Opublikowano

96. Zachód słońca na Marsie

99 najfajniejszych rzeczy

96. Zachód słońca na Marsie

Ziemskie zachody słońca są odrobinę bardziej spektakularne, ale zachód słońca na Marsie rzuca nowe spojrzenie na Czerwoną Planetę, a mianowicie oswaja ją, czy raczej próbuje oswoić, bo z jednej strony uzmysławia nam, że Mars potencjalnie jest miejscem podobnym Ziemi, z drugiej pokazuje, że to miejsce zupełnie inne. Naukowcy nadal nie wiedzą, dlaczego marsjańskie słońce ma niebieskie zabarwienie. Ale nawet bez tego można na Marsie poczuć się obco — marsjańskie słońce jest odrobinę mniejsze od ziemskiego. Poza Marsem, gdzie już odrobinę się zadomowiliśmy, udało nam się jeszcze sfotografować powierzchnię największego księżyca Saturna — Tytana. Rzecz jasna widzieliśmy też słońce z Księżyca oraz ziemskiej orbity. Niemniej jednak czekamy na więcej!

Opublikowano

97. Bańki mydlane

99 najfajniejszych rzeczy

97. Bańki mydlane

Mała rzecz, a cieszy. Te słowa idealnie oddają esencję baniek mydlanych, które poza tym, że rzeczywiście cieszą, są mimo wszystko pozycją dość ambiwalentną, z tego chociażby tytułu, że ludzie nie znają umiaru — bańki mydlane, jeśli już są częścią jakiejś stylistyki, zazwyczaj lądują w photoshopowej tęczowej krainie szczęśliwości, a latem na co drugim rogu można natknąć się na kolesia, który przy pomocy perwersyjnego oprzyrządowania próbuje wyprodukować bańkę rozmiaru małego słonia. A tymczasem istota baniek kryje się w ich prostolinijności — na powierzchni cienkiej błony możemy znaleźć nierzadko nowy wspaniały świat. Ta nienachalna doskonałość baniek nieuchronnie łączy się z ich ulotnym charakterem. Całe szczęście.

Opublikowano

98. Webdriver Torso

99 najfajniejszych rzeczy

98. Webdriver Torso

Niewątpliwie najfajniejszy kanał na YouTube musiał odmeldować się w zestawieniu. Webdriver Torso, zaskakujący różnorodnością (choć nie kształtów, ani tym bardziej nie barw) i ilością upublicznianych materiałów — do lipca pojawiło się na nim ponad 330 tysięcy filmów o długości wahającej się od 11 sekund do 25 minut, subskrybuje ponad 75 tysięcy osób (w tym ja, dwukrotnie!), a wszystkie materiały obejrzano ponad 11 milionów razy. Tajemniczy kanał zawiera niemal wyłącznie (z trzema istotnymi wyjątkami) zmieniające się grafiki czerwonych i niebieskich prostokątów (próbka powyżej). Pierwszy z wyjątków, tmpRkRl85, to jedenastosekundowe wideo, w którego drugiej części gościnnie pojawia się tańczący Rick Astley, drugi, 00014, przedstawia Wieżę Eiffela, podczas gdy trzeci 0.455442373793, który można obejrzeć jedynie we Francji za opłatą 1,99 euro uiszczoną za pomocą francuskiej karty kredytowej, jest odcinkiem amerykańskiej kreskówki dla dorosłych Aqua Teen Hunger Force. To nie przypadek — większość filmów na Webriver Torso w lewym dolnym rogu opatrzonych jest tytułem aqua.flv.

Najbardziej prawdopodobna hipoteza dotycząca Webdriver Torso jest taka, że to obcy próbują skomunikować się z ludzkością za pomocą zrozumiałych dla nich (i dla nas?) symboli. Jedną z poszlak był komentarz zostawiony przez Webdriver Torso — „Matei is highly intelligent”. Gdy przez kilka miesięcy poszukiwania Matei nie przyniosły rezultatów, WT wyznał wreszcie, że „I am Matei”. Co więcej po wpisaniu frazy „webdriver torso” w Googlach, te zaczynają szaleć. Nie bez powodu — Webdriver Torso, niewątpliwie najfajniejszy kanał na YouTube, służy firmie do testowania na bieżąco jakości udostępnianych na platformie filmów. Mimo wszystko głęboko wierzę, że nie wyklucza to wcale hipotezy o wiadomościach od obcych.

Opublikowano

99. Festiwale muzyczne

99 najfajniejszych rzeczy

99. Festiwale muzyczne

Na temat należy spojrzeć ogólnie, ale jednak dość wybiórczo. Z tego też powodu festiwale muzyczne otwierają cykl, zamiast ją wieńczyć. Bo z jednej strony mamy festiwale bardzo archetypiczne — jeszcze kilkanaście lat temu jako pierwszy do głowy przychodził Krajowy Festiwal Piosenki Polskiej w Opolu powołany do życia w atmosferze ogólnej ekscytacji jako impreza muzyki bądź co bądź młodzieżowej w 1963 roku. Dalej był Jarocin, w latach 80. i 90. matecznik polskiego punku, jeden z najbardziej wyrazistych ośrodków kontrkultury czasów PRL-u. Były i inne, ale bardzo odległe czasowo lub terytorialnie (a nierzadko i jedno, i drugie, jak w przypadku legendarnego Woodstocku latem ’69) — nazwą, która pojawiała się jednak najczęściej w charakterze synonimu współczesnej alternatywy było Glastonbury. Polska jednak w ciągu ostatnich dziesięciu lat zmieniła się i w tej materii — od kiedy Open’er wyrósł na naczelną muzyczną imprezę sezonu młodego pokolenia, jak grzyby po deszczu zaczęły pojawiać się kolejne i wachlarz ten z roku na rok rozszerza się we wszystkich kierunkach. Są festiwale plenerowe i festiwale halowe, miejskie i podmiejskie, alternatywne i popularne, jedno- i wielodniowe, skoncentrowane i rozproszone. Nie wspominając nawet o festiwalach jazzowych czy muzyki poważnej, których tradycje organizatorskie nierzadko przebijają nie tylko wspomnianego Open’era, ale i Jarocin, i Opole.

Na festiwalach bardzo często bywa się nie dla samej muzyki i może być to równie fajne, co rozczarowujące, a bywa że i odstręczające. Od festiwalu wszak nierzadko niedaleko do festynu, a wówczas postrzeganie tu i teraz współfestiwalowiczów może ulec diametralnej zmianie. Festiwale mogą być rzecz jasna doświadczane z godnością i bez wysiłku, ale jeśli mówimy o kilkudniowych plenerowych maratonach, brak choćby odrobiny szaleństwa może takiej imprezie odebrać cały urok. Bywa jednak, że urok odebrany zostaje brutalnie np. przez nieoczekiwane załamanie pogody — wtedy przynajmniej jest co wspominać. Ja nigdy nie zapomnę masy gnijącego od upału błota szczelnie wypełniającego pole namiotowe na pamiętnym Open’erze w 2012 roku. Od tego czasu mocne postanowienie każe mi się trzymać od pól namiotowych z dala, przynajmniej na festiwalach — na wszelki wypadek. Ale wtedy też wypiłem najlepsze piwo w życiu — przemoknięty do cna podczas oberwania chmury przed koncertem Mumford & Sons — ciepłego Kamelota z Černej Hory, siedząc w bagażniku samochodu na parkingu festiwalowym. Było warto.

Pozostaje jeszcze kwestia pojęcia i poczucia fajności samych festiwalowiczów, które inaczej kształtować się będzie na Offie czy Open’erze, a inaczej na Wratislavii Cantans czy Warszawskiej Jesieni. Za niejednoznaczności, które jednak dają sporą swobodę interpretacji tematu, miejsce 99.

Opublikowano

Małpa krawężnik

małpa krawężnik trabantem łoskotu
chociażby pustyni na wiele
fortepian młotkiem sznur anarchii obrał
a konwaliami zerkanie
fortuno
odbierać czci sernikom w matni krużganków nie radzę
łapiąc za słowiczy wikt apodyktycznym wspinać się rumieńcem
niebo niezborne lufcikiem umyka
euforio
gamoniem rozkroku naznacz drelichową serenadę zazdrosnej inercji
rożen kopertówek piętrzyć się latawca kameralnym szydłem
odtąd ma musieć
i musić się będzie.

Opublikowano

2014: filmy

Tak samo jak za rok i rok temu podsumowuję filmowo także w tym kontekście podejrzanie fantastyczny rok 2014. Nie biorę jeńców (czyt. dat polskiej dystrybucji kinowej pod uwagę), bo części ciekawych tytułach i tak nie doświadczymy w stałym repertuarze polskich sal.

10. Relatos salvajes

Dzikie historie reż. Damián Szifrón

Współczesna adaptacja zasady, że karma zawsze wraca. Kino skrojone na dzisiejsze czasy — efektowne, wartkie, angażujące.

9. Citizenfour

reż. Laura Poitras

Przerażający! Ogląda się go jak pierwszorzędny thriller.

8. The Duke of Burgundy

Duke of Burgundy. Reguły pożądania reż. Peter Strickland

Estetyczny, intensywny, sensualny bez epatowania nagością, mistrzowsko operuje perspektywą.

7. What We Do in the Shadows

Co robimy w ukryciu reż. Jemaine Clement i Taika Waititi

Rozkoszny! Genialna w swojej prostocie koncepcja absurdalnego mokumentu o wampirach w stylu reality TV i pierwszorzędna realizacja.

6. Magical Girl

reż. Carlos Vermut

Skoncentrowana na szczegółach i pełna niedopowiedzeń wielopoziomowa historia pewnej sukienki. Vermut nie bierze jeńców, układając puzzle z wyobraźni widzów.

5. The Grand Budapest Hotel

Grand Budapest Hotel reż. Wes Anderson

Jakże dopieszczony wizualnie, jakże podkreślony elokwentnym humorem i kreskówkową witalnością! Anderson wie jak zahipnotyzować widza.

4. Inherent Vice

Wada ukryta reż. Paul Thomas Anderson

Gdy w pierwszej scenie weszło w tle „Vitamin C”, nie miałem wątpliwości, że będzie solidnie. Humor, intryga kryminalna, radość kina w czystej postaci. もっとパンケーキ!

3. Boyhood

reż. Richard Linklater

Prosty, pozytywny, ale jednocześnie zupełnie niebanalny film o życiu, którego motorem napędowym i przekleństwem zarazem jest mimowolnie upływający czas.

2. Левиафан

Lewiatan reż. Andriej Zwiagincew

Piękny świat, który sami zniszczyliśmy. Hipokryzja albo paradoks budulcem współczesnego społeczeństwa. Uniwersalny, niebanalny.

1. L’enlèvement de Michel Houellebecq

Porwanie Michela Houellebecqa reż. Guillaume Nicloux

Houellebecq burzy mistyczny portret wielkiego literata, zastępując go mimowolnie przezabawnym antycharyzmatycznym lumpiarstwem. Najlepsza komedia dekady?

Opublikowano

2014

25 najlepszych płyt 2014 roku.

25. The Soundcarriers Entropicalia

bezpośrednia fascynacja space age popem i klasyczną egzotyką z czasów esquivela została tu kompetentnie wpisana w ramy psychodelicznego rocka przy jednoczesnym zachowaniu zaskakująco przebojowych refrenach

24. Millie & Andrea Drop the Vowels

andy stott i miles whittaker odwiedzają dubowe rejony drum & bassu i ponad dwie dekady po narodzinach jungle tworzą jedną z jego najciekawszych odsłon

23. Mac DeMarco Salad Days

leniwy syntezatorowo-gitarowy indie pop w promieniach słonecznej psychodelii

22. Kosmischer Läufer The Secret Cosmic Music of the East German Olympic Program 1972-83 — Volume Two

it’s a hoax! najprawdopodobniej nrd nigdy nie miało sekretnego soundtracku do ćwiczeń swoich olimpijczyków inspirowanego kraftwerk; ale co z tego — to idealny pretekst by w pełnej krasie przywrócić do życia muzykę protoplastów progresywnej elektroniki!

21. Matthew Halsall & The Gondwana Orchestra When the World Was One

naprawdę kompetentny powrót do brzmienia pierwszorzędnego spiritual jazzu spod znaku alice coltrane czy pharoah sandersa

20. Anne Guthrie Codiaeum variegatum

elektroakustyczna amerykańska kompozytorka kreśli intensywny dźwiękowy pejzaż osadzony w mistycznym ogrodzie, daleko od miejskiego trudu i znoju; codiaeum variegatum to z jednej strony płyta zaskakująco przystępna, od progu wciągająca słuchacza do swojego wnętrza, a z drugiej absolutnie niebanalna, momentami wręcz niebezpieczna — zupełnie jak roślina, która dała jej okładkę i tytuł

19. Ariel Pink Pom Pom

ariel pink jest odrobinę odstręczający, ale niezaprzeczalnie ma dobre ucho do popowych melodii, nawet jeśli ubiera je w aranże nie mniej dziwaczne niż on sam; być może jak dotąd najlepsza płyta w jego obszernej dyskografii

18. Todd Terje It’s Album Time

disco zmartwychwstało, a jego nowym mesjaszem todd terje!

17. FKA twigs LP1

fka twigs jest odważna i bezkompromisowa — minimalistyczna produkcja i oszczędna rytmika wraz z oniryczną atmosferą i hipnotyzującym, nieprzewidywalnie prowadzonym wokalem, budują napięcie bez trudu utrzymywane przez całe czterdzieści minut płyty; istotny krok w ewolucji brzmienia i tożsamości r&b i być może najważniejsza płyta nurtu od wydania channel orange franka oceana

16. Francis Harris Minutes of Sleep

duszny klimatyczny house sam sobie kreujący gatunkowy horyzont, kompetentny kolaż dźwiękowy wciągający w swój obieg rozmaite odcienie muzycznej awangardy

15. RSS B0YS N00W

kto by pomyślał, że nad wisłą jesteśmy w stanie tworzyć tak kompetentne industrialne techno? dwuczęściowy klaustrofobiczny liniowo ewoluujący andergrandowy taneczny set

14. Kevin Drumm & Jason Lescalleet The Abyss

najbardziej ekscytujące spotkanie 2014 roku — jason lescalleet, tuz muzyki konkretnej, i kevin drumm, uznany amerykański nojzowiec, stworzyli wspólnie the abyss — dwugodzinną droniczną przeprawę przez wszystkie odcienie współczesnej muzyki eksperymentalnej, naturalnie ze znaczącą przewagą tych mrocznych i do pewnego stopnia niezgłębionych, aż do tytułowej otchłani, po wyjściu z której nic już nie będzie takie samo

13. Nightingale String Quartet Rued Langgaard: String Quartets Vol. 3

duński kwartet nightingale już trzeci rok z rzędu wydobywa na światło dzienne esencję jednego ze swoich najbardziej niedocenionych narodowych kompozytorów — magicznie zawieszonego między duchowością późnego romantyzmu a modernistyczną nieoczywistością rueda langgaarda

12. Vijay Iyer Mutations

ewoluujący w czasie, żywy organizm; iyer miesza i celowo gubi klucze do swojej muzyki, stawiając w równej mierze na pieczołowitą organizację kompozycji, jak i na otwarcie jej ram dla wykonujących ją muzyków — dzięki temu, niezależnie od aktualnie wybrzmiewającego fragmentu, utwór zdaje się oddychać, poruszać i rozwijać się

11. Angles 9 Injuries

wielki muzyczny worek rozmaitych inspiracji — począwszy od reminiscencji złotego okresu jazzowej awangardy, przez zupełnie naturalny w tym przypadku wpływ europejskiej szkoły jazzu, aż po zapożyczenia stylistyczne od współczesnych grup afrobeatowych nade wszystko ceniących sobie prowadzenie atrakcyjnej dla słuchacza linii melodycznej

10. Leon Vynehall Music for the Uninvited

choć vynehall zazwyczaj buduje swoją na ewoluujących zamkniętych loopach, nie boi się żywych instrumentów, które, otwierając jego długogrający debiut, stają się kluczem do zrozumienia zawartej tu muzycznej wizji. z niesamowitą lekkością i naturalnością przychodzi vynehallowi krzyżowanie rozmaitych muzycznych ścieżek pod banderą zaskakująco opływowego house’u

9. Kremerata Baltica / Gidon Kremer Mieczysław Weinberg

jedna z najlepszych kameralnych orkiestr w europie, kremerata baltica, pod okiem swojego założyciela wzięła na warsztat niebanalną selekcję utworów urodzonego w polsce rosyjskiego kompozytora dwudziestowiecznego mieczysława weinberga; z utworu na utwór grupa kreśli portret twórcy coraz pewniejszymi i bardziej wyrazistymi kompozycjami — rozpoczynając od skromnej sonaty skrzypcowej, a następnie poprzez selekcje na składy coraz większe dochodząc do ekspresyjnej dziesiątej symfonii, która, jak na ucznia szostakowicza przystało, góruje nad resztą kompozycji, z rozmachem dopełniając repertuar tego dwupłytowego wydawnictwa

8. Ty Segall Manipulator

ty segall dokonał niemożliwego — nagrał album, na którym każdy z aż siedemnastu utworów mógłby stać się singlem; wierny swoim garażowym korzeniom wziął przykład z zeszłorocznego krążka kolegi po fachu mikala cronina i zamiast rozmieniać się na drobne zainwestował wszystkie swoje siły witalne w płytę, która zredefiniowała jego dotychczasową pozycję w branży

7. Luzmila Carpio Yuyay Jap’ina Tapes

siedemnaście utworów nagranych przed dwudziestoma laty w ramach realizowanego pod okiem unicefu projektu promocji liternictwa wśród ludności quechua; barwna i plastyczna muzyka w niezrównanym wykonaniu luzmily carpio; znakomite świadectwo istnienia bogatego andyjskiego dziedzictwa kulturowego

6. Run the Jewels Run the Jewels 2

killer mike i el-p to być może najlepszy hip-hopowy duet raper-producent od czasu gangstarr; podobnie jak na zeszłorocznym debiucie i pierwszej długogrającej kolaboracji r.a.p. music sprzed dwóch lat, nie ma tu miejsca na przelewki i kompromisy — z płyty na płytę rtj stają się coraz bardziej zadziorni i skłonni do ryzyka; najświeższy brzmieniowo i najbardziej adekwatny hip-hopowy krążek 2014 roku — włączając w to wszelkie postrapowe wynalazki

5. Heinz Holliger, Anita Leuzinger & Anton Kernjak Aschenmusik

poezja

4. Swans To Be Kind

gira i spółka efektywnie wykorzystali kilkunastoletnią przerwę — od tej pory każdy ich kolejny album wydaje się być lepszy od poprzedniego; i to mimo tego, a może właśnie dlatego, że muzyczno-kulturowy kontekst, którym na stałe zdążyli się okryć, można odbierać wyłącznie rozszerzająco; są niczym can przed czterema dekadami — nie porzucają formuły rockowej piosenki, ale wpisują ją w eksperymentalny dźwiękowy kolaż pełen hałaśliwych gitarowych dronów, dzięki czemu to be kind jest nie tyle rewelacyjną płytą, co pełnokrwistym muzycznym doznaniem

3. Ninos du Brasil Novos Mistérios

włoski duet występuje jako brakujące ogniowo między berlinem a rio de janeiro; z wielką wprawą oprawia brazylijską batucadę w przymioty nowoczesnego techno, efektem czego jest niepowtarzalny i wysmakowany krążek

2. The War on Drugs Lost in the Dream

w wielowarstwowo oniryczne indie popowe aranże wpisano tu archetypowe brzmienie heartland rocka, mocno osadzone w stylistyce amerykańskiej prowincji połowy lat 80.; jednocześnie udało się tu osiągnąć budujący kompromis między współczesnymi środkami a klasycznym podejściem do rocka, co zaowocowało niesamowicie satysfakcjonującą płytą, która z jednej strony jako całość kompetentnie wyraża ideę muzyki pop jako sztuki, a z drugiej momentami cechuje się nieskrępowaną przebojowością

1. D’Angelo and The Vanguard Black Messiah

płyta, z którą być może trzeba się oswoić — choć nie każda melodia od razu zapada w pamięć, przy pierwszych odsłuchach słuchaczowi w pełni rekompensują to pieczołowite aranże, a wraz z każdym kolejnym — narastające poczucie satysfakcji obcowania z pierwszorzędnym projektem muzycznym; black messiah to jambandowy, osadzony głęboko w funkrockowych i neo-soulowych fundamentach komentarz społeczno-politycznej kondycji dzisiejszego świata i długo wyczekiwany revival świadomego soulu

Opublikowano

2014: piosenki

25 najlepszych piosenek 2014 roku.

25. After School, „Shh”

piękne koreanki na swoim drugim japońskojęzycznym krążku pokazują reszcie świata jak robić pierwszorzędny taneczny pop

24. Kindness, „This Is Not About Us”

oniryczna triphopowa kołysanka oparta na niebanalnych jazzowych samplach i ujęta w metaliczny bit

23. Young Fathers, „Get Up”

hymniczne electro okraszone plemienną rytmiką i nade wszystko freakowym podejściem do materiału spod znaku blackalicious

22. Lake Street Dive, „Rental Love”

organiczna ballada mieszająca ze sobą country i gospel najwyższej próby, a przywodząca na myśl najlepsze momenty późnych dixie chicks

21. Röyksopp & Robyn, „Do It Again”

nadzwyczaj udana redefinicja brzmienia szwedzkiej piosenkarki i norweskiego duetu — doskonale wyprodukowany electropopowy banger

20. Prince, „Funknroll”

hiphopowy bit, funkowy sznyt, rockowa energia, a wszystko podszyte nowoczesnym soulem i zaskakująco współcześnie brzmiącą elektroniką — najlepszy numer księcia od czasu „black sweat” z 2006 roku

19. Mastodon, „The Motherload”

tak bezpośrednio przebojowo jak w „the motherload” mastodon nie brzmiał jeszcze nigdy — świdrujące, wielowarstwowo ułożone stonerowe gitary budujące kawałek sprawiają wrażenie psychodelicznego wiru, zupełnie takiego jak w czołówce jednego z filmów hitchcocka

18. Weezer, „cleopatra”

weezer w formie — grupa przypomniała sobie jak grać na gitarach i pisać perfekcyjnie przebojowe, a zarazem nienachalne refreny, a robią to przy tym z takim urokiem, jakby znów mieli po dwadzieścia lat

17. Andy Stott, „Violence”

kolejny krok w świadomej kreacji nawet bardziej klaustrofobicznego brzmienia — przejmująca duszna ballada ze względu na nietuzinkowe podejście do melodyki plasująca się w pół drogi między dub techno a mechanicznie minimalistyczną jazzową awangardą

16. East India Youth, „Dripping Down”

w najbardziej przestrzennym numerze na swoim tegorocznym krążku east india youth na swój sposób wskrzesza ducha animal collective — przełamując „dripping down” na dwie części, bawi się brzmieniem i konwencją

15. The Delines, „Colfax Avenue”

poruszająca historia trącająca te same struny muzycznej wrażliwości, co najlepsze kompozycje nurtu nashville sound przełomu lat 60. i 70.

14. Iceage, „The Lord’s Favorite”

pod punkowym płaszczem znajdziemy silnie countrujący rytm i bluesowego ducha skrzętnie inwigilującego każdy zakątek utworu — całość podkreśla błądzący w ekspresyjnym transie wokal eliasa bendera rønnenfelta

13. Taylor Swift, „Shake It Off”

„haters gonna hate”, ale to taylor swift po raz kolejny jest górą; jej popowy debiut zaakcentował wszystko to, co w jej muzyce najlepsze — szczerość, młodość i spontaniczność

12. Kiesza, „Hideaway”

kanadyjskiej piosenkarce udało się bezbłędnie połączyć nową brytyjską scenę house’ową z możliwie najciekawszymi muzycznymi zabiegami europejskiego eurodance’u i zamknąć całość w niezwykle chwytliwej popowej piosence

11. Michael Jackson, „Love Never Felt So Good”

jeden z najlepszych utworów w katalogu jacksona nareszcie doczekał się oficjalnej wersji; uwspółcześniony aranż timbalanda nie tylko nie ujmuje wokalom jacksona magii, ale podkreśla atmosferę przełomu lat 70. i 80., jednocześnie nie trącając myszką; tytuł mówi wszystko — takiego jacksona słucha się wyłącznie z rozkoszą[/color][/font][/align]

10. Run the Jewels feat. Zack de la Rocha, „Close Your Eyes (And Count to Fuck)”

sampel roku! rage against the machine 2.0 — killer mike i el-p w towarzystwie zacka de la rocha nawet głębiej zanurzają się w hardkorową stylistykę; dzięki talentowi i wyczuciu po raz kolejny ratują hip hop przed nudą i banałem

9. Casualties of Cool, „Daddy”

mistrz progresywnego metalu devin townsend z wokalną pomocą ché aimee dorval przenosi country na kolejny poziom — nie tylko udowadnia, że wyciągnięcie gatunku z brzmieniowej sztampy nie jest niczym trudnym, ale z powodzeniem kreuje jego jak najbardziej dream popową odsłonę; motoryczny bit zawadiacko trącający najsłynniejsze kowbojskie przeboje johnny’ego casha z powodzeniem został tu wpisany w iście oniryczną atmosferę

8. iLoveMakonnen feat. Drake, „Tuesday”

nieoczekiwany komercyjny sukces „tuesday” nikomu nieznanego wcześniej piosenkarza to tylko w połowie zasługa gwiazdorskiego featuringu. podobnie jak zeszłoroczne „we can’t stop” miley cyrus numer jest swoistym manifestem młodego pokolenia; zmęczony codziennością raper niezdarnie i leniwie dobiera kolejne słowa, nieświadomie malując dobitny obraz nowej podmiejskiej generacji — pracowników supermarketów, stacji benzynowych, restauracji szybkiej obsługi

7. Merchandise, „Enemy”

w najbardziej nieoczywistym z nieoczywistych przebojów minionego roku w kreacji statycznej a jednocześnie dynamicznej muzycznej tkanki merchandise bez trudu dorównują mistrzom z joy division; carson cox nie mniej enigmatyczny niż swego czasu ian curtis romansuje przy tym z morrisseyowską manierą, co dodatkowo podkreśla jangle popowe brzmienie numeru

6. Beyoncé, „7/11”

beyoncé nie musi już nikomu udowadniać, że jest pierwszorzędną wokalistką z charakterem i wizją swojej muzyki dalece wykraczającą poza zdobywanie kolejnych szczytów list przebojów i wbrew logice właśnie „7/11” jest możliwie najlepszym odzwierciedleniem takiego stanu rzeczy; piosenkarka miesza trapowy sznyt z minimalistycznym południowym rapem spod znaku migos i w przerysowanym dalece poza granice rozsądku, ultravocoderowym, trashowym stylu bez najmniejszego wysiłku kreuje kolejną odsłonę swojej scenicznej persony, a wraz z nią trendy we współczesnym postmodernistycznym rapie

5. QT, „Hey QT”

kwintesencja muzycznego dziedzictwa „barbie girl” — panegiryk i pastisz w jednym; pstrokata, ale jakże ujmująca wizytówka nurtu bubblegum bass

4. D’Angelo & The Vanguard, „1000 Deaths”

awangardowo podporządkowany obłędnej rytmice „1000 Deaths” zachwyca nie tylko wielopoziomowym brzmieniem i natchnionym refrenem, ale także nieoczywistym, zaangażowanym politycznie tekstem

3. Röyksopp & Robyn, „Monument (The Inevitable End Version)”

dziesięciominutowe progresywne downtempo zmienione w agresywny electrohouse’owy banger; zgodnie z tytułem utwór-pomnik, ślad, wizytówka kilkunastoletniej kariery norweskiego duetu

2. Ben Khan, „Youth”

ben khan, akcentując dokładnie te same muzyczne odcienie, z których swoją wizję muzyki ulepił przed laty jai paul, stworzył zniewalającą fuzję współczesnego rhythm & bluesa i niezależnej elektroniki; pieczołowicie, ale nie sterylnie wyprodukowane „youth” ma wszystkie atrybuty singla roku — interesującą melodię, mnóstwo charakteru, znakomity warsztat wokalny, wyczucie i, co bardzo istotne, muzyczną konsekwencję

1. The War on Drugs, „Red Eyes”

kompromis między współczesnością a klasycznym rockiem, swobodną przebojowością a równie lekko i ekspresyjnie nakreślonym elementem sztuki w muzyce popularnej; archetypowe brzmienie heartland rocka podane w neo-psychodelicznym sosie

Opublikowano

Odrodzenie Czarnego Mesjasza

D’Angelo nie tylko wydał właśnie zapowiadany i wypatrywany od wielu lat nowy album. Przede wszystkim pokazał, że nadal ma pomysł na swoją muzykę i jednoznacznie udowodnił niedowiarkom, że warto było na niego czekać.

Black Messiah jest naturalną kontynuacją muzycznej i tematycznej ścieżki wytyczonej przez D’Angelo już w połowie lat 90., a przypieczętowanej być może najważniejszym soulowym krążkiem minionego dwudziestolecia — VooDoo. To płyta, która z jednej strony wyrosła z osobistych perypetii artysty, a z drugiej z masowych protestów, które w ostatnich latach w różnych miejscach na świecie coraz częściej sygnalizują brak społecznej zgody na niesprawiedliwe traktowanie i nadużycia, których dopuszcza się władza. Czy to Kijów, Egipt, Ferguson czy nowojorskie Wall Street — motywy i okoliczności mogą być różne, ale cel jest jeden — zostać usłyszanym. Black Messiah to jambandowy, osadzony głęboko w funkrockowych i neo-soulowych fundamentach komentarz społeczno-politycznej kondycji dzisiejszego świata. Długo wyczekiwany revival świadomego soulu.

I chociaż, czy jeśli chodzi o timing, czy o sposób wydania materiału, porównanie z zeszłorocznym krążkiem Beyoncé wydaje się nieuchronne, w rzeczywistości Black Messiah ma więcej wspólnego z głośnym powrotem My Bloody Valentine, który, podobnie jak oba wspomniane albumy, w lutym minionego roku został udostępniony przez internet bez jakiejkolwiek wcześniejszej akcji promocyjnej . Poza efektownym (i, jak się okazuje, także efektywnym) sposobem wydania płyty z dnia na dzień, MBV i Black Messiah łączy jednak jeszcze przynajmniej kilka innych cech — oba wydawnictwa były oczekiwane przez fanów od wielu lat, oba musiały zmierzyć się z legendarnym statusem swoich poprzedników (odpowiednio — Loveless i VooDoo), aż wreszcie — oba zostały nagrane na ich kanwie, jednocześnie znacząco wychodząc poza dawny kontekst.

Black Messiah niewątpliwie opiera się w dużej mierze na stylu, który D’Angelo wypracował z kolektywem Soulquarians półtorej dekady temu. Nie może być jednak mowy o próbie odtworzenia koncepcji VooDoo, które, choć podobne brzmieniowo, było albumem zdecydowanie odmiennym charakterologicznie — w dużym uproszczeniu — nieoczywistym chilloutowym krążkiem na upalną, czarną jak smoła noc. Tymczasem naturalne otoczenie Black Messiah jest zupełnie inne. Silniejsze niż kiedykolwiek u D’ wątki polityczne nie pozostają bez wpływu na samo brzmienie płyty. Raczej funkrockowa aniżeli hip-hopowa energia, aranże podszyte psychodelią i niepokojem oraz zauważalne raz po raz zamiłowanie do szeroko pojętego eksperymentatorstwa plasują album gdzieś pomiędzy New Amerykah Part One (4th World War) Eryki Badu a In the Jungle Groove Jamesa Browna. Podejście do instrumentalizacji i funkowa dusza projektu budzą natomiast naturalne skojarzenia z Parliament-Funkadelic, także za sprawą Kendry Foster, wokalistki P-Funk All-Stars, która współtworzyła większość tekstów na krążku.

Skrupulatnie przeanalizowawszy dyskografię D’Angelo, można dojść do jednego wniosku — Black Messiah stanowi naturalną ewolucję brzmienia, które przez ostatnie dwie dekady stopniowo zarysowywało swój charakter — pożyczając kolejne detale od najlepszych postaci XX-wiecznej muzyki — począwszy od oczywistych nawiązań do Prince’a, przez groove wspomnianego Jamesa Browna, kunszt wokalno-interpretatorski wielkich soulowych klasyków lat 60. i 70., koncepcję koherencji stylistyczno-tematycznej Marvine’a Gaye’a, aż po wyrazistość artykulacji Milesa Davisa. To wszystko uważny słuchacz mógł znaleźć już na debiutanckim Brown Sugar z 1994 roku, ale dopiero na VooDoo ta wybuchowa mieszanka inspiracji zakwitła pełnią barw, by następnie dojrzeć wraz z osobistymi doświadczeniami artysty i kilkanaście lat później przybrać kolejną kunsztowną formę — Black Messiah. To zresztą zdumiewające — jeśli przeniesiemy się o dwadzieścia lat wstecz do debiutanckiego singla D’Angelo i prześledzimy punkt po punkcie całą jego dyskografię aż do ostatniego numeru z wydanego przed kilkudziesięcioma godzinami nowego krążka, odkryjemy, że właściwie pozbawiona jest słabych punktów.

Rzeczą niewątpliwie charakterystyczną dla Black Messiah, a obecną także w części wcześniejszych nagrań D’Angelo, jest z jednej strony zbudowanie przestrzennego brzmienia skrzącego się wielością żywych instrumentów, nakładających się na siebie wokali i psychodelicznych efektów, a z drugiej — zachowania surowego, momentami wręcz pierwotnego, a przez to naturalnego i paradoksalnie na swój sposób harmonijnego, charakteru materiału. Doskonale uwidacznia się to w silnie uporządkowanym rytmicznie „1000 Deaths”, ale w różnym stopniu daje się zauważyć w każdym z pozostałych jedenastu nowych utworów. Muzyka D’Angelo ma jednak jeszcze jedną bardzo istotną cechę — nieoczywistość. W bogactwie swoich detali kompozycje zazwyczaj są rozmyte aranżacyjnie, a niekiedy również i melodycznie, co nadaje im wielowymiarowego charakteru. Z każdym kolejnym odsłuchem uwaga słuchacza zwraca się w stronę innych elementów. To płyta, z którą być może trzeba się oswoić — choć nie każda melodia od razu zapada w pamięć, przy pierwszych odsłuchach słuchaczowi w pełni rekompensują to pieczołowite aranże, a wraz z każdym kolejnym — narastające poczucie satysfakcji obcowania z pierwszorzędnym projektem muzycznym.

Współczesnemu odbiorcy, wychowanemu na muzyce elektronicznej i przyzwyczajonemu do komputerowej obróbki dźwięku, być może trudno będzie uwierzyć, że Black Messiah zostało w całości nagrane i złożone analogowo. Także między innymi dzięki temu zabiegowi brzmienie płyty jest głębokie i ciepłe — zupełnie jak na wspominanym już wielokrotnie VooDoo. Zresztą pierwszy opublikowany utwór z płyty, miłosny jam „Sugah Daddy”, być może najbardziej singlowy fragment Black Messiah, równie dobrze mógłby zostać wydany przez D’Angelo właśnie przed czternastoma laty — czy to ze względu na charakterystyczny pianinowy motyw, czy nie mniej jednoznacznie kojarzoną z brzmieniem Soulquarians trąbkę Roya Hargrove’a. Do latynoskiego klimatu, wcześniej zaszczepionego w „Spanish Joint”, odwołuje się natomiast „Really Love”, inny jasny punkt nowego albumu, znany najwierniejszym fanom w nieukończonej wersji, która trafiła do sieci przed siedmioma laty, teraz podszyty subtelną aranżacją smyczkową, jakby pożyczoną z solowego debiutu Curtisa Mayfielda. Z kolei inny internetowy leak awangardowo wręcz podporządkowany obłędnej rytmice „1000 Deaths” zachwyca nie tylko wielopoziomowym brzmieniem i natchnionym refrenem, ale także nieoczywistym, zaangażowanym politycznie tekstem — „Because a coward dies a thousand times / But a soldier only just dies once”. Podobną tematykę porusza następujące bezpośrednio później „The Charade”, które chociaż brzmi zdecydowanie bardziej łagodnie i zdaje się przypominać dokonania Prince’a z drugiej połowy lat 80., jest być może nawet bardziej wymowne lirycznie — „All we wanted was a chance to talk / ‚Stead we only got outlined in chalk” — rozpoczyna refren D’. Uwagę przyciąga także „Prayer” — nieprzypadkowa w kontekście całego albumu wariacja na modlitwie „Ojcze nasz” zestawiona z niepokojącym, odrobinę dziwacznym bitem przywodzącym na myśl niektóre podkłady z wczesnego okresu działalności duetu Outkast.

A to jedynie niewielki wycinek artystycznego spektrum Black Messiah. Albumu, który pokazał, że D’Angelo nadal ma pomysły na swoją muzykę, a w dodatku wciąż potrafi znakomicie przełożyć je na konkretne dźwięki. Albumu, który udowodnił niedowiarkom, że warto było czekać na niego przez całych czternaście lat.

Oryginalnie tekst ukazał się w serwisie Soulbowl