Opublikowano

Z rewizytą w repozytorium rockowych dinozaurów

Rolling Stone's 500 Greatest Albums of All Time

Rolling Stone w ogniu, ale na powierzchni

Cały tekst do odsłuchu jako podcast na Spotify.

*

Rolling Stone wypuścił we wtorek nową wersję swojego kanonicznego zestawienia 500 najlepszych albumów wszech czasów oryginalnie opublikowanego w 2003 roku. Jak sami piszą we wstępie, był to najbardziej poczytny artykuł w historii ich wydania online z 63 milionami odsłon od czasu zamieszczenia. Ja sam dołożyłem do tego wyniku swoją cegiełkę, podejrzewam nawet, że nie raz. Sława tego rankingu dotarła do mnie, gdy byłem jeszcze dzieciakiem i nic dziwnego, że było to pierwsze miejsce, gdzie zwróciłem się, gdy wreszcie dorosłem do zabrania się za swoją muzyczną samoedukację. Oczywiście nie było to najlepsze miejsce — tamta lista potwierdziła najgorsze stereotypy o redakcji Rolling Stone’a, który owszem, przez lata kształtował amerykańską popkulturę, ale mentalnie i stylistycznie zatrzymał się w czasach swojej świetności tj. gdzieś pod koniec lat 70. Zestawienie z 2003 roku zdominował więc przyciężki anachroniczny rock grany przez białych mężczyzn. Dość powiedzieć, że najwyżej notowany krążek sygnowany przez kobietę (nie licząc kolaboracji The Velvet Underground z Nico i Lennona z Yoko Ono) — Blue Joni Mitchell — znalazł się wtedy dopiero na pozycji 30. — w czołowej setce albumów nagranych przez kobiety było zaś w sumie jeszcze tylko pięć. Nie muszę chyba dodawać, że nie było to w żadnym stopniu akuratne odzwierciedlenie sytuacji. Sensowny update był temu zestawieniu zupełnie niezbędny.

Nową listę układało w sumie ponad 300 osób — poza dziennikarzami, krytykami, producentami i osobami z branży zaproszono też samych artystów m.in. Beyoncé czy Taylor Swift, ale też obiecujących debiutantów i weteranów. Przez 17 lat doszło z pewnością do pewnej wymiany pokoleniowej, a kanon tego, co uważa się za klasyczne, znacząco się rozszerzył. Koniec końców w zestawie wymieniono prawie jedną trzecią płyt — aż 153, spośród których ponad połowa (83) to albumy z XXI wieku.

Przyznam, że ani się takiej aktualizacji nie spodziewałem, ani nie spodziewałem się, że zacznę z miejsca analizować ją w szczegółach i uznam za coś, co ma dla mnie znaczenie i wpływa na bieg mojego dzisiejszego życia. A jednak! Pamiętam, gdy jeszcze na długo przed erą streamingu, przeglądałem listę Rolling Stone’a z wypiekami na twarzy, ale i irytacją, że moi ówcześnie faworyci — Lauryn Hill i D’Angelo — wylądowali kolejno w czwartej i piątej setce, podczas gdy zestaw zdominowały pozycje, o których nigdy nie słyszałem. Minęło kilka lat, ale w końcu zebrałem się w sobie i narzuciłem sobie rygor w przesłuchiwaniu nieznanych mi krążków z tamtego zestawienia. Nie jestem w stanie teraz dokładnie ocenić, ani ile mi to zajęło, ani ile płyt faktycznie musiałem dosłuchać, ale podejrzewam, że była to lwia część tamtej listy i ponad pół roku skrupulatnych, choć nieregularnych odsłuchów. Szczęśliwie nie byłem już w wieku i miejscu, kiedy mógłbym rekomendacje amerykańskich redaktorów przyjmować bezkrytycznie — wręcz przeciwnie, podszedłem do zadania na chłodno, a pozycje być może istotne z punktu widzenia historii popkultury, ale zupełnie niebroniące się po latach brzmieniem i przekazem, jak kolejne płyty Aerosmith czy The Who, po jednym odsłuchu usuwałem na zawsze z pola widzenia. Ale były też liczne odkrycia i zaskoczenia — sam już nie jestem w stanie wskazać jakie — z rankingiem Rolling Stone’a kojarzą mi się dzisiaj wyłącznie te płyty, do których nie wróciłem już nigdy.

Od kilkunastu dobrych lat, gdy chociaż pobieżnie przegląda się dział recenzji czy podsumowań końcoworocznych Rolling Stone’a, można wyraźnie dostrzec pewną zadyszkę — recenzenci w ustawicznym klęku przed Bobem Dylanem i Neilem Youngiem nie są w stanie kreować trendów — zamiast tego reagują na nowe z odpowiednim jedno- czy czasem dwu-sezonowym opóźnieniem. Ten syndrom ołtarzy boomerów dotknął też już zresztą Pitchfork, który w świadomości młodych zajął z początkiem ery cyfrowej miejsce na piedestale mediów muzycznych dawniej okupywane właśnie przez Rolling Stone’a. Wiadomo, że zawsze jest się bardziej reaktywnym, jeśli próbuje się łączyć to, co popularne z tym, co merytoryczne w jednym krytycznym splocie, a taką właśnie rolę obrał sobie Rolling Stone — musiał, jeśli chciał być punktem odniesienia dla mas. I ta nowa lista tę niezręczną pozycję w zupełności oddaje.

Ten zaśniedziały żelazny kanon oczywiście ostał się w dobrym kształcie — oddaje go przede wszystkim centralna część listy, ale niewątpliwie jest to zestaw zdecydowanie bardziej różnorodny, a i w czołówce nastąpiły istotne przetasowania. Przede wszystkim jest zauważalnie więcej krążków nagranych przez kobiety, a i ta najwyżej notowana Joni Mitchell awansowała z 30. na 3. lokatę. Mitchell pojawia się zresztą w zestawieniu wielokrotnie, podobnie jak Fiona Apple, Erykah Badu czy PJ Harvey (spośród których tylko Harvey pojawiła się na liście w 2003 roku). Rock coraz częściej równoważą w zestawieniu soul i hip-hop, choć dość zaskakująco poza Kendrickiem Lamarem, Drake’m i Kanye’m Westem zabrakło w zestawieniu nowego rapu (jest za to sporo pozycji z lat 90. i śmieszno-straszny pierwszy album 50 Centa). Jedyną trapową płytą jest z kolei debiut Bad Bunny’ego, który wpisuje się także w inną tendencję — dostrzegania dorobku artystów latynoskich — choćby symbolicznie — bliżej końca zestawienia znalazły się bowiem Selena, Shakira i niezrehabilitowany jeszcze prekursor reggaetonu Daddy Yankee, a najwyżej notowaną hiszpańskojęzyczną płytą, na 315., jest błyskotliwy debiut Rosalíi. To jednak wyjątki od niezachwianej anglosaskiej dominacji. Poza jeszcze kilkoma klasycznymi krążkami z afrykańskim funkiem, muzyka nieanglojęzyczna tutaj nie istnieje. Rockowy beton spulchniono natomiast całkiem wydatnie popem i R&B — Blonde Franka Oceana trafiło do pierwszej setki, dostrzeżono istnienie Destiny’s Child i Beyoncé. Znalazło się miejsce dla Taylor Swift, Adele, Kacey Musgraves, a nawet Blackoutu Britney Spears. Dość kontrowersyjnie do zestawu wrzucono też ostatnie krążki Harry’ego Stylesa czy Billie Eillish — za kilka lat okaże się być może, jak kończą się próby zaklinania rzeczywistości przez boomerów. W zestawieniu wciąż nie mają czego szukać wszyscy ci, którzy od klasycznego rocka stronią — metal kończy się tu i zaczyna na Metallice (w dwóch różnych odsłonach), elektronika to Daft Punk i LCD Soundsystem, jazz reprezentowany jest nieco szerzej, ale też dość powierzchownie i ostatecznie można sprowadzić go do Milesa Davisa. Niezale mają kilka sztandarowych punktów zaczepienia w postaci My Bloody Valentine, Pavement czy Neutral Milk Hotel, wielkodusznie zauważono także Tame Impala, ale to by było na tyle. Podobnie zresztą art pop i folk także skończyły się najwyraźniej w latach 90. Luki pozostawione przez niedoreprezentację innych gatunków wciąż wypełniają tu bowiem Dylan i Beatlesi.

I choć tych drugich ktoś mógłby określić największymi przegranymi nowego rankingu Rolling Stone’a — ich kultowy Sgt. Pepper pikuje z pozycji najlepszej płyty wszech czasów na dalekie (w tym kontekście) miejsce 24. Tamten wybór, mocno kontrowersyjny dla fanów czwórki z Liverpoolu, miał chyba wówczas wskazać na jednoznaczną wyższość Beatlesów nad Beach Boysami, których Pet Sounds trafiło wtedy na miejsce drugie (na którym udało im się zresztą utrzymać przez tych 17 lat — to jedyny numer, który w pierwszej dziesiątce pozostał bez zmian). Dziesiątkę nowej listy otwiera znamiennie The Miseducation of Lauryn Hill (które wraz ze wspomnianym VooDoo D’Angelo zaliczyły ogromne awanse) — redakcja nie bez powodu okrasiła zresztą tę decyzję cytatem piosenkarki, pod którym podpisałaby się też Fiona Apple, że przemysł muzyczny jest seksistowski. To chyba miała być odpowiedź przemysłu, że Lauryn Hill, nie tragizuj. W czołowej dziesiątce znajdziemy też poza tym Fleetwood Mac, Purple Rain Prince’a, Songs in the Key of Life Steviego Wondera, Blue Joni Mitchell, a płytą wszech czasów okrzyknięto tym razem — całkiem adekwatnie do stanu świata — What’s Going On Marvina Gaye’a. A ja przeglądając tę dziwnie bliską mi selekcję w czołówce sam czuję się jak boomer i ofiara jakiegoś owczego pędu, o którym nie miałem pojęcia. Nawet jeśli sam w tym momencie ułożyłbym zgoła inną dziesiątkę, jakimś zrządzeniem losu zostałem ich wyborem trafiony i zatopiony. Być może nie doceniłem wpływu tamtej oryginalnej listy na mój gust, gdy dekadę temu zaczynałem te skumulowane odsłuchy? A może to wyłącznie dowód na ponadczasowość tych konkretnych klasycznych płyt, które, tak się akurat złożyło, i ja na własną rękę, i państwo z Rolling Stone’a na własną, wyłowiliśmy z przepastnego i niewyczerpanego przecież kanonu?

W moim poprzednim tekście o odkładaniu szczęścia zapomniałem w gruncie rzeczy dodać jednej ważnej sprawy, która tutaj wróciła jak bumerang i trochę zbiła mnie z tropu. Ja wciąż mimochodem dłubię jednak w tej nostalgii i wciąż poniekąd projektuję swoje szczęście według schematów, które już znam. I w miarę możliwości mimowolnie staram się je realizować. Pochylenie się nad nową listą Rolling Stone’a to nic innego, jak próba odtworzenia tamtych chwil, które spędziłem, analizując oryginalne zestawienie. Pozwólcie więc zatem, że teraz oddam się dosłuchiwaniu pozycji z nowego topu wszech czasów biblii muzycznych boomerów, których albo nie znam w ogóle, albo czuję potrzebę, by sobie je odświeżyć. Za mną już Laura Nyro, Jason Isbell i Daddy Yankee, ale Spotify wskazuje, że przede mną jeszcze 44 godziny słuchania. Obiecuję jeść i spać.

Opublikowano

Płyty, które mnie stworzyły

hi, hello

kolejny autoportret schielego, a co!

Czasem wydaję się, myślę, trochę takim strasznym typem, do którego trzeba podchodzić z jakimś kijem za pazuchą, bo nie wiadomo, czy się nie zacznie rzucać bez powodu. Choć są też pewnie i tacy, którzy myślą, że w ukryciu prasuję papierki po cukierkach i układam w równe stosy. Tymczasem swego czasu, gdy po fejsbuku grasowały stadnie zabawy łańcuszkowe prostolinijnie marzyłem w skrytości, żeby mnie ktoś nominował. Niekoniecznie do wylania sobie na głowę wiadra z lodem, a bardziej do napisania czegoś w zaproponowanym temacie — wymienienia dziesięciu ulubionych ryb słodkowodnych, rodzajów selera, kolorów skarpetek. Ktoś ten wówczas odniósłby się i karuzela ulotnego zainteresowania objęłaby mnie przez chwilę zasięgiem swych ramion. Tak się jednak nie stało, aż do zeszłego tygodnia, kiedy już od lat byłem pogodzony z druzgocącą myślą, że gry łańcuszkowe w mediach społecznościowych są reliktem przeszłości podobnym grom w kulki, ciuciubabkę czy karty (o ile nie jest to prawdziwy, męski, prężący muskuły poker o pokaźne sumy, znaczy się). Tymczasem poproszono mnie, bym wybrał 10 płyt, które znacząco wpłynęły na mój gust muzyczny i zadania tego z niekrytą chęcią się podejmę, z jednoczesną obietnicą, że postaram się zwięźle i bardziej o muzyce niż o sobie samym. Miało być też chronologicznie, potem trochę pomieszałem.

płyta

Pięć Oceanów: Piosenki Agnieszki Osieckiej 1962-1997

Wkrótce po tym, gdy w 1997 zmarła Agnieszka Osiecka, Polskie Radio w porozumieniu z Agatą Passent postanowiło na pięciu płytach wydać antologię piosenek z tekstami poetki — to do dziś zresztą najbardziej kompletny przegląd jej twórczości w tej formie i barwny przekrój tej części polskiej estrady o poetyckich inklinacjach. Tak się jakoś zbiegło, że ja akurat wkrótce szedłem do pierwszej komunii i moja babcia, kobieta, która przez całe swoje życie niezwykłą wagę przykładała do kultury sensu largo, jako dodatek do głównego prezentu — wieży stereofonicznej — dołączyła celem mojej muzycznej i literackiej edukacji ten wielopłytowy boks. Jako ośmiolatek bez własnego gustu wychowywany na MTV nie byłem wcale tym prezentem zachwycony. Wymagał ode mnie znacznie więcej dojrzałości, osłuchania i wyczucia, niż w tamtym czasie mogłem mu dać, nawet gdybym skierował w tym kierunku wszystkie swoje wysiłki. Z braku innych opcji słuchałem jednak tych płyt, ale nawet częściej sięgali po nie moi rodzice — co czynią zresztą do dziś. Tym samym mój dom rodzinny brzmiał Osiecką i takim go zapamiętam. Ja sam wróciłem do tych płyt na pierwszym roku studiów, kiedy uważniej zacząłem interesować się historią polskiej piosenki. Wiele z tych utworów do dziś znam na pamięć i podróżują ze mną nie tylko jako kolejne numery na plejlistach, ale w głowie i na ustach zawsze wtedy, gdy zabraknie mi słuchawek, odtwarzacza lub możliwości, by ich użyć. (♪ „Mój pierwszy bal”)

Aquarius grupy Aqua

Za sprawą przerysowanego letniego hitu „Barbie Girl” duńska grupa Aqua stała się na krótką chwilę międzynarodową popową sensacją. Dla ośmiolatka, który ten bajkowy świat, gdzie akcję swoich piosenek osadził zespół, traktował bardzo poważnie, musiało być to pierwsze istotne przymierze z popkulturą. Był to jednocześnie też pierwszy samodzielny krytyczny osąd, bo choć druga płyta grupy nie została przyjęta przez szeroką publikę z uwagą, jaką poświęcono debiutowi, ja sam nie miałem wątpliwości, że Aquarius był od poprzednika lepszy — nie tracił nic z plastyczności debiutu, a orkiestrowe aranżacje dodawały disneyowskiego splendoru. Uczta dla dziecięcej wyobraźni! Teraz niekoniecznie jestem przekonany o wyższości tego krążka — Aquarium miało chyba koniec końców o kilka lepszych melodii więcej, ale „Cartoon Heroes” i „Back From Mars” z Aquariusa to czołówka tego, co grupa kiedykolwiek zrobiła. Nie ma mowy o guilty pleasure, zwłaszcza jeśli wiemy już, że gdyby nie Aqua, najpewniej nie byłoby bubblegum bassu, jaki znamy. (♪ „Back From Mars”)

The Miseducation of Lauryn Hill

To płyta, która nauczyła mnie czuć muzykę. Pokazała mi, jak może przeszywać na wskroś, penetrować i wypełniać, zostawiać po sobie ślad. Wykształciła we mnie pewien zdrowy zmysł, że oto w centrum dobrego życia musi być miejsce i na radość, i na smutek. Ta słodko-gorzka, bardzo życiowa mieszanka stojąca w jej centrum; lekcja, na którą sama Lauryn Hill zaspała, była przysposobieniem dla mnie. O moim związku z muzyką Hill pisałem szerzej tutaj w wigilię 20-lecia płyty. (♪ „I Used to Love Him”)

płyta

Pet Sounds i bootlegi SMiLE Beach Boysów

Początek mojej przygody z Beach Boysami przypada na 2004 rok i seans 50 pierwszych randek z Sandlerem i Barrymore, gdzie w jednej ze scen usłyszałem po raz pierwszy „Wouldn’t It Be Nice”, w ciągu chwili odkrywając całe połacie muzyki, skrojonej, o czym już wtedy byłem przekonany, idealnie dla mnie, a o którym jednak nie miałem dotąd pojęcia. Droga do Pet Sounds wiodła oczywiście przez te wszystkie wczesne surfrockowe nagrania z ich katalogu i potrzebowałem kilku dobrych lat, żeby sam dla siebie odkryć ten nieuświadomiony fenomen. Jak się okazało, było co odkrywać.

„Nikt nie może powiedzieć, że jest wyedukowany muzycznie, dopóki nie pozna Pet Sounds” — miał powiedzieć o wydanym w 1966 roku krążku Beach Boysów Paul McCartney. Jego nazwisko w kontekście płyty pada zresztą nieprzypadkowo, jako że jednym z głównym motorów napędowych Briana Wilsona, lidera The Beach Boys, przy tworzeniu Pet Sounds był wydany rok wcześniej Rubber Soul Beatlesów. Wilson zdał sobie wówczas sprawę, że płyty pop można nagrywać zupełnie inaczej. Wycofał się z koncertowania z zespołem, by skupić się na sferze kompozycyjnej nowego krążka. Za cel obrał sobie nagranie najwspanialszej płyty w historii rocka, co zresztą pośrednio udało mu się zrealizować. Pet Sounds 50 lat po premierze wciąż pozostaje trzonem kanonu rock & rolla ze względu na niezwykłą dbałość o szczegóły — wykorzystanie technik kompozytorskich znanych z muzyki klasycznej, a niestosowanych dotychczas w rozrywce oraz niezwykłego jak na owe czasy instrumentarium inkorporującego w bogate harmonicznie kompozycje smyczki, klawesyn, akordeon, theremin, szerokie spektrum rozmaitych instrumentów dętych i perkusjonaliów, a także rozliczne efekty muzyki konkretnej. Efektem jest nieco ponad 35-minutowy idealnie wyważony i pozbawiony wypełniaczy kameralny album osadzony gdzieś pomiędzy między szczerą, naiwną radością a bezdennym smutkiem. (♪ „I Just Wasn’t Made for These Times”)

Inaczej sprawa miała się ze SMiLE, które od samego początku stanowiło dla mnie osobiste i pełnowymiarowe przeżycie, w dużej mierze dlatego, że krążek faktycznie owiany był legendą. Przez 45 lat, aż do wydania najbardziej możliwej kompletnej wersji projektu w listopadzie 2011 roku, był powszechnie uznawany za najsłynniejszy niewydany album w historii rock & rolla. W 1966 Wilson podjął się niemożliwego — postanowił stworzyć wielotematyczną koncepcyjną płytę w równych proporcjach łączącą pop i awangardę, stosując przy nagraniach złożone, czasochłonne i kosztowne metody inżynieryjne. Wydanie krążka realizowanego przez Wilsona właściwie bez udziału kolegów z zespołu we współpracy z abstrakcyjnym tekściarzem Vanem Dyke’m Parksem ostatecznie zostało zawieszone, a złożyło się na to wiele czynników. Przez lata fani skompilowali wiele nieoficjalnych bootlegów SMiLE zasadniczo różniących się między sobą. Wszystko to sprawiało, że właściwie można było samemu poczuć się częścią otwartej, żyjącej własnym życiem „nastoletniej symfonii do Boga” i dowolnie skompilować jej własną wersję (o co zresztą też się pokusiłem). Myślę, że najważniejszym, co dało mi obcowanie ze SMiLE, było pewne bardzo realne doznanie czegoś pięknego i nie do końca namacalnego zaprojektowane niemal wyłącznie przy pomocy dźwięku. (♪ „Surf’s Up”)

płyta

Voodoo D’Angelo i Merriweather Post Pavilion Animal Collective

Nie ma oczywiście niczego złego w miłości od pierwszego wejrzenia, ale to związki, które stanowią pewne wyzwanie i trzeba włożyć w nie więcej wysiłku, a czasem wręcz wykształcić w sobie instrumenty poznawcze, by zyskać nowe zrozumienie, odciskają się mocniej w człowieku. Podobnie jest z płytami — jedynie te, które wymagają od słuchacza woli walki i zaangażowania, kształtują koniec końców jego gusta. Zarówno Voodoo D’Angelo, jak i Merriweather Post Pavilion odegrały w moim życiu taką gustotwórczą rolę. W przypadku tej pierwszej, że warto inwestować w nią czas i siły, wstępnie podpowiedzieli mi starsi soulowi braci i siostry, ale koniec końców to sam krążek długo jawił mi się jako nieprzenikniony, testując moją cierpliwość i intuicję. W okresie intensywnego poznawania neo-soulowej spuścizny, w sąsiedztwie klasycznych płyt Eryki Badu czy Maxwella tylko Voodoo stawiało opór i tylko ono przetrwało w mojej płytotece próbę czasu — jako szczytowe osiągnięcie Soulquarians, ale przede wszystkim krążek redefiniujący postrzeganie muzyki w oderwaniu od gatunkowych etykietek (choroby zawodowej aspirującego krytyka) i ujmujący w nowe środki emocje i uczucia, dla których wcześniej nie mogło być ujścia. Merriweather Post Pavilion odegrało paralelną rolę kilka lat później — było raczej testem niezala, swoistym rytuałem przejścia na niezbadanym wcześniej gruncie, ale też płytą, która w swojej płynnej pangatunkowości musiała frapować, fascynować i inspirować. (♪ „Spanish Joint”, ♪ „Also Frightened”)

channel ORANGE Franka Oceana

Myślę, że gdyby nie Frank Ocean, zabrakłoby mi we współczesnym popie kotwicy, by nie odfrunąć zbyt daleko. O ile nostalgia,ultra była skrojona na tyle zręcznie i kompaktowo wewnątrz funkcjonującego już schematu płyty R&B, by od progu ująć w miarę osłuchanego odbiorcę, o tyle już kolejne krążki Oceana miały w sobie element wyzwania i tajemnicy — formalnie, tematycznie i emocjonalnie. Jestem przekonany, że jeśli ktoś nagrywa współcześnie rzeczy ważne (bliskie), to jest to właśnie Frank Ocean. Wiem też, że bez tej płyty R&B nie byłoby takie jak dziś, stałoby się dla mnie być może raczej rodzajem inżynieryjnie sprawnej skorupy, a i ja nie byłbym takim samym Kurtkiem. Więcej tutaj. (♪ „Pink Matter”)

płyta

„Święto wiosny” Strawińskiego i Kwartety smyczkowe Schoenberga

Być może słyszeliście te przypowieści o tym, że po premierze Święta wiosny wywiązała się potworna awantura — rzucano krzesłami, wyrywano sobie włosy z głowy, wzywano do ekskomuniki kompozytora itp. To utwór, który symbolicznie i faktycznie zrównał z ziemią idee romantyczne i rozpoczął nową erę myślenia o muzyce. Świadomie po Strawińskiego sięgnąłem dopiero na studiach, ale oczywiście znałem od dziecka kolejne pasaże baletu, bo stopiły się z popkulturą tak, że można je bez strachu przedstawiać i nie budzą już niczyjego sprzeciwu. Co więcej — podskórnie sieją ferment i rozkosznie podsycają bunt przeciw staremu porządkowi wciąż de facto wiodącemu prym w masowym postrzeganiu muzyki. Obcowanie ze Świętem wiosny nie mogło zatem mnie nie dotknąć, wyrosłem wszak na buntownika. (♪ „Święto wiosny”)

„Kocham muzykę. Schoenberg zniszczył mi życie” — znalazłem to gdzieś kiedyś w sieci i wryło mi się w pamięć do tego stopnia, że przyjąłem jako własne już po tym, jak Schoenberg faktycznie zniszczył wizję muzyki, którą kochałem. Nie całkowicie rzecz jasna, nie jestem bowiem totalistą [pun intended]. Niezmiennie bawi mnie wciąż natomiast akademicki strach, czy może raczej wstręt, przed Schoenbergiem, który to niewątpliwie napędził moją ciekawość i sprawił, że musiałem temu odrażającemu drabowi przyjrzeć się bliżej osobiście — możliwie jak najdokładniej. W efekcie tego spotkania Schoenberg nie tylko przesunął dla mnie granice melodyczne, ale też skierował moją uwagę ku muzyce kameralnej jako tej potencjalnie lepiej porządkującej myśli i dobitniej wydobywającej emocje. (♪ „III Kwartet smyczkowy, Op. 30: Moderato”)