Opublikowano

Buszujący w zbożu

Buszujący w zbożu

J.D. Salinger, „Buszujący w zbożu”, wyd. Albatros, 2016


Staram się nie być z tych, którzy skreślają jakąś książkę na wstępie, tylko dlatego, że jest popularna ponad zdrowy rozsądek. To chyba zresztą moja cecha wspólna z bohaterem takiej właśnie książki — „Buszującego w zbożu” J.D. Salingera. Ileż ja razy słyszałem ten tytuł w kontekstach popkulturowo-towarzyskich. Przy czym zwykle były to punktowe wzmianki bez dalszego ciągu. Zazwyczaj ktoś wymieniał ją jako swoją ulubioną czy też taką, co to zmieniła jego spojrzenie na świat. I można by się od tych wszystkich deklaracji nabawić przewlekłej alergii, ale ja, który o „Buszującym” wiedziałem tyle, że istnieje, będąc niejako na fali nadrabiania licealnego kanonu, postanowiłem przekonać się o tym sam. Tej pozycji akurat w naszym spisie lektur nie było, ale w krajach anglosaskich zdaje się, jest to biblia niepokornych nastolatków i 101 antyestablishmentowej rebelii. I poniekąd całkiem słusznie.

Głównym bohaterem opowieści jest niejaki Holden Caulfield, uczeń jednego z prestiżowych nowojorskich liceów, Percy, który zostaje z niego wydalony za złe wyniki w nauce. A że nie jest to jego pierwsza taka przygoda, zamiast wrócić grzecznie do domu z podkulonym ogonem, postanawia pobalować w Nowym Jorku. Później spisuje wszystko, co przydarzyło mu się podczas tych kilku bardzo długich dni i to właśnie jest „Buszujący w zbożu”.

Gdy zacząłem lekturę, długo nie mogłem przyzwyczaić się do dość prostolinijnej stylistycznie pierwszoosobowej narracji. Zwłaszcza że Caulfield co chwila uzewnętrznia się, jak to ten czy tamten go „wkurza”, albo sytuacja taka i taka go, jakże inaczej, „wkurza”. Dużo jest w jego sposobie opowiadania młodzieżowego slangu, ale takiego z trzy, może cztery pokolenia wstecz. To wciąż lepsze niż jakiekolwiek stylizacje dzisiejszych 40-latków na współczesną młodzieżową gwarę, ale w dalszym ciągu, trzeba było kilkudziesięciu stron i jakiegoś punktu zaczepienia w akcji jego opowieści, bym dał się przekonać, że tak ma być i już. A akcja jest.

Caulfield niestrudzenie przeskakuje od dygresji do dygresji, od anegdotki przez apdejt w jego obecnej sytuacji do kolejnej anegdotki i wychodzi mu to całkiem nieźle, zwłaszcza że jest z czytelnikiem szczery, a przynajmniej takie wrażenie można odnieść. I to jest chyba największą zaletą „Buszującego” — dzięki tej prostolinijności, bezpardonowości swojego bohatera wbija szpilkę w obraz idealnie uporządkowanej, uśmiechniętej Ameryki lat 40., w której wszystko ma swoje miejsce i którego to status quo nie można, broń boże, jakkolwiek kwestionować. A tymczasem na marginesach opowiadania, szerokich zresztą, jak diabli (tak, wiecie, metaforycznie), Caulfield kwestionuje wszystko, co się da. Nie lubi buców, ważniaków, karierowiczów, hipokrytów, ludzi, którzy go nie słuchają, niezależnie czy udają, że słuchają, czy nie zadają sobie tego trudu (i wielu, wielu innych). Jest to wszystko jakąś tam odtrutką na stan zastany, w którym nie ma miejsca na nowe i z tego względu rzeczywiście, to lektura odpowiednia dla kogoś, kto dopiero w dorosłość wchodzi i jakoś tego nie widzi.

„Buszujący w zbożu” mojego sposobu widzenia świata nie zmienił, ale dobrze od czasu do czasu przypomnieć sobie, jak rozkładają się pozycje. Dzięki tej książce można, niby przy pomocy mapy, umieścić siebie na planszy. W tym kontekście nieoczywisty z początku tytuł, będący zresztą nawiązaniem do fragmentu wiersza Roberta Burnsa, wydaje się cholernie (parafrazując Caulfielda) adekwatny. A uczciwie przypomnieć sobie, gdzie się stoi, zawsze warto. Może to coś da, kto wie?

Buszujący w zbożu

Opublikowano

Lullay, Lullay: Melodies for the World in Turmoil

Lullay, Lullay: Melodies for the World in Turmoil

Od dwóch lat życzę nam empatii, ale nigdy chyba życzenia te nie były tak istotne jak tym razem. Gdy w zeszłym roku przygotowywałem świąteczną składankę, nie miałem pojęcia, co wydarzy się zaledwie trzy miesiące później. Tegoroczna płyta jest po części odpowiedzią na tę sytuację. Motywem przewodnim są tym razem kołysanki i jest to pomysł, który miałem z tyłu głowy już od kilku lat, ale dopiero teraz nabrał szczególnego sensu, bo śpiewamy nie tylko małemu Jezuskowi, swoim własnym dzieciom, sobie nawzajem, ale całemu światu pogrążonemu w zamęcie — lepiej tę myśl wyraża zresztą chyba angielski wyraz turmoil, który znalazł się w tytule — Lullay, Lullay: Melodies for the World in Turmoil.

Kołysanki są zresztą wpisane w naturę tradycyjnych kolęd z prominentnym przykładem w postaci powszechnie znanego „Lulajże Jezuniu”. Bez wątpienia można też za kołysankę uznać międzynarodowej sławy „Cichą noc”, a emanacją naszego polskiego „lulaj” u Anglosasów jest XVI-wieczne „The Coventry Carol” z powtarzaną wielokrotnie frazą „Lullay, lullay”. Wszystkie one znalazły na płycie swoje miejsce, choć mimo ich kołysankowej formy i niesłabnącej popularności, nie było mi wcale łatwo znaleźć odpowiednio wyciszonych wersji. Obok nich pojawiły się więc także kołysanki nie tyle nawet świeckie, co niebożonarodzeniowe, przynoszące jednak spokój i ukojenie w długie grudniowe wieczory po trudnym roku. Dajmy im się ukołysać do snu. Przyda nam się odpoczynek.

Poprzednie części świątecznych pozytywek w serii dostępne są na Mixcloudzie. Można słuchać także na Spotify.

Opublikowano

Better Than Fine

Better Than Fine

W zeszłym roku było o empatii i trosce, w tym postanowiłem wniknąć nieco głębiej w to, co musi pośrednio leżeć u ich podstaw, czyli nasz własny dobrobyt rozumiany jako zdrowy egoizm, równowaga pomiędzy tym, co nasze własne, co czyjeś a co nasze wspólne. Trudno na dłuższą metę troszczyć się o kogoś, nie myśląc w ogóle o sobie, trudno przejmować się kryzysem klimatycznym, nie mając co włożyć do garnka, trudno uczciwie pokochać kogoś innego, gdy nienawidzi się siebie. Jeśli ja czuję się szczęśliwy, spełniony, stabilny, niekoniecznie samozadowolony, ale też nie targany życiowymi burzami, jestem dużo bardziej skłony i gotów do tego, aby pomóc tym, którzy tej pomocy potrzebują — jestem gotów, żeby pomóc najpierw tym najbliższym mi — mojej rodzinie, moim przyjaciołom, moim sąsiadom, mojej społeczności, mojemu miastu, mojemu regionowi, mojemu krajowi, mojemu kontynentowi, mojej planecie…

Zwrócićcie uwagę jak płynnie „moje” zazwyczaj przechodzi w „nasze”, co z jednej strony przez pewną ogólność i dystans, zwalnia nas z jakiejś odpowiedzialności za „nasze”, ale też pokazuje, co kluczowe dla tegorocznych życzeń, że „nasze” składa się z wielu „moich”. Za tym wyświechtanym hasłem, że zmiana zaczyna się w nas, zazwyczaj kończących na bilbordach reklamowych, kryje się wbrew pozorom faktyczna moc, ale trzeba ciągłej pracy nad sobą, by być w stanie z niej korzystać.

Życzę Wam zatem, byście czuli się jak Fiona Apple — lepiej niż dobrze. W tym tytułowym życzeniu jest zresztą ukryty także — niemniej ważny w kontekście obecnej sytuacji społeczno-polityczno-ekologicznej — świadomy nonkonformizm, dzięki któremu wiemy, kiedy wstać i zabrać głos, ale także kiedy nie musimy tego robić. Nie musimy wielu rzeczy i dzięki temu, że potrafimy nie musieć, możemy chcieć, żyć i czuć! Nie samozadowolenie, które pozwala nam spocząć na laurach, ale raczej poczucie spełnienia, które wyłącza nas z owczego pędu, byśmy mogli skupić się na tym, co naprawdę uważamy za ważne i dać temu siebie.

Tegoroczna okładka jest hołdem dla jednej z najwspanialszych świątecznych płyt w historii — December George’a Winstona z 1982 roku. Znajdziecie ją w całości na mojej dorosłej świątecznej mega·plejliście bez dzwoneczków.

Poprzednie części świątecznych pozytywek w serii dostępne są tutaj.

Opublikowano

No Tweedledee, No Tweedledum: Songs to Help You Feel Slightly Better This Christmas

tweedle

Co roku wygląda to podobnie — gdzieś pomiędzy reklamą multiwitaminy dla seniorów, która bez wątpienia będzie idealnym prezentem gwiazdkowym dla babci, a okazją nie do odrzucenia, że wydając więcej, zyskasz więcej, a do tego pomożesz chorym dzieciom — pojawiają się uśmiechnięci celebryci w czapkach mikołajów starający się udowodnić, że w wigilię nawet oni mówią ludzkim głosem, możesz więc i ty. I owszem, niezależnie od formy przekazu, przekonanie kogoś, że warto spojrzeć nieco dalej niż na czubek własnego nosa i podzielić się kromką chleba (czy też całą lodówką) z potrzebującym, jak najbardziej zasługuje na pochwałę. Istnieje też jednak aspekt świąt, który trudno wpisać w format reklamy telewizyjnej. Ci z drugiej strony będą więc nieufnie przyglądać się tamtym od rozdawania lodówek, apelując, że w Świętach chodzi o to, by zwolnić — wyłączyć telefon, powiedzieć matce, że się ją kocha, spędzić z dzieckiem pół dnia na budowaniu szkaradnego zamku z klocków. Odpocznijmy od dedlajnów, popatrzmy sobie wreszcie w oczy i między kolejnymi kawałkami sernika zanudźmy się swoim towarzystwem do tego stopnia, że za tymi dedlajnami zatęsknimy.

I oczywiście, że Boże Narodzenie jest rzecz jasna dobrym czasem, by się zatrzymać i odetchnąć od codziennej bieganiny. Ja jednak w tym roku postanowiłem pójść o krok dalej i w trzynastą odsłonę świątecznego mikstejpu The Twelve Days of Christmas wpisać quasi-koncepcyjną meta-myśl, że oto znów nadarza się okazja, by spróbować względem bliskich i dalszych nam wykazać się większą empatią. Dopiero jakiś czas temu zdałem sobie sprawę, że myśląc lub mówiąc o innych w kategoriach empatii, kołatała mi gdzieś w głowie nieuświadomiona wcześniej myśl, że to jedna z tych największych ludzkich cnót — sposób myślenia o świecie, ludziach i rzeczach, do którego ja sam chciałbym dążyć. I pomyślałem, że jakkolwiek mnie samemu czasem z tą empatią nie idzie, jak bym chciał, spróbuję się tym punktem widzenia podzielić. Utwory na No Tweedledee, No Tweedledum są w dużej mierze wyciszające — nie znajdziecie tu tańczących zabawek (z jednym tylko wyjątkiem) czy wirujących choinek, nie znajdziecie tu też śladów przedświątecznej krzątaniny, aż wreszcie — nie będzie ani Tweedledee, ani Tweedledum, którzy zgodnie z Disneyowską interpretacją Alicji w krainie czarów jawili mi się jako sprawcy niepotrzebnych zupełnie zamieszań niesłużących nikomu, ani niczemu (a oprócz tego, hej!, mają przecież bardzo świątecznie brzmiące imiona godne psotnych ołowianych żołnierzyków porywających pozytywkową tancereczkę w wigilijną noc na świąteczną paradę zabawek). To wyciszenie jest z jednej strony wyrażeniem potrzeby swoistej życiowej harmonii, której sam ostatnio poszukuję, z drugiej zaś warunkiem, by móc z przekonaniem dążyć do większej dla drugiego człowieka empatii.

Piosenki w tym roku przedstawiają więc różne historie i perspektywy — dla kogoś święta będą czasem duchowego odnowienia, ktoś inny spojrzy na nie przez pryzmat rodzinnego spotkania, inny ktoś pogrąży się w smutku i nostalgii, a jeszcze kogoś bożonarodzeniowy blichtr, a nawet sama idea świętowania, może wprawiać w gniew. Z niektórymi z tych spojrzeń pewnie się zgodzimy, jakieś przypiszemy sobie, a w którymś dojrzymy siebie sprzed lat, w jeszcze innym zaś — kogoś, kogo dobrze znamy, ale nie możemy znaleźć z nim wspólnego języka. Jedne, przez podobieństwo doświadczeń, nawet tych dawno minionych, zyskają nasze zrozumienie, z innymi będziemy musieli się oswoić, pozostałe na długo wydadzą się nam obce. To dobry czas, by samemu w sobie tę obcość oswoić i zastanowić się, czy nie wyrządzamy komuś i sobie jakiejś krzywdy, negując doświadczenia i świadectwa innych w oparciu o swoje własne. I tego sobie i Wam życzę, nie tylko na i od święta!

Poprzednie części świątecznych pozytywek w serii dostępne są tutaj.

Opublikowano

I Wish It Could Snow Christmas Unicorns Today, This Christmas, and the Day After, Forever and Ever

christmas unicorns

Taka sytuacja — idę niewystarczająco żwawym krokiem udekorowaną już światełkami ulicą w mroźny grudniowy wieczór i nagle horyzont przesłania mi bezdomny. Bezdomny, bezrobotny, biedny, zwał, jak zwał, przekonujący w każdym razie, że jest w potrzebie. Czasem udaje mi się przyśpieszyć kroku tak, że wymijam typa bez konieczności wyjęcia słuchawek z uszu czy choćby odwrócenia wzroku, ale tym razem zdarzyło się tak, że manewr się nie powiódł i trzeba było na jegomościa, choćby w minimalnym stopniu zwrócić uwagę. Niekiedy zostaję zaatakowany w sytuacji, w której nie mam jak i dokąd uciec. Gdy stoję w kolejce, siedzę w przyrestauracyjnym ogródku, rzadziej, gdy jadę tramwajem. To frustrujące, że taki zupełnie obcy ktoś bez jakiegokolwiek pozwolenia, zaburza mi strefę komfortu, prawda? Wiem, że chce pieniędzy. Pieniędzy, które mu się nie należą. Bezwstydnie próbuje je wyłudzić. Na pewno oszukuje — nie ma chorej córki, wszystko przepije w najbliższym monopolowym. Gdyby jego intencje były szczere, nie śmiałby prosić o pomoc na ulicy. Pomogłyby mu instytucje. Po to są.

Jestem uczciwym, ciężko pracującym obywatelem. Płacę podatki. Raz do roku odprowadzam jeden procent na chore dzieci. Raz nawet wysłałem esemesa o treści „pomagam”, a w zeszłym roku kupiłem świecę od Caritasu. Czasem trochę na te podatki narzekam, bo kto nie narzeka, ale koniec końców cieszę się, że ktoś inny zajmuje się tymi biednymi i bezdomnymi. Instytucje, może niewydolne, ale przynajmniej tworzą jako taką barierę ochronną między nimi a nami, porządnymi obywatelami — inaczej człowiek by się nie opędził.

Matka zawsze nakrywa w Wigilię, zgodnie z tradycją, dodatkowe puste posłanie. Całe szczęście, że puste. Już jako dziecko bałem się, że któregoś roku rzeczywiście do mieszkania wpadnie przybłęda i trzeba go będzie, w myśl tradycji, przy tym stole usadzić. Wyobrażałem sobie, jak biały, bielutki, bielusieńki obrus wraz z dołączeniem niespodziewanego gościa zaczyna pokrywać się brudem, resztkami jedzenia. Biel zostaje skalana, wieczór zepsuty, a pewnie i choinka przewrócona, i prezenty rozkradzione. Strach obcego wpuszczać za próg przecież. Zwłaszcza w taki wieczór.

Patrzę na was, wszystkich razem i każdego z osobna, przez pryzmat tego, co rozumiem, co jest mi znane, co do mnie przemawia, co uważam za wartościowe. Wypatruję pozycji społecznej, statusu materialnego, urody, wychowania, gustu, inteligencji. Zwracam uwagę na modne buty, nowoczesny zegarek, drogi telefon, pełne usta, luksusowy samochód, cięty żart, szeroki uśmiech. Stronię od przetłuszczonych włosów, brudnych spodni bez paska, brzydkiej cery, niskich kwalifikacji, niewielkiego prestiżu i marnych zarobków.

Na co dzień wszyscy siedzimy w tym po uszy — nawet jeśli trzymamy w zanadrzu łapkę na niechciane myśli, w tych kluczowych momentach faktycznych spotkań trudno się czasem od nich opędzić. Dlatego na tegoroczne Święta i nadchodzący rok życzę nam wszystkim, żebyśmy patrzyli na siebie po ludzku. Nie w kategoriach ekwiwalentnej wymiany, tego co się opłaca, a co nie, tego co wypada, a co nie. Każdy z nas, każdego dnia może być świątecznym jednorożcem!

Jak co roku od 12 lat wypisałem muzyczną pocztówkę, która, mam nadzieję, uwypukli życzeniową myśl.

Poprzednie części świątecznych pozytywek w serii dostępne są tutaj.

Opublikowano

Why Don’t We Get Just a Little Drunk on Christmas Day?

xmas1

Święta czasem bywają trudne — o ile jeszcze rodzice zwykle cieszą się, że nas widzą, my też się cieszymy, więc wybaczamy sobie pewne niezręczności, o tyle już wujek domorosły polityk, specjalista od teorii spiskowych, który wszystko wie najlepiej czy dalsza ciotka nękająca nas rokrocznie tymi samymi pytaniami, na które nie mamy ani siły, ani odpowiedzi z całą pewnością potrafią nawet najbardziej wyrozumiałemu dla rodzinnych spotkań jegomościowi srogo zaburzyć równowagę — zwłaszcza w większym gronie biesiadującym przy świątecznym stole.

Sprawę trochę ułatwia alkohol. Wujek z poważną miną opowiadający o teleskopowej brzozie w Smoleńsku wydaje się zabawniejszy, a dla ciekawskiej ciotki mamy przygotowany w zanadrzu szczery uśmiech i kilka niegroźnych punchline’ów. I najważniejsze — po wieczorze spędzonym rodzinnie z Why Don’t We Get Just a Little Drunk on Christmas Day? nikt nie będzie miał wam za złe, jeśli obudzicie się następnego ranka z wielkim kacem pod stosunkowo marnie tego dnia wyglądającą choinką. Mimo wszystko — enjoy responsibly! Wesołych świąt!

Poprzednie części świątecznych pozytywek Kurtka:

x10

x9 x8
x7 x6 x5