Opublikowano

Księga herbaty

Księga herbaty

Kakuzo Okakura, „Księga herbaty”, wyd. Karakter, 2017


Z żądzy wrażeń jako czytelnik niecierpliwy, niezbyt wytrwały i stosunkowo powolny postanowiłem rozpocząć ten rok od książek stosunkowo najkrótszych. Niespełna stu stronicowy esej z początku XX wieku o japońskiej ceremonii herbaty wydał się do tego celu stworzony.

Nie pisałem o wcześniejszych pozycjach z przepięknie wydanej serii wydawnictwa Karakter zbierającej klasyczne japońskie eseje o sztuce — „Strukturze iki” Shūzō Kukiego ani „Pochwale cienia” Jun’ichirō Tanizakiego — obie były obietnicami, że staną się portalami do świata, którego już nie ma, a który uczciwie poznany, choćby po trosze, miałby szansę na pełniejsze poznanie mojego tu i teraz. I obie wypełniły je połowicznie, merytoryczne w swoich polach dywagacje, okrywając peleryną słusznego znużenia. Dlatego po „Księdze herbaty” Kakuzo Okakury, o której istnieniu nie miałem zresztą pojęcia aż do zeszłorocznych Targów Dobrych Książek, nie spodziewałem się więcej.

Tymczasem „Księga herbaty” poruszyła mną bez reszty zarówno formą, jak i treścią. To z jednej strony jakby mistrzowski wykład (dla, co ważne, człowieka zachodniego, niewtajemniczonego w ścieżki Dalekiego Wschodu), z drugiej zaś poetycka opowieść o ładzie i harmonii, która niczego nie narzuca, a wiele wyjaśnia. Herbata to zresztą jedynie punkt wyjścia do snucia synkretycznych rozważań o filozofii, religii, sztuce, architekturze i życiu w ogóle. To ta brama, której od dawna szukałem, i przez którą pragnąłem przejść. Drogowskaz na ścieżce (dla mnie odrobinę paradoksalnej, ale zupełnie zrozumiałej) cierpliwego i wytrwałego dążenia i stawania się.

Gdybym z mniejszym wyczuciem podchodził do treści eseju, mógłbym zbudować ten wpis z samych tylko cytatów. Posłużę się jednym, który trafił gdzieś blisko:

„Dla współczesnego Chińczyka herbata to pyszny napój, ale nie ideał. Długoletnia niedola kraju obrabowała go z poczucia radości i sensu życia. Stał się człowiekiem nowoczesnym, to znaczy starym i rozczarowanym. Stracił wzniosłą wiarę w złudzenia, która stanowi o wiecznej młodości i sile poetów oraz ludzi z dawnych epok”.

Ksiega herbaty

Opublikowano

Szybko wolno wszystko nic

Deszcz, Paryż

Kiyoshi Saitō, Deszcz, Paryż (1960); niereprezentatywny wycinek świetnego drzeworytu, w pełnej krasie tutaj


Wszystko dobrze. Jestem zdrowy. Nic w zasadzie się nie dzieje. A przynajmniej nic szczególnego. Ale w tym właśnie nieszczególnym czasie nie przestaje dziać się wszystko. Nic szczególnego to w rzeczywistości powódź szczegółów. Bez większego znaczenia. Ta znaczeniowa oboczność, być może nawet oślizgłość, to tak naprawdę całe moje życie. Bez większego znaczenia. Wszystko dobrze. Jestem zdrowy. Nic się nie dzieje. A tymczasem ciągle pędzę na złamanie karku. Bywa, że bez celu, z przyzwyczajenia. Częściej niż fizycznie — metaforycznie w strefie krzesło – biurko – laptop. Bohatersko przedzieram się przez niekończącą się listę prozaicznych zadań. Pranie, obiad, toaleta, ćwiczenia, śmieci, zakupy, zamiatanie, podlewanie, płyta, serial, twitter, facebook, instagram, telefon, mejl, telefon, mejl, telefon, mejl. Maraton przez dziesiątki mejli i telefonów.

Pomiędzy nimi chaotyczne próby nadania temu choćby odrobiny poetyki. Joni Mitchell, Drake, Young Leosia, Sufjan Stevens, Sheena Ringo, Makaya McCraven. Wyciszane, podgłaszane, zatrzymywane, wznawiane. Chciałem tego posłuchać, a przeleciało — kolejkuję jeszcze raz. Szpagat, mostek, skłon do lewej nogi, wyprost, walka z cieniem. Chaos. Pal licho już ta poetyka! Na ile poszukiwanie czegoś jakby istotniejszego na oślep w tej zadaniowej brei może się jakkolwiek udać? Ale co by mogło i kiedy, skoro zamknięta całość to ten desperacki multitasking w obliczu chronicznego przebodźcowania, wywracania listy priorytetów do góry nogami, i znowu, przewracania jej z boku na bok, upraszczania, uszczegóławiania, wymazywania, dopisywania, zapominania i przypominania sobie.

A jeszcze nawet nie omiotły nas wzrokiem dzisiejsze nagłówki, jeszcze się im nie pokazaliśmy naszym kompulsywnym klikaniem w kolejne artykuły o wszystkim bez końca. O złych rzeczach, o złych rzeczach, o złych rzeczach, o próbach zmiany na lepsze, o złych rzeczach, o złych rzeczach, o złych rzeczach. O rzeczach niepotrzebnych, nieważnych, bezsensownych, absorbujących ponad miarę, pozwalających zatopić się w nich, topiących nasze poczucie czasu i obowiązku, sprawiających, że nasze w zasadzie nic staje się cokolwiek bliższe prawdy. Pęczniejmy od tej nicości. Mdli nas od planów na dzisiaj, na jutro i na pojutrze, gdzie rządzą facebook, twitter i instagram. Telefon i mejl. Pranie, obiad, toaleta, ćwiczenia, śmieci, zakupy.

A gdy wreszcie się widzimy za pół pandemii (o wpół pandemii), nie mamy sobie w gruncie rzeczy nic do powiedzenia. Mówimy: a nic. Wszystko dobrze. Jestem zdrowy. Nic w zasadzie się nie dzieje. A przynajmniej nic szczególnego. Tacy jesteśmy wiecznie zajęci, a jak przychodzi co do czego, nie do końca wiemy czym. Dni mijają jeden za drugim. Mniej lub bardziej skrupulatnie realizujemy zadania z wiecznie niezadowolonej z nas listy, która nigdy się nie kończy. Nic szczególnego nas postarza. Nic szczególnego to całe nasze życie. Jestem zdrowy, czyli mam jeszcze czas, żeby spróbować odnaleźć jakiś sens. Wszystko dobrze to eufemizm.

Czy gdybym wyszedł po prostu — bez pośpiechu i bez celu, mimochodem dotknął, przechodząc, starego kamiennego muru porośniętego mchem, a po powrocie wyjął z kaptura liść, o którym nie wiedziałbym, jak i dlaczego się tam znalazł. Czy to przybliżyłoby mnie do jakiegoś sensu? Czy sprawiłoby, że uznałbym, że wreszcie zdarzyło się coś, co warto oddzielić w pamięci od codziennej smoły? Czy naraziłbym się na śmieszność? Czy to tylko ta smoła trzyma nas w ryzach? Czy ten rozsądek, który nas prowadzi, pozycjonuje nas w oczach współpracowników, rodziny, znajomych na godnych miejscach w hierarchii społecznej, czy on nas jednocześnie nie krępuje, nie ogłupia, czy nie uczymy się przez niego, jak przestać czuć i żyć, jeszcze zanim faktycznie umrzemy? Czy ten liść rzeczywiście nic nie znaczył?