokorzeń pensjonariuszy, prowadząca koniec końców do wymazania części swojej tożsamości, wzbudza w empatycznym czytelniku oburzenie, ale głównym celem Conleya jest raczej opowiedzenie swojej historii, przekazania swoich emocji i doświadczeń. Jest w tym bardzo wyważony, momentami wydaje się nawet chłodny (tak też zapamiętałem rolę Hedgesa z adaptacji filmowej), choć często ucieka w osobiste dygresje.

I ta dygresyjność jest chyba dla mnie największym problemem jego prozy. Niezły styl i intelektualna kulturowa obudowa nie zrównoważyły mi tendencji Conleya do przedstawiania swojej opowieści poszatkowanej w drobne paski. Do tego stopnia, że momentami trudno było mi złożyć ją w chronologiczną. Problem mojego odbioru książki leży jednak, moim zdaniem, poza tym, że wcześniej widziałem już film na jej motywach — to powieść, której cała fabuła jest naszkicowana na tylnej obwolucie. Trzeba ją więc czytelnikowi na swój sposób (uwaga, brzydkie słowo) „sprzedać” — najprościej oczywiście krwistym mięsem (ale to, jak ustaliliśmy, nie ten rodzaj prozy), być może złożonym autoportretem psychologicznym (i to właśnie robi Conley). Mimo że czyta się go dobrze, lektura pozostawia jakiś niedosyt, pustkę, poczucie, że klocki jednak się nie poukładały. Ale nie dlatego, że się nie poukładały, co przez nazbyt lapidarny epilog. Ale może tak właśnie trzeba było to zrobić? Rozbełtać temat, bez histerii, ale z konsekwencją, i zostawić czytelnika z całym tym bałaganem sam na sam? Kto wie?

Konkluzja z 10 czerwca:
Wróciłem dzisiaj myślami do książki i stanęła mi przed oczyma bardzo jasno jej myśl przewodnia, którą przecież zrozumiałem, ale nie udało mi się jej wyrazić, a chciałbym ją jednak zaznaczyć. „Wymazać siebie” jest świadectwem (to słowo, w którym lubują się chrześcijanie, gdy mówią o swoich doświadczeniach duchowych, niejako poświadczają za Pismo), że tak jak nie da się wyekstrahować genu (czy zespołu genów) homoseksualności na płaszczyźnie biologicznej, tak nie da się tej homoseksualności oddzielić od większej całości — żyjącego, czującego, myślącego człowieka — metodami psychoanalizy. To właśnie próbowano robić w Love in Action, nie tylko nie odnosząc zamierzonych rezultatów, ale w efekcie łamiąc życia setek uczestników rzekomych terapii. Na polskim gruncie w adekwatnie biedniejszym wariancie takie działania zresztą także mają miejsce, co przed kilkoma laty opisali Anton Ambroziak i Jakub Lendzion. Brakuje w książce Conleya i filmie Edgartona jasnego postawienia tego aspektu w centrum tej historii, poboczne wątki, które są niewątpliwie częścią świadectwa, jednocześnie odwracają uwagę od myśli przewodniej. I tu chyba tkwi sedno mojego problemu z „Wymazać siebie”, co jest samo w sobie dość paradoksalne. Najwyraźniej sam próbuję porządkować sobie w głowie ten bałagan. Kto wie?

Wymazać siebie

Opublikowano

Gwałtownicy porywają Królestwo Niebieskie

Gwałtownicy porywają Królestwo Niebieskie

Flannery O’Connor, „Gwałtownicy porywają Królestwo Niebieskie”, wyd. Prześwit, 1993


Z jednej strony wszystko jest w tytule, z drugiej trudno „Gwałtownicy porywają Królestwo Niebieskie” Flannery O’Connor jednoznacznie zinterpretować. Akcja dzieje gdzieś w Ameryce pod koniec lat 50. pomiędzy amerykańską prowincją a miastem, rozumianym chyba jednak raczej jako mieścinę niż metropolię. Któregoś dnia umiera żyjący z dala od cywilizacji samozwańczy prorok Mason Tarwater. Ma go pochować jego siostrzeniec, którego stary porwał z miasta przed laty po śmierci jego niewierzącej matki, po to by go ochrzcić i wychować na proroka. Obrót spraw komplikuje się jednak bardzo szybko po tym, jak chłopak zaczyna słyszeć w swojej głowie obcy głos. Ostatecznie ucieka do miasta, do swojego wuja Raybera, nauczyciela i ateisty, z którym stary Tarwater pozostawał skonfliktowany. Długo by wyjaśniać zawiłości fabuły. Samo jej rozplątywanie jest zresztą względnie przyjemne, także dlatego, że O’Connor nie opowiada tej historii linearnie. Osią tej opowieści pozostaje jednak stosunek do wiary młodego Tarwatera i skrajności, które nim targają w osobach gwałtowników — samozwańczego proroka i oświeconego intelektualisty oraz obcego głosu (mogącego należeć tak do Boga, jak i Szatana), który ma bezpośredni wpływ na decyzje bohatera w kluczowych momentach.

Sam tytuł jest fragmentem wersetu z Ewangelii wg św. Mateusza („A od czasu Jana Chrzciciela aż dotąd królestwo niebieskie doznaje gwałtu i ludzie gwałtowni zdobywają je” — tu za Biblią Tysiąclecia), który tłumaczy się często tak, że tylko ci, którzy z gwałtownością wysławiają Pana, zdołają wyrwać dla siebie jego Królestwo. W tym kontekście i stary Tarwater, i młody, i nauczyciel, który uświadamiał sobie swoją gwałtowność, lecz się przed nią wzbraniał, postaci wypaczone, patologiczne, tragiczne, mieliby to Królestwo na swój sposób osiągnąć. O’Connor nie idzie jednak skrótem, nie upraszcza rzeczywistości, nie uprawia taniej teleewangelizacji ani cherrypickingu, nie zadowala się sytuacjami hipotetycznymi. To bezwzględnie jedna z największych zalet jej niełatwej prozy.

Nie jestem biblistą ani literaturoznawcą — ten religijny aspekt powieści nie musi być jednak kluczem do zrozumienia myśli O’Connor. Ona sama stawia bowiem w centrum człowieka — rysuje swe postaci wyraziście, bez powielania schematów, nigdy w oderwaniu od siebie nawzajem. Pokazuje, jak gwałtowność jednych odciska piętno na innych — piętno. którego być może nigdy nie uda się odrzucić. Wszystkich jej postaci doświadczyło życie — każda z nich jest na swój sposób mroczna, ale nie nikczemna, raczej skryta w mroku z powodu jakiegoś nieprzepracowanego lęku czy niedoboru intelektualnego, niż w mroku pogrążona na dobre. O’Connor zderza tu bardzo trafnie religijny antyintelektualizm z intelektualną antyreligijnością, które stawia w milczącej opozycji, a których ofiarą pada koniec końców młody Tarwater. Jest w „Gwałtownikach” ten pierwiastek, który zachwycił mnie w starszym o pięć lat niż książka O’Connor duńskim filmie „Słowo” — Bóg, ten sam, który najpierw zamilkł na wieki, a później umarł, manifestuje się w prawdziwie biblijny sposób. O ile jednak w „Słowie” jego orężem są nowotestamentowe nadzieja i miłość, o tyle w „Gwałtownikach” nie tylko forma, ale i treść jego objawienia budzą starotestamentową grozę.

Choć O’Connor jest raczej szorstka w swoich opisach, ani na chwilę nie wydaje się pozbawiona wyobraźni. W „Gwałtownikach” brakuje momentów lżejszych, ale czai się tu między wierszami jakieś wyrafinowane i nieoczywiste poczucie humoru. To także proza, która od czasu do czasu jest w stanie uwieść czytelnika jakimś intelektualnym błyskiem. Mimo tego im bardziej fabuła się rozwija, tym mniej chętnie się O’Connor czyta. A to dlatego, że rozwiązania fabularne koniec końców zawsze okazują się wtórne względem specyficznie rozumianego przeznaczenia dosięgającego jej bohaterów. To książka tyleż stymulująca, co dezorientująca. Być może odsłaniająca więcej dla tych, którzy już rozumieją więcej. Z pewnością stawiająca moralne i mistyczne pytania tym, którzy tylko ich szukają.

Gwałtownicy porywają Królestwo Niebieskie