Opublikowano

Zapiski syna tego kraju

Zapiski syna tego kraju

James Baldwin, „Zapiski syna tego kraju”, wyd. Karakter, 2019


James Baldwin, choć spisywał myśli zawarte w książce „Zapiski syna tego kraju” siedemdziesiąt lat temu (w co trudno zresztą uwierzyć), w wielu kwestiach pozostaje boleśnie aktualny. Jak sam pisze w przedmowie do wydania z 1984 roku, Francuzi mawiają, że im więcej się zmienia, tym bardziej pozostaje takie samo. Trudno nie odczuć ciężaru tych słów, gdy mieszka się w Polsce w 2021 roku.

Moje pierwsze obszerniejsze spotkanie z Baldwinem nastąpiło przed kilkoma laty poprzez zrealizowany na kanwie jego niepublikowanych dzienników esej dokumentalny „I Am Not Your Negro”, gdzie przemawiał z ekranu głosem Samuela L. Jacksona (ale też swoim własnym w licznych archiwaliach). Wydał mi się wówczas postacią niezwykle czarującą i merytoryczną zarazem — potrafił rzeczowo i z humorem mówić o sprawach trudnych i ważnych związanych najoględniej rzecz biorąc ze wciąż jeszcze niekompletną emancypacją Afroamerykanów. „Zapiski syna tego kraju” ze względu na ich osobistą naturę są doskonałym dopełnieniem tamtego filmowego doświadczenia i vice versa. Słowo „Negro”, które pojawia się w tytule filmu ma swój polski odpowiednik także w książce. „Murzynowi” tłumacz poświęcił trzy-stronicową notę, bo sam Baldwin używa go w oryginalnych esejach wielokrotnie i bynajmniej nie z rezerwą, co należy jednak jednoznacznie zrzucić na karb ówczesnych realiów. „Murzyn” doczekał się wielu często wykluczających się analiz lingwistyczno-socjologicznych, także w Polsce, a wywoływane przez nie dyskusje są najlepszym potwierdzeniem, że Polacy potrzebują lektury Baldwina nie mniej (a przynajmniej niewiele mniej) niż Amerykanie.

W wieńczącej książkę nocie autor enigmatycznie dziękuje rozmaitym czasopismom za wyrażenie zgody na przedruk opublikowanych na ich łamach między 1948 a 1955 rokiem esejów, które później złożyły się na program książki. I tak należałoby ją w zasadzie czytać, zwłaszcza że zarówno kontekst kolejnych tekstów, jak i sposób w jaki zostały napisane są różnorakie i tą różnorakością mogą czytelnika wyprowadzić nieco z równowagi, a nawet spłoszyć. A kontekst jest w tym wypadku bardzo ważny, bo Baldwin niejednokrotnie odwołuje się do konkretnych dat, nazw, tytułów, nazwisk, z intencją co prawda wyjścia poza, jakbyśmy to określili dzisiaj, swoją bańkę (a w wydaniu Karakteru także z pomocą przypisów polskiego tłumacza), ale nie sposób czasem nie odczuć w Polsce w 2021 roku, że jest się synem innego zgoła kraju — jak się jednak potwierdzi nie raz, i nie dwa podczas tej lektury zupełnie jednak takiego samego, wyłączając pewne różnice kulturowo-historyczne.

Baldwin wychodzi w tym zbiorze esejów z dwóch stanowisk — komentatora zarówno białej, jak i czarnej rzeczywistości dookoła niego oraz mimowolnego uczestnika obu. Opisuje swoją historię, czasem linearnie i w szczegółach, czasem między wierszami innych wydarzeń, które też poniekąd ją współtworzą. Parafrazuje przy tym Joyce’a, pisząc że „ludzie są uwięzieni w historii, a historia jest uwięziona w nich”. Jego przemyślenia na temat stosunków czarnych z białymi są jednak zawiłe i pełne niejednoznaczności. Analizuje szanse czarnoskórych na ucieczkę z Harlemu, jeśli okoliczności pozwolą im na poddanie się schematowi narzuconemu przez białych, zanim ich ambicji nie wypaczy środowiskowa bezradność. Opisuje codzienny rasizm w południowych stanach i systemowy rasizm z całej Ameryce. Gorzko podsumowuje bilans szkód, jakie wykluczenie czarnych w zdominowanym przez białych pod każdym względem społeczeństwie czyni w tych pierwszych już w okresie dzieciństwa i dorastania. Snuje teorie, że przyczyną trudnych wzajemnych stosunków Afroamerykanów i Żydów jest właśnie dyskryminacja obu tych grup. Wreszcie porównuje perspektywę Afroamerykanina z doświadczeniem europejskim, gdzie na czarnego patrzy się inaczej, choć też przez pryzmat jego koloru skóry.

Wszystkie jego opowieści łączy konstatacja, że ta bezsilność, ten strach muszą prowadzić do jakiejś wściekłości, czy wręcz do nienawiści, ale nie nienawiści czystej i bezwzględnej, a takiej, która miota się między wewnętrznymi sprzecznościami. Baldwin porównuje ją do wyboru „między amputacją a gangreną”, która zawsze prowadzi do autodestrukcji. Dużo lepiej czyta się go zresztą, gdy wychodzi od własnych doświadczeń, niż gdy próbuje rozważać zagadnienia w wymiarze oderwanym od konkretnych sytuacji. Wtedy bywa, że wpada w pułapkę mędrkowania i trudno dotrzymać mu kroku.

Najbardziej poruszającą historią zawartą w zbiorze, a zarazem najbardziej przemawiającą do wyobraźni, także ze względu na talent Baldwina do dobitnego i obrazowego wyrażania własnych myśli w formie narracji powieściowej, jest osobisty opis pogrzebu ojca, który zbiegł się w czasie z narodzinami jego najmłodszej siostry. Te same wykluczające się emocje, które są dominantą wszystkich esejów, tutaj przybierają wymiar najbardziej osobisty. Doskonale czyta się też opowieść o feralnym oskarżeniu i aresztowaniu pisarza w Paryżu w przeddzień Bożego Narodzenia. Od naszego polskiego folkloru, mieszanki prostolinijności i dobrych chęci, która nie do końca wie, co z tym „Murzynem” począć, zupełnie niedaleko położona wydaje się pewna górska wioska w Szwajcarii, gdzie Baldwin przez wzgląd na kolor skóry stał się czymś w rodzaju lokalnej atrakcji. Swoje odczucia zawarł w wieńczącym zbiór eseju „Obcy w wiosce”.

Mimo pewnych narracyjnych nierówności, warto po Baldwina sięgnąć. Nie da się z dorównującym jego zrozumieniem tematu i elokwencją wyekstrahować jego myśli. Można natomiast w jego historiach nawet w Polsce w 2021 roku odnaleźć zupełnie znajomy rys — opresyjnych rządów bezmyślnej większości, systemowego wykluczenia tych, którzy nie mogą zadbać o własne interesy, wykalkulowanego kozłoofiaryzmu do realizacji konkretnych celów politycznych, bezrefleksyjnego tłumienia buntów społecznych bez próby zrozumienia ich źródła, podejmowania doraźnych decyzji o charakterze wyłącznie marketingowym w odpowiedzi na poważne i głęboko zakorzenione problemy społeczne. To wszystko znamy przecież na wyrywki. Naszymi „innymi” nie są czarnoskórzy tylko dlatego, że mają to szczęście nie mieszkać w Polsce nazbyt licznie.

Nie zrozumcie mnie źle, moim celem nie jest wcale przykrycie lub strywializowanie problemów czarnoskórych w USA zarówno w czasach esejów Baldwina, jak i dziś. Wręcz przeciwnie — próbuję tę bezsilność połączoną z wściekłością przenieść na znajomy grunt, żeby lepiej zrozumieć, zarówno je same jako żywe i dojmujące uczucia, jak i ich konsekwencje. Zwłaszcza że sam czuję się na swój sposób mimowolną częścią tego dyskryminacyjnego systemu. Swego czasu dość często podróżowałem do Paryża — tego samego, wydawałoby się, w którym przez wiele lat mieszkał Baldwin i o którym pisał także w tych esejach. Podczas jednego z tych wyjazdów kilkakrotnie, nie znając zupełnie topografii miasta, zdarzało mi się zabłądzić i znaleźć się w miejscach, w których nigdy wcześniej nie byłem — w czarnych dzielnicach. Raz jeden wybrałem się samotnie na wieczorny spacer w okolice, dość wydawałoby się turystyczne, w pobliżu bazyliki Sacré-Cœur.

Mój plan na mapie wyglądał zupełnie dobrze, ale gdy wysiadłem na stacji metra okazało się, że jestem w centrum miasta zgoła innego niż to, które jako tako już poznałem. Nie zawróciłem jednak. Początkowo zupełnie nie zwróciłem uwagi, że byłem jedynym białym w zasięgu wzroku. Dopiero po kilku minutach wędrówki przez kolejne ciemne uliczki otoczone metalowymi siatkami, coraz śmielej przechodzące w blokowiska zdałem sobie sprawę, że być może nie powinno mnie tam być. Zacząłem panikować. Nie zawróciłem jednak. Kilkanaście minut później zszedłem do napotkanej stacji metra i z bijącym sercem wróciłem do siebie. Nie zdarzyło się wtedy przy tym nic zupełnie nadzwyczajnego. Nikt do mnie nie podszedł, nikt mnie nie zaczepił, nie widziałem niczego niepokojącego. Poza tym strachem, który rozpanoszył się wówczas w mojej głowie. Nie potrafię stwierdzić, czy był jakkolwiek zasadny. W tamtym czasie często pytano mnie o Paryż pod kątem bezpieczeństwa i porządku na ulicach, ale nigdy nie zdarzyła mi się tam sytuacja jakiegokolwiek faktycznego zagrożenia. Mimo wszystko w tamtej chwili poczułem się bardzo niepewnie. Od tego czasu raz po raz wracam myślą do tamtego wieczoru i tak jak Baldwinowi, towarzyszą mi sprzeczne odczucia.

Cenię najbardziej takie właśnie głosy, jak „Zapiski syna tego kraju”, które wyprowadzają mnie z pułapki kodeksowego myślenia, skłaniają do osobistych refleksji, otwierają oczy, polemizują ze mną, a ja z nimi i z samym sobą zarazem. I nieśmiało marzę, że może gdybyśmy szerzej poznali „Zapiski”, umielibyśmy szerzej i trzeźwiej spojrzeć zarówno na to, co wciąż dzieje się w Ameryce, jak i na to, co zaczęło dziać się w Polsce. Z nadzieją czekam na polskie przekłady późniejszych esejów Baldwina, bo „Zapiski syna tego kraju” to jedynie wstęp do myśli tego płodnego autora i myśliciela, który nigdy nie poddał swojego krytycznego głosu. Głosu, który, jak pokazują doświadczenia ostatnich lat, jest nam wciąż, także tutaj, w naszej polskiej bańce, zupełnie niezbędny.

Tekst ukazał się także w serwisie Soulbowl.pl pod tytułem „Jak zapiski Jamesa Baldwina mogą pomóc Polsce w 2021 roku”.

Zapiski syna tego kraju

Opublikowano

Gra w klasy

Gra w klasy

Julio Cortázar, „Gra w klasy”, wyd. Muza, 2017


„Gra w klasy” to książka, którą wszyscy czytali dawno temu, ale nikt nie pamięta o czym była. Nic w tym dziwnego. Nie ma wątpliwości, że chodzi bardziej o sposób podania niż o samą historię. A ta jest z tych życiowych — sceny z życia grupy hipistów-intelektualistów, którzy uciekli do Paryża, by smakować wielką sztukę, poszerzać świadomość i doświadczać ducha czasu i miasta. Jak się wkrótce okaże, głównym bohaterem zostaje największy z nich padalec — niejaki Horacio Oliveira, pochodzący z Argentyny domorosły filozof poszukujący nie wiadomo czego, komplikujący proste sprawy sobie i wszystkim wkoło do stopnia niesłychanego. Mimo tego udaje mu się jakoś funkcjonować wśród ludzi, choć jest to zawsze jakiś rodzaj sytuacji problematycznej. On sam wydaje się jednak dla Cortazara i „Gry w klasy” w ogóle co najwyżej pretekstem, choć może to tylko moja małostkowość nie pozwala mi dostrzec wartości w życiu bohatera, którego od pierwszej do ostatniej strony nie lubię — z jednym może wyjątkiem, gdy wbrew sobie spróbował być ludzki, a w rewanżu życie odpłaciło się, mocząc go do suchej nitki ulewnym deszczem. To był też zresztą jeden z najbardziej linearnych i klasycznie napisanych fragmentów tej przeszarżowanej czasem powieści.

Cieszę się, że sam na „Grę w klasy” nie trafiłem wcześniej — zafascynowałby mnie z pewnością do tego stopnia, że utopiłbym się we własnej grafomanii. Nie uważam jednak absolutnie, że Cortázar był grafomanem, wręcz przeciwnie — zręcznie balansował po postmodernistycznej granicy, zwinnie fikał na skraju przepaści, za każdym razem jakoś wychodząc z tego bez szwanku. Ale już nieopierzonemu mnie łatwo by się było jego pomysłami zachłysnąć i pod tym wpływem skoczyć nie do końca świadomie w tę samą przepaść, której Cortázar tak świetnie unika. Jest coś rzeczywiście z gier, nie tylko w tym przesławnym układzie odsyłającym czytelnika w tę i we w tę, od Iwana do pogana, ale też w sposobie, w jaki Cortázar artykułuje myśli, jak płynnie zmienia rejestry, jak wyraża się naokoło i bawi się (pop)kulturową żonglerką. Bo „Gra w klasy” opiera się w dużej mierze na wrażeniach — Cortázar doskonale sprzedaje czytelnikowi filozoficzno-artystyczną otoczkę, posiłkując się co rusz nazwiskami, tytułami, cytatami, koncepcjami, nazwami miejsc etc. Wrażenia te sprzedaje zresztą zarówno na poziomie historii, sposobu narracji, jak i samej książki, którą czytelnik fizycznie trzyma w dłoniach. To książka-impresja dla afirmujących prozatorską poetyczność, książka-gra dla literackich zawodników wagi ciężkiej, którzy chcą z autorem dialogować, książka-labirynt dla beletrystycznych detektywów, entuzjastów pieczołowitego badania pisarskich tropów. Nie jestem żadnym z nich. Podejrzewam, że ani się obejrzę, a dołączę do chóru tych, którzy czytali dawno temu, ale nie pamiętają o czym była.

Choć „Gra w klasy” pozostawiła we mnie raczej wrażenie pozytywne, podobnie jak Oliveira nie mógł uciec od Magi, ja nie mogę uciec od wrażenia, że druga część powieści, przeniesiona już do Argentyny, z jednej strony zaakcentowała niezbyt wyszukany koncept miłości, która ukazuje się dopiero, gdy się ją utraci, z drugiej zaś, zgubiła paryskie tempo, wzdychając za nim jedynie żałośnie — razem z głównym bohaterem.

Gra w klasy

Opublikowano

Nie wysłałem

wit

fotografia, tym razem moja, z Pragi

Nie wysłałem na kurtekpeel ani jednej pocztówki z wakacji, a byłem trochę i tu, i tam. Poprzedni Paryż (vaugirardowski) spędziłem głównie, jeżdżąc metrem, czytając książki i obserwując ludzi. I żeby nadać mojemu życiu ślady jakiegoś poszukiwania siebie, a może i stworzyć iluzję odnalezienia jakichś skrawków sensu w tej z jednej strony obcej, z drugiej zupełnie przecież spodziewanej pustce, zacząłem coś nieśmiało pisać z nadzieją, że moje pisanie nie tyle przejdzie do historii, co da początek mnie piszącemu.

Tak się oczywiście nie stało. W te wakacje (które poskąpiły mi zresztą dni prawdziwie wakacyjnych) wszedłem z podobnym postanowieniem, ale tyczącym się z jednej strony rzeczy, a z drugiej ludzi. I oto okazało się, że zupełnie tego nie umiem — po prostu mi nie wychodzi łączenie ludzi i rzeczy. Priorytet, który nadaję jednym lub drugim, mimowolnie nosi znamiona wyłączności — tak, abym potrzebę ludzi, gdy na wyłączność mają mnie akurat rzeczy, albo rzeczy w przypadku, jeśli posiedli mnie dla siebie ludzie, mógł zaspokoić jedynie w stopniu minimalnym. Ale to wcale nie tak, że to naturalna opozycja. Stała się taką, bo jej na to pozwoliłem. Mógłbym przecież zestawić jedne rzeczy z drugimi albo tych ludzi z tamtymi i wtedy najpewniej okazałoby się, że to się podobnie wyklucza. Ale tymczasem nie potrafię pisać, jeśli mam w tym samym momencie żyć. To paskudny paradoks, bo zwykle to życie podaje nam myśli, którymi chcemy się dzielić. Kształtuje nas, daje wewnętrzne poczucie, by się tym dzielić — kształtować innych. Bez tego trudno o prawdziwą pasję, a bez pasji trudno o powodzenie kształtowania. Ja tymczasem tak nie umiem.

Umiem natomiast, co odkryłem już dawno, ale bałem się wcześniej otwarcie to przyznać, pisać jedynie o sobie. Umiem pisać: ja, ja, ja. O osobach trzecich potrafię stwierdzić tyle, że są. A czasem nawet i tego nie — zwykle gdy ktoś towarzyszy mi w snach, nie potrafię później przypomnieć sobie ani imienia, ani twarzy. Tym samym otaczają mnie cienie i choćby z tego powodu muszę być egotystą. Z czego miałaby zatem wynikać moja empatia? Ta sama empatia, którą od lat ukradkiem stawiałem na piedestale, którą nieśmiało sobie przypisywałem, ale jednak nie uczyniłem nic, by świadomie stała się moim udziałem. A może to jedynie zwykły strach przed przyjęciem czyjejś perspektywy jako własnej lub odwrotnie — mimowolna chęć narzucenia swojego punktu widzenia komuś drugiemu, czego w jakiejś części postanowiłem się wyzbyć — najpewniej też bez powodzenia. Jeśli miałbym więc jednak kiedyś cokolwiek napisać, jak sobie założyłem pół roku temu na Vaugirard, musiałbym okrutnie zafałszować obraz drugiego człowieka — nie tylko nakreślić go własną ręką, ale wydzielić go z siebie. Ale jak mogłoby mi się to udać, jeśli dookoła widzę tylko cienie? Tymczasem to znowu ja. Gdzie w takim razie jest człowiek?

Opublikowano

Vaugirard

paris

Paryż; zdj. Kurtek

Skończyłem lekturę na dziś. Nawet pomimo tego, że spodziewawszy się, że czytana przeze mnie historia dobiegnie niebawem końca, zapobiegawczo spakowałem rano do plecaka kolejną książkę, nie jestem w stanie jak gdyby nigdy nic zostawić wciąż jeszcze świeżych we mnie wypadków poprzedniej zupełnie za sobą i beznamiętnie rozpocząć następnej. Potrzebuję czasu. Kilku głębszych oddechów, które nieodwracalnie i na zawsze mimowolnie wplotą bieg tamtych odległych wydarzeń w moją własną narrację. Spoglądam za wagonową szybę na jednostajny, ledwie oświetlony korytarz pokryty niemal bez reszty ciągnącym się od stacji do stacji graffiti. Próbuję dostrzec kolory, złożyć migające mi przed oczyma litery w dające się odczytać ciągi. Nic z tego.

Ukradkiem zaczynam przyglądać się odbiciom twarzy współtowarzyszy podróży. Starszemu małżeństwu uśmiechającemu się szczerze do siebie po przeciwległej stronie wagonu. Siedzącemu naprzeciwko nich łysiejącemu mężczyźnie w średnim wieku surowym analitycznym spojrzeniem pochłaniającemu przez szkła okularów w rogowych oprawkach treść wielkoformatowej codziennej gazety. Przenoszę wzrok na siedzącą vis-à-vis mnie młodą parę. Ona, ładna, o subtelnych rysach twarzy, w sportowej czerwonej kurtce wpatruje się w otchłań korytarzy paryskiego metra, a być może podobnie do mnie, śledzi niewyraźne sylwetki odbijające się w oknie. On, zakochany, lekko szpakowaty, o szpiczastym nosie, gładzi delikatnie wierzch jej dłoni. Falguière. Pociąg wjeżdża na stację. Obok mnie siada dziewczyna w jeansach z dziurami na wysokości kolan i długimi włosami pogrążonymi w kompletnym nieładzie kontrastującymi z prostą grzywką w stylu wczesnych lat 70. Znudzona próbuje zabić czas grą w Candy Crush Saga. Pasteur. Na wysokości naszych siedzeń staje dziewczyna o azjatyckich rysach twarzy, okrągłej buzi, porcelanowej cerze i pomalowanych na koralowo drobnych ustach. Ma na sobie jasny wełniany płaszcz, na pierwszy rzut oka o dwa rozmiary za duży. Twarz przykrywa jej sztywny pękaty beret o okrągłym rondzie. Nieobecnym wzrokiem śledzi coś na swoim smartfonie. Volontaires. Wzdłuż krawędzi peronu toczy się pełna puszka smakowego piwa, zapewne mimowolnie porzucona przez pośpiesznie wskakującego do pociągu pasażera. W wagonie metra szpakowaty opiera głowę na ramieniu smukłej dziewczyny, chwilę później zamykając oczy. Ona spogląda na niego ukradkiem w milczeniu, a następnie wraca machinalnie do obserwacji torowiska. Vaugirard. Półszeptem przepraszam siedzącą na przeciwko parę i hipiskę z telefonem. Dochodzę do wyjścia. Pewnym ruchem dłoni odchylam metalową zasuwkę. Drzwi momentalnie ustępują. Kieruję się na lewo. Vaugirard to mała stacja, żadnych przesiadek, trzy, może cztery, kameralne wyjścia. Po przejściu przez barierki idę prosto, chociaż przez minione dwa tygodnie niefrasobliwie umiejscowiony po prawej stronie znak sugerował, że powinienem tu skręcić i bywało, że dałem się zwieść. Tym razem nie ulegam złudzeniu. Kieruję się prosto i dopiero przy Plan du quartier skręcam w lewo i wąskimi schodami wychodzę na Rue de Favorites.

paris

Okolice stacji Vaugirard; zdj. Kurtek

Już zmierzcha. Momentalnie czuję na sobie chłodny podmuch mający jednak w sobie coś z wiosny. O ile łatwiej znosi się niepogodę, gdy na horyzoncie zaczyna migotać lato. Zrzuca się wówczas podświadomie zimowe palto, zamyka je w szafie i ze stoickim spokojem znosi przelotne wiatry i deszcze. Wysoka dziewczyna o krzaczastych brwiach. Ciemnoskóry mężczyzna fantazyjnie wymijający pozostałych przechodniów na hulajnodze. Czyjaś samotna rękawiczka pozostawiona na chodniku. Za zakrętem przejście dla pieszych tarasuje popielaty SUV marki Honda pozostawiony na światłach awaryjnych. Ze sklepu na przeciwko pewnym krokiem wychodzi właściciel — człowiek w średnim wieku, zapewne nieźle sytuowany, zajmujący pewnie kierownicze stanowisko w którejś z zagranicznych firm, dojeżdżający do pracy być może także na La Défense.

Na rogu w barze Les Écrivains jak zwykle tłoczno, mimo poniedziałku. Ludzie piją, rozmawiają, palą, czytają. Codziennie przechodzę tędy kilkukrotnie, ale wiem, że nie odważę się tam wejść — co miałbym zamówić i jak miałbym się zachować — udawać, że czytam z głęboko tlącą się w sercu nadzieją, że może kogoś zainteresuje egzotyczny język w przeciwnym razie całkiem znanej powieści Modiano, którą wziąłem ze sobą ze względu na kompaktowy rozmiar i Paryż niezmiennie wypełniający kolejne strony.

paris

Paryż; zdj. Kurtek

Przechodzę ukosem przez ulicę. Wymijam rząd zielonych pojemników na odpadki i dobijam bramy. Wreszcie będę miał sposobność przekonać się, czy aby na pewno wyłączyłem rano żelazko, co podsiewane nazbyt bujną wyobraźnią uporczywie zajmowało mi myśli w drodze do pracy. Wchodzę do windy. Niecierpliwie wciskam najpierw czwórkę, a następnie przycisk zamykający drzwi. Nie działa. Czekam więc aż zamkną się same. Mija krótka chwila. Cztery piętra wyżej drzwi automatycznie rozsuwają się. W prawej dłoni mocno ściskam przygotowany wcześniej klucz. Jednym płynnym ruchem przekręcam zamek. Pociągam za klamkę. Otwieram drzwi. Zapalam światło. Spoglądam machinalnie na ścianę, szukając wzrokiem kontaktu. Wyłączyłem.

CDN

Opublikowano

Dywan czy miotła — przewodnik nowoczesnego podróżnika

paris

Paryż; zdj. Kurtek

Raz po raz odżywa we mnie chęć prowadzenia dziennika, choćby miał on przeczyć idei zawartej w tym słowie na pierwszy rzut oka — być w swojej regularności sporadyczny i wybiórczy, na tyle jednak poddany pewnej dyscyplinie, by zsumowany za osiem lat dał mi (albo, bo ja wiem, komuś kto przypadkiem znajdzie go i nie wyrzuci bezrefleksyjnie do śmieci) jakiś obraz rozpisanych w nim dni. Tym razem chęć taka naszła mnie po lekturze fikcyjnej autobiografii, w której równie fikcyjnym epilogu autor (pardon, narrator; granica cienka, ale zazwyczaj usprawiedliwiająca wszelkie literackie kłamstwa) upiera się, że jego l’œuvre finie, jak sam swą powieść określa, straciłoby na pieczołowitości, gdyby nie spisywane na bieżąco dzienniki, które cudem przetrwały kolejnych naście lat. Idea nęcąca, zwłaszcza że przeglądając z każdym dniem kruszejący w oczach indeks niewypowiedzianych zaklęć na przyszłość, dochodzę do wniosku, że jedną z rzeczy, jakie, chciałbym, by na pewno stały się moim udziałem, byłoby właśnie napisanie fikcyjnej autobiografii. Trzeźwo oceniając sprawę, trudno mi byłoby jednak nie tylko rzecz do życia powołać i z grubsza zmyślnie kontynuować, ale przede wszystkim zebrać później tę stertę nijak mających się do siebie szczegółów we w miarę rozsądną całość. Jako człowiek nieobdarzony przez naturę ponadprzeciętnym zmysłem obserwacji, wpadający w panikę ilekroć trzeba w ogólną ramę narracji wpisać tysiące drobiazgów, które mają zadecydować o sukcesie lub porażce, jestem z gruntu na pozycji straconej. Musiałbym się zatem niesamowicie natrudzić, żeby owa fikcyjna autobiografia, na tyle zachowywała pozory koherencji, a przy tym albo nie porażała lakonicznością obserwacji, albo w drugą stronę — nie przytłaczała zbytnią precyzją, by ktokolwiek przy zdrowych zmysłach zechciał rzecz choćby przekartkować. Co więcej — prowadzenie dziennika, o ile nie wpadnie się w niego po uszy, tak że nie istniałaby chwila, by autor nie kombinował, jak najdrobniejszy ledwie dostrzeżony drobiazg kunsztownie przenieść na jego łamy, jest sprawą z gruntu paradoksalną. W przeciwnym razie o dzienniku przypomina się sobie w momentach, gdy rozpaczliwie doskwiera nuda (to jeden z nich, tutaj, teraz), a te obfitujące w niebanalne wydarzenia i postaci godne przeniesienia na papier nie stwarzają zwykle sposobności, by choćby urywanymi zdaniami sprawę nakreślić i przy sprzyjającej chwili barwnie rozwinąć.

paris

Parc André Citroën; zdj. Kurtek

Swego czasu zacząłem nieśmiało notować na luźnych kartkach swoje spostrzeżenia, wrażenia. Miałem jednak olbrzymi problem, by skupić się na rzeczach prostych — jak, dajmy na to, faktura blatu stołu w odwiedzonej restauracji czy odcień falującej na wietrze trawy. Szukałem natomiast idei i uczuć, usilnie pragnąć nazwać je i ocenić bez zawracania sobie głowy otoczeniem. I tak oto sam z siebie wpadłem we własne sidła i mimowolnie przy najbliższej okazji porzuciłem ten nadto angażujący, a w ostatecznym rozrachunku obnażający erystyczne niedostatki rytuał. Powodowała mną jednak całkiem uzasadniona obawa, by przy prostych rzeczowych opisach nie popaść w szkolną manierę, którą spuentować można by jedynie szyderczą inwokacją Drogi pamiętniczku. Z drugiej strony mimowolnie rodziły się pytania, czy aby informacja, że akurat tego a tego dnia w ramach późnego obiadu zjadłem ogromnego, wypaczającego zasady savoir-vivre burgera, którego nazwa trois fromages nie zważała na fakt, że jego głównym składnikiem były dwa pokaźne kotlety wołowe, była godna odnotowania. Czy już kolejnego dnia miało mieć jakiekolwiek znaczenie, że informację o restauracji znalazłem przypadkowo na nieznanej mi wcześniej stronie La Fourchette, a do wybranego zaocznie Bistro Burger Montparnasse oddalonego mniej więcej o dwadzieścia minut pieszej wędrówki, udałem się mimo tego, że po drodze minąłem podobną burgerownię z wymowną promocją typu Happy Hours, która obejmowała ni mniej, ni więcej napoje alkoholowe, którymi także byłem zainteresowany — i to pomimo że nie miałem rezerwacji. Ostatecznie piwo w paryskich knajpach, o ile nieimportowane z Belgii czy Wielkiej Brytanii, co w przynajmniej w moim przypadku nie zdarza się zbyt często, smakuje tak samo przeciętnie, niezależnie od tego, czy kosztuje 5 czy 12 euro. I choć w danej chwili poczułem nieuzasadnioną chęć, by w najdrobniejszych szczegółach opisać względnie opustoszałe w niedzielne popołudnie i dość oszczędnie urządzone wnętrze restauracji, moje niezbyt wymyślne zamówienie, nielicznych gości lokalu i smukłą kelnerkę o szczerym uśmiechu i nieśmiałej angielszczyźnie, która przyjmowała zamówienie; w chwili gdy tylko przekroczyłem próg mieszkania, wszystko to wydało mi się pozbawione najmniejszego sensu. „Od czegoś trzeba zacząć” — myślałem w restauracji, z miną krytyka kulinarnego oceniając całokształt sytuacji, w której się znalazłem, z pominięciem, dość znamiennie, jedzenia. W rolę wszedłem zresztą na tyle głęboko, że gdy smukła kelnerka przy rozliczaniu zamówienia, zapytała, czy smakowało, odpowiedziałem, że owszem, ale bez większego entuzjazmu, podświadomie wyrokując, że miejsce choć przyjemne, nie otrzymałoby ode mnie gwiazdki Michelina.

paris

Tour Eiffel; zdj. Kurtek

Gdy okoliczności zmuszają mnie, by w obcym mieście, wybrać się na obiad czy kolację, zwykle nastręcza mi to pewnych trudności. Niby jestem panem własnego losu — nikt donikąd mnie nie ciągnie i o ile nie jestem przeraźliwie głodny, nie muszę się też nadto spieszyć, ale jednak moje wybory pozostają płaskie — zamiast szukać lokalnych specjalności albo dać się urzec niepowtarzalnej atmosferze skrzętnie skrytego w niepozornym zaułku maison, zazwyczaj wybieram bezpiecznie — rzeczy i miejsca, które w efekcie daleko posuniętej globalizacji nie będą zbytnio odbiegały od tego, co mogę bez trudu sprawić sobie w Polsce. Burgery, pizza i sushi — święta trójca międzynarodowego kulinarnego pragmatyzmu wymieszanego z lenistwem. A gdybym przecież tylko zaszedł do miejsca wyjątkowego — czy to w sposób zupełnie dosłowny, czy też poprzez całkowite wtopienie się w codzienność miasta i jego mieszkańców, mógłbym teraz z miną krezusa i zachwytem w oczach opisywać nie tylko niecodzienne smakołyki, których spróbowałem, ale i z całą pewnością niebanalnych ludzi, których bym tam spotkał. A tak — jedynymi klientami, których obsługa usadziła w moim polu widzenia, tak że mogłem zgoła bezpiecznie przyglądać im się znad swojego burgera była enigmatyczna para komunikująca się zarówno z pracownikami lokalu, jak i między sobą niezbyt przekonywającym angielskim. Przysadzista brunetka o dużych oczach i wąskiej twarzy spowitej z lewej strony grubym słowiańskim warkoczem usiadała vis-à-vis mnie. Plecami odwrócony był natomiast jej towarzysz — wysoki szatyn o rysach tak kanciastych, że spod krótkich włosów dało się bez problemu zauważyć kontur jego czaszki. Najwyraźniej nie mieli sobie zbyt wiele do powiedzenia. Być może zmęczyło ich całodzienne zwiedzanie Paryża — wydawali się bowiem, tak jak ja turystami — efektem czego prędko zamówili dwa identyczne zestawy — dwa burgery miesiąca, z błękitnym serem pleśniowym i karmelizowaną cebulą, które każdemu klientowi po zajęciu stolika usilnie polecały kelnerki, i dwie cole Zero. I chociaż przyszli kilkanaście minut po mnie, opuścili bistro, zanim jeszcze ja zdążyłem poprosić o rachunek. To zresztą były jedne słowa, jakie, pomijając powitalne i pożegnalne formuły grzecznościowe, powiedziałem w tym miejscu po francusku. Choć przyjąłem sobie wcześniej za zasadę, że będę próbował, przynajmniej dopóki nie dojdzie do krępującej sytuacji całkowitego niezrozumienia, w restauracjach sytuacja wygląda nieco inaczej. Obsługa ma bowiem w zwyczaju drobiazgowe badanie wszystkich wchodzących i na podstawie powitalnego bonjour i odpowiedzi na pytanie, czy zamierzam jeść czy pić, stwierdzając kiepsko zakamuflowany brak językowej zręczności, proponuje na wszelki wypadek angielskie menu. W takiej sytuacji nie idę już w zaparte, nie udaję, że go nie potrzebuję, poddaję się, dziękuję i czuję się jakby odrobinę pewniej, że moja językowa niefrasobliwość nie zostanie tym razem zdemaskowana chwilą niezręcznej ciszy w odpowiedzi na proste, ale w tej konkretnej chwili zaskakująco trudne pytanie.

CDN