Opublikowano

93. Google Doodle

99 najfajniejszych rzeczy

93. Google Doodle

Google jest pod wieloma względami genialne. Odkładając na bok kontrowersje związane z gromadzeniem i przekazywaniem danych i mnóstwo rozmaitych oferowanych przez nich usług i funkcji, które znacząco ułatwiły życie i zmieniły internet, esencję tego, co w Googlach najfajniejsze, znajdziemy na ich stronie głównej.

Doodle to pomysł genialny w swej prostocie, a zazwyczaj jeszcze lepszy w wykonaniu. Doodle bawią, urozmaicają, edukują, pokazują — „zobacz, jacy jesteśmy fajni”. I chociaż można to czytać sarkastycznie, faktycznie tacy są! Niemal każdego dnia Google wypuszcza kilka kolejnych Doodli — bardzo często regionalnych — związanych ze świętami, ważnymi rocznicami i momentami w roku, ostatnimi wydarzeniami czy konkursami. Zasada jest prosta — Doodle zawsze są adekwatne. Czasem są animowane, innym razem interaktywne, dzięki czemu zmieniają się w miniaturowe gry, jak ten na 78. urodziny Roberta Mooga, kiedy mogliśmy w ramach loga Google pograć na słynnym syntezatorze albo ten na 30. rocznicę powstania „Pac Mana” czy ten na 151. rocznicę urodzin Claude’a Debussy’ego, kiedy na doodlowym playerze mogliśmy posłuchać całego „Clair de Lune”. A przykłady można by mnożyć w nieskończoność. Wszystkie dotychczasowe Doodle można znaleźć w doodlowym archiwum.

Opublikowano

94. Zwierzęta o ludzkich imionach

99 najfajniejszych rzeczy

94. Zwierzęta o ludzkich imionach

Kto nigdy nie słyszał o jakimś panu Marianie, który, chcąc uczłowieczyć swojego jamnika, dał mu na imię Tomek, niech pierwszy rzuci kamieniem. Ale paradoksalnie to uczłowieczanie poprzez nadawanie zwierzętom ludzkich imion nie jest częścią sukcesu pozycji #94. Powiem więcej — i nie odkryję przy tym wielkiej tajemnicy — jest tylko pozorne, bo czy jamnik Tomek od jamnika Burka (myślicie, że ktoś nazwał kiedyś jamnika Burek?) jest bardziej obyczajami czy wyglądem zbliżony do człowieka? Może się okazać, że tak, ale jest taka sama szansa, że będzie zupełnie na odwrót, a najpewniej oba będą równie dzikie (ale bez przesady).

Nadawanie zwierzętom ludzkich imion jest jednak zbyt fajne, by tego nie robić. Z takich akcji rodzą się kosmiczne historie, które później wypełniają internet. No i czy kura Wiktoria, koń Stanisław, smok Alfred albo świnka morska Horacy nie brzmią przezabawnie? Nie wspominając nawet o naszym dobrym znajomym — zakapturzonym koniu Ryszardzie.

Opublikowano

95. Komiksy czytane od końca po śląsku

99 najfajniejszych rzeczy

95. Komiksy czytane od końca po śląsku

To tak naprawdę połączenie dwóch różnych obszarów fajności w jeden może odrobinę zbyt ekstrawagancki, ale zdecydowanie mocarny. Komiksy czytane od końca to oczywiście nic innego jak manga, którą, bywało, że mniej zaznajomione w temacie osoby określały tymi słowami. Bo rzeczywiście prawdziwa japońska manga (lub jej wierna reprodukcja) czytane są niejako wspak. Ja swoją fascynację mangą zakończayłem jakoś w okolicach wczesnego gimnazjum, a i nigdy nie powiedziałbym, żeby manga kiedykolwiek moje życie zdominowała. Kolekcjonowałem raptem kilka serii, kilkanaście innych przeczytałem, pożyczając od znajomych. W pewnym momencie sprawa się trochę urwała i do mangi już nie wróciłem. Niewątpliwie jedną z najzabawniejszych serii, jakie miałem okazję czytać (i którą zresztą posiadam w całości) była Love Hina Kena Akamatsu. Typ: harem. Mamy jednego bohatera nieudacznika i cały wachlarz superdziewcząt, u których, w tytułowym pensjonacie Hina, nasz bohater trochę wbrew ich woli pomieszkuje.

Drugim czynnikiem składowym pozycji 95. jest śląski, a właściwie nie sam język, ale rzeczy na ten język tłumaczone, które (z całym szacunkiem) brzmią absurdalnie zabawnie (chyba, że są bardzo złe, wtedy brzmią po prostu bardzo źle). Izumi Yoshida (obecnie pani filmowiec), która tę mangę tłumaczyła, jest Japonką, ale urodziła się w Polsce. Język śląski pojawia się mandze dość często, jako że dwie główne bohaterki mówią w dialekcie Kansai, który Izumi przetłumaczyła jako nasz śląski. Efekt? Lots and lots of fun!

Opublikowano

96. Zachód słońca na Marsie

99 najfajniejszych rzeczy

96. Zachód słońca na Marsie

Ziemskie zachody słońca są odrobinę bardziej spektakularne, ale zachód słońca na Marsie rzuca nowe spojrzenie na Czerwoną Planetę, a mianowicie oswaja ją, czy raczej próbuje oswoić, bo z jednej strony uzmysławia nam, że Mars potencjalnie jest miejscem podobnym Ziemi, z drugiej pokazuje, że to miejsce zupełnie inne. Naukowcy nadal nie wiedzą, dlaczego marsjańskie słońce ma niebieskie zabarwienie. Ale nawet bez tego można na Marsie poczuć się obco — marsjańskie słońce jest odrobinę mniejsze od ziemskiego. Poza Marsem, gdzie już odrobinę się zadomowiliśmy, udało nam się jeszcze sfotografować powierzchnię największego księżyca Saturna — Tytana. Rzecz jasna widzieliśmy też słońce z Księżyca oraz ziemskiej orbity. Niemniej jednak czekamy na więcej!

Opublikowano

97. Bańki mydlane

99 najfajniejszych rzeczy

97. Bańki mydlane

Mała rzecz, a cieszy. Te słowa idealnie oddają esencję baniek mydlanych, które poza tym, że rzeczywiście cieszą, są mimo wszystko pozycją dość ambiwalentną, z tego chociażby tytułu, że ludzie nie znają umiaru — bańki mydlane, jeśli już są częścią jakiejś stylistyki, zazwyczaj lądują w photoshopowej tęczowej krainie szczęśliwości, a latem na co drugim rogu można natknąć się na kolesia, który przy pomocy perwersyjnego oprzyrządowania próbuje wyprodukować bańkę rozmiaru małego słonia. A tymczasem istota baniek kryje się w ich prostolinijności — na powierzchni cienkiej błony możemy znaleźć nierzadko nowy wspaniały świat. Ta nienachalna doskonałość baniek nieuchronnie łączy się z ich ulotnym charakterem. Całe szczęście.

Opublikowano

98. Webdriver Torso

99 najfajniejszych rzeczy

98. Webdriver Torso

Niewątpliwie najfajniejszy kanał na YouTube musiał odmeldować się w zestawieniu. Webdriver Torso, zaskakujący różnorodnością (choć nie kształtów, ani tym bardziej nie barw) i ilością upublicznianych materiałów — do lipca pojawiło się na nim ponad 330 tysięcy filmów o długości wahającej się od 11 sekund do 25 minut, subskrybuje ponad 75 tysięcy osób (w tym ja, dwukrotnie!), a wszystkie materiały obejrzano ponad 11 milionów razy. Tajemniczy kanał zawiera niemal wyłącznie (z trzema istotnymi wyjątkami) zmieniające się grafiki czerwonych i niebieskich prostokątów (próbka powyżej). Pierwszy z wyjątków, tmpRkRl85, to jedenastosekundowe wideo, w którego drugiej części gościnnie pojawia się tańczący Rick Astley, drugi, 00014, przedstawia Wieżę Eiffela, podczas gdy trzeci 0.455442373793, który można obejrzeć jedynie we Francji za opłatą 1,99 euro uiszczoną za pomocą francuskiej karty kredytowej, jest odcinkiem amerykańskiej kreskówki dla dorosłych Aqua Teen Hunger Force. To nie przypadek — większość filmów na Webriver Torso w lewym dolnym rogu opatrzonych jest tytułem aqua.flv.

Najbardziej prawdopodobna hipoteza dotycząca Webdriver Torso jest taka, że to obcy próbują skomunikować się z ludzkością za pomocą zrozumiałych dla nich (i dla nas?) symboli. Jedną z poszlak był komentarz zostawiony przez Webdriver Torso — „Matei is highly intelligent”. Gdy przez kilka miesięcy poszukiwania Matei nie przyniosły rezultatów, WT wyznał wreszcie, że „I am Matei”. Co więcej po wpisaniu frazy „webdriver torso” w Googlach, te zaczynają szaleć. Nie bez powodu — Webdriver Torso, niewątpliwie najfajniejszy kanał na YouTube, służy firmie do testowania na bieżąco jakości udostępnianych na platformie filmów. Mimo wszystko głęboko wierzę, że nie wyklucza to wcale hipotezy o wiadomościach od obcych.

Opublikowano

99. Festiwale muzyczne

99 najfajniejszych rzeczy

99. Festiwale muzyczne

Na temat należy spojrzeć ogólnie, ale jednak dość wybiórczo. Z tego też powodu festiwale muzyczne otwierają cykl, zamiast ją wieńczyć. Bo z jednej strony mamy festiwale bardzo archetypiczne — jeszcze kilkanaście lat temu jako pierwszy do głowy przychodził Krajowy Festiwal Piosenki Polskiej w Opolu powołany do życia w atmosferze ogólnej ekscytacji jako impreza muzyki bądź co bądź młodzieżowej w 1963 roku. Dalej był Jarocin, w latach 80. i 90. matecznik polskiego punku, jeden z najbardziej wyrazistych ośrodków kontrkultury czasów PRL-u. Były i inne, ale bardzo odległe czasowo lub terytorialnie (a nierzadko i jedno, i drugie, jak w przypadku legendarnego Woodstocku latem ’69) — nazwą, która pojawiała się jednak najczęściej w charakterze synonimu współczesnej alternatywy było Glastonbury. Polska jednak w ciągu ostatnich dziesięciu lat zmieniła się i w tej materii — od kiedy Open’er wyrósł na naczelną muzyczną imprezę sezonu młodego pokolenia, jak grzyby po deszczu zaczęły pojawiać się kolejne i wachlarz ten z roku na rok rozszerza się we wszystkich kierunkach. Są festiwale plenerowe i festiwale halowe, miejskie i podmiejskie, alternatywne i popularne, jedno- i wielodniowe, skoncentrowane i rozproszone. Nie wspominając nawet o festiwalach jazzowych czy muzyki poważnej, których tradycje organizatorskie nierzadko przebijają nie tylko wspomnianego Open’era, ale i Jarocin, i Opole.

Na festiwalach bardzo często bywa się nie dla samej muzyki i może być to równie fajne, co rozczarowujące, a bywa że i odstręczające. Od festiwalu wszak nierzadko niedaleko do festynu, a wówczas postrzeganie tu i teraz współfestiwalowiczów może ulec diametralnej zmianie. Festiwale mogą być rzecz jasna doświadczane z godnością i bez wysiłku, ale jeśli mówimy o kilkudniowych plenerowych maratonach, brak choćby odrobiny szaleństwa może takiej imprezie odebrać cały urok. Bywa jednak, że urok odebrany zostaje brutalnie np. przez nieoczekiwane załamanie pogody — wtedy przynajmniej jest co wspominać. Ja nigdy nie zapomnę masy gnijącego od upału błota szczelnie wypełniającego pole namiotowe na pamiętnym Open’erze w 2012 roku. Od tego czasu mocne postanowienie każe mi się trzymać od pól namiotowych z dala, przynajmniej na festiwalach — na wszelki wypadek. Ale wtedy też wypiłem najlepsze piwo w życiu — przemoknięty do cna podczas oberwania chmury przed koncertem Mumford & Sons — ciepłego Kamelota z Černej Hory, siedząc w bagażniku samochodu na parkingu festiwalowym. Było warto.

Pozostaje jeszcze kwestia pojęcia i poczucia fajności samych festiwalowiczów, które inaczej kształtować się będzie na Offie czy Open’erze, a inaczej na Wratislavii Cantans czy Warszawskiej Jesieni. Za niejednoznaczności, które jednak dają sporą swobodę interpretacji tematu, miejsce 99.

Opublikowano

Małpa krawężnik

małpa krawężnik trabantem łoskotu
chociażby pustyni na wiele
fortepian młotkiem sznur anarchii obrał
a konwaliami zerkanie
fortuno
odbierać czci sernikom w matni krużganków nie radzę
łapiąc za słowiczy wikt apodyktycznym wspinać się rumieńcem
niebo niezborne lufcikiem umyka
euforio
gamoniem rozkroku naznacz drelichową serenadę zazdrosnej inercji
rożen kopertówek piętrzyć się latawca kameralnym szydłem
odtąd ma musieć
i musić się będzie.

Opublikowano

2014: filmy

Tak samo jak za rok i rok temu podsumowuję filmowo także w tym kontekście podejrzanie fantastyczny rok 2014. Nie biorę jeńców (czyt. dat polskiej dystrybucji kinowej pod uwagę), bo części ciekawych tytułach i tak nie doświadczymy w stałym repertuarze polskich sal.

10. Relatos salvajes

Dzikie historie reż. Damián Szifrón

Współczesna adaptacja zasady, że karma zawsze wraca. Kino skrojone na dzisiejsze czasy — efektowne, wartkie, angażujące.

9. Citizenfour

reż. Laura Poitras

Przerażający! Ogląda się go jak pierwszorzędny thriller.

8. The Duke of Burgundy

Duke of Burgundy. Reguły pożądania reż. Peter Strickland

Estetyczny, intensywny, sensualny bez epatowania nagością, mistrzowsko operuje perspektywą.

7. What We Do in the Shadows

Co robimy w ukryciu reż. Jemaine Clement i Taika Waititi

Rozkoszny! Genialna w swojej prostocie koncepcja absurdalnego mokumentu o wampirach w stylu reality TV i pierwszorzędna realizacja.

6. Magical Girl

reż. Carlos Vermut

Skoncentrowana na szczegółach i pełna niedopowiedzeń wielopoziomowa historia pewnej sukienki. Vermut nie bierze jeńców, układając puzzle z wyobraźni widzów.

5. The Grand Budapest Hotel

Grand Budapest Hotel reż. Wes Anderson

Jakże dopieszczony wizualnie, jakże podkreślony elokwentnym humorem i kreskówkową witalnością! Anderson wie jak zahipnotyzować widza.

4. Inherent Vice

Wada ukryta reż. Paul Thomas Anderson

Gdy w pierwszej scenie weszło w tle „Vitamin C”, nie miałem wątpliwości, że będzie solidnie. Humor, intryga kryminalna, radość kina w czystej postaci. もっとパンケーキ!

3. Boyhood

reż. Richard Linklater

Prosty, pozytywny, ale jednocześnie zupełnie niebanalny film o życiu, którego motorem napędowym i przekleństwem zarazem jest mimowolnie upływający czas.

2. Левиафан

Lewiatan reż. Andriej Zwiagincew

Piękny świat, który sami zniszczyliśmy. Hipokryzja albo paradoks budulcem współczesnego społeczeństwa. Uniwersalny, niebanalny.

1. L’enlèvement de Michel Houellebecq

Porwanie Michela Houellebecqa reż. Guillaume Nicloux

Houellebecq burzy mistyczny portret wielkiego literata, zastępując go mimowolnie przezabawnym antycharyzmatycznym lumpiarstwem. Najlepsza komedia dekady?