Opublikowano

Zbrodnia i kara

Zbrodnia i kara

Fiodor Dostojewski, „Zbrodnia i kara”, wyd. MG, 2015


Grafika powyżej pochodzi z wydania W.A.B. z 2018 roku, które pierwotnie chciałem przeczytać, ale nie mogłem go dostać i koniec końców zabrałem się za wydanie MG z 2015 roku (okładka poniżej). Nie przejąłbym się tym, gdyby nie były to dwa różne tłumaczenia. Moje, które oceniam zresztą całkiem nieźle, wyszło spod pióra Jana Piotra Zajączkowskiego i jak się okazało już po fakcie, jest to tekst przedwojenny z 1928 roku. Wydanie W.A.B. zaś to wysoko oceniany przekład Czesława Jastrzębiec-Kozłowskiego. Przyznaję, że nie zrobiłem przed lekturą należytego riserczu. Wydania MG, na co uczulam, są jednak przedrukami starych polskich przekładów. Bulwersuje zwłaszcza wydanie okrojonej wersji „Braci Karamazow”, którą to edycję ktoś nazwał tutaj konwencją „romansu dla pensjonarek”. Uczulam zatem przed zabraniem się za lekturę, że to, jakie wydanie wybierzemy w przypadku tak żelaznej klasyki jak Dostojewski, może zrobić różnicę. Niby to oczywiste, ale może wcale nie, zwłaszcza gdy głównym kryterium staje się dostępność. Ja jednak dziś nie o tym…

Kanon lektur w drugiej liceum to była i dla nas, bibliofilów od siedmiu boleści, i dla naszej polonistki, której zależało, ale chciała za dużo, za szybko i trochę przy tym nie miała wyjścia, jazda po wertepach dokoluśka skrzypiącej karuzeli bez trzymanki i bez rozumu. Totalnie żeśmy potonęli. Trochę z wyboru, bo utrzymać na powierzchni dało się tylko, zostając więźniem tego kanonu na całe popołudnia, wieczory, weekendy. Odpuściłem więc naturalnie Dostojewskiego, ale z zastrzeżeniem, że kiedyś na pewno nadrobię. Z tym, że wiadomo jak się zastrzega takie rzeczy. Szanse były zupełnie beznadziejne. A jednak to jedno zastrzeżenie pęczniało we mnie stopniowo tak, że nareszcie przydusiło mnie swoim rozmiarem do refleksji z następstwem w postaci czynu. I oto bełkotliwe „czytałem Dostojewskiego” zmienić mogę na „przeczytałem”.

To głupstwo zupełnie, błazenada wręcz, takie mam poczucie, żebym ten kontekst szkolny tutaj przywoływał z takim rozmachem, ale piętno lektury szkolnej zawisło niestety nad moim spotkaniem ze „Zbrodnią i karą” najwyraźniej nieodwołalnie. A był jeszcze kontekst, jak się miało okazać, poboczny, a mianowicie tzw. podryw na wieszcza. Bo, że Dostojewski na wieszcza się kwalifikuje, to lektura „Zbrodni” doskonale to obnaża, ten podryw z kolei, nie miał chyba wówczas podtekstu erotycznego, był raczej próbą stworzenia jakiegoś przymierza, albo przeciwnie, zamknięcia się w jakiejś kaście. Otóż już na studiach, kolejnych z rzędu, była pewna koleżanka, którą zapamiętałem do dzisiaj z jednego tylko, że ostentacyjnie obnosiła się ze swoją miłością do Dostojewskiego właśnie. Któregoś razu zupełnie przypadkiem na wykład z trygonometrii przydźwigała trzy kilo „Braci Karamazow” w twardej oprawie i dużą czcionką. Innego dnia ochoczo włączyła się w rozmowę o książkach z zastrzeżeniem, że nie było od Dostojewskiego lepszego pisarza. I to mi po niej zostało w mojej własnej głowie. Lat temu później kilka moja własna matka, zakochana swego czasu w Orhanie Pamuku, na swój sposób sekundowała tej opinii twierdzeniem, że dopiero, gdy przeczytała uważnie „Zbrodnię i karę” odkryła wielkie źródło tamtego Pamuka inspiracji. Od tamtej pory z honorami dotąd należnymi w naszym domu Pamukowi przerzuciła się zresztą na Dostojewskiego, a Pamuka już się u nas nie czytuje (choć piętrzy się nadal na półkach, ale z jakby rzadszym cokolwiek wyrazem). To mnie finalnie pchnęło.

U wrót „Zbrodni i kary” stałem na krawędzi i całkiem ładnie poleciałem, bo to jest przede wszystkim powieść doskonale napisana. Akcja może troszkę czasem przestępuje z nogi na nogę w trakcie, gdy wszyscy bohaterowie gęsto tłumaczą swoje występki, deliberują, polemizują, wzdychają, jojają, płaczą nad swym losem. Robią to zresztą w sposób nadzwyczaj wykwintny, ale wcale nie sztuczny czy nieprawdopodobny. Ot, taka konwencja. Czyta się to trochę tak, jakby oglądało się niemy film, czarno-biały, z wieloma zbliżeniami na powykrzywiane to w w grymasie, to w uśmiechu twarze, z niesamowicie dramatycznym tokiem zdarzeń, ale raczej formalnie niż w taki denerwująco sensacyjny sposób, w jaki się to robi dziś. Dostojewski jednak płynie, ma wszystko fantastycznie wykoncypowane. Jego postaci są żywe, swoiste, mają swoje. Doskonale to rozgrywa! No a w centrum nasz biedaczek Raskolnikow, który snuje swoje teorie i z naukowym wręcz zapałem, jak na byłego studenta przystało, postanawia wcielić je w życie — tak na próbę. Oczywiście nie wie, że sam jest bohaterem zgoła innego eksperymentu — wielkiego dylematu moralnego, któremu Dostojewski poświęcił „Zbrodnię i karę”, sam moralizując czytelnika umiarkowanie jedynie bliżej końca tej historii. W przeciwnym razie zrewidowałby pewnie nieco wcześniej swoje szaleństwo, ale nie o to przecież chodziło. Chodziło o to, żeby Raskolnikowa poświęcić na rzecz moralności, ale i pewnego pragmatyzmu czytelników, niosąc przesłanie, które łatwo się powtarza, ale trudniej przychodzi czasem jego rzeczywiste zrozumienie, że działania mają swoje konsekwencje.

To wniosek najogólniejszy, bo mam takie poczucie, że choć oczywiście Dostojewski podejmuje tematykę zupełnie uniwersalną, to trochę ze względu na tych sto pięćdziesiąt lat, które już minęły od publikacji i tak szeroki zasięg tej powieści, że treść jej jest znana każdemu średnio wykształconemu Europejczykowi, trudno już w nim znaleźć tego ducha, który tchnąć mógłby w człowieka jakąś moralną świeżość. A tak czułem się chociażby, oglądając przed laty „Sznur” Alfreda Hitchcocka, który ten sam kazus potraktował z właściwą mu lekkością i przebiegłością. Skupił się oczywiście na innych aspektach, a jego narracja była mniej prostolinijna, ale w moim mniemaniu udało mu się rzucić na sprawę nowe światło, co z kolei Dostojewskiemu, mimo doskonałego rysu psychologicznego postaci, zajmująco poprowadzonej akcji i ogólnego rozmachu narracyjnego, niestety nie wyszło. Nie jest to jednak, jak pisałem, zarzut, który kieruję bezpośrednio do niego. To raczej system kulturowo-edukacyjny strywializował jego dzieło, chociażby poprzez wciśnięcie go na trzy lekcje bandzie nieokrzesanych młokosów w drugiej klasie ogólniaka między „Nad Niemnem” a „Chłopów”. Trudno jednak od tego uciec. Dostojewski, poprzez otwarcie edukacyjny charakter swojej powieści, nieświadomie sam ją bowiem w tej pułapce zamknął. Koniec końców trudno wyobrazić sobie dla „Zbrodni i kary” miejsce lepsze niż ława szkolna. A na ile jest to rzecz treści utworu, a na ile kontekstu, który moje spojrzenie na ten utwór ukształtował (żeby nie napisać, powykrzywiał), tego nie jestem już chyba w stanie jednoznacznie rozgraniczyć. Może jeśli spotkam kiedyś przypadkiem tamtą koleżankę ze studiów, by uniknąć kurtuazyjnych pytań, które nie prowadzą do odpowiedzi, zapytam ją właśnie o to. Może wreszcie przyjmie mnie do tego klubu, jak sądzicie?

Zbrodnia i kara

Opublikowano

Małe kobietki

Małe kobietki

Louisa May Alcott, „Małe kobietki”, wyd. MG, 2019


Po fenomenalnej filmowej adaptacji „Małych kobietek” Grety Gerwig czułem w istocie coś w rodzaju niewyrażonej jeszcze wówczas ochoty, by do świata klasycznej powieści Louisy May Alcott powrócić. Życzliwie niebawem w moje ręce wpadł egzemplarz pierwszej części czterotomowej, jak się okazało później, sagi. Niezwłocznie zabrałem się za lekturę, ale po kilku rozdziałach spasowałem. Infantylne, myślałem, i babskie, w dodatku kostiumowe, anachroniczne, nastoletnio-młodzieżowe — co ja sobie wyobrażałem? Otóż śpieszę wyjaśnić, wyobrażałem sobie, że Greta Gerwig zrobiła coś z niczego i na to nic nie warto koniec końców mojego czasu. To oczywiście wierutna bzdura — bez znakomitego tekstu źródłowego trudno byłoby nawet zdolnej Gerwig przenieść tę magię na ekran kinowy.

Tytułowe kobietki to cztery dorastające siostry — Meg, Jo, Beth i Amy, które wiodą spokojne życie wraz z matką pod nieobecność ojca, posługującego jako pastora na froncie podczas wojny secesyjnej. Codzienność dziewcząt nie jest jednak usłana samymi różami — ich rodzina nie należy do zamożnych, a one same muszą pracować i pomagać w domu. To prosta z pozoru opowieść o ich codziennych zmaganiach, staraniach i marzeniach pod okiem kochającej matki.

„Kobietki” wróciły do mnie same, wypełniając niewypełnialne i niwelując swoją prostolinijnością efekt odstawienia „Czarodziejskiej góry”. Pomyślałem wtedy, że to takie „Dzieci z Bullerbyn” dla nastolatek — ciepła, familijna opowieść o wyzwaniach dorastania w staromodnym stylu i w sumie nadal mi to porównanie leży, z tym, że z „Dzieci z Bullerbyn” pamiętam tylko ogólne wrażenie tego ciepła właśnie. Ale „Małe kobietki” to książka wykraczająca poza schemat powieści dla młodzieży, w trochę podobny sposób, w jaki robią to „Fistaszki” Charlesa M. Schulza, tzn. każdy zależnie od wieku (i poziomu inteligencji emocjonalnej), jest w stanie znaleźć w tych historiach coś wartościowego. Sformułowanie „każdy” może być tu odstręczające, ale by ostatecznie nie ulec czarowi opowieści Alcott trzeba być co najmniej snobem lub cynikiem. Kolejne rozdziały „Małych kobietek” czyta się trochę jak przypowieści — każda opowiada odrębną historię i z każdej płynie pewna nauka, a spajają je chronologia i postaci. I choć pewnie można by dopatrzeć się w narracji Alcott ciągot moralizatorskich, emfaza położona na samodoskonalenie się, umiejętność przyznania się do błędów i wyciągania z nich wniosków oraz pozwolenie na matczyne ponaglenie jest dla mnie istotą „Kobietek”. To pozbawiona cynizmu (a przez to może i realizmu, ale trudno mi tak na to patrzeć, gdy wciąż tkwię jedną stopą w świecie tej historii) opowieść o miłości, dzięki której można doskonalić — samego siebie i najbliższych. I brzmi to w moich słowach jak jakaś potwornie nieznośna chrześcijańska banialuka, ale musicie mi uwierzyć, to ani nie zbiór kazań, ani żadna grafomańska popelina, a bardzo plastycznie napisana (i adekwatnie przetłumaczona), angażująca czytelnika wielowymiarowa powieść.

Jedynym mankamentem może być to, że część drugą integralną dla fabuły tak filmu Gerwig, jak i kanonicznej narracji samej powieści, wydano w Polsce zupełnie osobno jako „Dobre żony”, z czego sam zdałem sobie sprawę dopiero u schyłku lektury i co, nie ma co ukrywać, pozostawiło pewien niedosyt.

Małe kobietki