Opublikowano

não identificado

ja

sir george campion courthope wymalowany ze swojego fotela
erased lord, pochoir

zalałem czarnym atramentem
nakreślony bezbarwną kredą własny portret

drżącym ruchem mojej lewej ręki
wyłowiłem z toni pojedynczą smugę

zamaszysty gest — obcy i prawdziwy
wydarł się bezgłośnie wewnątrz szkicu

liczyłem własne odbicia dojrzane w źrenicach innych
i kroki pomiędzy każdym z nich
a tym, które wciąż naiwnie miałem za własne

miarowo miąłem piętrzące się bezrozumnie atrybuty i artefakty

odszedłem dalej,
bezwiednie brocząc atramentem

Opublikowano

The Miseducation of Kurtek Lewski

hill

The Miseducation of Lauryn Hill to płyta, która nauczyła mnie czuć muzykę. Pokazała mi, że muzyka może przeszywać na wskroś, penetrować i wypełniać psyche i zostawiać po sobie ślad. Wykształciła we mnie pewien zdrowy zmysł, że oto w centrum dobrego życia musi być miejsce i na radość, i na smutek. Ta słodko-gorzka, bardzo życiowa mieszanka stojąca w jej centrum; lekcja, na którą sama Lauryn Hill zaspała, była przysposobieniem dla mnie. To pierwsza płyta, którą miałem na winylu, pierwsza, przy której płakałem, pierwsza, której słowa traktowałem osobiście niczym moje własne, pierwsza, która wrosła bezbrzeżnie w mój świat, stając się naturalną ścieżką dźwiękową mojej codzienności. Nie potrafię myśleć o nastoletnim sobie w oderwaniu od Miseducation, ani o Miseducation, nie traktując jej jako części mojej własnej drogi.

Nie pamiętam już, jak to wszystko się zaczęło, ale niewątpliwie miało związek z Fugees. W domu bez kablówki (która byłaby oknem na świat w postaci niemieckiego MTV) w Polsce przed przełomem milenialnym debiutancki krążek Hill musiał być wielkim nieobecnym, podczas gdy „Killing Me Softly” i „Ready or Not” grano wszędzie i bez umiaru. Wokalna ekwilibrystyka Hill w połączeniu z jej nieustraszonym flow musiały budzić podziw. Moje pierwsze wspomnienia związane z odkryciem jej solowej kariery są jednak doszczętnie cyfrowe, niewątpliwie więc o kilka lat późniejsze, choć absolutnie nie spóźnione — Hill dotarła do mnie w samą porę. Samo Miseducation wielokrotnie odkrywane, studiowane z namaszczeniem w rozmaitych kontekstach i perspektywach musiało być dla mnie także bramą do wielkiego klasycznego soulu. Dzięki Hill odkryłem nie tylko Steviego Wondera, ale też nieodżałowaną Arethę, wspaniałego Curtisa, magnetyzującego Sama Cooke’a czy natchnionego Boba Marleya. Ten ostatni dla mnie wciąż najmocniej objawia się jednak w dość odległej mu interpretacji. To była ta właściwa brama do świata nieznanego zupełnie nastoletniemu młokosowi pozbawionemu świadomych kulturalnych wzorców. Dzisiaj myślę, że moi rodzice powinni napisać list z podziękowaniami do Lauryn Hill. Ich syna, gdy wchodził w ten głupi wiek, kiedy na swoich pierwszych idoli zwykle wybiera się największych czubów (w najlepszym razie bełkoczących raperów z wytatuowanymi twarzami; chyba że jest się postacią z filmu któregoś z naśladowców Wesa Andersona — wtedy nie), przyciągnął bez reszty jej niekłamany magnetyzm. Wtedy wydawało mi się to dosyć wstydliwe — na wpół dziwne, na wpół błahe, ale prawda była taka, że jeśli do kogoś z dalekiego świata wielkiej sztuki, poważnej nauki, ważkiej polityki miałem zaufanie, to właśnie do Hill.

misedvinyl
Kurtek z panią Hill

W tym kontekście od lat próbuję bez powodzenia skleić jakiś tekst o Hill, którego podstawą byłyby właśnie zaufanie i zrozumienie. Tak jak zrozumienie — z początku w postaci nieśmiało kiełkującego poczucia, później obezwładniającej pewności, aż w końcu pewnej wygaszonej, enigmatycznej, ale jednak niepodważalnej prawdy — jest podstawą mojej relacji z Hill. Sama artystka nie daje mi jednak sposobności — Miseducation zostało na przestrzeni ostatnich dwóch dekad rozłożone na czynniki pierwsze przez amerykańskich krytyków niezliczoną ilość razy, można mniej lub bardziej świadomie powielać ich myśli, niezbornie układać na nowo, podpisywać się pod nimi własnym nazwiskiem, ale gdy od zawsze zna się na pamięć każdy wers i dźwięk na krążku, trudno o samopoczucie uczciwości takich sądów. Brak świeżej perspektywy, dystansu, przewrotnej myśli kwestionującej zastany ład. A i empatia jako budulec musi zawieść, kiedy wszyscy rozumieją, a w miejscu faktycznej kontry słychać wyłącznie echo unisonu. Próbując nieskładanie zebrać te pulsujące od lat samobieżnie myśli, słucham zresztą MTV Unplugged No. 2.0 z przekonaniem, że oto właśnie muzyka, dla której moje zrozumienie może mieć rzeczywisty sens. W tym kontekście Miseducation przyuczyło mnie do sztuki rozumienia, abym mógł z empatią pojąć Unplugged. Nie było to wynikiem żadnej artystycznej kalkulacji, stało się zupełnie naturalnie — tak jak rodzice, którzy uczą dzieci miłości, by te mogły oddać ją później światu, gdy jest mu najbardziej potrzebna.

Unplugged potrzebowało zrozumienia. Choć Hill w licznych interludiach sama rozwlekle wyjaśniała swoją obecną postawę wobec świata, oszczędna forma, złożone moralnie, emocjonalnie i leksykalnie teksty i wspomniane przerywniki musiały w mniej zdeterminowanym odbiorcy wywołać pewną konsternację. Tym z założenia nieoszlifowanym materiałem Hill połowicznie wybrnęła z klątwy drugiej płyty, która w obliczu bezprecedensowego sukcesu debiutu musiała pochłonąć ją wówczas bez reszty (i to właśnie ta druga połowa). Album, który się wtedy ukazał, nie mógł w swojej niedoskonałości uczciwiej przedstawić nowego emocjonalnego ładu piosenkarki. Ładu w fazie gwałtownej reformacji, ale nie irracjonalnego, sprzecznego u podstaw, kosmicznego ani odległego, a takie właśnie wrażenie można było odnieść po pobieżnym odsłuchu pozbawionym woli zrozumienia. Woli, która może przecież zaprowadzić nas w głąb nas samych, do miejsc, z których istnienia nie mogliśmy zdawać sobie sprawy. Kontakt z prawdziwym artystą obnażonym, przedstawiającym swoją prawdę na skraju (lub w zupełnym oderwaniu od) scenicznej kreacji, musi grozić zrozumieniem jego perspektywy. Unplugged względem Miseducation jest trudną być może, ale obezwładniająco szczerą dokumentacją stawania się — artystycznego oczywiście też, ale przede wszystkim tego człowieczego. Niewątpliwie drzemie w tym samoodarciu się megagwiazdy z atrybutów jej gwiazdorstwa pewna biblijna mistyka i w tym sensie Hill nie jest gołosłowna — not the talkers, but the walkers in His word, are the only ones the Father will forgive — puentuje przepełnione biblijną metaforyką 9-minutowe „Oh Jerusalem”. Szalone? Być może, ale jakże mocne! Współistnienie pozornych sprzeczności bezboleśnie i harmonijnie zaakcentowane na Miseducation, na Unplugged przybiera formę brutalnego emocjonalnego rollercoastera. Mimo wszystko zarówno w sensie artystycznym, jak i emocjonalnym jedno wynika z drugiego, a jestem przekonany, że także jedno drugie uzupełnia i wyjaśnia.

Okazuje się, że dokładnie 10 lat temu pisałem dla Soulbowl.pl o technikaliach sukcesu Miseducation. Przed trzema laty zaś poświęciłem kolejom losu Hill audycję radiową.

Opublikowano

Queersoul

Choć prowadzę audycję radiową w zasadzie tydzień w tydzień, zdaję sobie sprawę, że zdecydowaną większość tego, co prezentuję na antenie, można albo zamknąć w formie samokomentującej się plejlisty tematycznej, albo sprowadzić do funkcji informacyjnej, której kontekst zmienia się nazbyt dynamicznie, by objęcie go móc uznać za definitywne. Raz na jakiś czas zdarza się jednak program, który składa się w jakąś całość, który mówi, o czymś ponadczasowym, co zasługuje na uchwycenie.

Wczoraj poruszyliśmy na antenie wciąż delikatny, ale z pewnością adekwatny dla tożsamości współczesnego R&B temat queersoulu. To termin, ukuty na bazie analogii do zdobywającego coraz większą popularność queerhopu, oczywiście nie stricte gatunkowy, ale raczej umownie stanowiący o reprezentacji społeczności LGBTQ w czarnej muzyce. Termin, którego ja z powodzeniem używam w swoich tekstach od dłuższego czasu, bo wydaje się zwięźle i czytelnie przekazywać informację zarówno o treści, jak i o formie. Mianem queerowego soulu można określać zresztą w moim rozumieniu wszelką nienormatywność w obrębie szeroko rozumianej czarnej muzyki. Mimo to rzecz nadal zdaje się budzić pewne niedowierzanie, stąd też wczorajszą audycję postanowiłem uchwycić dla potomności i tutaj.

Opublikowano

Tropiąc siebie po za dużych śladach

mendini

Młody Kurtek kontestuje dzieła wielkiego mistrza dizajnu Alessandra Mendiniego; zdjęcie zdjęcia z katalogu w obróbce własnej

W refrenie „Diddy Bop” Noname z jej przecudnie mieniącego się najżywszym neosoulem krążka Telefone jest taka linijka, która zawsze mocno mnie uderza, choć jednocześnie zdaję sobie sprawę, że na chłodno niewiele pewnie można z niej wyciągnąć. „This sound like growing out my clothes” śpiewa z pasją Cam O’bi, nawiązując do przepełnionego ciepłą, niemal magiczną nostalgią za trudnym przecież i zwykle skutecznie odzieranym z niewinności przez rówieśników początkiem końca dzieciństwa. Te same emocje towarzyszyły mi w zeszłe wakacje, gdy w pociagu relacji Wrocław-Gdynia ze łzami w oczach chłonąłem każde słowo Nakarmić kamień Bronki Nowickiej. Tę samą strunę pociągnęła lata temu projekcja Poro poro omohide (polski tytuł to Powrót do marzeń) Isao Takahaty, filmu pozostającego na marginesie kanonu Studia Ghibli, może dlatego, że przedstawiającego historię dorosłej już kobiety mierzącej się z ideałami własnego dzieciństwa.

Nie chodzi tu o rozliczanie się czy zamykanie czegoś, ani też o wyrastanie, porzucanie czy inne mentalne zapasy. Raczej żyje we mnie pewna wiara, że jesteśmy w stanie od dawnych siebie nauczyć się wcale nie mniej, niż dawni my nauczyliby się od obecnych czy przyszłych nas. Przyjęło się, nie bez powodu zresztą, że w ramach międzypokoleniowego rytuału to starsi, doświadczeni, usuwający się w cień udzielają rad młodszym, nieopierzonym, z werwą, ale i naiwnością sięgającym po swoje. Te rady wcale nie muszą przyjmować tak dosłownej formy aktu przekazania mądrości życiowej. Mogą odbywać się pośrednio przez obserwację innych czy uczestniczenie w kulturze. To oczywiście buduje nas takimi, jakimi się stajemy. Gdy jako dziesięciolatek oglądasz po raz pierwszy Ojca chrzestnego, następnego dnia w szkole chcesz być gangsterem — to zrozumiałe. Mija kilka tygodni, Eminem wydaje nowy album, o którym mówią wszyscy — dzięki tej płycie stajesz się bardziej raperem — być może najbardziej w całym twoim życiu — przeszłym, teraźniejszym i przyszłym, a może to dopiero początek pewnej drogi.

Zabrnąłem, a chciałem jeszcze jedynie dodać, że w tym niekończącym cyklu stawania się warto wracać do siebie sprzed lat i słuchać, co ten daleki, ale przecież jednak bardzo bliski krewny ma do przekazania. Nie, nie zamierzam przed trzydziestką zacząć się zastanawiać, czy może jednak powinienem zostać gangsterem albo raperem (jeden Taco Hemingway to, jak się okazuje, i tak o jeden za dużo), ale mogę na przykład, by możliwie jak najbardziej umilić sobie powrót do pracy po ponad dwóch tygodniach (czynnego niestety) odpoczynku, sięgnąć do zajawek i inspiracji muzycznych młodszego siebie. Młodszego o jakieś osiem, dziewięć lat, myślę, kiedy jako młody student wyszedłem wreszcie z bańki amerykańskiego R&B i zacząłem garściami karmić się nieznanym i egzotycznym wówczas wciąż kanonem. Przemaglowałem wtedy od góry do dołu rozmaite zestawienia najlepszych płyt wszech czasów na czele z niesławną pięćsetką Rolling Stone’a, skąd zaatakowali mnie zbrojnym ramieniem Steely Dan, Paul Simon, Tom Petty, cała masa jangle i power popu, americany, soft rocka od połowy lat 70. do połowy 90. Teraz złożyłem te wspomnienia w letnią plejlistę i zupełnie przypadkiem zdałem sobie sprawę, że tak naprawdę wówczas, tych osiem lat temu nie tropiłem nikogo innego, ale samego siebie — bez świadomości podążając w nieznane po zbyt dużych śladach moich własnych przecież stóp.

Opublikowano

nibyżycie

ja

autoportret, egon schiele

na wzór twój i podobieństwo
nakreśliłem bezbarwną kredą własny portret

rozejrzałem się przedtem uważnie
najpierw w lewo, później w prawo, potem znowu w lewo
tak jakbym przechodził przez ulicę

przeciągnąłem za sobą po tłustej zebrze z wielkim mozołem
ogromny stalowy wagon — nibypełny

niby odpocząłem, nim wyszedłeś mi na spotkanie
niby byłem gotów, by dalej kreślić, rozglądać się, przeciągać z mozołem
nibyzdolny, nibyrześki

niby przeprosiłem, niby podano mi rękę na zgodę
niby wyciągnąłem się z siebie, kiedy wezbrałem w sobie
niby kochałem, choćby przed laty
niby naprawdę, niby na niby

Opublikowano

Jak nauczyłem się tęsknić na zapas za rzeczami, które nadal mam, i nakreśliłem muzyką dni mojej młodości

na plaży

Młodość

Co jakiś czas w przeróżnych okolicznościach, zwykle takich, które można by w jakiś sposób uznać za nadzwyczajne, wciąż jeszcze zdarza mi się słyszeć pytanie, co studiuję. Nie jest niewygodne czy irytujące, ale prowokuje pewną ukrytą na co dzień gdzieś głębiej refleksję, że oto moje życie zmieniło się definitywnie i przekroczyło pewien nieodkraczalny próg, od którego trzecia część każdego dnia nie należy do mnie, a za dostępny mi szczyt laby muszę zgodzić się uznać dwutygodniowe wakacje. Są oczywiście ludzie, którzy pracują inaczej i nie będę ukrywał, że spoglądam w ich stronę z zazdrością, ale to też bardzo często ostatecznie znaczy, że praca rozlewa się bezkształtnie od wczesnych poranków do późnych godzin nocnych, że wypełnia każdą wolną chwilę i rości sobie prawo to wypychania z kalendarza nieobowiązkowych z perspektywy zawodowej spotkań towarzyskich i wieczorów z książką na hamaku. A tymczasem gdybym tylko miał hamak, mógłbym przynajmniej w miesiącach letnich zafundować sobie małą codzienną porcję laby. A mogę i bez hamaka, z tym że nie spoglądam już z podnieceniem na kolejne dni czerwca, bezkresne połaci lipca, przepastne gmachy sierpnia, nieśmiałe początki i trudne ostatki września.

Nie spoglądam. Utraciłem nie tyle umiejętność, co możliwość wypełniania ich fantazją — przez lata jedną z moich podświadomie ulubionych codziennych czynności. Niekiedy udawało mi się zresztą przynajmniej w jakiejś niewielkiej części tę fantazję materializować — zwłaszcza gdy zaczynałem czuć oddech dorosłości na karku — twardo przemawiający ustami ojca, kreślący czarne scenariusze ręką matki, ciężko sapiący ponaglającym wyrzutem. Wtedy nauczyłem się tęsknić na zapas za rzeczami, które nadal mam. Można by to pewnie w bardziej prostolinijnych okolicznościach sprowadzić do cieszenia się chwilą, gdyby nie to może, że był to zwykle uśmiech przez łzy. Nie z tych spływających strumieniami po policzku, raczej z tych nieśmiało migocących w bliskim sąsiedztwie rozszerzonej z podniecenia źrenicy, nieraz gubiących się gdzieś w kąciku oka. Uśmiech niebawem minął, łzy zaczęły w końcu spływać, ostatni wrzesień wolności przeszedł w mroczny październik, a ja zdecydowałem, że zamiast dorosnąć, wolę jednak umrzeć. Moje ciało przyjęło tę propozycję z wielką powagą i staraniami, by najlepiej, jak się da, odwzorować długą listę wstępnych objawów śmiertelnej dolegliwości znalezioną w sieci. Słowem — wymyśliłem i chorobę, i diagnozę. Diagnozę, której nie potwierdzili lekarze, a w ramach kuracji przepisali, nie inaczej, dorosłość.

Nie umarłem, ale umarł we mnie student — i ten wałęsający się po mieście na skraju śród, czwartków, piątków i sobót, i ten, który naiwnie wierzył, że to studia w sensie naukowym zrobią z niego człowieka. Tymczasem pierwsze studia rzucane w buzujących od frustracji myślach co sesję, w końcu na ostatniej prostej niemalże rzuciły mnie. Drugie okazały się zbyt pragmatycznie zaplanowane przez kogoś z nieuchwytnie wyższego szczebla, by pozwolić mi poprowadzić je choć odrobinę po swojemu. To mi nie służyło, byłem roszczeniowym romantykiem, chciałem zostać zafascynowany pomimo niesprzyjających okoliczności — kanciastego systemu zaliczeń kolejnych przedmiotów, których nie mogłem nijak odfiltrować, choć nie były częścią podstawy programowej, i impulsywną wybiórczością własnych zainteresowań, które nakazywały mi pisać do szuflady recenzje kolejnych płyt Beach Boysów na dwa dni przed egzaminem z mikroekonomii. Do dzisiaj czuję się zresztą przez to głupio, ale wcale niekoniecznie głupi. Jak pięknie to ujął kiedyś Piotr Stankiewicz (ten od polskich stoików), „zazdrościć, że ktoś odnosi sukces w czymś, czego ty nawet nie próbowałeś, to jak martwić się, że hydraulik ma więcej zleceń na naprawę kranów niż ty”. Nie jestem pewien, co to mówi o mnie, co o mojej alma mater, a co o polskim systemie edukacji wyższej w ogólności, i nie zamierzam powierzchownie tego teraz oceniać, ale mając dyplom z tytułem analityka rynku, nigdy nie próbowałem z powodzeniem wyobrazić sobie siebie w tej roli. Nie żywię żalu do nikogo za to, że wielokrotnie moje bezkształtne, ale namacalne pragnienie wiedzy postrzegano jako rodzaj niepełnosprawności, że brak konkretnego pomysłu na siebie, który mieściłby się w instytucjonalnej ramie systemu edukacji, sprowadzano do niekompetencji i lenistwa. Systemy mają już to do siebie, że choć tworzone przez jednych ludzi z myślą o innych, często tych drugich marginalizują na rzecz pysznego samozadowolenia z własnego funkcjonowania. Studia były więc pierwszą sposobnością, by to uwikłanie w system namacalnie odczuć.

Choć mijają kolejne lata, dopiero ostatnio zorientowałem się, że koniec maja nie oznacza już dla mnie zbliżającej się wolności. Lato to wciąż gorące nie do wytrzymania noce, chmary kleszczy i barszcz Sosnowskiego atakujące ludzi z nagłówków porannej prasy, zrywny wiatr od morza przysypujący piaskiem stopy na plaży wczesnym popołudniem, ale jakby coraz bardziej poza mną. Poza mną pozostały poranne powtórki starych amerykańskich seriali w wakacyjnym paśmie telewizyjnym i świadomość, że wcale nie muszę wstać przed jedenastą, by włączyć do śniadania kolejny odcinek „Świętego”. Zostałem bez żadnego sprzeciwu, bez krztyny refleksji wchłonięty przez dorosły system, który nie znosi sprzeciwu i nie pobłaża głupstwom.

Każdego roku w wakacje właśnie tworzyłem opasłą plejlistę utworów znanych mi czasem gorzej, czasem wcale, a czasem po prostu dawno niesłuchanych, niebędących jednak przypadkową selekcją, ale opartych na wielogodzinnych, drobiazgowych poszukiwaniach. Utworów, które ten sam, znany doskonale świat — ulice, na których się wychowałem, i łąki, które już dawno zarosły blokami — przedstawiały jako nowy, ekscytujący rozdział. Utworów, które sprawiały, że z każdym rokiem stawałem się młodszy. Tak też każdego roku kreśliłem muzyką dni mojej młodości.

Opublikowano

Nie rozumiem raperów z wytatuowanymi twarzami

na plaży

„Na plaży”, Felix Vallotton

Nie rozumiem raperów z wytatuowanymi twarzami. To jedna z moich najbardziej dojmujących konkluzji ostatnich miesięcy, a może i lat z kategorii tych dotyczących zarówno mnie samego w moich własnych oczach, jak i świata zewnętrznego (też w moich własnych oczach, bo jakże by inaczej). Gdy obejrzałem w zeszłym roku The Florida Project, przez chwilę pomyślałem, że oto poznałem inną stronę trapowego prekariatu i że ten nowy ogląd tę konfuzję zniweluje, załagodzi i wkrótce wrócę do siebie. Rozszerzył tylko tymczasem spektrum niezrozumiałego fenomenu, który przyjął masową i globalną formę i zupełnie pozbawiony sensu i skrupułów sposób, wszędzie gdzie nie spojrzę, fetyszyzuje losowość, faworyzuje bazgroły i śmieci, a jednocześnie wraca do ponadczasowej maksymy, gdy lud ryczy „wina i igrzysk!”, a ci raperzy z wytatuowanymi twarzami to igrzyska przy winie im zapewniają. Tym samym moje niezrozumienie raperów z wytatuowanymi twarzami nie jest, w czym z początku pokładałem pewną ufność, niezrozumieniem marginalnego subkulturowego fenomenu, lecz istoty zbiorowych uniesień. Tym gorzej dla mnie, który przecież niejednokrotnie unosiłem się zbiorowo.

*

Czytam ostatnio z pewną apatią Juliana Barnesa, który rozwodzi się o upływającym czasie i momentami odnosi się też do mnie, a ja z jednej strony niejako odmawiam mu prawa do takich odniesień, z drugiej zaś po cichu przyjmuję jego argumenty, że „czas najpierw nas uziemia, a potem zawstydza”, że to naturalne i zazwyczaj nieuniknione, że nasze młodzieńcze marzenia zostają prędzej czy później rozcieńczone codziennością. I że koniec końców to od nas zależy, czy to rozczarowanie zinterpretujemy jako porażkę, czy wyłowimy z niego to, co udało się w zamian. Bo przecież nic nie jest za darmo i wielkie rozczarowanie też ma jakąś cenę — połaci pod jego kapeluszem porastają często chmarnie dziesiątki malutkich sukcesów.

**

Mimo tego że nie rozumiem raperów z wytatuowanymi twarzami i zacząłem myśleć o swoim życiu w kategoriach pewnego rozczarowania, nie jestem chyba jeszcze zupełnie starym człowiekiem. Dziś w drodze do pracy, jak w większość tych dni, gdy gleba jest względnie sucha, zdecydowałem się pójść na przystanek skrótem prowadzącym wydeptaną ścieżką przez zaniedbane trawniki między okolicznymi kamienicami. Chwilę później dostrzegłem w oddali faceta z ręczną kosiarką i z powodu silnej alergii na koszoną trawę śpiesznie wycofałem się na chodnik. Przypomniałem sobie, że zapomniałem rano połknąć tabletki. To dobrze, pomyślałem w duchu, to znak, że ram mojego życia nie wyznaczają jeszcze kolejne dawki przyjmowanych leków.

***

Pomimo kataru siennego jestem zachwycony pogodą ostatnich dni. Słońce, które wczesnym popołudniem z pewną nieśmiałością zaczyna przykrywać się kolejnymi warstwami chmur to doskonała pogoda na plażę. Wciąż nie mogę natomiast przeżyć tego, że mieszkam we Wrocławiu już prawie dziesięć lat, a ten wciąż nie ma dostępu do morza.

Opublikowano

不尽

ja

Fujin

Marzec, czyli miesiąc niepisania o to wciąż padającym, to znów topniejącym śniegu. Z tej perspektywy wiosna ma zapach twardej od namarzniętego deszczu ziemi, gołych szarych trawników i nieba w kolorze papieru ściernego. I jakbyśmy takiej wiosny nie zaklinali pastelowym styropianem, prawda jak gówno — musi wypłynąć. Styropian zmurszeje, a żółta, niebieska i zielona farbka złuszczy się naskórek. Zostaną szare kontenery pełne szarych ludzi na szarej ziemi pod szarym niebem.

*

Marzyliście kiedyś, żeby naprawdę zainteresować się czymś, co być może ma jakieś znaczenie? Filozofią moralności, teorią strun, analizą katalogu J. S. Bacha — czymś, co z dystansu sprawia wrażenie naprawdę istotnego dla człowieka czującego i myślącego. Opieracie się w tej ocenie wyłącznie na własnym wrażeniu spotęgowanym poczuciem dystansu graniczącego z niemożliwością. Jak to jest żyć, nie poznawszy tego dystansu — godzinami słuchać wykładów nieznajomych napotkanych w barach mlecznych, nie wartościować nadto, nie nosić parasola na wypadek deszczu, a w deszczu nie nosić też butów, nie szukać sensów na zewnątrz etc. Być może.

**

„I am doing fine or I am well. I’ll write again soon”.

***