Opublikowano

2017: albumy

2017

emocjonalny, nie intelektualny — tak było; i wiecie co? bawiłem się świetnie; podczas gdy wkoło chór malkontentów po raz kolejny umartwia się nad kondycją muzyki, ja po raz pierwszy od lat nie potrafiłem zamknąć swojej rocznej listy w 40 pozycjach; wybrałem (jakże profesjonalnie!) najmniej, na ile mogłem przystać sam przed sobą, przypadkiem 44, ale mógłbym pewnie i dwa razy tyle (co dałoby 88, ostatnio dość niepopularną liczbę — jeszcze ktoś mógłby zarzucić mi symbolizm, co już samo w sobie byłoby godne pożałowania — i dla mnie, i dla zarzucającego, no bo hej) i nadal miałbym poczucie, że to zestaw solidny i ciekawy; słuchajcie muzyki, to dobrze robi

2017

44. Aaron Dilloway The Gag File

dilloway niezmiennie najbardziej uroczym ze wszystkich taśmociągów; gdy w trakcie kontrolnego odsłuchu jestem już niemal przekonany, że gag file nie dorasta do fenomenu modern jester sprzed dekady (bo nie dorasta), kolejnym utworem dilloway udowadnia, że wciąż potrafi błyskotliwie huczyć i buczeć, jest może przesadnie melancholijny i zaszumiony, ale the gag file to pierwszorzędny (i co ważne — zupełnie niezobowiązujący) dźwiękowy trip przypominający wszystko to, za co dillowaya kochamy najbardziej (♪ „switch”)

2017

43. Django Bates’ Beloved The Study of Touch

choć w zeszłym roku muzyczny świat zwrócił oczy na batesa głównie ze względu na jego udział w gwiazdorskim projekcie anouara brahema (wraz z tym davem hollandem i tym jackiem dejohnettem), jego własne eleganckie trio fortepianowe w jałowym dla mnie jazzowo roku (trochę z mojej własnej winy, heh) wydało mi się pozycją mniej obwarowaną; do batesa nie należy podchodzić z nożyczkami, trzeba pozwolić mu popłynąć, najlepiej wieczorową porą, ale sobotnim dżdżystym przedpołudniem też się sprawdzi (♪ „senza bitterness”)

2017

42. Rina Sawayama Rina

solidna metapopowa epka, która nie traci nic ze swojego powabu niezależnie od tego, czy podejdziemy do niej bezpośrednio czy ironicznie; sawayama jako trzon stylistyczny ukochała sobie ścisłą fuzję popu i r&b święcącą triumfy na listach przebojów całego świata w czasie milenijnego przełomu, dzięki przebojom britney spears, christiny aguilery czy *nsync (albo po prostu maxa martina); nie ma się jednak wrażenia, że piosenkarka spóźniła się o półtorej dekady — to raczej zwiastun kolejnego rychłego stylistycznego zwrotu w światowej popkulturze, wynikający z nostalgii za muzyką dzieciństwa obecnych 20-latków; nawet bez darkchilda czy wspomnianego martina na podorędziu, udaje się sawayamie perfekcyjnie odwzorować melodykę i charakter misternie zaprojektowanego przez nich popu — całość przefiltrowana przez vaporowe produkcje clarence’a clarity’ego i niewątpliwe inklinacje z prince’m lat 80. daje się czytać na wiele różnych sposobów, przez co niechybnie wkracza na terytorium muzyki popularnej o ambicjach artystowskich (♪ „cyber stockholm syndrome”)

2017

41. Chloe x Halle The Two of Us

gdzieś pomiędzy duchem półpiosenkowego blonde franka oceana, truchłem abstrakcyjnego r&b ze szkoły theesatisfaction a ciepłym brzmieniem klasycznego neosoulu znalazły się chloe x halle; dziewczęta przekornie, ale świadomie wybrały dla swojego pierwszego mikstejpu niemalże punkową formę, zamykając szesnaście mikroutworów w zaledwie 25 minutach muzyk; mimo tego wbrew pozorom słowem, które najlepiej opisuje the two of us nie jest szkicowość, ale przygoda, bo choć chloe x halle bez wątpienia podzielają pasję theesatisfaction do postminimalistycznie zapętlonych refrenów, z powodzeniem udało im się tę koncepcję rozciągnąć na cały krążek, co przy gęsto posianych, wykrojonych pewną ręką zmianach i tempa, i melodii, dało miejsce jeśli nie najbardziej satysfakcjonującej, to z pewnością najbardziej kreatywnie stymulującej płycie r&b tego roku (♪ „poppy flower”)

2017

40. Timber Timbre Sincerely, Future Pollution

choć fani i krytycy kręcą nosem wokół konwersji organicznego brzmienia timber timbre na syntezatory, ich dyskografia zyskała na tym niebanalny fabularny twist — wciąż dogłębnie noirowy, wciąż na swój sposób anachroniczny i freakowy, ale uderzający raczej w klimat neo-noir niż secesyjnego antywesternu (♪ „floating catherdral”)

2017

39. King Krule The Ooz

pominąć tegoroczną płytę king krule’a w podsumowaniu o inklinacjach mimo wszystko krytycznych to tak, jakby nie słyszeć niczego; można i pewnie fascynująco spędzić godziny, próbując dekonstruować urzeczywistnioną przez niego z naturalnością wizję metarocka; jestem zaintrygowany (♪ „dum surfer”)

2017

38. Kacy & Clayton The Siren’s Song

she & him w wersji polno-łąkowej z kwiatami we włosach i bez retromanieryzmu albo ktoś ogromnie rozkoszny (pokroju the everly brothers) wsiada w wehikuł czasu (tym razem przekornie do teraźniejszości) i zafascynowany płytami steve’a earle’a z lat 90. nagrywa prostolinijną, osadzoną trochę jednak poza czasem płytę (♪ „just like a summer cloud”)

2017

37. Saz’iso At Least Wave Your Handkerchief at Me: The Joys and Sorrows of Southern Albanian Song

fascynujący świat albańskiej tradycyjnej muzyki folkowej, o której nie wiem absolutnie nic, ale słucham z prawdziwym przejęciem; znakomite lekarstwo na odrobaczenie dobrego imienia królestwa albanii nad wisłą (♪ „bëje dru në përcëllime”)

2017

36. Flotation Toy Warning The Machine That Made Us

tam gdzie fleet foxes i the national zaniemogli, spod ziemi wyrosło flotation toy warning, którzy do follow-upu swojego jedynego w swoim rodzaju debiutu bluffer’s guide to the flight deck zabierali się przez 13 lat; nowy album londyńczyków to w 2017 jeden z nielicznych obronionych przyczółków starej szkoły indie popu (progresywnie przedzierającego się od kameralnego folku, przez nową psychodelią aż po alternatywny rock) z melodiami, aranżami, emocjami i pomysłem, jak sensownie zebrać w całość 60 minut muzyki, której prawdopodobnie mało kto będzie chciał jeszcze w ogóle słuchać (♪ „i quite like it when he sings”)

2017

35. Étienne Daho Blitz

daho błądzi w oparach dymu papierosowego między anachronicznym, ale progresywnym romantyzmem oscara wilde’a a planem zdjęciowym scorpio rising; jest eteryczny i zmysłowy jak przed laty i nie traci ani trochę z dawnego animuszu; blitz romansuje z rockowymi aranżami, ale jego podstawą pozostaje plastyczny psychodeliczny synthpop o chansonowskim rodowodzie, ale z bondowskimi implikacjami (♪ „les cordages de la nuit”)

2017

34. Tyler Childers Purgatory

choć jego brzmienie momentami potrafi być bardziej tradycyjne niż na wczesnych płytach johnny’ego casha, dzięki pozbawionemu maniery wokalowi i współczesnej produkcji, ani przez chwilę nie ma się wrażenia, że purgatory to wyprawa w przeszłość; childers ma wyobraźnię, zarówno tę muzyczną, jak tę i cechującą dobrego gawędziarza, dzięki czemu jego opowieści słucha się z zainteresowaniem (♪ „feathered indians”)

2017

33. K.Flay Every Where Is Some Where

ucieleśnienie wszelkich metapopowych ambicji; to niemal bezsprzecznie najlepsze od dawna połączenie alternatywnego r&b, indie rocka, art popu i świadomego hip-hopu, które nie jest ani alternatywnym r&b, ani indie rockiem, ani art popem, ani świadomym hip-hopem; k.flay ze swoim talentem do pisania chwytliwych refrenów i ciętych puent z pomocą trójki producentów robi z tego gatunkowego kalejdoskopu najlepszy możliwy użytek — mieszając wszystko w wielobarwnym, post-90sowym miksie rozmaitych wpływów i inspiracji (♪ „giver”)

2017

32. Ninos du Brasil Vida eterna

ninos du brasil kontynuują kurs na łączenie brazylijskiej batucady i minimalistycznego, plemiennego techno; tym razem zbaczają odrobinę w stronę industrialu, ale wraz z vida eterna potwierdzają, że to kurs słusznie obrany i „kto jak nie oni”; w ciasno zakreślonym rytmicznym tunelu bez odpowiedzi pozostawiają jedynie pytanie o płeć nietoperza na okładce (♪ „a magia do rei, pt. 2”)

2017

31. Marty Stuart and His Fabulous Superlatives Way Out West

przyśniło mi się, że pisałem o tej płycie, chociaż wcale nie pisałem i spędziłem kilka dobrych minut, aby ten tekścik odszukać — bezskutecznie; co mi się nie przyśniło: stuart, który honky tonk i hillbilly ma we krwi, nagrywa oniryczną płytę z neotradycyjnymi opowieściami o kowbojach, cytując obszernie ennio morricone i rocknrollowe bakersfield, gdzie każda piosenka jest jak scena z wymyślnej westernowej fantasmagorii, a wszystkie razem łączą się w pierwszoligowy koncepcyjny krążek (♪ „way out west”)

2017

30. Slowdive Slowdive

slowdive robią to, co potrafią najlepiej tzn. robią swoje; podobnie jak po my bloody valentine nie słychać po nich upływu czasu, trochę dlatego, że shoegaze osadzono poza czasem, a trochę dlatego, że wciąż mają wyczucie, talent i nie rozmieniają się na drobne; slowdive jest lżejsze od m b v i absolutnie bezpretensjonalne; nieironiczny i niepaździerzowy promień słońca na trapowym niebie dla wszystkich, którzy tęsknią za alternatywnymi 90sami (♪ „sugar for the pill”)

2017

29. Fatima Al Qadiri Shaneera

fatimie al qadiri do twarzy (choć nie stricte wizualnie) w masce złej królowej uwięzionej własnym urokiem w dark roomie gejowskiego klubu gdzieś w kuwejcie; zręcznie przełamuje kulturowe tabu i jednocześnie tworzy mroczny, bezkompromisowy, syntezatorowy pop umocowany w arabskiej tożsamości — coś, czego nie widział wcześniej ani świat zachodni, ani szeroki bliski wschód (♪ „alkahof”)

2017

28. Bell Witch Mirror Reaper

bell witch śmiało mierzą się z niemożliwą do odtworzenia formułą dopesmokera — półtorejgodzinnego doommetalowego drona (co samo w sobie czyni mirror reaper albumem, który koniecznie trzeba przesłuchać) i co więcej mają ku temu powód — to swoiste epitafium dla zmarłego w 2016 roku perkusisty adriana guerry; dzięki powtarzalnej, slowcore’owej naturze materiału i jego pokaźnym rozmiarom odsłuchiwane w całości staje się pełnowymiarowym doświadczeniem bliskości i realności śmierci (♪ mirror reaper)

2017

27. Kelly Lee Owens Kelly Lee Owens

wszyscy zastanawiający się co by było, gdyby christian löffler produkował grimes, mogą włączyć debiutancki longplay kelly lee owens (i, już poza konkursem na gaszenie wyobraźni dobrymi płytami, jej znakomity cover „more than a woman” aaliyah) (♪ „throwing lines”)

2017

26. 坂本龍一 async

po latach moczenia stóp w ambiencie sakamoto wreszcie powinął nogawki i przemyślał swoje stopy; znalazł równowagę między ambientową wodą od wieloletniego moczenia stóp, urzekającym fortepianowym obliczem, echem dawnego popowego mistrzostwa a żyłką awangardzisty; async to sakamoto pulsujący, sprzeniewierzający się zastanemu porządkowi, puszczający oko w stronę akademickiej współczechy, ale zachowujący bezpieczny dystans, w zakresie dźwięków słyszalnych (♪ „stakra”)

2017

25. Dirty Projectors Dirty Projectors

dirty projectors indiepopowy fundament na nowej płycie zastąpili alternatywnym r&b doprawionym glitchowymi loopami, w czym doskonale im do twarzy; longstreth, spiritus movens projektu, wie, jak wyjść poza schemat, jednocześnie nie wychodząc na oszołoma — traktuje r&b jako trampolinę poza klasyczną melodykę muzyki popularnej, ale nie ogranicza się do umiejętności przegryzania popowych schematów artystowskimi trickami — muzykę grupy cechuje w dalszym ciągu nietuzinkowa wrażliwość pokrewna tej, którą usłyszeć mogliśmy u solange, franka oceana, jamesa blake’a czy samphy (♪ „cool your heart”)

2017

24. Spoek Mathambo Mzansi Beat Code

spoek mathambo, południowoafrykańskiegy producent i raper, z polotem i wrodzoną lekkością miesza regionalną odmianę afrohouse’u zwaną kwaito z elektropopem i rapem, podobnie jak przed dekadą zrobiła to m.i.a. z kuduro (♪ „sifun’imali yethu”)

2017

23. Grizzly Bear Painted Ruins

sam przekląłem grizzly bear, gdy usłyszałem pierwszy singiel promujący painted ruins; później zacisnąłem zęby, ale niekoniecznie z nadzieją i choć nowojorski kwartet miał już swoje veckatimest (a może właśnie dlatego), udało im się obronić niepozbawiony gracji stylistyczny zwrot — painted ruins jest do pewnego momentu zadowalającą porcją tego, z czego ulepili swoje trzy poprzednie krążki, ale wyrasta na swój własny sposób poza tamten ekosystem; dzięki temu wentylowi grizzly bear nadal brzmią żywo; trudno powiedzieć, czy adekwatnie w czasie, gdy wszelkie indie jest w kreatywnym odwrocie; ich styl zawsze był ponadczasowy (♪ „aquarian”)

2017

22. Shinichi Atobe From the Heart, It’s a Start, a Work of Art

romantyczne dub techno (♪ „first plate 2”)

2017

21. Kelman Duran 1804 Kids

prawdopodobnie żaden gatunek muzyczny nie potrzebował rehabilitacji tak bardzo jak rozogniony przez pozbawione odrobiny ironii masy reggaeton; choć mówi się, że jedna jaskółka wiosny nie czyni, a jeden niszowy nieco ponad półgodzinny longplay można z całą pewnością potraktować jako jaskółkę, oparty na spitchowanych latynoskich samplach długogrający debiut kelmana durana w zadziwiający sposób wydobywa z reggaetonu esencję, serce tropikalnych bangerów, tu podszytą niepokojem, może nawet smutkiem, na poziomie do którego radiowy nieironiczny reggaeton nigdy nie będzie w stanie dotrzeć; jednocześnie duran nie obśmiewa swoich inspiracji, stojąc w punkcie widokowym na skraju post-muzyki (♪ „6 de la mañana”)

2017

20. Matt Martians The Drum Chord Theory

debiutancki longplay martiansa spotkał się w najlepszym razie z umiarkowanie entuzjastycznym przyjęciem — w dużej mierze nie spotkał się bowiem z jakimkolwiek przyjęciem w ogóle; oczywiście w internecie zdominowanym plagą efektu owczego pędu eufemizowanego jako hajp takie przeoczenia to codzienność; the drum chord theory to klasyczny bitowy neo-soulowy album, bardziej chyba w klimacie ostatnich produkcji thundercata aniżeli soulquarians złotego okresu, choć bez jazzowych inklinacji; bardziej szkicownik niż skończona płyta, co w erze coraz dalej posuniętej losowości w hip hopie i r&b, może być wartością; showcase słodkich refrenów i szorstkich bitów — prequel i spinoff flower boya tylera w jednym; dość pokrętne, w żadnym wypadku koncepcyjne, ale nadrabiające spontanicznością, synergią i mieszczącą się w oznaczonych ramach nieprzewidywalnością jam session; wreszcie najprzyjemniejszy (z całą prostolinijnością ukrytą w słowie przyjemność) okołosoulowy album tego roku (♪ „what love is”)

2017

19. Hiroyuki Ura, Kenichi Kanazawa, Satoko Inoue Scores

onkyo wychodzące z tradycyjnego onkyo i stojące obok; podłużne rzeźby z aluminium symetrycznie poukładane na pięciolinii i zamienione w koncepcyjną kompozycję przy pomocy fortepianu i perkusjonaliów; a wszystko to żyje, dzięki fieldrecordingowej głębi drzemiącej w performatywnym charakterze w przeciwnym razie nazbyt układnego i odpowiedniego utworu (♪ „scores 1200” (excerpts))

2017

18. Varg Nordic Flora Series Pt. 3: Gore-Tex City

gdzieś w skandynawii, między alessandro cortinim a yung leanem, ciemnoszarymi popołudniami powstaje płyta-pocisk, która w sensie społecznym być może jest dla europejskich społeczeństw tym, czym xo tour llif3 stało się dla amerykańskiego (♪ „stockholm city (drottninggatan, sergels torg)”)

2017

17. Vince Staples Big Fish Theory

dzięki big fish theory niewątpliwie utalentowany, ale zamknięty do tej pory w konwencji zachodniego wybrzeża vince staples wyrasta na jednego z naczelnych awangardystów współczesnego amerykańskiego rapu; elokwentne flow i szerokie spektrum tematyczne zyskują nowe życie, dzięki prostej stylistycznej wolcie — romansie z szeroko pojętą elektroniką objawiającą się na płycie pod różnymi postaciami od hip house’u, przez uk garage i hyphy, aż po flirty z detroit techno i bubblegum bassem (♪ „homage”)

2017

16. LCD Soundsystem American Dream

alternatywny dance nawrócony na post-punk, który nie tylko mówi ci, jak masz żyć, ale możesz do tego jeszcze sobie zatańczyć (♪ „oh baby”)

2017

15. Nicole Atkins Goodnight Rhonda Lee

jeśli przeszła ci przez głowę myśl, że organiczne granie z pogranicza country i soulu pod banderą nashville soundu nie ma współcześnie racji bytu, zeszłoroczny krążek nicole atkins goodnight rhonda lee to pozycja do przesłuchania; atkins żongluje inspiracjami duchem roya orbisona czy barokiem lee hazlewoodu, dialoguje z the dap-kings, jest szczera i emocjonalna i potrafi sensownie zamknąć towarzyszące jej uczucia w starej jak świat formule piosenki (♪ „darkness falls so quiet”)

2017

14. Nnamdi Ogbonnaya Drool

tegoroczny krążek amerykańskiego wywrotowca nnamdego ogbonnayi to charyzmatyczny zwrot w kierunku plastycznego hip hopu spod znaku outkast czy blackalicious — mocno osadzonego w soulu, ale jednak stricte rapowego; w tym duchu na drool typ rozwija swoją autorską wizję hip hopu, w stosunku do której określenie art rap nie byłoby ani trochę przesadzone; śmiało żongluje stylami, mieszając klasyczną atlantę i psychodeliczny neo-soul, trap i alternatywne R&B, jazz i wykręconą muzykę bitową; na terytorium pomiędzy rapem a śpiewem, czuje się jak ryba w wodzie (♪ „let go of my ego”)

2017

13. Richard Dawson Peasant

mając w pamięci wspólną historię joanny newsom i billa callahana, byłoby niedelikatne z mojej strony, gdybym wtrącił pomiędzy nich richarda dawsona; a jednak jego zeszłoroczny album, na którym żongluje przyjmowanymi rolami i punktami widzenia, leży właśnie gdzieś wpół drogi między ornamentami newsom a (wciąż intelektualną oczywiście) prostotą callahana — zarówno aranżacyjnie, melodycznie, jak i storytellingowo; dawson lubi swoją prostą americanę w tym samym stopniu, co niekoniecznie idealnie linearną budowę swoich piosenek wieńczonej jednak raz po raz czymś w rodzaju średniowiecznej hymniczności; tym samym peasant jest dla mnie jednocześnie fascynująco nieodgadniony, jak i fascynująco znajomy (♪ „ogre”)

2017

12. Charly Bliss Guppy

weezer gra twee pop (♪ „glitter”)

2017

11. GFOTY GFOTYBUCKS

gfoty w kompletnym przeglądzie swoich dotychczasowych (najlepszych i bardzo złych zarazem) pomysłów na post-muzykę; jeśli ktoś w 2017 roku zasługuje na status megagwiazdy popu to właśnie ona; niestety duże media znoszą post-muzykę i kreatywne ironizowanie jedynie w przypadku amerykańskiego trapu i prawdziwa post-muzyka skazana jest na drugi obieg; i gdzie ta cyberpunkowa przyszłość, którą obiecywali carpenter, gilliam i scott (♪ „don’t wanna / let’s do it (bucks mix)”)

2017

10. Sounds of Sisso

podróż w nieznane; w sercu tanzanii grupa lokalnych artystów łączy swoistą odmianę afrykańskiego hip hopu z tamtejszym wyobrażeniem szeroko pojętego electropopu inspirowanego shangaan electro i bongo flava; wyobraźcie sobie fuzję gqomu z kuduro, okraście ją archaicznymi syntezatorami i wszystkim, co tylko irytuje was w bubblegum bassie i przemnóżcie całość przez esencję muzycznego adhd — tak właśnie brzmi sisso (♪ „kimbau mbau”)

2017

9. Mono no aware

podróż w nieznane; czyjeś ulotne spojrzenie wyczute na własnym barku; niepokój stopniowo przechodzący w podniecenie; kryształowa róża; napięcie narastające powoli, ale sukcesywnie od urodzenia do śmierci; glitch; rozbity ekran telefonu zaklejony półprzezroczystą tasiemką; zmarszczona, zmęczona twarz odbijająca się w szybie pustego wagoniku metra; głęboki oddech; zaparowane szkła okularów; patos rzeczy i melancholia przemijania (♪ „second mistake”)

2017

8. William Ryan Fritch Birkitshi: Eagle Hunters in a New World

gopro o ścieżce dźwiękowej fritcha do własnego filmu napisało, że jeden człowiek brzmi tu jak 40-osobowa orkiestra i chociaż to fragment tekstu promującego projekt przez wydawcę, więc trzeba podzielić jego zawartość przez 3, w dalszym ciągu na samego fritcha przypadnie wówczas 13 i ¼ osoby, a to i tak nie lada wyczyn; fritch zebrał folkowe nagrania tradycyjnej mongolskiej społeczności birkitshi i zrobił z nich piękny przestrzenny dźwiękowy pejzaż z pogranicza plemiennego ambientu i urokliwego post-minimalu; rzecz jest prosta, może nawet momentami ckliwa, od czasu do czasu nawet odrobinę miałka, ale niesamowicie zręczna, a przy tym całkiem efektowna, przez co koniec końców chwyta za serce i rozpieszcza tych wrażliwców, którzy mają ochotę na odrobinę światła w swojej płytotece (♪ „qusbegi”)

2017

7. Natalia Lafourcade Musas

kiedy już prawie miałem natalię lafourcade za kogoś w rodzaju meksykańskiej brodki, na złość moim marnym skojarzeniom nie nagrała zachowawczej inspirowanej rockiem z artystycznymi zapędami płyty, ale wprowadziła mnie w magiczny świat spuścizny piosenki latynoamerykańskiej; z niespotykaną dzisiaj dbałością o aranżacyjne niuanse, niekłamanym przejęciem i autentyczną bandą (w tej roli los macorinos) odkurzyła całą paletę barw tradycyjnego sudamerykańskiego folku od meksyku i kubę po szczyty andów (♪ „rocío de todos los campos”)

2017

6. Arca Arca

„quítame la piel de ayer” — niepewnie rozpoczyna łamiącym falsetem wenezuelski producent arca w „piel” otwierającym jego tegoroczny album — intymną opowieść o rozpaczliwym pragnieniu miłości mającej wypełnić wewnętrzną otchłań dojmującej samotności; arca rozbiera się przed słuchaczem — dosłownie i w przenośni — swoje uczucia, doznania i myśli wyrażając emocjami, zarówno na poziomie brzmienia, tekstów, jak i — w znaczącej mierze — nieoszlifowanego, na wpół amatorskiego paraoperowego wokalu; dzięki temu arca jest w stanie przenieść swój mroczny, do tej pory dość chaotyczny i surrealistyczny sznyt producencki w nową sferę, gdzie tkanka muzyczna musi stanowić dopełnienie pozamuzycznej substancji — całkiem już realnej i namacalnej (♪ „saunter”)

2017

5. Charli XCX Number 1 Angel/Pop2

muzyka pop ma zwykle dwa oblicza — to prawdziwie popularne, bijące rekordy sprzedaży i rozpoznawalności oraz to, które świadomie wykorzystuje popularne patenty, aby tworzyć nową jakość; w tej drugiej kategorii już od kilku lat brylują tuzi bubblegum bassu a.g cook i sophie, którzy w 2015 zmaterializowali się na muzycznym horyzoncie charli xcx i pop zamigotał tysiącem barw; jej tegoroczne miksjtepy to definicja nie tego, jak brzmi muzyka pop w 2017 roku, ale jak brzmieć powinna; przebojowa, ale nie prostolinijna, budowana z jednej strony na elektronicznym hip hopie, z drugiej na klasycznej piosenkowej melodyce, niegrzeczna i ironiczna, ale nie na tyle, by grać na kontrowersje (♪ „delicious”)

2017

4. Tzusing 東方不敗

azjatyckie techno inspirowane tamtejszą tradycyjną melodyką musi wypłynąć i wypłynie na wierzch w morzu bezkształtnej motoryki, choćby finezyjnej, podobnie jak wypływa to zespolone z brazylijską batucadą; tzusing jest wybredny, świadomy i konkretny — doskonale wie, jak skonstruować kompletny i samowystarczalny industrialny pejzaż z amalgamatu miniaturowych, w pełni przetworzonych replik elementów chińskiej muzyki dworskiej (♪ 「日出東方 唯我不敗」)

2017

3. Gas Narkopop

kiedyś na open’erze zagospodarowywano na sety didżejskie taką półokrągłą betonową tubę — czy też dziwaczny cyberpunkowy hangar na małe śmieszne samolociki — wydrążoną w zielonym pagórku — choć pewnie po prostu przysypaną ziemią z krzakami; gdyby to ode mnie zależało, to podczas tegorocznej edycji wynająłbym tę tubę i na ripicie przez całe cztery dni grał tam narkopop gas (♪ „narkopop 10”)

2017

2. Brockhampton Saturation I II III

brockhampton nie tylko nie boją się konfrontować własnych lęków, ale na ekscentrycznie outsiderskich post-dirty-southowych bitach zamieniają odmienność i wyobcowanie w atut, który czyni ich brockhampton — pierwszym hiphopowym boysbandem ameryki; reformują amerykański hip-hop po swojemu — z jednej strony w pośpiechu i bez spójnej, jednoznacznej wizji, z drugiej — w sposób, który nie zna podziału na brudne południe, wschodnie czy zachodnie wybrzeże, pop rap, trap czy gangsta rap, hip-hop świadomy, polityczny czy eksperymentalny; nowa i stara szkoła to zatem w kontekście brockhampton poruszającego się momentami na skraju buntowniczego queerhopu pojęcia zupełnie bezużyteczne; wydane w 2017 roku trzyczęściowe saturation to nowa zupełnie mitologia; nawet z tym nie handlujcie (♪ „lamb” (extended))

2017

1. Tyler, the Creator Scum Fuck Flower Boy

tyler, the creator skroił w tym roku swój najbardziej koherentny tematycznie i brzmieniowo album w karierze; scum fuck flower boy oparty został w dużej mierze na przytulnych neo-soulowych hookach, ale nie rozwadnia wcale zawartości tylera w tylerze — nie szuka kompromisów, ale świadomie poświęca część istoty goblina, by zrobić miejsce dla niewyeksponowanej wcześniej części tylera; nie ma tu jednak miejsca na stylistyczną i przedmiotową schizofrenię — potencjalne luki skutecznie wypełniają fantazja i absurd, ale przesłanie pozostaje czytelne — w jego centrum znajdziemy istotę wszelkiego humanizmu — odwieczną udrękę człowieka wynikającą z nieustannego mierzenia się samotnością; to nie nowy tyler, to nie tyler uciekający od umiejętnie skrojonej dla siebie przed laty kreacji, wreszcie nie tyler pragnący rehabilitacji czy desperacko szukający akceptacji, a po prostu tyler, the creator ze wszystkimi kreatywnymi przymiotami i konsekwencjami własnej persony, tu, na poczet kolejnej artystycznej kreacji, wychylający własną twarz zza maski goblina; to jednak w żaden sposób nie czyni go nagim czy bezbronnym; nie rezygnuje z siebie — wyraża siebie; posługując się językiem gombrowiczowskim, może rzec, że tyler doprawił sobie wreszcie zupełnie ludzką gębę; niezależnie od wszystkiego to płyta, po przesłuchaniu której ma się ochotę chwycić tylera mocno za rękę i długo nie puszczać (♪ „911 / mr. lonely”)

powyżej plejlista z wyszczególnionymi hajlajtami, a tutaj całe płyty w zupełnie losowej kolejności

Opublikowano

2017: piosenki

2017

w połowie roku stwierdziłem po cichu, że nie będę już słuchał muzyki wyczynowo, nie będę jej recenzował i oceniał, nie będę na przełomie roku, gdy wszyscy wkoło odpoczywają, spędzał wieczorów przed komputerem na wybieraniu, słuchaniu, pisaniu, kadrowaniu i edytowaniu — odtąd słuchał będę wyłącznie muzyki, którą lubię; poniższy zestaw, przesadnie zresztą rozbudowany względem zeszłorocznego, to chyba najlepsze poświadczenie, że w tym cichym stwierdzeniu nie wytrwałem długo; bo i co miałbym teraz robić? wybrałem i opisałem zatem 40 piosenek, niekoniecznie najlepszych, ale na pewno wartych uwagi

2017

40. Arcade Fire, „Everything Now”

spektakularny początek końca, karnawałowy pogrzeb kanadyjskiego giganta napędzany fenomenalnym klawiszowym motywem wyciągniętym żywcem z „dancing queen”; narzućmy więc kolorowe girlandy i zatraćmy się w tańcu — nie ma już arcade fire!

2017

39. Selena Gomez, „Bad Liar”

kto by pomyślał, że w 2017 roku to akurat selena gomez, rozkosznie przekomarzając się w refrenie „bad liar”, zbliży się najbardziej to jacksonowskiego archetypu idealnej popowej piosenki

2017

38. Poppy, „Software Upgrade”

oda miłosna do komputera w formie uroczego picopopowego gabbera z najlepszym przedrefrenem roku (i turn you off, i turn you on and off and off, and on and on and off and off, and on and on and on) i psychotycznie świdrującym synthwave’owym mostkiem granym zapewne przez przybywającego z roku 2049 półklona-półcyborga willy’ego wonki

2017

37. Laurel Halo, „Moontalk”

gatunek: laurel halo samba-canção

2017

36. MC Bin Laden, „Vai Virar Puteiro”

kosmopolityczna definicja swojskiego bangera a.d. 2017

2017

35. Dirty Projectors, „Ascent Through Clouds”

david longstreth chwyta się współczesnego r&b, by wyjść poza indiepopową ramę melodyczną, a następnie, na wzór sufjana stevena i tuzów bubblegum bassu, dekonstruuje sam siebie, topiąc znaną wrażliwość i nową rytmikę w morzu glitchów i autotune’a; trochę maskarada i kreacja, ale fundamentem całości pozostają osobiste przeżycia, które rozdzierają stylistyczną skorupę, wypływając na wierzch i z miejsca stając się dominantą

2017

34. Miley Cyrus, „Younger Now”

cyrus reformuje wypuszczony spod kontroli bunt w błyskotliwie wyprodukowaną i osadzoną na pierwszorzędnym stadionowym refrenie woltę stylistyczną — psychodelicznym hołdzie dla klasyków country popu pierwszej połowy lat 70.; jednocześnie wypluwa drugi w swojej karierze (po „we can’t stop”) manifest, który pomimo zręcznej żonglerki banałem, przynosi osobiste oczyszczenie

2017

33. IU, „Jam Jam”

perfekcyjny funkowy jam wyprodukowany i wykonany z niedoścignioną gracją, najjaśniejsza z barw na tegorocznej palecie k-popowej księżniczki

2017

32. Chris Stapleton, „Either Way”

stapleton nadal w życiowej formie, zjada całe współczesne radiowe country jedną prostą akustyczną balladą o końcu nieudanego małżeństwa

2017

31. Mats Gustafsson & Joachim Nordwall, „A Map of Guilt”

na płycie wydanej przez bociana gustafsson dmie w rozmaite instrumenty i dmie rozmaicie, w związku z czym momentami trochę mija się sam ze sobą, co nie ujmuje jednak tytułowemu „a map of guilt” ani odrobiny poetyki; to psychotyczny 19-minutowy elektroakustyczny dron, który można by posadzić na plejliście między „trash tv trance” romitellego a deepchord presents echospace i siadłoby jak marzenie

2017

30. Brockhampton, „Summer”

wykradziona z uniwersum ostatniej płyty franka oceana istota być może i całej finezji brockhampton zawarta w poruszającej, ale nie pompatycznej czy desperackiej, zaśpiewanej z uczuciem i lekkością jednorefrenowej wokalizie bearface’a

2017

29. Charli XCX, „Roll With Me”

charli xcx ramię w ramię z sophie w duchu pc music odkrywają inteligenckie podwaliny klasycznego eurodensu, na bazie ogranego yeah, yeah, yeah i pulsujących transowych synthów tworząc jeden z najbardziej uzależniających popowych catchphraze’ów roku

2017

28. Grizzly Bear, „Mourning Sound”

grizzly bear z niespotykaną wcześniej w ich repertuarze charyzmą, choć nie bez kontrowersji, posuwają swoje brzmienie w nowym kierunku — neo-psychodeliczne downtempo zalewając autorską mieszanką motorycznego synthpopu i anachronicznego alt rocka spod znaku radiohead; bezprzecznie najbardziej upbeatowy moment raczej pastoralnej jak dotąd dyskografii grupy

2017

27. Tyler, the Creator feat. Rex Orange County & Anna of the North, „Boredom”

pełna słodyczy, ale chilloutowa impresja o codzienności; z pomocą rex orange county, anny of the north i corinne bailey rae tyler tworzy nową wartość z dyktowanego schematami marazmu (cause boredom got a new best friend); bez wątpienia najbardziej niezobowiązujący soulowy refren roku

2017

26. Calvin Harris feat. Frank Ocean & Migos, „Slide”

calvin harris, offset i quavo wspólnie z frankiem oceanem na lekkim 80sowym bicie mieszają zrelaksowany rap z wokoderowymi wokalizami; ocean co prawda brzmi momentami trochę jak emerytowany piosenkarz reggae, który po trzecim odwyku postanowił ostatecznie odstawić używki i zaczął śpiewać chilloutowe r&b, ale ostatecznie każdy z tych elementów sprawia, że w prostolinijnym radiowym ujęciu „slide” to bezsprzeczny triumf klasycznego wakacyjnego popu

2017

25. Slowdive, „No Longer Making Time”

25 lat albo 6 minut; kunsztowna ponadczasowa fuzja monumentalnej shoegazowej ściany gitar i popowego oniryzmu

2017

24. Yaeji, „Raingurl”

tegorocznym objawienie muzyki house w autorskim pomoście między hiphouse’ową azealią banks a amerykańską szkołą deep house’ową szkołą, z taneczną lekkością najlepszych momentów disclosure i uzależniającym minimalistycznym rymowanym refrenem („make it rain girl, make it rain”)

2017

23. Piernikowski, „Trwamy”

16-bitowa wersja nowofalowej siekiery i minimalistyczny uliczny rap; post-romantyzm z wielkiej płyty (twarde pięści i cieknące łzy/ dużo trzeba siły w domu i na ulicy)

2017

22. Baba Stiltz, „Baby”

utopiony w autotunie tropikalny microhouse jako tło dla złamanego serca i zawiedzionych oczekiwań; centerpiece każdej letniej smutnej dyskoteki

2017

21. Red Velvet, „Peek-a-Boo”

taneczny, inspirowany tropikalnym house’m numer to charyzmatyczna przeprawa przez charakterystyczny dla koreańskiego popu kalejdoskop melodyjny zawarty jednak w spójnej stylistycznej wizji — z jednej strony odkrywający na nowo oldschoolowy synth pop i r&b, z drugiej odważnie ciągnący ku przyszłości — zupełnie jak tytułowa zabawa w peek-a-boo

2017

20. Danny L Harle, „Me4U (A. G. Cook Remix)”

a.g. cook psuje najlepszy tegoroczny refren danny’ego l harle’a skandalicznie brostepowymi dropami i bezpardonowymi glitchami; tym samym balearyczny house wymienia na rasowy trance i przenosi środek ciężkości styranego już nieco bubblegum bassu w futurystyczne otoczenie, gdzie jeszcze nie kursuje śmieciarka

2017

19. Thundercat feat. Michael McDonald & Kenny Loggins, „Show You the Way”

thundercut wpisuje swoją kunsztowną reinterpretację fusion z lat 70. przez pryzmat neo-soulu lat 90. i współczesnej muzyki bitowej w adekwatną w tym przypadku formę muzycznego żartu; broni tej stylistycznej słodyczy w najlepszy możliwy sposób — otwierając możliwość odczytywania go jako pastisz; i to pastisz najrozkoszniejszy ze wszystkich, bo bazujący na nostalgii, która siłą rzeczy musi wymykać się hipsterskiej ironii w stronę bezmiaru szczerej dziecięcej radości

2017

18. LCD Soundsystem, „Tonite”

rozogniony masowy kryzys tożsamości tekturowych absolwentów pokolenia y zamieniony w post-ironiczną dyskotekę napędzaną oldschoolowymi balonowymi syntezatorami i lękami dzisiejszych 30-latków (you’re such a winner that the future’s a nightmare and there’s nothing I can do; you’re missing a party that you’ll never get over/ you hate the idea that you’re wasting your youth/ that you stood in the background until you got older)

2017

17. Natalia Lafourcade, „Tú sí sabes quererme”

lafourcade w akompaniamencie los macorinos składa najbardziej liryczny hołd piosence latinoamerykańskiej ostatnich lat; pośród kunsztownie zaaranżowanych i wykonanych coverów własną ręką kreśli ponadczasowe kubańskie bolero zaśpiewane przez artystkę z niedzisiejszym przejęciem i romantyzmem (corazón, tú sí sabes quererme como a mi me gusta/ soy la flor encendida que da color al jardín de tu vida); ani przez chwilę nie ma jednak powodu, by nie wierzyć jej wyznaniu

2017

16. Arca, „Piel”

arca rozbiera się przed słuchaczem dosłownie i w przenośni — swoje uczucia, doznania i myśli wyrażając emocjami, zarówno na poziomie brzmienia, tekstów, jak i (w znacznej mierze) nieoszlifowanego, na wpół amatorskiego paraoperowego wokalu: quítame la piel de ayer — niepewnie rozpoczyna łamiącym falsetem, przygotowując się do zrzucenia wczorajszej skóry

2017

15. Tiffany Gouché, „Dive”

tracy chapman pokolenia trap&b łączy quietstormowy sznyt z vibem współczesnego alt r&b w zmysłowym wyznaniu miłosnym

2017

14. Drake, „Teenage Fever”

drake robi drake’a w typowym dla siebie harmonijnym trap&bluesowym midtempo o kolejnej niejednoznacznej znajomości, tym razem jednak wieńczy wszystko najbardziej rozkosznym samplem minionego roku, który w nowym kontekście nabiera nowego powabu i nowego znaczenia (if you had my love and I gave you all my trust would you comfort me/ and if somehow you knew that your love would be untrue would you lie to me)

2017

13. Charli XCX, „Boys”

charli oswaja agresywny trappop na swój sposób — subtelnym, minimalistycznym anturażem przywodzącym na myśl „me & u” cassie; błyskotliwie, jednym ciętym hookiem (i’m sorry that i missed your party i wish i had a better excuse like i had to trash the hotel lobby but i was busy thinking ’bout boys) i soczystym teledyskiem wysyła mężczyzn, jeśli nie do kuchni, to przynajmniej na rozkładówki

2017

12. The Blaze, „Juvenile”

nowa elektronika nie musi wcale być klaustrofobiczna i amelodyjna; francuskiemu duetowi the blaze udało się wpisać duszną, gęstą atmosferę w rasowy klubowy przebój oparty o progresywną pracę przestrzennie pstrzących się syntezatorów; ale to zapętlony soulowy sampel (let me show you something/ you were in my own head once) buduje dramaturgię, odkrywając emocjonalny rdzeń

2017

11. Charlotte Gainsbourg, „Deadly Valentine”

jak zwykle subtelna i wysmakowana gainsbourg pod producenckimi skrzydłami sebastiana miesza poetyckie wpływy francuskiej piosenki z prężną sceną tamtejszego house’u w artystycznym, tanecznym, ale jednocześnie refleksyjnie eterycznym pierwszorzędnym splocie gatunkowym; inaczej niż w beckowskim „terrible angels” gainsbourg nie eksponuje ostrych krawędzi, ale z dreampopową manierą rozpuszcza na wskroś popową linię wokalną w neodyskotekowym groovie, czego efektem jest jeden z najbardziej zmysłowych bangerów roku

2017

10. Mondo Grosso feat. Hikari Mitsushima, 「ラビリンス」

mondo grosso z cudowną hikari na wokalu eksponuje poetykę klasycznego japońskiego popu z producenckim drygiem na miarę największych tanecznych przebojów kylie; tytułowy labirynt ustroił klasycznym nu-disco z deep house’owym zacięciem, wszystko spowijając w mgiełce osadzonej poza czasem melancholii i wizualizując być może najlepszym teledyskiem roku

2017

9. Lil Uzi Vert, „XO TOUR Llif3”

podobnie jak wczesny yung lean czy travis scott w „3005” uzi wchodzi w dostępną nielicznym sferę metatrapu i tworzy jeden z tych wyjątkowych utworów, które tekstowo i brzmieniowo nie tylko konstytuują trap jako głos pokolenia, ale przenoszą to doświadczenie na zupełnie nowy poziom; z każdym kolejnym wyprowadzonym dwuwersem (push me to the edge/ all my friends are dead) uzi rozpada się bardziej i bardziej, nadając określeniu i fall to pieces zupełnie nowe znaczenie

2017

8. Vince Staples feat. Kendrick Lamar, „Yeah Right”

w ultraprzebojowym „yeah right” bubblegum bass znalazł drogę do świata wielkoformatowego hip hopu; sophie połyka flume’a w całości, przygniatając numer w swoim sygnaturowym brzmieniem — balonowym efekciarstwem i wyrwanym z zupełnie innej stylistyki śpiewanym hooku wieńczącym ten pierwszoligowy pokopany banger

2017

7. Kali Uchis feat. Fuego, „Tirano”

choć kali uchis nie wydała długogrającego debiutu, niewątpliwie wyrosła na cichą bohaterkę minionego roku; w „tirano” (i oryginalnej angielskiej wersji „tyrant” z jorją smith) zręcznie łączący popowe oblicze latynoskiego dancehallu z inspiracjami alternatywnym r&b, gdzie na karaibskim, lekko psychodelicznym bicie zabiera słuchaczy w głąb tanecznego kalejdoskopu mieniącego się jej subtelnym wokalem, a wirującego dzięki lekko pijanej rytmice i wielokrotnie powtarzanego w jej rytm más y más y más y más y más

2017

6. Kamixlo, „Bloodless Y (Evian Christ Remix)”

otagowano jako: transcendental.happens.now.

2017

5. J Balvin feat. Willy William & Beyoncé, „Mi Gente (Remix)”

oto jak się robi remiksy, queen b przejęła kontrolę nad (nie bójmy się przyznać) obezwładniająco chwytliwym moombahtonowo-reggaetonowym riddimem, nie tylko przełamując monotonny flow oryginalnej wersji i przydając mu koniecznego swagu, ale zadziwiająco wlewając w niego substancję (if you really love me make an album about me, word up), przez co czyniąc własnym; all hail beyoncé

2017

4. Антоха МС, „Время ток”

imperialistyczny hip house jako medium dla moskiewskiej miejskiej poezji (Братья смело взяли курс на зло/ Всем нам в пору стало далеко/ Потеряли чтоб найти свое); niesamowicie plastyczne, żywe i szczere połączenie udziergane na przepastnym blokowisku, gdzie wieżowce z wielkiej płyty przesłaniają wschody słońca

2017

3. Brockhampton, „Boogie”

w dyskotekowym „boogie” przywodzącym trochę na myśl zeszłoroczne „ain’t it funny” danny’ego browna (także ze względu na bezkompromisowe połączenie trudnej tematyki ze z jednej strony lekką, z drugiej — psychotycznie motoryczną warstwą muzyczną) brockhampton manifestują rewelacyjną synergię na ostatniej prostej przed domknięciem roku i debiutanckiej trylogii; są obecnie w znakomitym kreatywnym momencie i wykorzystują to ze szczętem zamiast wahać się, ryzykując utratą pędu

2017

2. Tyler, the Creator feat. Estelle, „Garden Shed”

tyler zdobywa się na coś niewyobrażalnie trudnego — wyjście z tytułowej szopy do bujnie upstrzonego kwiatami ogrodu (garden shed, for the garden/ that is where i was hidin’/ that is what love i was in (…) garden shed for the garçons / them feelings i was guardin’/ heavy on my mind) — trochę wbrew woli wszystkich, a przynajmniej: z jednej strony — w dalszym ciągu klaustrofobicznej sceny rapowej, wciąż często traktującej nazbyt barwne postaci nieprzystające do kanonu jako ciekawostkę; z drugiej zaś — środowiska lgbtq stawiającego pewne oczekiwania wobec własnej społeczności; oczekiwania, w które yyler ze swoim wybujałym indywidualizmem na granicy bluźnierstwa jak dotąd nijak się nie wpisuje; esencją jest jednak nie to, że tyler potrafił się na takie wyznanie zdobyć, ale że sam te (wciąż) niewygodne społecznie uczucia zamknął w tak elokwentnej kompozycji; tyler rozpoczyna nieśmiało, nieporadnie, po wewnętrznym solilokwium, dotychczas wyszczekany, tym razem nie potrafi znaleźć słów; zupełnie ahiphopowy, progresywnie prowadzony, pozornie kojący, ale ciężko zakotwiczony w podskórnym goblinie syntezatorowy podkład i wreszcie jeden opasły wers-słowotok to formalny majstersztyk redefiniujący na nowo granice hip hopu

2017

1. Arca, „Desafío”

najbardziej klasycznie piosenkowy fragment w dotychczasowej dyskografii arki zbudowany na dwóch potężnych, piętrowo zaaranżowanych hookach i uderzającym ekspresją osobistym tekście o obezwładniających pragnieniach i towarzyszącym im uczuciom; w listo o no, hay un abismo dentro de mí zawiera się istota całej stylistycznej i osobistej przemiany arki

wszystko jest na spotify

Opublikowano

2016: albumy

2016

od lat powstrzymuję się od uogólnień, czy dany rok był lepszy czy gorszy; każdego dnia ukazuje się tyle co najmniej intrygującej muzyki, że nie da się w szerszym kontekście usprawiedliwić sprowadzania jej całej do dwóch przygnębiających zawodów czy tego jednego największego — braku jednoznacznie ulubionego albumu, nieznalezienie krążka, który niczym flagę można by wciągnąć wysoko na maszt z hashtagiem #ja2016; nie ma powodu do rozpaczy, jest jedynie zbyt wiele dobrej muzyki do przesłuchania

2016

40. omar s the best!

tytuł nie kłamie — omar najlepszy (♪ „take ya pik nik”)

2016

39. hamilton leithauser + rostam i had a dream that you were mine

spiritus movens vampire weekend reanimuje wokalistę the walkmen i razem nagrywają pierwszorzędną folkpopową płytę pomiędzy bobem dylanem a sufjanem stevensem (♪ „a 1000 times”)

2016

38. clara iannotta a failed entertainment: works 2009-2014

wbrew tytułowi ianottta potrafi zaintrygować słuchacza bez uciekania się do efekciarstwa (♪ „intent on resurrection — spring or some such thing”)

2016

37. pc music volume 2

pc music potwierdza swój status najbardziej kreatywnego popowego teamu na świecie (♪ „a new family”)

2016

36. ゲスの極み乙女。両成敗

gesu no kiwami otome. potrafi niezręczny dla europejczyków intensywnie gitarowy j-popowy splot gatunkowo-melodyczny przekuć na naprawdę kunsztowne i nieprzytłaczające piosenki; mathrockowy background, zabawy progresywnym jazzem i liczne zawirowania rytmiczno-melodyczne w jakiś magiczny sposób udaje im się zamknąć w przebojowym krążku (♪ 「両成敗でいいじゃない」)

2016

35. wacław zimpel lines

nie mieliśmy nigdy w polsce tradycji post-minimalistycznej, a tymczasem za sprawą wacława zimpela i wydawanych przez instant classic zaprzyjaźnionych projektów lam i lotto w ciągu chwili zyskaliśmy całą scenę — scenę, która niby nie wywraca zastanego porządku zachodniego świata do góry nogami, ale po swojemu go interpretuje, wpisującąc w przejrzyste, świetliste minimalistycznie zapętlone struktury srogą dozę nadwiślańskiej awangardy; yass 2.0, czyżby? (♪ „alupa-pappa”)

2016

34. bwana capsule’s pride

klasyczne cyberpunkowe anime „akira” czy „ghost in the shell” zyskują nowe życie na zatopionym w japońskim retrofuturyzmie lat 90. debiutanckim longplayu bwany pędzącym po trasie tokio-berlin-londyn, myląc sample shakuhachi, trapowe cykady, progresywne synthowe motywy à la ymo i techniczne bity (♪ „the capsule’s pride (bikes)”)

2016

33. weezer white album

przeżywający od połowy lat 90. kryzys twórczy za kryzysem twórczym altrockmeni z weezer chwytają za rogi kryzys wieku średniego, nagrywając płytę może i odrobinę infantylną, ale wypełnioną niezobowiązującymi słonecznymi melodiami, za które pokochaliśmy ich w 94 (♪ „(girl we got a) good thing”)

2016

32. cobalt slow forever

po siedmiu latach przerwy i zmianie wokalisty blackmetalowy duet dorzuca do definiującej ich mieszanki znacznie więcej świdrującego atmosferycznego sludge’u w stylu neurosis i odrobinę melodyjnego hardcore’owego punku, co nie tylko redefiniuje brzmienie grupy, ale wpisuje ją w ramy szeroko rozumianego post-hardcore’u (♪ „elephant graveyard”)

2016

31. bigbang made

edm-owy k-pop z obozu big bang poza trudnym do zakwestionowania solidnie wyprodukowanym „tu i teraz” kryje w sobie także nieodpartą dozę ponadpokoleniowej melancholii charakteryzującej największe osiągnięcia muzyki popularnej (♪ 《우리 사랑하지 말아요》)

2016

30. maren morris hero

maren morris jest bezczelna i błyskotliwa, ale na hero na wyważa żadnych drzwi — wchodzi przez niedomknięte okno i nagrywa bezsprzecznie najprzyjemniejszy w tym roku miks mejstrimowego country popu i szeroko pojętego aor (♪ „rich”)

2016

29. jefre cantu-ledesma in summer

podobnie jak lata temu u fennesza, tak i u cantu-ledesmy lato przybiera postać zniekształconego, nieco wyblakłego, ale wciąż momentami migoczącego wielobarwnie wspomnienia; korzysta tylko z innych środków, jako trzon obierając ambientowy szum okalający mniej lub bardziej sielskie wizje świata, który nie tyle jest żywy w naszych wspomnieniach, co na naszych oczach, chwila po chwili bardziej i bardziej kurczy się i płowieje; in summer to odarty z wyobrażonej ornamentacji obraz utęsknionego odległego świata (♪ „blue nudes (i-iv)”)

2016

28. weyes blood front row seat to earth

gdzieś między klasycznym indie popem, oniryczną psychodelią a tradycjami kameralnego folku jest jeszcze miejsce na klasycznie zaaranżowany na głos, gitarę akustyczną i smyczki szczery prostolinijny songwriting; płyta, której w tym roku nie nagrała julia holter, a którą zawsze chciała nagrać enya (♪ „do you need my love”)

2016

27. benjamin biolay palermo hollywood

po kilku potknięciach biolay wraca do pierwszej ligi nouvelle chanson française; palermo hollywood to wyraz jego wieloletniej fascynacji kulturą latynoską, płyta-pociąg relacji paryż-madryt-lizbona-rzym, zręczne połączenie melancholijnego kameralnego popu z alternatywnym zacięciem, wielości śródziemnomorskich inspiracji (choć bardziej w sferze brzmienia niż melodyki) z charakterystyczną melorecytacją w duchu serge’a gainsbourga; tym samym biolay nagrywa swoje najlepsze piosenki od lat, intrygując i zajmując słuchacza po raz pierwszy od czasu niezapomnianego la superbe sprzed siedmiu lat (♪ „miss miss”)

2016

26. charli xcx vroom vroom

charli xcx ze swoją wizją trashypopu doskonale wpisuje się w wizję większą, ale równie ordynarną i bezpardonową — bubblegum bass; nic więc dziwnego, że po rewelacyjnym zeszłorocznym remiksie „doing it” a. g. cooka w tym roku z piosenkarką zaprzyjaźnił się sophie; na vroom vroom nie ma miejsca na subtelność i dobry smak; jest 12-minutowy spektakularny pokaz fajerwerków ze strukturami melodyczno-rytmicznymi wyciągniętymi z najpodlejszych k-popowych maksisingli (♪ „secret (shh)”)

2016

25. niechęć niechęć

niechęć nie tylko rozpoczęła od końca, ale pokazała, że można z powodzeniem zmienić go w znakomity nowy początek; przy trwających niemal trzy kwadranse ośmiu premierowych kompozycjach nie ma miejsca na zwodzenie, lanie wody czy owijanie w bawełnę — choć muzycy grupy mylenie tropów mają opanowane do perfekcji, dawno w polskim jazzie nie mieliśmy tak wyrazistych, a jednocześnie nietuzinkowo i pieczołowicie zaaranżowanych tematów; i nawet jeśli na nowym krążku da się bez trudu odnaleźć wspólny mianownik z debiutancką śmiercią w miękkim futerku sprzed czterech lat, to przez ten czas usunięto z niego znaczną niewymierność. nową niechęć ktoś niechętny nazwać mógłby kompromisową, ale słowami dużo lepiej podsumowującymi zaistniałą sytuację są: wyważona, harmonijna, klimatyczna i dojrzała (♪ „krew”)

2016

24. henry threadgill’s ensemble double up old locks and irregular verbs

zeszłoroczny laureat muzycznego pulitzera, słusznego już wieku jazzowy kompozytor (a także saksofonista i flecista) henry threadgill nabiera wiatru w żagle i pisze jazzowe epitafium dla zmarłego przyjaciela; zbiera septet doborowych instrumentalistów (w tym dwóch pianistów — jasona morana i davida virellesa), tym razem sam nie gra i nie tyle dyryguje, co odmienia jazz przez wszystkie czasy i przypadki, sprawuje artystyczną pieczę nad swoim jazzowym dziedzictwem, jest mistrzem ceremonii; pogrążone w dążącej do wolnych improwizacji awangardzie czteroczęściowe old locks and irregular verbs może płoszyć poplątaną formą, ale ujmuje detalami (♪ „part 4”)

2016

23. solange a seat at the table

solange nagrywa longplay z krwi i kości dbający jednakowo o szczegół i ogół — wszystko dzięki przemyślanej wizji i zmaterializowanemu dopiero teraz, ale wypracowywanemu latami brzmieniu plasującemu się pomiędzy sophistipopowym anturażem king, jazzującym ekscentryzmem wczesnych płyt eryki badu a delikatną aurą niezapomnianej minnie ripperton; to płyta nagrana w tradycji neo-soulu, ale jednocześnie wyraźnie korespondująca z charakterystycznym synthfunkowym brzmieniem, które solange wypracowała przed czterema laty z devem hynesem na kultowym już true; tym razem nad całością czuwał weteran soulu raphael saadiq i być może to właśnie jego zasługą jest klasyczny vibe bijący od a seat at the table, dzięki któremu krążek już w chwili premiery można było uczciwie położyć na półce w towarzystwie neo-soulowej klasyki (♪ „cranes in the sky”)

2016

22. equiknoxx bird sound power

w 2016 duet equiknoxx przywrócił do życia digital dancehall, który w ich ujęciu zyskał dziwaczną minimalistyczną ghettohouse’ową oprawę wpisaną w ramy dojmujących, ale luźno rozstawionych bitów wygradzanych ptasimi samplami (♪ „the link”)

2016

21. idris ackamoor ☥ the pyramids we be all africans

krótka historia afrykańskiego jazzu łącząca stricte amerykański, ale wywodzący się z afrykańskich tradycji spiritual jazz, elementy fusion, subtelne, ale nieskrępowanie wykorzystanie elektroniki i elementy szeroko rozumianych folkowych zaśpiewów; choć na płycie prym wiedzie przede wszystkim plemienna rytmika, nie brakuje prostych, ale pieczołowicie zaaranżowanych i rozwijanych instrumentalnie tematów i melodii; to radosny, wielobarwny, niezobowiązujący, a jednocześnie błyskotliwy hołd dla czarnego lądu, z którego, zgodnie zresztą z tytułem płyty, wszyscy przecież się wywodzimy (♪ „silent days”)

2016

20. masayoshi fujita & jan jelinek schaum

aktywny chillout dla znerwicowanych natręctwami codzienności; muzyka, która żyje, mówi, komunikuje, opowiada przeróżne historie — świergocze, brzęczy, bulgocze, kipi, pryska, szczęka, mruczy, świszczy, charczy, miauczy, a jednocześnie można się przy niej zwinąć w kłębek (♪ „parades”)

2016

19. young thug jeffery

wizjoner trap rapu decyduje się wreszcie na wypuszczenie bliższej oficjalnemu longplayowi formy; wywołując z nazwiska szereg swoich idoli, z mlasków, okrzyków i porwanych półrefrenów buduje fantastyczny krążek w tradycji post-minimalistycznego hip hopu (♪ „kanye west”)

2016

18. king we are king

zręcznie i kreatywnie wykorzystuje potencjał klasycznego quiet stormu i brzmi zupełnie tak, jak gdyby zebrać najlepsze pościelówy z całej kariery janet jackson — od „funny how time flies” po „no sleeep” — i z fenomenalnym wyczuciem zrobić z nich koncepcyjną płytę; uwodzicielskie wokale dziewcząt znakomicie spleciono tu w całość z kojącymi, syntezatorowymi, ale jednak organicznie brzmiącymi aranżami pod inkrustowaną srebrzyście tlącymi się gwiazdami niebieską kopułą nieśpiesznej i na wpół wyśnionej przeprawy po nieboskłonie o czwartej nad ranem — przeprawy, która nieuchronnie ciągnie słuchacza w kierunku sypialni; mimo wszechobecnego oniryzmu niewątpliwie wiodącego tutaj prym, trudno zmrużyć oko, gdy za wielowarstwowymi wokalami i artystycznie przymgloną produkcją ukryte są perfekcyjnie przebojowe popowe melodie (♪ „carry on”)

2016

17. valerio tricoli clonic earth

chaos, kosmos, ulotność, dyspersja — valerio tricoli we wspaniałym stylu kontynuuje dobitnie zaakcentowany przed dwoma laty na miseri lares rozbiór logiczny świata przy pomocy upiornych elektroakustycznych pejzaży; w rolach głównych znów taśma, analogowe sample, fragmenty przetworzonego głosu ludzkiego; tricoli hołduje nieznanemu, obchodzi je ostrożnie dookoła, stawia szereg dźwiękowych znaków zapytania, błyskawicznie przechodząc dalej, którymś z nieskończoności kanałów percepcji łączących składowe wszechrzeczy do kolejnej nie mniej abstrakcyjnej zagadki (♪ „stromkirche or terminale”)

2016

16. mark ernestus’ ndagga rhythm force yermande

w pół drogi między dakarem a berlinem; klasyczny mbalax wpisany w dubową rytmikę pod okiem marka ernestusa; organiczne bębny z jednej strony przywodzą na myśl plemienne ceremoniały, z drugiej w połączeniu afro-house’owym podejściem do brzmienia doskonale wpisują się w pejzaż współczesnego techno (♪ „jigeen”)

2016

15. d.r.a.m. big baby d.r.a.m.

według eryki badu gdyby george clinton, ol’ dirty bastard i d’angelo mieli dziecko, to nazywałoby się d.r.a.m.; trudno zaprzeczyć — koleś z naturalną lekkością tworzy pierwszorzędny neo-soul na trapowych bitach czy też trap rap z neo-soulowymi zwrotkami — zwał jak zwał; łączenie nowoczesnego hip hopu ze śpiewanymi refrenami przychodzi mu łatwiej niż westowi, chance’owi the rapperowi i fetty’emu wapowi razem wziętym; bez pomocy autotune’a syntezuje od lat dążące do połączenia totalnego rap i r&b (♪ „cash machine”)

2016

14. palmistry pagan

palmistry ma na siebie pomysł, jakiego nie ma w branży nikt inny i potrafi skutecznie wprowadzić go w życie; z wyczuciem i lekkością przepisuje tropikalne wspomnienia lata 2005 (gdy na wakacyjnych playlistach królowały dancehall i reggaeton) na współczesny język minimalistycznego alternatywnego r&b; charakterystyczna południowa rytmika przepuszczona przez bubblegumbassowy filtr i subtelnie przeciągnięta noworomantycznymi syntezatorami wraz z pozostającym w centralnym punkcie kojącym wokalem uderza intymnością i kameralnością; gdzieś między słonecznym kingston, onirycznym toronto, basowym londynem, na skraju lat 80. (♪ „lifted”)

2016

13. charles barabé cicatrices

figlarne dziecko muzyki konkretnej spędzające wesołe dni swego dzieciństwa między szeroko rozpostartą na starym poddaszu siecią dawnej tajemnicy a wysoko zawieszoną gałęzią pobliskiej wierzby; tym razem barabé usiłuje pojmać i wpleść w bieg swojej długogrającej kasety całą historię muzyki; chwyta ją oczywiście za rogi, z typową dla siebie finezją składając odległe od siebie światy i stylistyki w fantazyjny kolaż dźwiękowy; to bardziej muzyczne odkrytki, psychodeliczna przejażdżka przez czasy, stany i style, nieporównywalnie mniej autorska niż podobna koncepcyjnie karuzela corneliusa z 1998 roku, choć równie angażująca i kompletna (♪ „cicatrices a”)

2016

12. sturgill simpson a sailor’s guide to earth

sturgill simpson wyprowadza współczesne country ze ślepego zaułka do cna odsączonej z kolorytu prostolinijności służącej przez lata za gwarant sukcesu, włączając w spektrum gatunkowe progresywne instrumentarium rezolutnie ochrzczone nutką psychodelii; tworzy koherentną tematycznie i brzmieniowo narrację, swoisty przewodnik dla marynarza-żółtodzioba na życiową przeprawę przez targane rozmaitymi sztormami wody (♪ „breakers roar”)

2016

11. marie davidson adieux au dancefloor

liryczne pożegnanie z parkietem; wśród wykorzystanych środków: zjawiskowe połączenie melodyjnego minimalistycznego synthpopu z najprawdziwszym techno, tym samym, o którym nasze dzieci będą uczyć się na lekcjach muzyki (♪ „adieu au dancefloor”)

2016

10. nik bärtsch’s mobile continuum

elegancki, odrobinę powściągliwy, ale nie zachowawczy czy mechaniczny — mobile, kwartet jazzowy szwajcarskiego pianisty nika bärtscha zespojony z klasycznym kwartetem smyczkowym, z powodzeniem łączy kameralny jazz z duchem muzyki mortona feldmana (w ujęciu, należy zastrzec, maksymalistycznym) i europejską tradycją awangardową (♪ „modul 29_14”)

2016

9. graham lambkin community

pierwsza solowa płyta brytyjskiego elektroakustyka od czasu znakomitego amateur doubles z 2011 roku rozszerza kocept karaoke concrète w hondzie civic o tytułową społeczność — ludzi i ich przeplatające się tu i teraz życiorysy; graham eksploruje codzienność, wyławiając na wierzch drzemiącą w niej metafizykę (♪ „spectrums”)

2016

8. powell sport

na wypatrywanym od dawna debiutanckim longplayu powell miesza punk i elektronikę sposób w równie surrealistyczny, ale i równie elokwentny, jak przed laty robiło to devo; industrialne techno i syntezatorowy punk nie układają się ze sobą naturalnie, oba powell musiał plastycznie odkształcić, zwłaszcza jeśli z tyłu głowy nowave’owym gitarowym samplom, noise’owym przesterom i 8-bitowym balonowym blipom ma towarzyszyć formuła popowej piosenki; rezultat angażuje i onieśmiela syntetycznym podejściem do muzyki sensu largo (♪ „frankie”)

2016

7. bombino azel

jeśli blues rock ma jeszcze jakąkolwiek przyszłość to już chyba tylko w ujęciu nigeryjskiego gitarzysty — bombino, który dopisuje kolejny współczesny klasyk do kanonu północnoafrykańskiego pustynnego bluesa tishoumaren (spopularyzowanego m.in. przez tinariwen); jego melodie są przy tym niespotykanie ożywcze i radosne, a riffy — jednocześnie niebanalne, prostolinijne i nieprzyzwoicie przebojowe (♪ „akhar zaman”)

2016

6. beyoncé lemonade

najciekawszy jak dotąd longplay beyoncé, gdzie piosenkarka wreszcie w pełni wychodzi poza ramy, w które oprawili ją połowicznie słuchacze i media, a w drugiej części ona sama; dominantą wciąż pozostaje pierwszoligowy pop — bez diane warren na pokładzie, ale z gamechangerami — jackiem white’em i kendrickiem lamarem, którzy stymulują jedne z najbardziej organicznie zaaranżowanych kompozycji w karierze piosenkarki; niezależnie od przyjętej konwencji beyoncé wypada nie tylko wyraziście, ale i wiarygodnie — jest strojna, ale nie przebrana; główną siłą lemonade jest jednak doskonałe zrozumienie i opanowanie odwiecznych rock & rollowowych praw — umiejętności przełożenia własnych doświadczeń na muzykę i współdzielenia ich z słuchaczami, metodycznego operowania elementem zaskoczenia czy wreszcie muzycznej i tematycznej adekwatności; to efekt świadomej, koherentnej i jak najbardziej konsekwentnej autokreacji — wielowymiarowy fenomen, nieoczekiwane magnum opus królowej współczesnego r&b (♪ „hold up”)

2016

5. matmos ultimate care ii

niewiele było w muzyce w tym roku rzeczy i koncepcyjnie, i wrażeniowo fajniejszych niż matmosowa elektronika grana na nadgryzionej pralce; duet w procesie produkcyjnym swojego tegorocznego krążka użył wyłącznie samplowanych odgłosów własnej maszyny piorącej i wyszedł na tym bardziej składnie niż po raz kolejny łamiące sobie zęby na glitchowym idm-ie autechre; ultimate care ii jest z kolei urzeczywistnieniem włosko-radzieckiej idei futuryzmu w muzyce, który nareszcie wypełzł z muzealnych sal, by rzucić się w wir budowy lepszego, czystego brzmienia (♪ „excerpt nine”)

2016

4. frank ocean blonde

na blonde frank ocean napisał się zupełnie od nowa, serwując słuchaczom nieprzewidywalną godzinną podróż z nurtem własnego strumienia świadomości — nawet bardziej intymną i kameralną niż channel orange — trochę na wzór płyt elliotta smitha, choć rzecz jasna przy wykorzystaniu zupełnie innych środków; tym samym ocean po raz kolejny wprowadza r&b na inny poziom — z wielu pozornie chaotycznych półpiosenek i interludiów buduje wstrząsający psychotyczny trip; ocean mógłby co prawda pisać piękne klasyczne, bezpośrednie r&b, ale z jakiegoś powodu nie chce lub nie potrafi. w tym nagięciu schematu, groteskowym wykrzywieniu subtelnie przecież zaaranżowanych melodii, upstrzeniu ich rozlicznymi ozdobnikami, odtworzeniu kreatywnego i życiowego sztormu tkwi największa siła blonde — paradoksalna, to prawda, ale ujmująca skrytą w głębi niewinnością, może nawet bezradnością wobec nawet nie tyle przytłaczającego świata zewnętrznego, co siebie samego (♪ „ivy”)

2016

3. karl blau introducing karl blau

ex-indierockowiec po kilku latach przerwy wraca w kowbojskim kapeluszu otulony tradycyjnym country’owym anturażem, czerpiąc jednako z najlepszych tradycji kojącego nashville sound przełomu lat 60. i 70. — nagrań takich artystów jak glen campbell czy charlie rich, jak i alternatywnej odsłony gatunku wyrosłej z dojrzałego podejścia do południowego rocka w latach 90.; znakomity songwriting słusznie pożycza od tuzów country, czyniąc cudze piosenki swoimi własnymi (klasyczna ballada linka wraya „fallin’ rain” z 1971 przeobrażona została w niemal 10-minutowego giganta country soulu zaaranżowanego kameralnie na wzór klasycznych kompozycji lambchop, a kanoniczne „if i needed you” townesa van zandta zachowało sielską melancholię oryginału bez popadania w martyrologiczną imitację); całość przenikliwie wyprodukowana przez tucker martine’a odpowiedzialnego też za tegoroczny projekt case/lang/veirs (♪ „fallin’ rain”)

2016

2. danny brown atrocity exhibition

trudno to ująć lepiej niż kamillo w swojej doskonałej recenzji, więc wybaczcie, nie będę próbował, zacytuję: „[brown] zaprojektował nowy wymiar hiphopowego eksperymentu pchniętego w nieznane gitarową energią i elektronicznym kwasem (…) takiej płyty po prostu jeszcze nie było” (♪ „dance in the water”)

2016

1. noname telefone

noname zaskakuje, hipnotyzuje i porywa, korzystając w dużej mierze z rozwiązań, które nowoczesny hip hop zdawał się zupełnie już spisać na straty; szczerość, elokwencja, ale i pewna pozwalająca na oddech prostolinijność ze slamowym rodowodem to przymioty zarówno samej raperki, jak i towarzyszącej jej zatopionej w pierwszorzędnym, ale nigdy nie nachalnym jazzie i neo-soulu produkcji; niesamowicie ożywcza, wrażliwa i uduchowiona, ale z gruntu jednak hiphopowa płyta — trochę jakby erykah badu 15 lat temu chwyciła za mikrofon i postanowiła w przypływie chwili nagrać klasyczny rapowy krążek (♪ „reality check”)

całość do odsłuchu na spotify z wyjątkiem niedostępnych w serwisie pozycji (6, 9, 10, 13, 22, 24, 34, 36, 38 i 40) do odsłuchania na własną rękę

Opublikowano

2016: piosenki

2016

zupełnie jak w poprzednich latach, tak i teraz dzielę się listą kilku lepszych numerów mijającego roku; z góry przepraszam za brak polotu; ten w ostatnim czasie (a może i w ogóle) okazuje się w moim ekosystemie dobrem co najmniej deficytowym

25. Benjamin Biolay, „Miss Miss”
24. Angel Olsen, „Shut Up Kiss Me”
23. Usher, „Bump”
22. Nao, „Fool to Love”
21. Boys Noize x Health x Empress Of, „Stonefist RMX”

20. Karl Blau, „Fallin’ Rain”
19. PJ Morton, „Sticking to My Guns”
18. Sleaford Mods, „I Can Tell”
17. 4Minute, „No Love”
16. Powell feat. Frankie, „Frankie”

15. Kanye West feat. Chance the Rapper, Kirk Franklin, Kelly Price & The-Dream, „Ultralight Beam”
14. Weyes Blood, „Do You Need My Love”
13. Palmistry, „Club Aso”
12. The Jayhawks, „Quiet Corners & Empty Spaces”
11. Rihanna, „Kiss It Better”

2016

10. Lambchop, „The Hustle”

lambchop odstawiają smyczki i gitary, by w konwencję kameralnego popu wpleść minimalistyczne syntezatory, które pewnie zaintrygowałyby philipa glassa; na pierwszy singiel z tegorocznej płyty wybierają przewrotnie 18-minutowe „the hustle”, które w zupełności broni swojego ponadplanowego rozmiaru dzięki błyskotliwemu zestawieniu enigmatycznego wokalu kurta wagnera z żywą, ale mechanicznie ewoluującą muzyczną materią złożoną z wielu pozornie nieprzystających do siebie elementów

2016

9. GFOTY, „Poison”

po niezapomnianym „i don’t wanna do it”/”let’s do it” sprzed dwóch lat gfoty kontynuuje zabawę w zniekształcanie brzmienia i rytmiki; tym razem odważniej sięga po gitary, mieszając je z glitchowymi wokalami i szalonym electroclashowym bitem; całość brzmi, jakby sophie produkował atari teenage riot

2016

8. Justice, „Randy”

justice pożyczają nieskrępowanej przebojowości od daft punk i chemical brothers, by przy użyciu kilku sygnaturowych trików i z pomocą rocknrollowego falsetu morgana phalena z diamond nights wykroić jeden z najbardziej chwytliwych refrenów tego roku i własnej dyskografii

2016

7. Dirty Projectors, „Keep Your Name”

wielu próbuje, ale jak dotą niewielu poza dirty projectors udało się z powodzeniem opleść postpopową stylizacją prawdziwie szczery ładunek emocjonalny; w „keep your name” serwują porządną dawkę pierwszorzędnej melodramy, używając niezwykle kreatywnej palety pitchowo-glitchowych efektów pożyczonych od franka oceana

2016

6. Brandy Clark, „Big Day in a Small Town”

clark od lat jest w ścisłej czołówce songwriterów z nashville; w „big day in a small town” robi to, co wychodzi jej najlepiej — w niespełna czterominutowej piosence zamyka kompletny storytelling spuentowany przebojową kulminacją w postaci elokwentnego refrenu; jak zwykle w najlepszych piosenkach clark i tu towarzyszy jej dawka przewrotnego humoru

2016

5. Beyoncé, „Formation”

nie ma „crazy in love” — nadmierne przywiązanie do melodyjnej beyoncé śpiewającej popowe refreny może wywoływać nagłe ataki paniki, a nawet poważne załamanie osobowości; queen bee jest od teraz królową trapowej melorecytacji, z kijem bejsbolowym w dłoni, grillem na ustach, w sukience givenchy, w tonącym cadillacu, w jej najlepszym singlu od lat

2016

4. Danny Brown, „Ain’t It Funny”

uważajcie na tego typa; nie tylko nawija jak opętany na motorycznie pędzącym, schizofrenicznie pulsującym bicie, ale jest patologicznym śmieszkiem — bardziej w stylu jokera niż jimmy’ego fallona; nie rozstawia innych raperów po kątach, nie musi — znają swoje miejsce

2016

3. Perfume, „Cosmic Explorer”

tytułowe nagranie z tegorocznego krążka perfume to prawdziwy zawodnik wagi ciężkiej — nakacie udało się wyczarować jeden z najlepszych numerów w dyskografii tria, wart wielokrotnie więcej niż pozostałe nagrania na płycie razem wzięte; to subtelne wokalnie, przesiąknięte duchem robotycznego technopopu lat 80. gęste synthwave’owe midtempo spod znaku kraftwerka i yellow magic orchestra o sile rasowego popowego przeboju

2016

2. Beyoncé, „Hold Up”

miłosny manifest i definicja muzyki pop a.d. 2016 — beyoncé reinterpretuje klasyczne „can’t get used to loving you” andy’ego williamsa, nadając najbardziej niezobowiązującemu bitowi lat 60. zupełnie nową twarz; łączy szyk klasycznego popu z trapowym zacięciem i południowym vibe’m w idealnej proporcji; jest jednocześnie ettą james i gucci’m mane’m — ponadczasowa i piekielnie adekwatna zarazem

2016

1. Young Thug & Travis Scott feat. Quavo, „Pick Up the Phone”

serenada ery internetu zbudowana na opartym na chillującym steelbandowym motywie bicie z zadziwiająco zręcznymi wielowarstwowymi vocoderowymi chórkami; narkotyczna spowiedź wyłuskująca spod samczej skorupy prawdziwe uczucia i intencje zwieńczona hipnotyzującym podwójnym refrenem, który z bezpardonową lekkością zawstydza cały mainstreamowy pop a.d. 2016

poniżej rozszerzona wersja zestawienia w wersji co by było, gdyby nie beyoncé via spotify

Opublikowano

2015: filmy

Zazwyczaj aż tak nie oszukuję — nawet jeśli publikuję rzeczy z datą wsteczną to zwykle dlatego, że to data ich oryginalnej publikacji. Z filmami jest inaczej o tyle, że jak dotąd ich w cyklu rocznym nie układałem, a rok później, czyli w styczniu 2017, postanowiłem, że jednak chciałbym zacząć. By nie zaczynać od zera, bo to zawsze trudne, przykre, obarczone błędem nowicjusza, podjąłem decyzję o fabrykacji kontekstu poprzednich lat. Oto pierwsze jej owoce.

10. The Peanuts Movie

Fistaszki: wersja kinowa reż. Steve Martino

Mimo zmiany kreski zachowano oryginalny ponury humor Schultza, kunsztownie sklejając stare i nowe gagi w całość. Szkoda tylko muzyki Guaraldiego.

9. The Big Short

Big Short reż. Adam McKay

Dekamuflaż patologii. Dość chaotycznie, choć metodycznie zrobiony film o kulisach krachu na rynku kredytów hipotecznych w USA 9 lat temu.

8. El botón de nácar

Perłowy guzik reż. Patricio Guzmán

Woda, kosmos, Chile, kultura, Indianie, wielka polityka, okrucieństwo, ludobójstwo, perłowy guzik, a to wszystko w konsekwentnym ścisłym splocie myśli autora.

7. あん

Kwiat wiśni i czerwona fasola reż. Naomi Kawase

Ujmuje szczerością i naturalnym darem odnajdowania poetyki w drobiazgach codzienności.

6. Youth

Młodość reż. Paolo Sorrentino

Monumentalność intelektualną zastępuje wizualną. Sorrentino pożycza od Seidla, nieźle sobie radząc. By powtórzyć ekstazę Wielkiego piękna abrakło mi tylko wyrazistej osi fabularnej.

5. Spotlight

reż. Tom McCarthy

Dobrze skrojone kino o dziennikarstwie śledczym pozbawiony sensacyjnej otoczki. Wszyscy ludzie prezydenta A.D. 2015.

4. Body/Ciało

reż. Małgośka Szumowska

Szumowska wreszcie przestała krzyczeć: „Patrzcie, jestem kontrowersyjna!” i zaczęła robić kino. I to całkiem niezłe — zabawne, nieoczywiste, zręcznie obsadzone pomiędzy światami.

3. Room

Pokój reż. Lenny Abrahamson

Znakomite aktorstwo, świetne zdjęcia, przemyślana i złożona historia. Przyjęta perspektywa poszerza spojrzenie o dodatkowe elementy. Mocne kino.

2. 海街diary

Nasza młodsza siostra reż. Hirokazu Koreeda

Studio Ghibli w wersji live action z wyłączeniem low fantasy. Wyważone, ciepłe, rodzinne kino o codzienności wypełnionej nie dramatem, a uśmiechem.

1. The Lobster

Lobster reż. Yorgos Lanthimos

Pierwszy anglojęzyczny obraz Lanthimosa jest plastyczny, nieszablonowy i niesamowicie zabawny, zupełnie jak „Grand Budapest Hotel” w zeszłym roku.

Opublikowano

2014: filmy

Tak samo jak za rok i rok temu podsumowuję filmowo także w tym kontekście podejrzanie fantastyczny rok 2014. Nie biorę jeńców (czyt. dat polskiej dystrybucji kinowej pod uwagę), bo części ciekawych tytułach i tak nie doświadczymy w stałym repertuarze polskich sal.

10. Relatos salvajes

Dzikie historie reż. Damián Szifrón

Współczesna adaptacja zasady, że karma zawsze wraca. Kino skrojone na dzisiejsze czasy — efektowne, wartkie, angażujące.

9. Citizenfour

reż. Laura Poitras

Przerażający! Ogląda się go jak pierwszorzędny thriller.

8. The Duke of Burgundy

Duke of Burgundy. Reguły pożądania reż. Peter Strickland

Estetyczny, intensywny, sensualny bez epatowania nagością, mistrzowsko operuje perspektywą.

7. What We Do in the Shadows

Co robimy w ukryciu reż. Jemaine Clement i Taika Waititi

Rozkoszny! Genialna w swojej prostocie koncepcja absurdalnego mokumentu o wampirach w stylu reality TV i pierwszorzędna realizacja.

6. Magical Girl

reż. Carlos Vermut

Skoncentrowana na szczegółach i pełna niedopowiedzeń wielopoziomowa historia pewnej sukienki. Vermut nie bierze jeńców, układając puzzle z wyobraźni widzów.

5. The Grand Budapest Hotel

Grand Budapest Hotel reż. Wes Anderson

Jakże dopieszczony wizualnie, jakże podkreślony elokwentnym humorem i kreskówkową witalnością! Anderson wie jak zahipnotyzować widza.

4. Inherent Vice

Wada ukryta reż. Paul Thomas Anderson

Gdy w pierwszej scenie weszło w tle „Vitamin C”, nie miałem wątpliwości, że będzie solidnie. Humor, intryga kryminalna, radość kina w czystej postaci. もっとパンケーキ!

3. Boyhood

reż. Richard Linklater

Prosty, pozytywny, ale jednocześnie zupełnie niebanalny film o życiu, którego motorem napędowym i przekleństwem zarazem jest mimowolnie upływający czas.

2. Левиафан

Lewiatan reż. Andriej Zwiagincew

Piękny świat, który sami zniszczyliśmy. Hipokryzja albo paradoks budulcem współczesnego społeczeństwa. Uniwersalny, niebanalny.

1. L’enlèvement de Michel Houellebecq

Porwanie Michela Houellebecqa reż. Guillaume Nicloux

Houellebecq burzy mistyczny portret wielkiego literata, zastępując go mimowolnie przezabawnym antycharyzmatycznym lumpiarstwem. Najlepsza komedia dekady?

Opublikowano

2013: filmy

Tak było w 2013 roku. 10 co ciekawszych tytułów filmowych poniżej.

10. かぐや姫の物語

Księżniczka Kaguya reż. Isao Takahata

Gdyby nie fantastyczna końcówka, tę klasyczną japońską baśń mógłby równie dobrze nakręcić Kurosawa. Dość ascetyczny wizualnie, ale niepozbawiony atutów film.

9. Papusza

reż. Joanna Kos-Krauze i Krzysztof Krauze

Nie jestem pewien na ile odważny brak chronologii, gustowne zdjęcia i świetnie dozowana muzyka dodają głębi tej drętwo przedstawionej aktorsko historii.

8. Dallas Buyers Club

Witaj w klubie reż. Jean-Marc Vallée

McConaughey bezbłędny. Sporo ciekawsza opowieść o survivalu niż Hanks na morzu. Czy polski dystrybutor zareklamuje ją jako męską odpowiedź na Erin Brockovich?

7. Blue Jasmine

reż. Woody Allen

Po serii błahych komedyjek w europejskich metropoliach Allen odzyskuje dawną werwę i kręci elokwentny film, zostawiając widzom najwięcej przestrzeni od lat.

6. そして父になる

Jak ojciec i syn reż. Hirokazu Koreeda

Tematyka jak z „Trudnych spraw”, ale Koreeda nie wpada w pułapkę reality tv ani nie dopisuje ideologii czy psuedofilozofii do przedstawionej historii.

5. Nebraska

reż. Alexander Payne

Urokliwy i przezabawny film o zwykłych ludziach: ich fantazjach, przeszłości i przyszłości.

4. Computer Chess

reż. Andrew Bujalski

Autentycznie zabawny i niebanalny jednocześnie. Mumblecore w najlepszej formie.

3. 風立ちぬ

Zrywa się wiatr reż. Hayao Miyazaki

Pieczołowicie zrealizowana animacja na niełatwy temat poprowadzona wielotorowo przez Miyazakiego. Mimo pewnych mankamentów, ostatecznie nie mogłem nie ulec.

2. Ida

reż. Paweł Pawlikowski

Rewelacyjnie wykadrowany: przestrzennie i oszczędnie zarazem; kłania się w pas arcydziełom polskiej szkoły filmowej.

1. La grande bellezza

Wielkie piękno reż. Paolo Sorrentino

Prawda o ludziach, życiu i sztuce. Sztuce wysokiej i niskiej na równych prawach w nieuniknionych objęciach post-modernizmu.