Opublikowano

Krótka opowieść z księżycem i Sheeną Ringo

Sheena Ringo, Neko Saitō i księżyc

Sheena Ringo, Neko Saitō i księżyc

Przespacerowałem się wczoraj wieczorową porą po pustych wrocławskich ulicach, korzystając z tego wiosennego falstartu, kolejnej widomej oznaki klimatycznych szaleństw. Ależ mi tego brakowało! Ostatnio nawet jeśli przemieszczam się, to między home officem a home officem, między potrzebą zrobienia zakupów a kasą samoobsługową, między skrzynką pocztową a paczkomatem. Zawsze towarzyszy temu jakaś niedająca się uniknąć pośpieszna celowość. Móc prawdziwie poczuć, prawdziwie zobaczyć, prawdziwie doświadczyć świata, nawet jeśli pod pojęciem świata kryją się dwie ulice obok czy pusty kampus uniwersytecki! Nawet wtedy bowiem między jedną odrapaną kamienicą a drugą można zawsze spojrzeć w górę — dostrzec gałęzie kołyszące się lekko na wietrze, wyżej — pyzate chmurki bądź szary nieprzenikniony monolit, za nimi wielkie słońce ogłaszające wszem wobec porę dnia, a nocą przy dobrych wiatrach (które rozgonią chmury) — srebrny księżyc i choćby garstkę gwiazd rozsypanych przedwiecznie. I ja tak wczoraj spacerowałem wpatrzony w lekko nadgryzioną tarczę księżyca z słuchawkami na uszach, a w nich muzyką, która sama do mnie przyszła. „Chcę przenikliwie poczuć”, a dalej „chcę naprawdę doświadczyć” — śpiewała mi lekko histerycznie, ale z niedającym się zafałszować entuzjazmem Sheena Ringo w utworze, który jeszcze w grudniu potraktowałem jako klucz do pandemicznego 2021 roku — „Jinsei wa yume darake” („Życie jest pełne snów”).

Muzyczny anturaż królowej japońskiego art popu Sheeny Ringo, można dla nakreślenia jakiejś kanwy przyrównać stylistycznie do twórczości Fiony Apple. Obie panie dzielą między sobą nie tylko słabość do musicalowych zaśpiewów i aranżacji oraz skłonność do naturalnego wykraczania poza ramy gatunkowe, ale też część pseudonimu artystycznego oznaczającą jabłko (po angielsku apple, po japońsku — ringo). Podążając tym tropem, swoje dwudziestolecie na scenie w 2019 roku Sheena Ringo świętowała nieustraszoną kompilacją zatytułowaną Newton no ringo (Jabłko Newtona). Nieustraszoną, bo Ringo nie boi się niczego. Zaczynała jako niepokorna dziewczyna z gitarą, ale od umiłowania hałasu wkrótce, bo w 2003 roku na kultowym krążku Kalk Samen Kuri no Hana przeszła w stronę wysmakowanego progresywnego popu skręcającego to w stronę muzyki kameralnej, to w big bandowy jazz, czasem w robotyczny technopop, jeszcze innym razem w noise. Dzieła dopełnił wydany cztery lata później we współpracy z dyrygentem i skrzypkiem Neko Saitō album Heisei Fūzoku („Obyczaje ery Heisei”) zawierający na nowo wykonane i zaaranżowane z fantazją wcześniejsze kompozycje Ringo (niektóre wykonywane przez nią na koncertach, inne zarejestrowane na dwóch poprzednich krążkach). (Żeby przeciągnąć kolejne nitki, tak zupełnie na marginesie — album Kalk Samen Kuri no Hana, od wtorku pełnoletni, oraz cesarz Japonii Naruhito, którego intronizacja w 2019 roku oficjalnie zakończyła wspomnianą erę Heisei, dzielą ze mną dzień urodzin).

W międzyczasie artystka stanęła na czele jazz-rockowej formacji Tokyo Jihen, z którą między 2004 a 2011 rokiem wydała w sumie aż pięć płyt. Utwory Ringo, które choć osadzone w specyficznej japońskiej melodyce, mają w sobie coś uniwersalnie przebojowego. Jednocześnie jej ekspresja wokalna i aranżacyjne eksperymenty sprawiają, przynajmniej mi, niesamowitą frajdę z samego obcowania z nimi, a to, odkładając na bok cały kontekst, szalenie ważne dla mnie, słuchacza. Dzięki temu fascynujący świat muzyki Sheeny Ringo nadał dla mnie koloru minionemu styczniowi i trwającemu przy nim (i wciąż przy nas) lutemu — dwóm jedynym miesiącom w roku, które zwykle na samą moją myśl o nich, wywołują we mnie zniechęcenie (a bywało, że i rozpacz). Tymczasem, gdy naprawdę się usłyszy, naprawdę zobaczy, naprawdę poczuje, można nawet w szarym styczniu i ponurym lutym unieść się gdzieś w sobie, nie odrywając stopy od chodnika. To motywacyjne truizmy, wiem, i pewnie bym od nich stronił, gdyby nie to, że wczoraj jako żywo, zupełnie bez przygotowania, bez planów i oczekiwań, sam tego doświadczyłem. Dzięki księżycowi i Sheenie Ringo, tak myślę.

Opublikowano

59. Wpatrywanie się w księżyc tak intensywnie, że ten aż zdaje się przybliżać

99 najfajniejszych rzeczy

59. Wpatrywanie się w księżyc tak intensywnie, że ten aż zdaje się przybliżać

Fajność na granicy paranoi, przynajmniej od czasu premiery Melancholii Larsa von Triera, gdzie księżyc faktycznie się przybliżał, bo Melancholia zakłóciła jego orbitę*. Ale jeszcze przed premierą filmu patrząc na księżyc, wielokrotnie odnosiłem wrażenie, zwykle jedynie na bardzo krótką chwilę, że oto księżyc faktycznie zbliża się w kierunku Ziemi. Niedowierzanie mieszające się z ekscytacją i niecierpliwym przecieraniem oczu, czy rzecz nie jest aby jedynie iluzją. To trick, który zawsze działa — wiem doskonale, że to blef i moje oczy mnie kantują, a jednocześnie chcę znów wpatrywać się w srebrną tarczę i przeżywać za każdym razem te same małe ekscytacje i małe zawody.


* Jak się okazało, Melancholia nie tyle zakłóciła orbitę księżyca, ale sama niebezpiecznie zbliżyła się do Ziemi. To nie czyni tego przykładu mniej adekwatnym dla sprawy, ale wypada jakby mniej fajnie, bo niespełniony jest warunek idealnego dopasowania.

99 najfajniejszych rzeczy