Opublikowano

40. Kosmos

99 najfajniejszych rzeczy

40. Kosmos

Pamiętacie, jak w podstawówce krążyły po korytarzach na przerwach starsze chłopaki w bluzach z kapturami i czasem robiły łapanki gdzieś przy szatniach czy toaletach i zaskakiwały takiego malucha jak ja trudnym pytaniem — czy jesteś za Legią czy Wisłą. Pytanie to było trudne nie dlatego, że trudno było wysondować, co na nie odpowiedzieć, ani że potencjalnie przez złą odpowiedź można było stracić zęby (co prawda mleczne, ale jednak zęby). Było trudne, bo chociaż odpowiedź na nie nie miała absolutnie żadnego znaczenia, w tej konkretnej chwili zależało od niej bardzo wiele. Jakby spojrzeć na tę sytuację z dzisiejszej perspektywy była to wartościowa lekcja życia — tak właśnie urządzony jest bowiem współczesny świat. Najpierw zapędza się ludzi do rogu, później pod przymusem wymaga się od nich właściwej odpowiedzi. Właściwej nie znaczy poprawnej. Właściwej w ściśle określonym kontekście — kontekście, który można by pewnie szeroko kreślić, ale równie dobrze można sprowadzić go do kontekstu konsekwencji odpowiedzi, od której zależy, czy będziesz kimś czy byle kim.

Ja to pytanie rozumiałem, ale nie potrafiłem na nie odpowiedzieć. Dzisiaj też zresztą bym nie potrafił. Różnica jest jedynie taka, że wówczas na wszelki wypadek zastanawiałem się, co miałbym wybrać, gdyby taka łapanka dopadła i mnie. Na próżno. Nie dopadła. Gdyby jednak tak się stało, mógłbym odpowiedzieć chociażby, że jestem za Plutonem. Zastanawiam się, ile mleczniaków by mnie ta odpowiedź kosztowała. Może żadnego, a może i całą garść. Kosmos zawsze mnie zajmował. Co prawda nie na tyle, żeby poświęcić mu życie, ani też nie na tyle, by móc swobodnie dyskutować o teoriach astrofizycznych, których jest przecież co nie miara, a jedna jest bardziej kosmiczna od drugiej, ale wystarczająco, by od czasu do czasu w zaciszu domowym zatopić się w powierzchownej kontemplacji tych pozornie tylko odległych zakątków naszego uniwersum. To romantyzm najwyższych lotów wyrażony przy pomocy działań matematycznych. Marzycielstwo nie do przyjęcia, ale jednak kluczące w siatce wytyczonych ściśle korytarzy bez planu i reguł gry, które poznaje się epizodycznie i przypadkowo w miarę kluczenia. „Jestem za Plutonem” brzmi w tym wszystkim jak kiepski żart, ale tak naprawdę jest — od zawsze najdalszy i najmniejszy wśród planet Układu Słonecznego Pluton był dla mnie esencją tego, co ciekawe w Układzie Słonecznym. Był symbolem krańca, krawędzi, za którą wszystko jest inne. Był ewenementem — osieroconym maluchem, na którego ktoś przez czysty zbieg okoliczności zwrócił uwagę, zestawiając z przyzwyczajonymi do blasku reflektorów gigantami. Zawsze pasjonowało mnie to, co ledwie znane, czego istnienie jest niemalże niekwestionowane, ale jednak, by dowiedzieć się czegoś ponad to, musimy opierać się na domysłach. Pluton był dla mnie od zawsze symbolem tego, co nieodkryte, zacienione, tajemnicze — poniekąd istoty (pojmowanej w sposób zupełnie romantyczny) całego kosmosu. Kiedy dokładnie dzisiaj, 14 lipca, dwa lata temu sonda New Horizons minęła Plutona, fotografując go, mierząc i badając jego parametry, poczułem dumę, poczułem, że to zupełnie osobiście ważna dla mnie chwila. I jeszcze to, że jestem częścią kosmosu, ale i człowiekiem i że razem z innymi ludźmi jesteśmy w stanie robić wielkie rzeczy, by dowiedzieć się czegoś o świecie, w którym żyjemy. I że to wszystko wspaniałe.