Opublikowano

Sedno rzeczy

Sedno rzeczy

Natsume Sōseki, „Sedno rzeczy”, wyd. Państwowy Instytut Wydawniczy, 1973


Kilka dobrych lat siłowałem się ze sobą nad „Sednem rzeczy” Natsume Sōsekiego. To ponoć najlepiej sprzedająca się powieść w Japonii i absolutnie klasyczna rzecz. Sōseki jest zresztą tuzem wczesno-XX-wiecznej literatury japońskiej, postacią o statusie porównywalnym do naszego Sienkiewicza, który podczas swojej krótkiej, trwającej ledwie dekadę kariery literackiej, stworzył wiele utworów uznawanych za kanoniczne, na czele z „Sednem rzeczy” właśnie. Jedyne fizyczne polskie wydanie ukazało się w latach 70. i książkę tę może nie tyle trudno zdobyć, co trzeba albo zapłacić odpowiednio wysoką cenę, albo znaleźć bibliotekę, która miałaby ją na stanie, co zdecydowałem się zrobić ja. W dystrybucji cyfrowej bez trudu można za to dostać ebook i audiobook.

„Sedno rzeczy” to w gruncie rzeczy dość uniwersalna historia, osadzona w realiach dawnej Japonii końca ery Meiji, o relacji ucznia i mistrza. Formalnie autor podzielił ją na trzy części, ale ja od początku czytałem ją jako dwie komplementarne ze sobą historie. Pierwsza (zajmująca dwa rozdziały) opowiedziana jest z perspektywy ucznia, odkrywającego życie studenta w Tokio, mierzącego się z oczekiwaniami pozostawionej w Kamakurze rodziny. Druga stanowi wyznanie mistrza, człowieka w średnim wieku — posępnego, tajemniczego i samotnego, którego młodość była w pewien sposób paralelna obecnej sytuacji studenta i być może dlatego sensei w pewnym momencie decyduje, by opowiedzieć mu szczerze o sobie. W tle tych wydarzeń, nie bez wpływu na nie, wraz ze śmiercią cesarza Meiji dokonuje się koniec epoki, a rozpoczyna okres mimowolnych podsumowań, przygotowujący na widomie nadchodzące nowe. To podwójna powieść psychologiczna — pokazująca obie postaci z dwóch pierwszoosobowych perspektyw, odkrywająca ich sposoby myślenia o życiu: w szczególności sobie w relacji z innymi i innych w relacji ze sobą. W pierwszej kolejności widzę „Sedno rzeczy” jednak jako powieść o złożonej problematyce moralnej, wnikliwie analizowanej zwłaszcza w trzecim rozdziale z perspektywy senseia na kanwie jego własnej opowieści.

Nie mam narzędzi filozoficznych, żeby jego wnioskowanie czy postępowanie ocenić, ale bez reszty mnie ten wywód zafascynował — także na poziomie stricte fabularnym, bo historia wraz z niewątpliwym twistem w połowie powieści nabiera i rumieńców, i rozpędu. Pomimo dość powściągliwego sposobu opisywania rzeczywistości, akcja toczy się nadzwyczaj wartko, a Sōseki zdaje się nie mieć w zwyczaju wracać do już wcześniej opisywanych wątków, by wprost nadać im nowego znaczenia, co jest dość charakterystyczne dla wielu japońskich autorów. Wyciągnięcie wniosków zostawia na wzór anglosaski samemu czytelnikowi. Jest temu zresztą wierny aż do samego końca powieści, która być może dlatego fascynuje i obezwładnia czytelników od ponad stu lat. „Sedno rzeczy”, w oryginale „Kokoro”, mogące oznaczać zarówno serce, ducha, jak i umysł, to znakomita gimnastyka tak umysłowa, jak i uczuciowa. Kompetentna próba zdefiniowania istoty człowieczeństwa przy pomocy opowieści.

Sedno rzeczy

Opublikowano

Dziewczyna z konbini

Dziewczyna z konbini

Sayaka Murata, „Dziewczyna z konbini”, wyd. Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, 2018


Na początku nie wierzyłem w narrację tej opowieści. Brnąłem dalej, bo była łatwa, a tej łatwości było mi potrzeba. Oto dziewczyna w spektrum autyzmu (co nie jest napisane wprost, ale diagnozę odczytać można między wierszami od pierwszych stron) z powodu problemów z dopasowaniem się do społeczeństwa, od 18 lat pracuje dorywczo w konbini (japońskim sklepie całodobowym w stylu naszych Żabek) i z pierwszoosobowej perspektywy opisuje rzeczy, które zauważa, ale ich nie rozumie. Jest w tym wszystkim naiwność na co najmniej dwóch poziomach — autorki rozumiejącej bardziej okoliczności życiowe swojej bohaterki niż ją samą, i tej bohaterki właśnie. To pierwsze odstręcza, to drugie intryguje, angażując empatię i emocje.

W miarę jak fabuła posuwa się naprzód, bohaterka konfrontuje się po raz kolejny i kolejny z oczekiwaniami mocno poukładanego w swoim przedwiecznym skostnieniu japońskiego społeczeństwa, którym nie potrafi sprostać. Nie wiem, czy to przyznanie konwencji prawa do bycia konwencją, ewolucja samej narracji, czy rosnące zainteresowanie bohaterką (być może wszystkie na raz), ale ostatecznie „Dziewczyna z konbini” zaczyna stawać się bardziej i bardziej wiarygodna. Nie podważam absolutnie motywów nieneurotypowej bohaterki — konsekwentnie z nią sympatyzuję. Pojawiło się też zresztą pewne wrażenie, z którego nie jestem dumny, ale muszę się do niego przyznać. A mianowicie te dość nierzeczywiste i dalekie zmartwienia głównej bohaterki połączone z jej kognitywną niewprawnością i prostą narracją autorki utworzyły dla mnie coś w rodzaju bezpiecznej przestrzeni, gdzie mogłem na tych kilka godzin schronić się przed moimi własnymi problemami. Zdaję sobie sprawę, że może to zabrzmieć protekcjonalnie, ale ostatecznie ja jako czytelnik sam chyba też wykazałem się tu pewną naiwnością.

Koniec końców choć jest to rzecz raczej niezbyt subtelnie wymyślona i napisana (choć może to kwestia tłumaczenia, tego nie sprawdzałem, ale zdziwiło mnie, że anglosaskich recenzentów cytowanych na obwolucie zachwyca poetyka języka Muraty), jest w tym wszystkim meritum, do którego warto dotrzeć. Nie chcę wyciągać teraz jakichś wielkich wniosków, że to my jesteśmy chorzy jako społeczeństwo, które wszystkich chce równać do swojego stereotypowego wzorca (chociaż to totalnie prawda) — bardziej skupiłbym się raczej na zaakcentowaniu bardzo realnych przecież zmagań z rzeczywistością (przede wszystkim w jej społecznym sensie) osób w spektrum, o których łatwo nam na co dzień zapomnieć, które łatwo odrzucić i ocenić pochopnie, niekoniecznie mając przy tym złe intencje. To może bardziej odezwa do Japończyków i Japonek, chociaż w Polsce można spotkać te same przekonania — że człowiek, który nie wypełnia swojej roli społecznej (realizowanej przez przydatną ogółowi pracę i potomstwo), jest jałowy. Otóż, to te przekonania są jałowe. I tu przybijam autorce piątkę.

Dziewczyna z konbini

Opublikowano

Księga herbaty

Księga herbaty

Kakuzo Okakura, „Księga herbaty”, wyd. Karakter, 2017


Z żądzy wrażeń jako czytelnik niecierpliwy, niezbyt wytrwały i stosunkowo powolny postanowiłem rozpocząć ten rok od książek stosunkowo najkrótszych. Niespełna stu stronicowy esej z początku XX wieku o japońskiej ceremonii herbaty wydał się do tego celu stworzony.

Nie pisałem o wcześniejszych pozycjach z przepięknie wydanej serii wydawnictwa Karakter zbierającej klasyczne japońskie eseje o sztuce — „Strukturze iki” Shūzō Kukiego ani „Pochwale cienia” Jun’ichirō Tanizakiego — obie były obietnicami, że staną się portalami do świata, którego już nie ma, a który uczciwie poznany, choćby po trosze, miałby szansę na pełniejsze poznanie mojego tu i teraz. I obie wypełniły je połowicznie, merytoryczne w swoich polach dywagacje, okrywając peleryną słusznego znużenia. Dlatego po „Księdze herbaty” Kakuzo Okakury, o której istnieniu nie miałem zresztą pojęcia aż do zeszłorocznych Targów Dobrych Książek, nie spodziewałem się więcej.

Tymczasem „Księga herbaty” poruszyła mną bez reszty zarówno formą, jak i treścią. To z jednej strony jakby mistrzowski wykład (dla, co ważne, człowieka zachodniego, niewtajemniczonego w ścieżki Dalekiego Wschodu), z drugiej zaś poetycka opowieść o ładzie i harmonii, która niczego nie narzuca, a wiele wyjaśnia. Herbata to zresztą jedynie punkt wyjścia do snucia synkretycznych rozważań o filozofii, religii, sztuce, architekturze i życiu w ogóle. To ta brama, której od dawna szukałem, i przez którą pragnąłem przejść. Drogowskaz na ścieżce (dla mnie odrobinę paradoksalnej, ale zupełnie zrozumiałej) cierpliwego i wytrwałego dążenia i stawania się.

Gdybym z mniejszym wyczuciem podchodził do treści eseju, mógłbym zbudować ten wpis z samych tylko cytatów. Posłużę się jednym, który trafił gdzieś blisko:

„Dla współczesnego Chińczyka herbata to pyszny napój, ale nie ideał. Długoletnia niedola kraju obrabowała go z poczucia radości i sensu życia. Stał się człowiekiem nowoczesnym, to znaczy starym i rozczarowanym. Stracił wzniosłą wiarę w złudzenia, która stanowi o wiecznej młodości i sile poetów oraz ludzi z dawnych epok”.

Ksiega herbaty

Opublikowano

Śmierć komandora

Śmierć komandora

Haruki Murakami, „Śmierć komandora”, wyd. Muza, 2018


Powieści Murakamiego zazwyczaj towarzyszą mi podczas urlopów albo dalekich podróży, kiedy potrzebuję czegoś jednocześnie lekkiego, angażującego i nieco szalonego. W tym kontekście twórczość pisarza sprawdza się znakomicie. Także dlatego, że odtwarza pewien znany mi i oczekiwany przeze mnie schemat. Tak samo było w przypadku obu części „Śmierci komandora”.

Choć zarówno oryginalne, jak i polskie wydanie powieści rozbito na dwa tomy, po lekturze całości trudno chyba przyznać, że jest to dylogia z prawdziwego znaczenia. Raczej powieść technicznie rozbita na dwie, żeby nie obciążać nadto głów i kręgosłupów podróżujących czytelników. Dzięki temu zabiegowi i mnie naturalnie przyszło rozłożenie lektury na dwa wyjazdy.

„Śmierć komandora” to kolejna zawiła fabularnie, ale napisana w sterylny sposób powieść low fantasy, w której losy głównych bohaterów splatają się w przedziwnych, niewytłumaczalnych okolicznościach po to, by wszystko w ich życiu jednocześnie zmieniło się i pozostało takie samo.

Tym razem głównym bohaterem jest pozostawiony przez żonę bez uprzedzenia malarz-portrecista, który dzięki pomocy jedynego przyjaciela znajduje sobie nowe miejsce do życia na japońskiej prowincji w domu zamieszkiwanym wcześniej przez ojca tamtego — słynnego malarza obrazów w stylu japońskim. Nasz bohater odnajduje w tym miejscu nową energię twórczą, odkrywając wspólnie z nowymi sąsiadami — ekscentrycznym milionerem oraz uczennicą szkoły średniej i jej ciotką — kolejne z jego nieprzeniknionych sekretów. To oczywiście prowadzi do rzeczy zupełnie nieoczekiwanych i niesamowitych, które dzieją się zgodnie z ich naturą, czego z kolei oczywiście nie rozumiemy z początku ani my, ani nasi bohaterowie.

To kolejna odsłona tego samego schematu, którego opracowanie i rozwinięcie Murakami opanował do perfekcji na przestrzeni ostatnich 30 lat, ale trzeba przyznać, że zgodnie z obietnicą (jaką sam sobie złożyłem, wynosząc spontanicznie z księgarni oba tomy w przededniu letniego wyjazdu) wystarczająco angażująca. Pierwszy tom, jak można się domyślić, jest jak rozłożenie puzzli na podłożu i próba dopasowania do siebie elementów tak, by stworzyły ramkę. Gdzieniegdzie autor odkrywa kilka większych pasujących do siebie elementów, ale za właściwe wypełnianie układanki zabierze się oczywiście dopiero w drugiej książce.

Ta zresztą też nie jest szaloną jazdą bez trzymanki — Murakami jest (przesadnie) skrupulatny, każdą rzecz, którą da się wyjaśnić musi (w ramach jakiejś własnej neurozy) rozłożyć na czynniki pierwsze. Dla przeciwwagi zawsze też zostawia czytelnika z wieloma takimi, których wyjaśniać nie zamierza — zwykle tymi, które najbardziej tego wyjaśnienia się domagają. Lubi też powtarzać te same, odkryte przed czytelnikiem już fakty, jak gdyby bał się, że ten się pogubi (bo w sumie jest w czym), ale bardziej przemawia przez niego próba uporządkowania nieporządnej rzeczywistości, czy raczej tej jej części, którą uporządkować się da. Ta dwoistość jest w sumie dla czytelnika przyjemna. Podobnie jak maniera przeplatania wątków tak, żeby jeden hamował drugi, jeśli tamten zbytnio się rozpędzi. Dzięki temu wszystkiemu historia jest silniej osadzona w rzeczywistości, co paradoksalnie pomaga w oswojeniu elementów fantastycznych. A tych jest tu całkiem sporo. Trudno jednak po raz kolejny nie dostrzec w zachowawczym, uważnym i odrobinę ekscentrycznym zachowaniu wszystkich głównych bohaterów kolejnych twarzy pisarza, którego największym odstępstwem od własnej normy w tym względzie jest najwyraźniej decyzja, by jedna postać słuchała wyłącznie synth popu z lat 80. z kaset, a druga opery i jazzu na gramofonie.

Koniec końców, mimo braku fajerwerków, „Śmierć komandora” jest całkiem udaną powieścią Murakamiego — lekturą być może w jego bibliografii drugorzędną, ale jednak ogólnie ponadprzeciętnie przyjemną, przynajmniej w kontekście, który przedstawiłem wyżej. Opisany schemat, z którego autor uczynił swój znak rozpoznawczy, wciąż lepiej realizują jednak inne jego książki — „Kafka nad morzem” (z rozczarowującą kulminacją, ale niezapomnianymi, dużo bardziej żywymi i rozwojowymi postaciami) oraz trzytomowe „198Q” (nieco nazbyt rozwlekłe, ale totalnie odklejone i wciągające).

Śmierć komandora

Opublikowano

もう一度シティーポップの世界へ ‧ Selekcja Citypopowa

もう一度シティーポップの世界へ ‧ Selekcja City Popu

Kolejna wycieczka w głąb popowych rozkoszy muzyki japońskiej

Mam cały folder na Spotify poświęcony tylko muzyce japońskiej i już od dawna nosiłem się, żeby dołączyć do niego wakacyjną selekcję city popowych singielków z lat 80. Kiedyś bardziej sympatyzowałem z 90sowym Shibuya-kei, później zakochałem się w motorycznym techno kayō (tu nie ma linka, bo ostatecznie nigdy nie wrzuciłem swojej trzygodzinnej bardzo pieczołowicie wyselekcjonowanej składanki na żadne streamy, a biblioteka Spotify w tym kontekście okazała się kpiną), ale ostatecznie uległem magii słonecznego j-popu na funkowo-soulowo-jazzowo-aorowym (w zależności od wykonawcy i nagrania) fundamencie. City pop musiał mnie zdobyć, to była wyłącznie kwestia czasu.

Wiecie, dla mnie odkrywanie nowych muzycznych bytów, całych muzycznych rzeczywistości to jedna z najlepszych rzeczy w życiu! W szczególności te momenty, gdy słucha się z wypiekami na twarzy kolejnych nieznanych wcześniej nagrań i płyt, gdy drzwi dopiero się uchylają, nie są już zamknięte, ale jeszcze nie otwarte na oścież. Ten ulotny moment pierwszej fascynacji, który musi w końcu ustąpić spowszednieniu i zatopić się w codzienności i rutynie. Dlatego najbardziej lubię te ze swoich plejlist, które także i dla mnie są na wpół uchylonymi drzwiami — rzeczy znane zestawiam kreatywnie z zupełnie dla mnie nowymi o podobnym potencjale. Wtedy mam poczucie, że mam teraz czego słuchać. Choć akurat ta citypopowa selekcja jest totalnie uniwersalna. To taki kawałek nieco oldschoolowego słoneczka z japońskim twistem.

Inne moje japońskie selekcje muzyczne:
渋谷系 ‧ Shibuya-kei
椎名林檎 ‧ Sheena Ringo
環境音楽 ‧ Kankyō Ongaku
邦楽 ‧ Hōgaku: japońska muzyka tradycyjna

Opublikowano

Ballada o Narayamie. Opowieści niesamowite z prozy japońskiej

Ballada o Narayamie

„Ballada o Narayamie. Opowieści niesamowite z prozy japońskiej”, wyd. Państwowy Instytut Wydawniczy, 1986


Od kiedy tylko zacząłem zbierać po antykwariatach stare wydania klasyków japońskich PIW-u kilka lat temu, Ballada o Narayamie była dla mnie trochę jak ta góra na obwolucie — tajemnicza i wysoka. Tajemnicza ze względu na samą prezencję — niepokojącą grafikę okładkową i wiele obiecujący podtytuł Opowieści niesamowite z prozy japońskiej. Wysoka, bo wśród autorów, których opowiadania umieszczono w zbiorze znalazł się cały przekrój znamienitości, poczynając od noblisty Kawabaty, przez dwóch przedwcześnie zmarłych nieśmiertelnych Akutagawę (znanego jako mistrza krótkiej formy) i Dazaia (którego Ningen shikkaku, po polsku niezbyt zręcznie przetłumaczone Zatracenie przed sześcioma laty w wydaniu Czytelnika, jest chyba najbardziej poczytną japońską powieścią po Kokoro Sosekiego), po płodnego Tanizakiego. A nazwisk tych jest dokładnie tuzin (przy niektórych widnieje więcej niż jeden tytuł) i zestawione razem na dwóch stronach spisu treści prezentują się ekscytująco (także ze względu na doskonale gustowny format graficzny tegoż spisu). Koniec końców wyczekiwałem tej lektury i gdy wreszcie zatroszczyłem się o swój egzemplarz postanowiłem rozpocząć od niego nowy rok, bo żywię przekonanie, że te rozpoczynające książki powinny być nieprzeciętne, aby później we wspomnieniach inspirować kolejne lektury.

Spodziewałem się, że historie będą działy się w dawnych czasach, że jak w filmach kaidan dziać się będą w nich rzeczy nadprzyrodzone i niedające się wyjaśnić. Czas akcji zmieniał się jednak w zależności od opowiadania i, co dobitnie pokazała mi późniejsza lektura Opowiadań japońskich w wyborze Krzysztofa Szpilmana, było to posunięcie doskonale przemyślane, niepozwalające znudzić mi się powtarzalną konwencją. Więcej — samo następstwo kolejnych historii miało w sobie coś zaskakującego. I tak oto ja, który dotąd raczej unikałem krótkich form, jeśli alternatywą miała być powieść lub esej, tak się w Opowieściach niesamowitych rozsmakowałem, że kolejnymi dwiema tytułami, po które sięgnąłem, były zbiory opowiadań. Ballada o Narayamie, przetłumaczona zręcznie (z wyjątkiem spolszczeń nazw własnych niezgodnych z dzisiejszą normą Heburna), choć odrobinę staroświecko (rok był 1986, na obwolucie zabrakło choćby słowa o tłumaczce i spiritus movens antologii — Blance Yonekawie), jest jednak lekturą w zupełności dostępną poznawczo (różnice w kontekście historyczno-kulturowym w większości przypadków niwelują liczne przypisy) w przeciwieństwie do dzielących z nimi tytuł nieporównywalnie bardziej kultowymi Opowieściami niesamowitymi Poego, które poprzez archaiczny język zapadły się, podobnie jak Dom Usherów, do wnętrza świata, którego już nie ma. Świat większości opowieści z tego zbioru wydaje się natomiast zupełnie żywy, niezależnie od tego, czy sprawcami zamieszania w kolejnych opowiadaniach są zjawy i demony, czy ludzie.

Wielkie wrażenie robią klasycznie japońskie opowieści o duchach Koizumiego, od których rozpoczyna się zbiór. Zwłaszcza klasyczna opowieść o niewidomym lutniku Hoichim (Miminashi Hoichi), adaptowany wielokrotnie między innymi jako utwór muzyczny z rodzaju heikyoku, czyli kompozycji na głos i biwę solo opowiadających epos rycerski o rywalizacji rodów Taira i Minamoto w okolicy XII wieku (Heike Monogatari). Historię przedstawił na dużym ekranie także niedościgniony Kobayashi w jego kunsztownej filmowej antologii Kwaidan z 1965 roku. Podobnie zresztą jak inne opowiadanie Koizumiego — Na dnie czarki o duchu wypitym przez lorda wraz z czarką herbaty. Kolejne historie w zbiorze powoli odchodzą od Japońskiej tradycji w stronę, najpierw pewnej abstrakcji i bezczasowości, a następnie XX wieku. Nocny połów Izumiego, rozpisany zaledwie na czterech stronach, urzeka i niepokoi swoją szkicowością. Piekieł wizerunek niezwykły Akutagawy ukazuje w pełni wirtuozerię autora jako mistrza krótkich form, prowadząc czytelnika przez małe i większe szkaradztwa i niedole do iście szatańskiej makabry. Szkaradne oblicze Tanizakiego to niezwykle plastycznie napisana, ze wszech miar złowieszcza historia filmu-widmo. Wyczekiwaną kulminacją musi być tytułowa Ballada o Narayamie Fakazawy umiejscowiona gdzieś na bezczasowym bezdrożu, gdzie starcy zgodnie z tradycją dokonują żywota na tytułowej dębowej górze (Narayamie), dziś musi stanowić bliską paralelę dla Midsommar Ariego Astera. Nie sposób wszystkich tych dwudziestu historii opisać, nie wszystkie zresztą równie zapadają w pamięć, ale niezależnie od tego doskonale wzajemnie się uzupełniają. To fascynująca panorama japońskiej krótkiej formy. Zbiór, który intryguje i inspiruje na wielu poziomach, po który warto sięgnąć zarówno ze względu na tajemnicę i niepokój cechujące zawarte w nim historie, jak i na ich niewątpliwe walory literackie oraz ciekawy kontekst historyczny i kulturowy.

Ballada o Narayamie

Opublikowano

Głos góry

Głos góry

Yasunari Kawabata, „Głos góry”, wyd. Państwowy Instytut Wydawniczy, 1982


Zupełnie przypadkiem moja lektura „Głosu góry” Kawabaty zbiegła się z zapowiedzią przez PIW wznowienia powieści po blisko czterdziestu latach od oryginalnego wydania, które to właśnie znalazłem przed rokiem w antykwariacie. Lektura w dużej mierze kojąca, ale niepozbawiona realnych moralnych problemów i frapującej perspektywy — trochę jak filmy Yasujirō Ozu.

To opowieść pisana z perspektywy ojca rodziny, Shingo Ogaty, który zbliża się do emerytury i jego życie w ostatnim czasie zaczyna przynosić zmiany, które zauważa. Bywa, że nie potrafi sobie przypomnieć nazwiska czy twarzy znanej mu osoby albo tego, jak zawiązać krawat, choć robił to codziennie rano od czterdziestu lat, jego przyjaciele i znajomi umierają jeden po drugim na rozmaite choroby, a on sam zaczyna słyszeć tytułowy głos góry. Zgodnie z tradycją wzywa go tamten świat. Tymczasem na tym świecie jego myśli zaprzątają głównie nieudane małżeństwa obojga dzieci. Często też wraca wspomnieniami do czasów swojej młodości i niespełnionej miłości życia. W centrum powieści pozostaje też niezwykła więź Shingo ze swoją młodą synową, z którą rozumieją się bez słów.

Podobnie jak u Ozu to powieść pozornie pozbawiona zrywów akcji, choć nierzadko całkiem dramatycznie posuwająca się do przodu. Zawieszona w statecznych ramach powtarzalnej codzienności narracja — dramatów, jeśli już się wydarzą, nigdy nie akcentuje w sposób jakkolwiek sensacyjny. To wraz z częstymi wzmiankami o sezonowo zmieniającej się przyrodzie daje poczucie harmonii i naturalności, nawet jeśli Kawabata porusza tematy cokolwiek trudne. Trauma wojenna, zdrady, aborcje i samobójstwa to społeczny krajobraz księżycowy powojennej Japonii. Kawabata jednak jest dla swoich bohaterów łaskawy — oni zaś owszem, jak to w Japonii, nierzadko dywagują, jak ich działania ocenią inni — nie wahając się przy tym, by głośno wyrażać własne — im starszy bohater, tym bardziej niewybredne — osądy.

Sam Kawabata, któremu zarzucałem wcześniej (choć chyba nigdy publicznie), że powtarza te same myśli wielokrotnie różnymi słowami w różnych kontekstach, jest tu bardzo zdyscyplinowany. Kolejne podrozdziały czasem przyjmują formę przyjemnych impresji na temat codzienności, co jakiś czas skrupulatnie poprzetykanych analitycznym strumieniem świadomości głównego bohatera. Formalnie to doskonale nakreślona powieść, tematycznie pobudzające do refleksji ciekawą perspektywą wołanego przez górę bohatera slice of life, czy może raczej jinsei no hitokoma.

Głos góry

Opublikowano

Zakazane kolory

Zakazane kolory

Yukio Mishima, „Forbidden Colours”, wyd. Penguin Modern Classics, 2008


Lata minęły, odkąd czytałem powieść po angielsku — do lektury „Zakazanych kolorów” Yukio Mishimy przystępowałem więc jednocześnie z ekscytacją i zwątpieniem. Ekscytacją — po niedawnym spotkaniu z Mishimą w jego debiutanckim „Wyznaniu maski”, które wreszcie przed rokiem doczekało się polskiego tłumaczenia — „Zakazane kolory” 69 lat po japońskiej premierze wciąż polskiego wydania nie mają. Zwątpieniem — we własne możliwości nie tyle nawet językowe, co w jakiś zmysł krytyczny, bo wszelkie punkty odniesienia w postaci literatury anglojęzycznej dawno spłowiały i straciły wszelki sens. Co więcej — dlaczego miałby się do nich anglojęzyczny Mishima odnosić jakkolwiek bardziej niż do jakiegokolwiek (polskojęzycznego) Mishimy. I faktycznie. Z początku lektura trochę mnie zniechęciła — dopiero gdy zatopiłem się w akcji i rytmie narracji, przestałem przejmować się lingwistyczną obcością, której z początku nie umiałem się poddać. Nie sprzyjało temu z pewnością wiekowe tłumaczenie, datowane na rok 1968. Nie miałem więc w pewnym momencie zamiaru o tej książce pisać. Z drugiej jednak strony wkrótce uznałem, że o niej właśnie, ze względu na specyfikę braku polskiego wydania, być może powinienem napisać tym bardziej. Także dla siebie samego — obiecałem sobie bowiem, że gdy tylko rodzima edycja wreszcie się ukaże, sięgnę po nią niechybnie.

Inaczej niż w „Wyznaniu maski” Mishima nie tylko nie pisze „Kolorów” w formie pierwszoosobowej, ale pobieżne nawet rozeznanie w przebiegu akcji powieści pozwala na jednoznaczne stwierdzenie, że jego główny bohater, Yuichi, choć pozostaje niewątpliwie w centrum wydarzeń powieści, nie jest ich spiritus movens. Ba! Mishima podkłada czytelnikowi idealną kukłę — tak hipnotyzującą, jak bezwolną. Sam kryje się zgoła gdzie indziej, w postaci starszego, otoczonego słuszną sławą pisarza Shunsuke, który trochę przez przypadek, ale z premedytacją miesza się w życie zaledwie 20-kilkuletniego Yuichiego i wywraca je do góry nogami. Namawia chłopaka, który otwarcie przyznaje się przed nim do swojego homoseksualizmu, do małżeństwa z ich wspólną znajomą Yasuko, która w Yuichiego zapatrzona jest jak w obrazek. By go przekonać, oferuje mu znaczną sumę pieniędzy, która ma uratować popadające w ruinę po śmierci ojca gospodarstwo domowe. Yuichi nie bez wahania tę ofertę przyjmuje i tak oto rozpoczyna się główny wątek fabularny powieści.

Ważniejsze jednak od powodów Yuichiego związanych z relacjami społecznymi i rodzinnymi, ale także szeroko pojętą wygodą, są powody Shunsuke, bo to one wprowadzają w narrację aurę tajemnicy. Shunsuke jest mizoginem albo przynajmniej stara się za takiego uchodzić. Twierdzi, że chce zemsty na kobietach za wszystkie wyrządzone mu przez lata krzywdy. Sędziwy autor od najmłodszych lat uchodził za przeraźliwie brzydkiego, Yuichi, co trzeba zaznaczyć, jest z kolei uosobieniem męskiego piękno i (na swój sposób) obiektem pożądania każdego, kto zawiesi na nim swój wzrok. Piękno i jego waga to jeden z powracających w powieści Mishimy motywów i kolejny z powodów Shunsuke, którego stosunek do piękna był cokolwiek trudny. Tym razem jednak nie potrafił oprzeć się czarowi magnetyzującego młodzieńca, gdy już raz udało mu się go złapać, nie chciał wypuścić go z klatki. To zresztą powtarzająca się w „Zakazanych kolorach” motywacja i w tym sensie książka Mishimy popada niekiedy w trudny do przejścia sentymentalizm. W dalszym ciągu, ze względu na dogłębny rys psychologiczny i realistyczną zawiłość fabularną, nie sposób jednak nazwać jej czytadłem. „Kolory” zresztą nigdy nie niosą ze sobą odcienia sensacyjności. Wydarzenia, które wrażliwy czytelnik mógłby uznać za kontrowersyjne przedstawione zostały tu z daleko posuniętą powściągliwością. Ostatnim powodem Shunshuke jest praca twórcza — stary pisarz szuka w tej, kontrolowanej przez siebie intrydze znaleźć inspirację do swojej kolejnej powieści.

I tak oto wchodzimy w życie młodego Yuichiego rozpostarte między młodym, choć od samego początku chłodnym i na wskroś nieszczęśliwym małżeństwem z Yasuko, nocnym życiem obfitującym w liczne romanse ze spotykanymi mężczyznami oraz pozorowanymi stosunkami romantycznymi z innymi kobietami. Można „Zakazane kolory” w pewnym, nieprecyzyjnym, ale obrazującym kanwę powieści skrócie opisać jako mariaż „Niebezpiecznych związków” i „Śmierci w Wenecji”. Akcja „Kolorów” wielokrotnie lawiruje, posuwając się jednak powoli, by przyśpieszyć znacząco na ostatniej prostej. Los Yuichiego, spowity w Japonii początku lat 50. nienaruszalnym tabu, a opisywany przez zachodnich recenzentów jako „oryginalny pomysł na książkę” jest pomiędzy wierszami obiektem największej empatii Mishimy. Choć sam Yuichi przedstawiony został jako pionek na mapie powieści, zagubiony narcyz nieliczący się z czyimikolwiek uczuciami, jego sytuacja życiowa i wynikające z niej wybory pisarz traktuje z szacunkiem i zrozumieniem. Zrozumieniem wykraczającym poza skażoną zachodnimi stereotypami mentalność powojennej Japonii, wbrew im szukającym tożsamości bohatera zarówno w starych samurajskich legendach, jak i w szerokim ujęciu codzienności środowiska japońskich gejów w latach 50. Opisy ich obyczajów są u Mishimy na tyle rozległe, że nierzadko pisarz gubi się w anegdotach lub przeżyciach wewnętrznych pobocznych postaci. Pieczołowite ujęcie tego nieodzownego tła dla tytułowych „Zakazanych kolorów” stało się zresztą podłożem trwających do dziś spekulacji na temat seksualności samego autora. Doskonałemu wyczuciu rozterek swoich homoseksualnych bohaterów Mishima daje wyraz co rusz. Zapisałem i przetłumaczyłem jeden z fragmentów, które w tym kontekście ujęły mnie szczególnie:

„Dwoista natura zazdrości, która czyni miłość starzejącego się geja nie do wytrzymania, wtargnęła pomiędzy Kawadę i sen jego młodego kochanka. Weźmy zazdrość mężczyzny, którego partnerka jest mu niewierna, i połączmy ją z zazdrością, którą dojrzała kobieta po przejściach odczuwa względem młodej, pięknej kobiety, a tę jeszcze połączmy z tym szczególnie zawiłym skutkiem osobliwej świadomości, że obiekt naszej miłości jest osobą tej samej płci co my, a otrzymamy wówczas obraz wyolbrzymionego, całkowicie niewybaczalnego upokorzenia w miłości. Jeśli znamienitej pozycji mężczyzna doświadczyłby odczucia równie przytłaczającego z powodu kobiety, byłby w stanie to znieść. Ale nic nie było w stanie wyrządzić większej krzywdy poczuciu godności osoby takiej jak Kawada niż odtrącenie jego miłosnych starań i upokorzeń przez mężczyznę”.

Nie chciałbym zdradzać zbyt wiele z meandrów fabularnych powieści, które niewątpliwie stanowią jeden z jej atutów. Nie sposób jednak bym w tym kontekście mógł zignorować swoją wcześniejszą sugestię wiążącą postać Shunsuke z osobą autora, co wydaje się zasadne także jeśli chodzi o swoistą fascynację każdego z nich zagadnieniem szeroko pojętej queerowości (w powieści na swój sposób spersonifikowanej przez Yuichiego). Czy równie paralelnie można odczytywać stojące za nimi motywacje? Bieg zdarzeń powieści dowodzi, że te nie są wcale tak jednoznaczne i jasne, jak wyłożono je u jej początku.

Zakazane kolory

Opublikowano

Ukochane równanie profesora

Ukochane równanie profesora

Yōko Ogawa, „Ukochane równanie profesora”, wyd. Tajfuny, 2019


Tajfuny rozpieszczają czytelników doskonałością swoich wydań, ale ich pierwsze literackie selekcje (z istotnym wyjątkiem „Zmierzchu” Dazaia Osamu) pozostają przynajmniej zastanawiające. „Ukochane równanie profesora” Yōko Ogawy to powieść tak prostolinijna, że aż trudno poddać ją jakiejkolwiek krytyce. To historia bezinteresownej przyjaźni cierpiącego na utratę pamięci krótkotrwałej profesora matematyki, jego gosposi i jej 9-letniego syna nazywanego przez profesora Pierwiastkiem. Jedna z tych opowieści, które bałamucą czytelnika idyllicznym obrazem małych szczęść pozostających poza pędzącym światem władzy, pieniędzy i seksu. Bałamucą szlachetnie i na dobre. Kilka rys w życiorysach głównych bohaterów doskonale uwiarygadnia zresztą tę narrację — jak to, że będąca jednocześnie narratorką, gosposia wychowuje swojego syna samotnie (co w silnie patriarchalnej Japonii w latach 90., gdy toczy się akcja, musiało być czynnikiem, który spychał ją na społeczny margines). Albo tragiczna historia profesora, którego błyskotliwą karierę naukową przerywa wypadek samochodowy, w którym uszkodzeniu ulega mu kawałek mózgu. Główną osią tej przyjaźni pozostają jednak matematyka i baseball, którym pasjonują się zarówno Pierwiastek, jak i profesor — każdy na swój sposób. Matematyka ukazana zostaje tu zresztą w sposób równie prostolinijny i bezpretensjonalny co sama historia. Matematyczne zagwozdki profesora zawsze pozostają zresztą w pewnym związku z rzeczywistością, a jego miłość do liczb pierwszych ma w sobie coś urokliwego i intrygującego zarazem, przez co wpisuje się niejako w paradygmat nauki poprzez zabawę. To łatwa i przyjemna lektura, które ze względu na ciekawą konstrukcję pozostaje jednak w głowie na dłużej i do której świata chce się wracać. Wszystko to przynosi czytelnikowi masę pozytywnych odczuć i to chyba najważniejsze.

Ukochane równanie profesora

Opublikowano

Wyznanie maski

Wyznanie maski

Yukio Mishima, „Wyznanie maski”, wyd. Państwowy Instytut Wydawniczy, 2019


Yukio Mishima uwodzi i porzuca czytelnika. Niby zaklina się, że nie robi tego celowo, ale koniec końców nie może wyprzeć się winy, która leży w jego naturze. Czyni to samo, co jego bohater i mętny stan jego umysłu nie stanowi okoliczności łagodzących. To ponoć powszechna opinia — podzieliła ją w posłowiu także tłumaczka pierwszego polskiego wydania Beata Kubiak Ho-Chi — że z początku „Wyznanie maski” wciąga i magnetyzuje, by w końcówce wytracić tempo i urwać się, zanim cokolwiek zdąży się wyjaśnić. Czytelnik zostaje porzucony i zostawiony bezradny sam sobie. Niby wie, jaki musi być dalszy ciąg tej opowieści, ale jednak historia życia samego Mishimy, który „Wyznanie” uczynił czymś w rodzaju swojego autobiograficznego pamiętnika, nie daje się zgodnie dopasować do jego literackiego preludium. Nie da się ukryć, że autor w młodym wieku osiągnął mistrzostwo autokreacji — pytanie brzmi, czy osiągnął to na papierze, czy w prawdziwym życiu. Jego maska pozostaje nieprzenikniona, a postać za nią skryta — niewyraźna. Z tego wszystkiego „Wyznanie maski” bardzo wyraźnie weszło mi w głowę, wywołując pewien nieprzyjemny, niedookreślony niepokój — powodowany być może irracjonalną troską o dalsze losy targanego wewnętrznymi sprzecznościami bohatera. To fascynujący, brutalnie przerwany opis, jak określił to później sam Mishima, autoterapii. Zanim jednak do tego dochodzi, trudno z narratorem utworu się nie zaprzyjaźnić — zachowując jakiś dystans, ale nie większy niż gdybyśmy poznali w szczegółach uczucia i myśli pierwszej napotkanej osoby. Kōchan trochę asekuracyjnie, a trochę ostentacyjnie pozycjonuje się jako freaka, ale spod tej (kolejnej) maski wyziera wrażliwy człowiek z umysłem, duszą i ciałem, które dorastając, próbuje scalić w pełnego siebie na kanwie kolejnych miłosnych rozterek. Mishima skrywa się za maską nie tylko z powodu autokreacji, ale także dlatego, aby swobodnie pisać o tym, co najbardziej ludzkie, a przez to intymne i zwłaszcza w powojennej Japonii — tabu. Czyta się go znakomicie, także za sprawą pierwszorzędnego przekładu, przewyższającego znacznie językowo dawne wydanie „Ballady o miłości”, które swego czasu czytałem, a które mnie Mishimą na jakimś poziomie rozczarowało. Tu o rozczarowaniu nie może być mowy. Jest niedosyt, być może tęsknota, że młodzieniec, którego empatycznie przytuliłem do piersi, wyrwał się, uciekł i zniknął, by już nigdy nie powrócić.

Wyznanie maski