Opublikowano

Upiorny twist

twist-600x400

Nie wybieram się dzisiaj co prawda w tournee po okolicy, by dręczyć niczemu winnych ludzi prośbami o cukierki, ale myślę, że nie pogardzę seansem jakiegoś prawdziwie upiornego filmu. By jednak wcześniej wprawić się w nastrój, na łamach Soulbowl.pl przygotowałem odpowiednio upiorną muzyczną selekcję w kształcie 10 hajlatów i 30 wcale nie gorszych niehajlajtów.


10. G-Eazy featuring Jeremih, „Saw It Coming”

„Ghostbusters” Raya Parkera Jra nie da się niczym zastąpić, więc nazywanie „Saw It Coming” promującego tegoroczny remake Pogromców duchów następcą legendarnego motywu byłoby srogim nadużyciem. Nie zmienia to jednak faktu, że „Saw It Coming” to kawałek solidnego radiowego popu z obłędnym refrenem Jeremiha mocno nawiązującym do R&B w stylu późnego Michaela Jacksona. Na pytanie „Who you gonna call?” G-Eazy i Jermih odpowiadają „I bet you never saw it coming” — i rzeczywiście mają rację.

*

9. Gnarls Barkley, „The Boogie Monster”

Aloe Blacc ma dolara w kieszeni, a Cee Lo Green — potwora w szafie, przynajmniej jeśli wierzyć deklaracjom z refrenów ich piosenek. Danger Mouse od zawsze lubował się w serwowaniu mrocznych motywów w gęstych aranżach — z jednej strony mocno osadzonych na hip-hopowych fundamentach, z drugiej zaś bezsprzecznie czerpiących z upiornego twistu lat 60. Jednym z kulminacyjnych momentów tego chwytliwego stylu był wydany w 2006 roku krążek St. Elsewhere, na którym wespół z Cee Lo z retrosoulu i oldschoolowego funku wyczarowali prawdziwie diaboliczne muzyczne przedstawienie.

*

8. Gorillaz featuring Del the Funky Homosapien, „Clint Eastwood”

Czy tylko ja nigdy nie wierzyłem Damonowi Albarnowi śpiewającemu w „Clint Eastwood” apatycznym głosem, że jest szczęśliwy i ma torbę pełną promieni słonecznych? Moją niepewność potęgował przeraźliwy syntezatorowy motyw wybijający się raz po raz ponad klasyczny triphopowy bit. Sytuacji nie poprawiał też Del the Funky Homosapien, który charyzmatycznymi (czyt. demonicznymi w nieco kreskówkowy sposób) zwrotkami doskonale dopełnia hipnotyczny refren Albarna.

*

7. Nosowska, „Puk puk”

Jeśli sądziliście, że w polskiej muzyce nie mieliśmy swoich własnych upiornych momentów, to najwyższy czas zweryfikować ten pogląd. Tytułowy utwór z wydanego przed 20-ma laty triphopowego debiutu Kasi Nosowskiej mógłby służyć za model, jak zręcznie budować grozę w muzyce pop. Mamy plemiennie pulsujący bit, wiatr wygwizdujący na skraju fałszu straszliwą melodię i opartą na na pomyśle z filmu Dzieco Rosemary porażającą kołysankę. Atmosfery horroru dopełniają szczere wyznania Nosowskiej, która nie ukrywa tego, że jest przerażona i nie zawaha się wciągnąć słuchacza do swego pogrążonego w mroku świata.

*

6. OutKast featuring Killer Mike, „Bust”

W dyskografii OutKast można by co prawda znaleźć kilka utworów bardziej bezpośrednio tekstowo nawiązujących do Halloween — z humorystycznie traktującym o problemach matrymonialnych najsłynniejszego wampira w historii „Dracula’s Wedding” na czele. Ze świecą szukać natomiast piosenki dorównującej „Bust” z wydanego w 2003 roku Speakerboxxx/The Love Below szeroko pojętą upiornością na poziomie aranżacji. Zanim na dobre zrywa się potworna nawałnica Big Boi ostrzega, że siódma pieczęć właśnie została zerwana, a duchy i gobliny błądzą wolno po Ziemi. Część z nich zaangażował zresztą najpewniej do majakowego chóru przyprawiającego żywych o dreszcze przez cały burzliwy przebieg utworu.

*

5. Screamin’ Jay Hawkins, „I Put a Spell on You”

VooDoo D’Angelo może i czarowało słuchaczy, ale z prawdziwym voodoo miało niewątpliwie niewiele wspólnego. W tym kontekście dużo większą moc mają zaklęcia rzucane przez Jaya Hawkinsa w klasycznym „I Put a Spell on You”, które doczekało się bezliku coverów i do dziś pozostaje adekwatnym elementem zachodniej popkultury. Żadna z reinterpretacji nie dorównywała jednak ekspresją wydanemu w listopadzie 1956 roku oryginałowi. Ta niesławna bluesowa ballada zapewniła nieznanemu wcześniej szerszej publiczności Hawkinsowi nieśmiertelność i dołożyła swoje trzy grosze do mojej upiornej plejlisty.

*

4. Nick Cave & The Bad Seeds, „Red Right Hand”

Także Nick Cave zbudował jeden ze swoich gotyckich przebojów na bazie upiornego twistu i złowrogo dmiącego w tle wiatru. Pierwotnie wydane w 1994 roku na płycie Let Love In „Red Right Hand” dwa lata później nie bez powodu zostało wybrane jako temat sagi filmowej Krzyk. Cave jednak nie krzyczy — jako narrator oszczędnie dozuje emocje w historii, która bierze swój tytuł z poematu łączonego niegdyś z satanizmem Johna Miltona, ale rozwija się co najmniej jak opowiadanie Stephena Kinga.

*

3. The Weeknd, „House of Balloons”/”Glass Table Girls”

„House of Balloons”/”Glass Table Girls” podwójny hajlajt z debiutanckiego mikstejpu The Weeknd brzmi może bardziej jak bliskie spotkanie trzeciego stopnia z istotami pozaziemskimi, aniżeli z wesołym diabłem, ale bardzo trudno odmówić mu przepełnionego ciemną materią gęstego klimatu, kóry można by ciąć nożem. Po części dlatego, że muzyk pożyczył potwornie przebojowy refren od Siouxsie & The Banshees, ale także dzięki wkładowi własnemu — okalającym melodię mrocznym syntezatorom i zdumiewająco przestrzennej produkcji.

*

2. Run the Jewels, „Oh My Darling Don’t Meow (Just Blaze Remix)”

Po zeszłorocznej premierze kociego arcydzieła nic nie będzie już takie samo. Nie duchy, wampiry czy zombie, a koty stoją za mrocznym i psychotycznym brzmieniem Meow the Jewels. Kocia paranoja jest zresztą ewidentnym lajtmotiwem hitowego „Oh My Darling Don’t Meow” w znakomitym remiksie Just Blaze’a, który dzięki zaprzęgnięciu w bit hipnotycznych kocich sampli wykreował klimat grozy niczym nieustępujący „Thrillerowi” Michaela Jacksona.

*

1. Michael Jackson, „Thriller”

Nastoletnie uwielbienie klasycznego kina grozy, fascynacja nieprzeniknionymi, strasznymi, tajemniczymi historiami to punkt wyjścia do koncepcyjnego przeboju Michaela Jacksona — być może najbardziej utytułowanej okołohalloweenowej piosenki w historii muzyki popularnej. Jackson z Rodem Tempertonem zawarli w niej bowiem typową dla amerykańskich slasherów naiwność, a ejtisowe syntezatory połączone z galerią klasycznych dźwiękowych efektów — od wyjącego psa po skrzypiące drzwi — dodały do utworu odrobinę nieodzownego w tym wypadku kiczu. Całości dopełnił niezastąpiony mistrz horroru Vincent Price w roli narratora, którego głos przyprawiać może o ciarki. Panie, panowie, prawdziwy thriller!


Opublikowano

Czy to blond, czy to blond, czy to blond, czy to blond-blond?

Długo oczekiwany następca Channel OrangeBlonde Franka Oceana zaskakuje nie tyle rozmyślną formą wydania, ale samym brzmieniem. Ocean nie tylko nie wyszedł naprzeciw oczekiwaniom fanów, ale mając w pamięci zaledwie szkice swoich poprzednich projektów, napisał się zupełnie od nowa, serwując słuchaczom nieprzewidywalny godzinny trip, dzięki któremu po raz kolejny udało mu się dołożyć cegiełkę do dynamicznie rozwijającego się brzmienia i charakteru nowego świadomego R&B.

Też właśnie dlatego Blonde przy pierwszym odsłuchu stanowi dla słuchacza pewne wyzwanie — już począwszy od rozpoczynającego krążek singlowego „Nikes”, które przetworzonym, mocno spitchowanym wokalem uderza w te same tony, co nieszczęsny początek współtworzonego przez Oceana „My Willing Heart” z ostatniej płyty Jamesa Blake’a. „Nikes” ma jednak nad kompozycją Blake’a tę przewagę, że nie wybija z nastroju, ale go tworzy i wprowadza — niezręczność pierwszych sekund dzięki jednej z bardziej chwytliwych melodii na krążku szybko przekuwa w zainteresowanie. Ocean zaczyna od mocnego stylistycznego manifestu wprowadzającego niczego niedomyślającego się jeszcze słuchacza w swoją wizję post-muzyki. A to dopiero początek. Poczucie obcości powoduje jednak nie tyle (a przynajmniej nie tylko) produkcyjna ornamentacja, ale częściowe odrzucenie prostej piosenkowej struktury refren-zwrotka-refren na rzecz wolniejszej i mniej uporządkowanej formy, co siłą rzeczy wpływa mocno na i tak chwiejne odczucie melodyki na Blonde. Jednocześnie taki sposób pisania i wykonawstwa piosenek sprawia wrażenie bardziej naturalnego i równoważy produkcyjne wybiegi poczuciem bliskości i spontaniczności.

Koncepcja półrefrenów powścibianych gęsto w ewoluującą, mieniącą się niekiedy awangardą tkankę to z pewnością nie to, czego słuchacze i krytycy spodziewali się po Oceanie — z początku rzecz może wydać się odstręczająca, zwłaszcza jeśli przygotujemy ucho na wykrycie pierwszoligowego singla, którego niestety na tym albumie najpewniej wyłowić się nie da. Ocean rozkłada jednak ciężar płyty równo pomiędzy wszystkie utwory — podczas gdy Channel Orange było krążkiem kilku niesamowicie silnych punktów wpisanych w klimatyczną, ale jednak mimowolnie zmarginalizowaną resztę, obcowanie z Blonde budzi zupełnie inne konotacje. Artysta rozwija tu kreowany konsekwentnie od debiutanckiego Nostalgia, Ultra z 2011 roku koncept płyty-opowieści zrealizowanej w ryzach szeroko (jak na płytę pop) wykorzystanej muzyki konkretnej i związanej z nią intertekstualności na pierwszym froncie.

Pomimo tego Blonde jest jednak nawet bardziej intymny i kameralny niż Channel Orange — trochę na wzór płyt Elliotta Smitha, choć rzecz jasna przy wykorzystaniu zupełnie innych środków. Tym samym Ocean po raz kolejny wprowadza R&B na inny poziom — z wielu pozornie chaotycznych półpiosenek i interludiów buduje wstrząsający psychotyczny trip — ułożony w tym samym tonie co tegoroczny krążek Kanyego Westa (przy przywiązaniu większej uwagi do niuansów i detali). To model, który być może (czas pokaże) zaowocuje wyodrębnieniem się post-R&B, które przesunie jeszcze dalej transgresywne zapędy gatunku niż ukonstytuowane w obecnej formie alt R&B. Blonde dla Channel Orange i współczesnego R&B jest tym, czym The Age of Adz Sufjana Stevensa było względem jego Illinoise — świadectwem świadomej, ale wykorzystującej element zaskoczenia i paradoksu ewolucji brzmienia skutkującej przeniesieniem własnej twórczości na nowy poziom przy jednoczesnym zachowaniu charakteru i emocjonalnej otwartości cechujących dotychczasowy dorobek.

Trudno co prawda wyrwać Blonde z kontekstu towarzyszącemu premierze płyty — uwagę mediów po raz kolejny przyciągają poszlaki o życiu osobistym Oceana, a wszystko solidnie doprawiają kontrowersje wokół odejścia piosenkarza z Def Jam i znalezienie się płyty w centrum coraz bardziej doskwierającej słuchaczom wojny streamingowej. Blonde to zresztą kolejna z wielu w ostatnich latach płyt z nurtu hip hop/R&B roztaczająca wokół siebie nieco na wyrost artystowską oprawę, co nie pomaga szczeremu i bezpretensjonalnemu podejściu do materiału. Jeśli jednak potraktujemy piętrzące się kontrowersje w kategoriach stricte marketingowych, oddzielając je od muzyki grubą kreską, dotrzemy być może do klaustrofobicznego jądra nowej kreacji Oceana — portretu człowieka przytłoczonego i zagubionego we współczesnym świecie, który nie potrafiąc już myśleć i poruszać się w liniach prostych, zaczyna krążyć naokoło, walczyć z wiatrakami w rzeczywistości będącymi odzwierciedleniem własnych lęków, słabości, ale i marzeń czy dążeń.

I tak oto Frank mógłby pisać piękne klasyczne, bezpośrednie R&B, ale z jakiegoś powodu nie chce lub nie potrafi. W tym nagięciu schematu, groteskowym wykrzywieniu kameralnie przecież zaaranżowanych melodii, upstrzeniu ich rozlicznymi ozdobnikami, odtworzeniu kreatywnego i życiowego sztormu tkwi największa siła Blonde — paradoksalna, to prawda, ale ujmująca skrytą w głębi niewinnością, może nawet bezradnością wobec nawet nie tyle przytłaczającego świata zewnętrznego, co siebie samego. Ocean zdaje sobie sprawę z drzemiących w nim sprzeczności i nad wyraz trafnie oprawia je muzyką. Rewiduje utraconą na zawsze młodość w intymnie neo-gitarowym „Ivy”, zestawia depresję i uzależnienie z kontrastująco beztroską melodyjnością „Nights”, przepisuje klasyczne „Close to You” Bacharacha na bit, autotune i garść słodko-gorzkich refleksji, wreszcie — ukrywa Beyoncé w chórkach zwiewnego i posępnego jednocześnie współczesnego walczyka w „Pink + White”. Wychodzi w tym wszystkim daleko poza schematy wciąż obowiązujące w R&B — zarówno tekstowo, jak i muzycznie podejmuje ryzyko, po raz kolejny przecierając nieodkryty dotąd szlak.

Oryginalnie tekst ukazał się w serwisie Soulbowl.

Opublikowano

どちらですか: bubblegum ✕ avantgarde

Wszystko, co w muzyce lubię najbardziej, czyli przesada i dyspersja. Na wpół taneczny パーティー・ミックス przygotowany na okoliczność wczorajszej audycji Wolny Wybór w Radiu LUZ. Godzina ciągnącej się gumy balonowej solidnie zaprawionej awangardą. W rolach głównych m.in. pół londyńskiej sceny bubblegumbassowej, wizjonerzy post-shibuya-kei, japońscy noiseowcy, Whitney Houston w objęciach Deafheaven. Nieważne dokąd, ważne którędy!

Opublikowano

Koniec lata

Koniec lata

Joaquín Sorolla y Bastida, Południe na plaży Walencji

Myślę, że to zupełnie naturalne, że ludzie nie lubią, gdy kończy się lato. Oto znowu, czasem bez żadnego uprzedzenia, wydziera im się kwiaty z jaśniejących od słońca włosów i odbicie bezchmurnego nieba z przyciemnianych szkieł okularów. Inna sprawa, że sam to rabowanie lata — swoiste poczucie powolnego nieuchronnego nastawania chłodnego świtu po upalnej wyciśniętej do ostatniej kropli soczystej nocy — uwielbiam ponad wszystko. Słodki zapach zbieranej w promieniach porannego słońca kapusty, cebuli i dyni, klucz dzikich gęsi przecinających pomazane jakby naprędce przez pierzaste chmury niebo, moczące korzenie w przydrożnym rowie rosnące nieopodal wciąż jeszcze zielone wierzby, cienka nić pajęcza oplatająca gałęzie jałowca kołyszące się pod podmuchem chłodnego jesiennego wiatru i górujące nad całym tym krajobrazem ogrzewające skórę słońce — być może w tym roku już po raz ostatni. Do drzwi pukają powoli szaruga i słota, na horyzoncie gromadzą się chłód i ciemność tak dojmujące, że za kilka tygodni nikt już nie uwierzy, że wiosna może jeszcze kiedykolwiek nadejść.

Ale cykl nieubłaganie się powtarza, nie zważając na życzenia i przekonania żyjących w nim ludzi. Za rok będziemy o rok starsi, lato — mniej beztroskie, a zima ubierze nas pragmatycznie w za grube kalesony. Mimo wszystko co roku wyczekuję końca lata, by przez tę krótką chwilę, zręcznie wciśniętą między letnim skowronkiem a jesienną melancholią, zapomnieć się na chwilę, otworzyć szerzej oczy i z dziecięcą wręcz fascynacją pochylić nad ulotnością misternej konstrukcji otaczającego nas świata. Jest w tym wszystkim iskierka mistycyzmu, odrobina poezji i słuszna część codziennej prozy. Warto jednak po tę iskierkę zanurkować.

W zamianie prozy w poezję nieodmiennie pomaga muzyka — niekoniecznie dobitnie akcentująca samo fin d’été; raczej podkreślająca ulotność chwili, taka przez którą promienie słońca będą w stanie porozumieć się z wiatrem szalejącym już na podwórzu w tanecznym uścisku ze spadającymi liśćmi. Co roku układam na tę szczególną chwilę specjalną plejlistę — wahającą się w zależności od aury od hałaśliwego The Gun Club, przez smutniejsze momenty sunshine popu, akustyczny folk, aż po Umer śpiewającą Szymborską i cygańskie szanty Caetano Veloso. Poniżej kilka selekcji z obszernej szuflady późne lato / wczesna jesień.

Koniec lata

Vincent van Gogh, Zachód słońca: pola pszenicy w pobliżu Arles

・ Big Star, „September Girls” (1974)

Słodko-gorzkie pożegnanie lata, gdy promienie słońca jeszcze wciąż oślepiają, ale nie potrafią już wysuszyć spływających mimowolnie łez. Niezobowiązujący poprockowy soundtrack zachodzącego po raz kolejny słońca — z butelką piwa w dłoni, do połowy pustą paczką papierosów w kieszeni, niechlujnie wpuszczoną w spodnie koszulą i bezwiednie rozwiązanymi sznurowadłami.

Koniec lata

Gustave Caillebotte, Równina Gennevilliers

・ The Cure, „Boys Don’t Cry” (1979)

Kolejny epizod niekończącej się sagi lato bez happyendu tym razem w roli głównej z Robertem Plantem, który nawet w najbardziej słonecznym numerze w dyskografii The Cure potrafił znaleźć powód do płaczu. I znów słońce powoli ma się ku zachodowi, sznurowadła jedynie cudem nie wkręcają się w łańcuch napędzanego nastoletnim dramatem roweru.

Koniec lata

Henry Moret, Krajobraz z myśliwym i jego psem

・ Taylor Swift, „State of Grace” (2012)

Pokłosie letniej miłości, utrata niewinności, nowy początek — to Taylor Swift w wersji fin de siècle, która wreszcie brzmi tak, jak powinna była zawsze. Zamyka U2 i Katy Perry w lekkim powerpopowym numerze z nutką melancholii i oddechem na refleksję.

Koniec lata

Henri de Toulouse-Lautrec, Młody robotnik

・ The Beach Boys, „All I Wanna Do” (1970)

Chłodna bryza w leniwy upalny dzień, przeglądanie czarno-białych starych zdjęć z wakacji na kolorowym leżaku. Sunshine pop przepuszczony przez taflę psychodelicznego rocka, ostudzony i skondensowany tak, by zawarł się wpół drogi między chillwave’m a czymś w rodzaju proto-shoegaze’u. Nostalgicznie zabrudzona odbitka pamiątkowej fotografii na rewersie opatrzona odręcznym dopiskiem „lato ’69”.

Koniec lata

Vincent van Gogh, Wierzby o zachodzie słońca

・ The Walker Brothers, „The Sun Ain’t Gonna Shine Anymore” (1966)

Dziś jest ostatni słoneczny dzień przed końcem świata. Za rogiem czai się już wieczna zima w każdej chwili gotowa pożreć wszystko, co stanie jej na drodze. Ostatni promień słońca głaszcze twoją skroń. Uśmiechasz się przez łzy.

Koniec lata

Gustave Courbet, Brzeg morski w Palavas

・ Joni Mitchell, „California” (1971)

Muzyczna pocztówka z wakacji od Joni Mitchell, u której gdzieś między urlopem na Lazurowym Wybrzeżu a modelową tęsknotą za domem w słonecznej Kalifornii kryje się widmo wojny i nie mniej archetypiczny w kontekście niekończącego się lata strach przed zimą.

Koniec lata

Vincent van Gogh, Siewca

・ The Jayhawks, „Take Me With You (When You Go)” (1992)

„Day is done, night is returning” — koniec sierpnia, kilkugodzinna podróż powrotna do rzeczywistości po dwóch tygodniach spędzonych na wybrzeżu, snopy siana poukładane równo na mijanych nieświadomie polach, zdające się nie mieć właściwego początku i końca zachodzące słońce na horyzoncie, ostatecznie zalane atramentem nocy, światła wielkich miast.

Koniec lata

Emil Nolde, Niebo i słoneczniki

・ Milton Nascimento & Lô Borges, „Um Girassol da Cor de Seu Cabelo” (1972)

Słoneczny wiatr, rozgwiazdy i słonecznik w kolorze twoich włosów widziane kątem oka przez na wpół nagą koronę stojącego na skraju cmentarzu starego dębu jakby wyznaczającego granicę między światem żywych i umarłych. Milton Nascimento i Lô Borges wyczarowali być może najzręczniejsze połączenie kunsztownego popu z pasażem muzyki współczesnej w historii. Poetyckie, wymowne, nienachalne, zupełnie jak nasz koniec lata.

Koniec lata

Paul Cézanne, Dom wisielca w Auvers

・ Vashti Bunyan, „Which Will” (2013)

Wiosenna Vashti śpiewa jesiennego Nicka Drake’a. Spotykają się wpół drogi — gdzieś między szemrzącym radośnie strumieniem a szkarłatem porwanych przez wiatr klonowych liści. Nie znają się, ale mimo wszystko przez krótką chwilę ich spojrzenia spotykają się, a kąciki ust mimowolnie wznoszą w półuśmiechu.

Koniec lata

Claude Monet, Odbicie chmur w liliowym stawie

・ Fryderyk Chopin, Etiuda fortepianowa „Eolska harfa”

Motyw przewodni — initium i conclusia, prolog i epilog późnego lata. Protoimpresjonistyczna miniatura chwytająca między dotknięcia kolejnych klawiszy fortepianu ostatnie promienie słońca i pierwsze krople deszczu.

Bardziej obszerny szkic mojej plejlisty na koniec lata, w kształcie na jaki pozwoliło Spotify, poniżej.

Opublikowano

Gochūi, hakkutsu genba, czyli japoński digging

jp

Tower Records, Shibuya; zdj. Judyta

Pączki z ośmiornicą, pajęczyna tokijskiego metra i kwitnąca sakura to niewątpliwie wystarczające powody, by ruszyć w podróż do Japonii i zatracić się w eksploracji tamtejszej rzeczywistości, ale skłamałbym, udając, że jednym z moich motorów napędowych nie była muzyka. Nie wszyscy zdają sobie sprawę, że Japonia jest drugim największym po USA rynkiem muzycznym na świecie. Rynkiem, można z całą pewnością stwierdzić, dość kuriozalnym w epoce mediów strumieniowych i nośników cyfrowych, bo w dalszym ciągu opartym w dużej mierze na muzyce sprzedawanej na płytach. To jedyny kraj, którego oficjalna lista przebojów Oricon oparta jest wciąż wyłącznie na sprzedaży fizycznej i jedyny, gdzie nadal regularnie wydaje i kupuje się na masową skalę zapomiane od dekady w Europie i Stanach Zjednoczonych maxi single. A także jeden z niewielu bastionów dzielnie opierających się popkulturowej globalizacji — w Japonii wciąż słucha się przede wszystkim rodzimej muzyki, która od lat żyje własnym życiem i absorbuje zachodnie trendy nie tyle z opóźnieniem, co w bardzo specyficzny sposób.

jp

Okazja w Tower Records: koci gramofon; zdj. Judyta

Początków tego zjawiska — choć oczywiście nie tylko na płaszczyźnie stricte muzycznej — można dopatrywać się w powojennej okupacji kraju przez Amerykanów. Tamtejsza popkultura, znana w zachodnim świecie z dominacji i narzucania obowiązujących wzorców, nie wchłonęła tradycyjnej japońskiej estetyki, a stopniowo wkradała się między jej tryby, stając się źródłem mutacji i niecodziennej ewolucji popularnych na wyspach stylów. Dużą rolę odegrała tu (dziś wciąż jeszcze właściwa japońskiej kulturze) bariera językowa oraz sposób zorganizowania społeczności w naturalny sposób preferujących to co japońskie. Efektem był trwający do dziś kreatywny popkulturowy clash, z którego Japończycy, ku niewiedzy reszty świata, wciąż wychodzą obronną ręką. Włączając losową stację radiową w Japonii, jest bardziej prawdopodobne, że usłyszymy utwór japoński niż jakąkolwiek propozycję anglosaską — przy założeniu, że będziemy mieli to szczęście, że uda nam się trafić na muzykę. Nawet w stacjach promowanych jako muzyczne, jak słynna tokijska rozgłośnia J-Wave, prowadzący mają w zwyczaju przez długie minuty pławić się we własnym strumieniu świadomości, zanim wreszcie zaprezentują słuchaczom, co im w duszy gra. Ale nawet jeśli wysłyszycie tam znajome nazwy — Radiohead, D’Angelo — jest duża szansa, że w ostatniej chwili spikerzy zdecydują się zmienić temat i zagrać ostatni singiel Gesu no Kiwami Otome. albo zmarłego przed kilkoma dniami wiekowego japońskiego barda.

Pizzicato V, „The Audrey Hepburn Complex”

Japonia słynie także wśród kolekcjonerów z unikalnych wydań i nieporównywalnej jakości tłoczeń płyt artystów zagranicznych. Wiele niszowych, ale cieszących się szacunkiem w środowisku wydawnictw doczekało się japońskich edycji, a nawet jeśli nie, nie zdziwcie się, jeśli w sklepie z winylami natraficie np. na pierwsze wydanie debiutanckiego 10-ciocalowego albumu George’a Brassensa w doskonałym stanie albo na amerykański first press Walk Away Renée / Pretty Ballerina The Left Banke. Czytając kiedyś artykuł o zakupach płytowych w Brazylii, znalazłem wzmiankę, że prędzej klasyczne wydania niereedytowanych dotąd płyt mistrzów MPB, samby i bossa novy znajdzie się w Japonii — i faktycznie. Niejako na potwierdzenie tej tezy przywiozłem ze sobą jedną płytę Chico Buarque. Priorytetem była jednak muzyka japońska, o którą w Europie zwykle równie trudno, co o brazylijskie białe kruki. W sumie dzięki nadludzkiej cierpliwości Judyty i mojemu uporowi maniaka w samym Tokio na odkrywanie miasta szlakiem tamtejszych sklepów płytowych udało nam się poświęcić dwa dni.

jp

Kurtek digguje w tokijskim HMV; zdj. Judyta

Początkowo nie było łatwo — w natłoku spraw swoje przygotowania do winylowych wykopalisk przed wyjazdem ograniczyłem do zainstalowania (jak się okazało nieaktualizowanej od dawna aplikacji) wyszukującej sklepy płytowe, dzięki czemu większa część pierwszego dnia poszukiwań upłynęła nam na odwiedzaniu lokalizacji nieistniejących już miejsc sprzedaży czarnych krążków w Harajuku. Po kilku odrobinę frustrujących pomyłkach i niejako rekompensującej je wizycie w obłędnym 10-ciopiętrowym molochu legendarnej amerykańskiej sieci Tower Records (w USA nieistniejącej już od dekady) — który mimo niesamowicie szerokiej oferty specjalizuje się w sprzedaży jedynie nowych płyt, co nie do końca mnie satysfakcjonowało — pod wieczór dotarliśmy wreszcie do przepastnego salonu HMV w dzielnicy Shibuya, a stamtąd nie dało się już wyjść z pustymi rękoma. Kolejny dzień zwieńczyła natomiast wizyta w tokijskim Disk Union — kolejnym obowiązkowym punkcie na szlaku tokijskiego diggingu. Co ciekawe w żadnym ze sklepów obsługa nawet nie próbowała mówić po angielsku — w przeciwieństwie do właściciela małego sklepu w pobliżu Nishiki Ichiba w Kioto. Poza tym kupowanie w Japonii to sama przyjemność — z kilkunastu przywiezionych krążków wszystkie (poza jednym nieprzesłuchanym zawczasu Chopinem kupionym na wyprzedaży za 300 jenów) niezależnie od opisanego na etykiecie stanu (A, A/B, B…) grają i brzmią bez zarzutu. Japońscy sprzedawcy przywiązują wielką wagę do jakości oferowanych płyt, każdą skrupulatnie opisując (zwykle po japońsku) specjalną nalepką umieszczaną zwykle w prawym górnym rogu okładki.

jp

Płyty z rodziny YMO (od lewej): Mari Iijima, Yuming, Taeko Ohnuki, Ryūichi Sakamoto, YMO

Nie łudziłem się, że niemal niedostępne w międzynarodowym internecie limitowane edycje płyt Flipper’s Guitar, arcydzieło techno-kayō Parellelisme Miharu Koshi (czy pytając o płytę w Japonii — Koshi Miharu, jeśli nie zamienimy miejscami imienia z nazwiskiem, sprzedawca najpewniej nas nie zrozumie — miałem okazję się przekonać) czy rzadkie wydanie jedynego singla Tamao Koike trafią w moje ręce, choć w marzeniach przed laty obiecywałem sobie, że właśnie wytropieniu tych spędzających mi sen z powiek pozycji poświęcę swoją wizytę swoją w Japonii, jeśli miałaby się mi kiedyś przydarzyć. Wyszło inaczej, ale absolutnie nie żałuję.

Ryuichi Sakamoto, „Das Neue Japanische Elektronische Volkslied”

Moim łupem padł natomiast głównie japoński pop przełomu lat 70. i 80. w całej jego niezmierzonej wariantywności — od zręcznie mieszającego orientalną melodykę z kraftwerkowską elektroniką progresywnego debiutu Ryūichiego Sakamoto — 1000 Knives of Ryūichi Sakamoto, przez szczytowe osiągnięcie otoczonych kultem przez Japończyków prekursorów tamtejszego technopopu Yellow Magic Orchestra, po płyty wyprodukowane przez członków grupy (obok wspomnianego Sakamoto to jeszcze Haruomi Hosono i Yukihiro Takahashi) — uroczy debiutancki krążek Mari Iijimy Rosé, city pop inspirowany bossa novą od weteranki stylu Taeko Ohnuki (Aventure) czy pierwszy synthpopowy album hołbionej gwiazdy kayōkyoku Yumi Matsutoi (Cobalt Hour), której dwa pierwsze, bardziej kameralne i organiczne albumy w Tokio okazały się poza zasięgiem, ale jeden z nich Misslim z 1974 roku zupełnie przypadkiem znalazłem miesiąc później w Paryżu — ku żywej aprobacie właściciela sklepu zachwycającego się linią basu w rozpoczynającym drugą stronę płyty „Anata dake no mono”. To zresztą nie pierwszy raz, kiedy nazwisko Matsutoi (znanej wcześniej jako Yumi Arai, później przez pewien czas jako Yuming) wzbudzało emocje — w położonej na peryferiach Sapporo knajpce, w której spędziliśmy swój ostatni wieczór w mieście, z jej właścicielem na polu muzyki piosenkarki znaleźliśmy wspólną płaszczyznę do tego stopnia, że od tego momentu do naszego wyjścia w lokalu wybrzmiewały już tylko jej piosenki.

jp

Japońska muzyka (od lewej): Yumi Arai, Sugar Babe, Pizzicato V, Juicy Fruits, Eiichi Ohtaki

Na moim celowniku znaleźli się także: klasyczny Eiichi Ohtaki ze słonecznym A Long Vacation będącym citypopową odpowiedzią na sunshine pop spod znaku The Beach Boys, opatrzone obłędną okładką szalone Drink! grupy Juicy Fruits ze słynnym „Jenny wa gokigen naname” i do czasu pierwszego odsłuchu już po przybyciu do kraju owiany przede mną słodką tajemnicą jedyny album supergrupy Sugar Babe, w której obok wspomnianej już Taeko Ohnuki główne skrzypce gra kolejna wielka postać japońskiej muzyki lat 70. i 80. — Tatsuro Yamashita. Po latach polowań przede wszystkim na muzykę odnalezioną już wcześniej w sieci to niezmiennie fantastyczne uczucie — móc po raz pierwszy posłuchać zupełnie nieznanej wcześniej sobie muzyki z zakupionej pod wpływem impulsu płyty. Zwłaszcza jeśli płyta ta okazuje się unikalnym połączeniem folku, soulu, funku i bluesa produkcji zbłąkanego japońskiego Beach Boya — Eiichiego Ohtakiego. Japoński digging zwieńczyło niespodziewane znalezisko — Pizzicato V in the Audrey Hepburn Complex — epka, która w 1985 zaintonowała popularny w latach 90. styl alternatywnego popu znany jako shibuya-kei. Dziesięć tysięcy koni nie mogło się mylić.

Opublikowano

Pączki z ośmiornicy

jp13

Nishiki Ichiba; zdj. Judyta

Jeszcze przed wyjazdem Moe zapytała mnie po którychś z zajęć, czy lubię japońskie jedzenie. Pokiwałem twierdząco głową na znak, że jak najbardziej. W tym momencie Moe roześmiała się — To sobie pojecie — życzliwie skwitowała. Tak było. Pojedliśmy. Właściwie jeśli mielibyśmy wybrać jedno słowo, które najtrafniej całą tę wyprawę, by podsumowało, pewnie zdecydowalibyśmy się na 美味しい (czyt. oishii, czyli pyszny), chyba że Judyta wolałaby ごちそうさまでした (czyt. gochisousamadeshita, co oznacza z braku lepszego tłumaczenia tyle co dziękuję za posiłek), które ku satysfakcji wszystkich (tj. swojej, mojej i Japończyków, którym dane było podziękowanie z ust Judyty) nie tylko zdołała bezbłędnie zapamiętać, ale potrafiła doskonale wyczuć moment. A wyczucie momentu jest bardzo ważne, równie ważne (a niekiedy i równie trudne) co nieprzekręcenie żadnej głoski. Jedno i drugie obcokrajowcom się szybko wybacza, ale czasami może prowadzić do niezręcznych sytuacji. Tu mógłbym przywołać doskonale znaną uczącym się języka i często zresztą przez nich myloną parę czasowników — 起こす (czyt. okosu, budzić kogoś) i 犯す (czyt. okasu, gwałcić).

jp14

Restauracja Rāmen w Iwaki; zdj. Kurtek

Drugim po Gdzie byliście? najczęściej zadawanym pytaniem jest prawdopodobnie właśnie Co jedliście? Japonia to obok Chin, Indii i Rosji bez wątpienia najbardziej wyraziście obecny w zachodniej świadomości azjatycki kraj. Spytaj dziecka, a powie ci, co to kimono, o co chodzi w sumo, kim byli szoguni, jak się składa origami i oczywiście, że sushi to surowa ryba. Przynajmniej ja jako dziecko bez jakiegokolwiek szczególnego zainteresowania Japonią, potrafiłem na te pytania bez problemu odpowiedzieć. Inną kwestią było, że trochę tych swoich odpowiedzi nie rozumiałem, zwłaszcza w zakresie surowej ryby — no bo jak to surowej. W rezultacie zanim sushi spróbowałem, upłynęło wiele lat, choć wydaje mi się, że współczesna młodzież ma na ten temat lepsze pojęcie niż ja, bo knajpy z ryżem zawiniętym w wodorosty wyrastają nad Wisłą jak grzyby po deszczu. Nie ma się co dziwić, to dochodowy interes. Fakt faktem — bywa, że produkty trzeba sprowadzać zza granicy na własną rękę (choć raczej nie z Japonii, prędzej z Niemiec, najdalej Korei czy Chin), ale trudno mi do końca oswoić się z tym, jak się czasem klienta nabiera, żeby nie powiedzieć tresuje — bo orientalne, bo umami, bo, zobaczcie państwo, jakie mamy bambusowe poręcze — sushi w Polsce to zabawa z nieco wyższej półki. W Japonii z kolei, w której, zaznaczę to już w tym miejscu, mają też inne jedzenie niż sushi, miejsce z sushi można czasem spotkać obok stacji benzynowej przy drodze krajowej. Koniec końców można znaleźć sporo taniej naprawdę przepyszne sushi w wariantach, które nad Wisłą trudno sobie wyobrazić.

jp15

Kurtek i jego zupa; zdj. Judyta

Nie ma może bambusowych poręczy — te byłyby nie na miejscu w obitej sklejką przydrożnej jadłodajni (choć oczywiście nie brakuje miejsc mniej lub bardziej stylizowanych, w dalszym ciągu bambusowe poręcze wydają się niewyobrażalne), ale nie o to koniec końców chodzi. Chodzi przede wszystkim o komfort. O to, że kucharz nie słyszy twoich myśli, bo jesteś jedynym klientem i o to, że skoro i tak nie kojarzysz większości pisanych hiraganą, a często i w kanji nazw (tu w wyborze do pewnego stopnia pomagają zdjęcia), a ceny wydają się jak najbardziej na miejscu, możesz właściwie zamówić cokolwiek. Ostatecznie każdy czasem popełnia błędy. Błędy, które lubią chodzić parami, zupełnie jak nigiri z surowymi mackami ośmiornicy. To zwodnicza bestia — waleczna nawet na talerzu. W takiej właśnie niepozornej formie dwukrotnie próbowała mnie ukatrupić — raz, gdy okazało się, że macki ośmiornicy się nie gryzie, ale połyka w całości — jest na to zbyt oślizgła — od razu spływa przełykiem do żołądka. Próbując z tą prawidłowością walczyć, można się naprawdę solidnie zakrztusić. Drugi raz pod postacią podawanych na słono pączków nadziewanych właśnie ośmiornicą — たこ焼き (czyt. takoyaki), które są jednym z ulicznych specjałów Kioto. Problem z pączkami z ośmiornicą nie polega nawet na tym, że zamiast budyniu czy róży, mamy w środku kawałek ośmiornicy, ale raczej na tym, że podaje się je na gorąco, przy czym temperatura ośmiornicy wewnątrz jest zdecydowanie wyższa niż otaczającego ją ciasta i piekielnie, i to jest w tym kontekście dobre słowo, wierzcie, piekielnie łatwo poparzyć sobie podniebienie. Taka oto ośmiornica.

jp16

Żyrandol w Muzeum Piwa Sapporo; zdj. Judyta

Jadąc do Azji, nigdy do końca nie wiadomo, z jakimi sensacyjnymi efektami spożywanych potraw trzeba będzie się mierzyć, ale Japonia, pomimo zakodowanej w zbiorowej świadomości surowej ryby, jest pod tym kątem naprawdę komfortowa. Można oczywiście dla pewności zamówić sake (które przy dobrych wiatrach może być niewiele droższe niż piwo — za małe, bo dużych nie serwują, w knajpie przyjdzie nam zapłacić bagatela 500 jenów), ale koniec końców trudno w kilkunastoprocentowym ryżowym winie pokładać zbyt wielkie nadzieje, że oto uchroni nas od złego. Wbrew pozorom Japończycy sporo smażą — zwłaszcza japońskie fast foody, jak お好み焼き (czyt. okonomiyaki, które Google Translate uporczywie tłumaczy jako naleśnik) zwane czasem japońską pizzą, ale w istocie bazujące na poszatkowanej drobno kapuście zapieczonej właśnie z ciastem naleśnikowym, podawane zwykle z owocami morza, aonori, katsuobushi (suszonymi wiórkami ryby bonito) i specjalnym sosem. W tych samych knajpach zwykle znajdziemy też 焼きそば (czyt. yakisoba), czyli podobnie przyprawiony i podawany smażony makaron gryczany soba, który poza tym daje swoją nazwę także m.in. jednej z zup. Nie smażone, a pieczone są 焼き鳥 (czyt. yakitori) — tradycyjne japońskie szaszłyki, których, wówczas jeszcze nie mając pojęcia, czym są, chciałem spróbować od kiedy po raz pierwszy spotkałem się z tym słowem w którejś z podręcznikowych czytanek, gdzie bohater uporczywie szuka restauracji yakitori, prosząc o pomoc napotkanych na ulicy ludzi. Jego, jak podejrzewam zresztą poniekąd bezwiedna i niezamierzona, silna wola zainspirowała mnie, by yakitori spróbować, czymkolwiek jest. W teorii, uważnie czytankę przestudiowawszy, mógłbym niejako zrekonstruować tę scenkę w rzeczywistości, ale na szczęście nie zaszła taka potrzeba. Miejsce z yakitori znaleźliśmy trochę przypadkiem gdzieś na obrzeżach Shinjuku. Do rekonstrukcji wybrałem sobie natomiast inną czytankę, a mianowicie scenkę pocztową. W oryginalnym tekście pani prosi o dziesięć znaczków pocztowych do Grecji, podczas gdy pracownica urzędu przez zbieżność nazw sądzi, że chodzi o Anglię. W rzeczywistości koszt znaczka do obydwu państw jest taki sam — nie ma specjalnych znaczków do Grecji, o czym wtedy już wiedziałem. W mojej rekonstrukcji nie było więc ani Grecji, ani nieporozumienia. Była tylko płynna japońszczyzna, level ultrabasic, ale jednak. Wydawało mi się zresztą, że w oczach pani w okienku zauważyłem lekki błysk — zupełnie jakby przez tę krótką chwilę była ze mnie, nieznanego obcokrajowca, odrobinę dumna. Najpewniej w jej źrenicach dostrzegłem jednak jedynie swoje odbicie.

jp17

Rāmen Alley; zdj. Judyta

Na swój sposób smaży się także すき焼き (czyt. sukiyaki) — w czymś w rodzaju woka w sosie, którego głównym składnikiem jest sos sojowy, przyrządza się cienko pokrojoną w plastry wołowinę, tofu i warzywa, które przed zjedzeniem macza się dodatkowo w surowym jajku. Na potwierdzenie, że sukiyaki nie tyle warto, co trzeba spróbować, chciałem napisać, że w końcu nie bez powodu właśnie „Sukiyaki” wybrano na potrzeby amerykańskiej nazwy największego japońskiego przeboju wszech czasów, czyli 「上を向いて歩こう」 Kyu Sakamoto, ale koniec końców myślę, że jednak bez powodu. A nawet jeśli — powody były na tyle prozaiczne, że oryginalny tytuł wydał się wytwórni po prostu za trudny. W tekście nie ma nic o wołowinie, ale i o sukiyaki na zachodzie mało kto słyszał.

jp18

Szef kuchni; zdj. Judyta

Nie jestem specjalistą od zup, zwłaszcza tych japońskich. Potrafię rozróżnić rodzaj makaronu i przy odrobinie szczęścia zrobić rozpoznanie pozostałych pływających w bulionie składników, ale gdyby teraz ktoś postawił przede mną miso i rāmen i kazał zgadywać, co jest czym, dałbym sobie 50% szans na poprawną odpowiedź. Niemniej jednak Japonia rzeczywiście zupami stoi. Na rāmen wybraliśmy się oczywiście w Sapporo, któremu przypada zaszczytne miano stolicy rāmen, do jednej z knajpek położonych w, trzeba przyznać, całkiem nieźle oddającej klimat tradycyjnych japońskich bazarowych uliczek Rāmen Alley — jakże adekwatnie. Nie będę zanudzał nikogo tłumaczeniem, że wielka misa pełna wszystkiego, którą nam podano to zupełnie inna zupa niż te, które serwuje się w Europie. Soby próbowaliśmy w Kioto, miso czekało na nas w Iwaki, a zupa karē to znów Sapporo — ot, taka sobie zupna turystyka. W Tokio co prawda zup nie jedliśmy, ale zupełnie przypadkiem, z turystycznego szlaku odrobinę schodząc, zbłądziliśmy w meandry ulicy zaopatrującej branżę gastronomiczną we wszelkiej maści przedmioty potrzebne, aby jedzenie serwować. Były więc sklepy z ceramiką, pałeczkami czy niezrozumiale popularnymi w Japonii plastikowymi atrapami oferowanych potraw.

jp19

Nocna panorama na wielki daikon; zdj. Judyta

W tej samej okolicy, niedaleko Sky Tree, firma Asahi, jeden z największych japońskich producentów piwa, postanowiła ufundować coś, co po małym śledztwie okazało się być chmurą o bliżej niesprecyzowanym kształcie. Japończycy śmieją się, że to wielki odchód (tak, tak, taki) i nazywają Asahi クソビール (czyt. kusobiru, znaczenie bardzo brzydkie, od wspomnianego odchodu). Nas jednak ani chmura, ani クソビール nie przekonały, uporczywie więc twierdziliśmy, że to, co Asahi sportretowało to raczej wielka rzodkiew japońska. Takie niejednoznaczne pejzaże najlepiej zresztą podziwiać, konsumując coś równie dziwnego, jak chociażby lody batatowe. Wtedy obraz się dopełnia i nareszcie można poczuć całym sobą, że jest się w Japonii.

CDN

Opublikowano

Fotografia przyklejona po drugiej stronie lustra

jp6

Shinjuku po zmroku; zdj. Judyta

Miasta uwodzą zgiełkiem i światłem neonów, krzyczą, tańczą, zapraszają. Nigdy nie przyszło mi na myśl, by te zaproszenia negować czy odrzucać. Zazwyczaj to oczywiste i naturalne, że to właśnie miasta stają się głównym celem podróży. Miasta przeżywa się intensywniej, szybciej — w ciągu kilku krótkich dni siłą rzeczy chłonie się więcej miasta, niż najwdzięczniejszej nawet prowincji. „Nie chciałabym mieszkać w mieście, którego nie jestem w stanie poznać przez dwadzieścia lat” — rzuciła pewnego wieczoru w Tokio Judyta, niedługo po tym, gdy dowiedzieliśmy się, że oprowadzająca nas tego dnia po stolicy Japonii pani Fujishima przeprowadziła się tam właśnie jakieś dwie dekady temu, a mimo tego zanim obraliśmy jakikolwiek kierunek, musiała uważnie studiować mapę, a czasem nawet pytać przechodniów, w którą stronę powinniśmy się udać. To nieuniknione. Tokio to miasto miast.

jp7

Panorama Tokio; zdj. Judyta

Gdy wróciliśmy do Tokio na kilka dni przed wylotem (z Narity, określanej jako jedno z dwóch tokijskich lotnisk, choć oddalonej od centrum o bagatela 70 kilometrów), zatrzymaliśmy się w Sumidzie, która choć położona odrobinę na uboczu, niedaleko przyciągającej rzesze turystów Asakusy i najwyższej budowli współczesnej Japonii — Sky Tree, ku naszemu zadowoleniu figurowała na szczęście na trudnej z początku do rozczytania mapie tokijskiego metra. Tam właśnie, przy rzece Sumida, dającej swoją nazwę dzielnicy, przywitała nas prosta dwujęzyczna tablica informacyjna — „ようこそ墨田区へ / Welcome to Sumida City”. Wcześniej Tokio jawiło się nam raczej jako przepastny, nieprzystępny labirynt pełen niezliczonych elementów na tyle czasem do siebie nieprzystających, że można było odnieść wrażenie, że lada moment wszystkie one mogłyby oddzielić się od trzonu miasta w poszukiwaniu swojego prawdziwego miejsca, gdyby nie utrzymująca je w ryzach jakaś trudna do zdefiniowania niepojęta siła konstrukcyjna. Od czasu, gdy przywitała nas Sumida, stało się jednak jasne, że to tylko złudzenie. Tokio nie mogło być jednym miastem i w istocie nim nie jest. Jest miastem miast — współistniejących razem w jednej wielkiej aglomeracji. Ten jeden szczegół, zmiana postrzegania wcześniej niemożliwej do opanowania przestrzeni, sprawił, że w jednej chwili Tokio jako takie przestało istnieć, a jego poszczególne składowe stały się na tyle kompaktowe, że równie dobrze mogłyby zmieścić się w kieszeni płaszcza. Tylko mierzące ponad 600 metrów Sky Tree pewnie wyraźnie by odstawało.

jp8

Drzewa w Kyōto Gyoen; zdj. Judyta

Długo można by kontemplować monumentalną szklano-betonową dżunglę, ale oczywiście nie ma na to czasu. Skrzyżowania, chodniki, ulice, place, dworce i skwery pozostają w ciągłym ruchu — statyczność w jakiejkolwiek postaci wydaje się cokolwiek nienaturalna w obliczu tego wielkiego żyjącego, cyklicznie zmieniającego się we wszystkich kierunkach organizmu. A mimo to w jego wnętrzu, nawet w pobliżu najruchliwszych miejsc — dworców Shinjuku, Shibuya czy Ikebukuro, nie brak pewnej specyficznej harmonii, na swój sposób organizującej i utrzymującej w ryzach pozorną dyspersję. To jednak nie wpływa nijak na zmysłowe odbieranie hałaśliwej i przytłaczającej powierzchowności wielkiego miasta miast. Jakkolwiek by próbować je oswoić, wszystko i tak zaczyna się i kończy w zatłoczonych wagonikach krążących po liczącej sobie w sumie niemal 900 kilometrów pajęczynie tokijskiego metra.

jp9

Przydrożny ołtarz, Kioto; zdj. Judyta

Po drugiej wojnie światowej pod wpływem mimowolnego bliskiego kontaktu z Amerykanami, Japonia rozpoczęła dynamiczne zmiany. Nie tylko przeszła daleko idące przemiany ekonomiczne, ale przede wszystkim jej bogata tradycyjna kultura gwałtownie zderzyła się z zaraźliwym i ponętnym amerykańskim popem. Odtąd nic nie było takie samo. Japończycy na swój sposób zinterpretowali wzorce zza oceanu i przystosowali do swoich wyobrażeń i potrzeb, niejednokrotnie karykaturalnie je przy tym wykrzywiając. Różnice między nową a starą Japonią można dostrzec także w miastach, zwłaszcza w dawnej stolicy, Kioto, której na polskim gruncie najbliżej pozycją, historią i aurą do naszego Krakowa. Japoński Kraków wypełniają rozliczne mniejsze, większe, bardziej i mniej atrakcyjne dla turystów świątynie, które z początku ujmują niepowtarzalną atmosferą pradawnego orientalnego mistycyzmu, ale już po trzech dniach bezustannego pielgrzymowania od jednej do drugiej, zaczynają niedzielnego pielgrzyma nie tyle nawet nudzić, co frustrować. Nie chodzi tu jednak ani o nadmiar, ani o powtarzalność, a o świadomość pewnej absurdalnej wręcz powierzchowności obcowania z tą jakże odległą kulturą i tradycją. Nie same świątynie, ale lustrujący je przez szkła aparatów bezmiar zagranicznych turystów jest solą w oku Kioto, które przecież podobnie jak Tokio zaprasza wędrowców w swe progi. Ale Tokio nie ma takiej mocy. Bezrefleksyjność jest bowiem na stałe wpisana w jego przytłaczającą okazałość i elegancję. Okazałość i elegancja Kioto mają natomiast w kontekście krótkich, dalekich wypraw coś dramatycznie ulotnego i smutnego. Uczucia te odpędzić można jedynie, wyjeżdżając.

jp10

Pociąg w Otaru; zdj. Kurtek

Nawet pośród gęstej miejskiej zabudowy nietrudno o kontakt z naturą. W strzelistym Tokio z lotu ptaka można nie dostrzegać licznie posadzonych drzew, ale z perspektywy piechura, trudno ich nie zauważyć. Dzielnice mieszkalne, amalgamat ściśle przylegających, pozornie nieprzystających do siebie budynków, poza przeważającymi w zdecydowanej mierze względnie płaskimi dachami, zdają się zbierać w całość rozmaicie zaaranżowane miniaturowe kwietniki przed wejściami domostw, którym nierzadko towarzyszą wywodzące się z folkowych tradycji figurki tanuki. Diabeł tkwi w szczegółach, które w mgnieniu oka oswajają dalekim przybyszom zupełnie obcą przecież przestrzeń. W Japonii nawet na ulicy można poczuć się jak w domu.

jp11

Sapporo; zdj. Kurtek

Choć Sapporo jest czwartym największym pod względem populacji miastem w kraju, trudno mierzyć je tą samą miarą co wspominane już Tokio i Kioto. Hałaśliwe, gęsto inkrustowane neonami niemałych rozmiarów centrum wydaje się w realiach tokijskich niesamowicie kompaktowe i dostępne. Choć ulice w stolicy Hokkaido są w przeciwieństwie do większości japońskich miast ułożone względem siebie prostopadle, nie znaczy to oczywiście, że łatwo od razu się w nim odnaleźć. Dwójce zagubionych turystów z Polski ostatecznie pomoc w znalezieniu poszukiwanego Ramen Alley zaoferowała przechodząca Japonka — To bardzo logiczne, po dwóch tygodniach bez problemu się tu odnajdziecie — płynną angielszczyzną skwitowała sprawę. Ale nie tylko geometryczna wspaniałomyślność położenia ulic sprawia, że Sapporo wymyka się klasyfikacjom. Brak mu może atrakcji turystycznych na miarę zabytkowej części kraju (na myśl przychodzi mi wyłącznie piekielnie konwencjonalne muzeum piwa Sapporo i położony na obrzeżach Moerenuma-koen, który dla mieszkańców musi latem stanowić idealny weekendowy azyl), ale może właśnie też dlatego jawi się jako prawdziwe miasto, w którym można by zatrzymać się na dłużej. Gdy w piątkowy wieczór w niepozornie położonej, ale niewiarygodnie klimatycznej restauracji zostaliśmy zapytani przez siedzących nieopodal Japończyków, które miasto w Japonii podoba nam się najbardziej, Judyta jak gdyby bezwarunkowo z finezyjnie udawaną euforią wykrzyknęła, że oczywiście Sapporo. Ja wówczas nie byłem pewien, ale im dłużej się zastanawiam, tym bardziej się z tą spontaniczną odpowiedzią zgadzam. Sapporo nie przytłacza, nie wprawia w zakłopotanie czy melancholię. Nie zatraca się jednak w swojej funkcjonalności. Po prostu jest. A to czasem w zupełności wystarczy.

jp12

Drzewa przy jeziorze Inawashiro; zdj. Kurtek

Niezależnie od ostatecznego stopnia zagłębienia się i zrozumienia meandrów poszczególnych miast, miejscem, do którego chciałbym jeszcze powrócić jest japońska prowincja — tu reprezentowana przez Iwaki w prefekturze Fukushima — tej od tsunami i elektrowni atomowej. Jednak moją główną motywacją są nie przemiany po katastrofie 2011 roku, choć oczywiście trudno na nie przymknąć oko (zwłaszcza na kilkumetrowy betonowy mur na pewnym odcinku oddzielający miasteczko od oceanu), ale przede wszystkim dająca się tu poznać w pełnej krasie szlachetna codzienność (która na pewno jest do uchwycenia także i w Tokio, i w Kioto, ale jednak uwagę zbyt często odciąga co innego). Na japońskiej prowincji (choć w przypadku Iwaki, dziesiątego największego miasta Japonii rozciągającego się na obszarze ponad tysiąca dwustu kilometrów kwadratowych, nie jest to najtrafniejsze określenie) łatwiej jednak o dostrzeżenie detali — od relacji panujących w społecznościach sąsiedzkich po zmieniające się pory roku. A Nishigō późną wiosną — po zachodzie słońca wybrzmiewające co wieczór panoramą dźwięku żab i cykad i pachnące polem ryżowym to, wierzcie mi, coś nie do opisania.

CDN.

Opublikowano

Katar sienny

jp0

Japonia; zdj. Judyta

Gdy pierwszy raz zapytano mnie, co najbardziej zaskoczyło mnie w Japonii, najpierw długo się zastanowiłem, by w końcu ze zdziwieniem odpowiedzieć, że tak naprawdę to nic. O Japonii na zachodzie wiemy bowiem nierzadko więcej niż sami Japończycy, ale bardzo często nie są rzeczy mające wyraźne odzwierciedlenie w rzeczywistości, ile raczej zbiór na wpół zmyślonych mitów i ciekawostek z kategorii wiedzy bezużytecznej wymieszanej z faktoidem. Ile to razy przed wyjazdem żartobliwie przestrzegano mnie przed używaną bielizną sprzedawaną w automatach (jakby miałaby to pierwsza rzecz z jaką zetknę się po opuszczeniu pokładu samolotu) albo zachęcano, bym koniecznie spróbował lodów o smaku węża (które może i zaistniały w jakimś konkretnym miejscu i czasie, by stać się hitem internetowych memów, lecz nie tylko nie są normą, ale znalezienie ich nie należałoby najpewniej do najłatwiejszych zadań). Po zbyt wielu takich historiach człowiek naprawdę zaczyna się zastanawiać, czy to aby przypadkiem nie jest jakiś inny świat. Ale nie, to z całą pewnością miejsce położone w naszym świecie, tylko rządzące się czasem trochę innymi regułami.

jp1

W centrum Kurtek-podróżnik; w tle Zatoka Otaru; zdj. Judyta

Dopiero nocna przejażdżka z Berlin Tegel na Zentral Omnibus Bahnhof, a właściwie towarzyszący jej intensywny zapach sfermentowanego moczu i niepokojące spojrzenia tubylców, uświadomiły mi, za czym i jak bardzo będę tęsknił. Chwilę później zdałem sobie sprawę, że będzie to brak, którego być może nie uda mi się niczym na Starym Lądzie zastąpić. Okazało się jednak nie było takiej potrzeby — wkrótce bowiem znowu wtopiłem się mimowolnie w otaczającą rzeczywistość, a niedawne rozczarowanie jakby uleciało.

Trudno tę moją tęsknotę precyzyjnie oddać przy pomocy słów — to coś na granicy powszechnego i przynajmniej pozornie nieograniczonego zaufania do siebie nawzajem wyrażanego w małych gestach takich jak pozostawianie nieprzypiętych rowerów, szacunku do całej społeczności oraz niesamowicie instynktownego porządku, który poza tym, że oczywiście wyznaczają gęsto rozsiane po peronach, ulicach i klatkach schodowych znaki i komunikaty, zdaje się być naturalnie podzielany i respektowany przez wszystkich. I nie chodzi tu absolutnie o próby porządkowania rzeczywistości pod linijkę, którą ktoś wbrew woli społeczności wymachuje, a jak potrzeba, to i rozdaje razy, jak to się czasami dzieje w Europie, ale o nieprawdopodobną wręcz dla Europejczyków harmonijność, która jednocześnie nie zakłada ani hermetyczności, ani homogeniczności.

jp2

Rowery w Moerenuma-koen; zdj. Kurtek

Na kilka dni przed wyjazdem w (przynajmniej kilku) momentach krytycznych przed oczyma stawała mi wyraźna wizja mnie piszącego gruby poradnik Jak nie wyjeżdżać do Japonii, który jednak koniec końców można byłoby sprowadzić do poręcznej i doskonale znanej maksymy, by nie zostawiać przynajmniej tych najważniejszych spraw na ostatnią chwilę. To jeden z powodów, dla których taka książka nie stanie się moim udziałem. Drugi jest taki, że koniec końców, mieliśmy czasem więcej szczęścia niż rozumu, co wielokrotnie, jeszcze w trakcie wyjazdu, powtarzała mi Judyta. A do przygotowania, jeśli ktoś nie planuje drukować rzeczy w stylu instrukcji obsługi bankomatu czy przewodnika, jak postępować w razie trzęsienia ziemi, nie ma przecież aż tak wiele. Można wręcz, jak spotkane przez nas w Tokio Niemki, przyjechać do Japonii na trzy tygodnie bez żadnego konkretnego planu z nadzieją na przygodę. Naprawdę można.

Nasza w założeniu objazdowa wyprawa była zresztą wpół improwizowana — tzn. wiedzieliśmy mniej więcej co chcemy zobaczyć i kiedy mniej więcej będziemy w danym regionie, ale elementy układanki dopasowywaliśmy raczej na bieżąco. Przy czym, przynajmniej dla mnie, pierwsze dwa-trzy dni poprzedzone kilkunastogodzinną przeprawą na trasie Warszawa-Londyn-Tokio były z rodzaju tych nierzeczywistych. Sen i jawa zdawały się mieszać ze sobą w równych proporcjach, tworząc historię z jednej strony nierzeczywistą i jakby odległą, z drugiej zaś całkiem przecież namacalną. Dopiero zmiana pogody i udanie się na japońską prowincję zdołało skutecznie mnie otrzeźwić, choć poczucie nierealności, tym razem wywołane częstym i szybkim przemieszczaniem się, miało jeszcze niekiedy dać o sobie znać.

jp3

Wiśnie w Sapporo; zdj. Judyta

Bywa, że podnosi się w Polsce wrzawa, że oto czas letni, który kiedyś miał przynosić oszczędności energii, obecnie raczej generuje koszty. Może to i prawda i patrząc na słupki efektywności, rzeczywiście powinniśmy zmian czasu nad Wisłą zaprzestać. Byłaby to jednak zmiana wymagająca pewnego oswojenia. W Japonii przez cały rok obowiązuje taki sam czas (zimowy), co oznacza mniej więcej tyle, że słońce wstaje o godzinę wcześniej i o godzinę wcześniej zaczyna zmierzchać. By za tym rytmem nadążyć, pewnie trzeba by samemu wstawać o godzinę wcześniej, ale nawet mimo tego przez tych kilkanaście dni ani mnie, ani Judycie nie udało się przejść nad tym do porządku dziennego. Paradoksalnie rzeczą, która najwidoczniej uderzyła nas w Japonii, było coś z Japonią nijak niezwiązanego.

jp4

Pola ryżowe; zdj. Judyta

Zdjęcia skąpanego w deszczu Tokio wypełnionego pieszymi i rowerzystami pod dziesiątkami przezroczystych parasolek stały się mimowolną wizytówką Japonii. Nie ma się czemu dziwić — w Japonii jednak sporo pada (przede wszystkim w czerwcu z powodu monsunów, a później aż do października przy okazji nawiedzających kraj tajfunów) i tanie parasolki (nie tylko przezroczyste, choć takich z pewnością jest najwięcej) znaleźć można niemal w co drugim sklepie. To fenomenalne o tyle, że gdy tylko zaczyna bardziej padać, nagle wszyscy zdają się chronić pod parasolami, ale kilka godzin wcześniej, gdy połowicznie zachmurzone niebo nie dawało jeszcze wyraźnych powodów do niepokoju, nie widać było niemal nikogo, kto poza teczką czy plecakiem dzierżyłby dodatkowo parasol.

Co innego kiedy świeci słońce. Parasolek jest wtedy oczywiście porównywalnie mniej, ale nadal nie stanowią wyjątków od reguły (nienoszenia parasola, gdy nie pada) — w Japonii parasoli zgodnie z przeznaczeniem, przynajmniej wedle ich polskiej nazwy, tzn. do ochrony przed słońcem (to, co obecnie chroni nas przed deszczem, nasi przodkowie z początku wieku nazywali na modłę francuską paraplujem), używa się bowiem na porządku dziennym. Można zresztą mówić o całej parasolowej kulturze — przed wejściem do muzeów, restauracji czy niektórych sklepów spotkać można specjalne stojaki na parasole — czasem w formie cylindrycznych koszy, rzadziej — czegoś pomiędzy samoobsługową szatnią a stojakami rowerowymi.

jp5

Akahibara w deszczu; zdj. Judyta

Chciałem dzisiaj wreszcie pojeździć trochę na rowerze — w końcu mamy stosowną ku temu pogodę — ale zostałem skutecznie spacyfikowany przez słońce i kwitnące lipy. Można się przed tym bronić, wiem — choć słońce okłada wszystkich równo i to nie tylko po twarzy, a ślady walki nosi się później w rozmaitych miejscach, można zawsze naciągnąć czapkę mocno na uszy i udawać, że go nie ma. Na katar sienny nie ma jednak skutecznej rady ad hoc. W Japonii natomiast stężenie pyłków i zarodników grzybów jest nawet wyższe niż u nas, o alergie więc nie trudno. Jest to o tyle problematyczne, że czyszczenie nosa w miejscu publicznym w tamtejszej kulturze nie tyle nawet nie przystoi, co wielu porównuje tę czynność do wymiotowania. Stąd, właściwie niezależnie od pory roku, pory dnia czy pogody, popularne jest noszenie maseczek higienicznych. I nie ma w tym żadnej prawidłowości — pokojówki i biznesmeni, kobiety i mężczyźni, uczniowie podstawówki i seniorzy — na każdym kroku można spotkać kogoś, kto z jakiegoś powodu postanowił założyć maseczkę. Pamiętam, jak zimą w Polsce, w związku z falą zachorowań na świńską grypę, lekarze zalecali je jako środki ostrożności. W tym samym czasie bito zresztą na alarm w związku z nasilającym się w miastach smogiem. Pamiętam też, że koniec końców nie widziałem na ulicy w takiej maseczce nikogo. Jak sądzicie, co na to mój katar sienny?

Cdn.

Opublikowano

Rekuperacja: Antyrihanna

Można by pokusić się o stwierdzenie, że powiedzenie, by nie oceniać książki po okładce najwyraźniej nie dotyczy Rihanny. Jak inaczej bowiem wytłumaczyć to, że jej pierwsza prawdziwie interesująca okładka skrywa jej pierwszy w całości słuchalny materiał długogrający?

Jeszcze zanim w październiku zeszłego roku piosenkarka zaprezentowała okładkę swojej kolejnej płyty w galerii sztuki, wiadomo było, że coś się u Rihanny zmieniło. Między 2005 a 2012 jej siedem wcześniejszych longplayów ukazywało się niemalże rok po roku (wyjątkiem był jedynie 2008, kiedy postawiono na reedycję do tej pory najbardziej kompletnego albumu piosenkarki Good Girl Gone Bad). Tymczasem na Anti musieliśmy czekać bite trzy lata (rocznikowo aż cztery). Choć trzy zeszłoroczne single (ostatecznie nieuwzględnione na płycie) nie prezentowały żadnej wyraźnej zmiany koncepcji, nie sposób było się nie zastanawiać, czy i jak ta najdłuższa w karierze piosenkarki przerwa wpłynie na jakość jej nowego materiału.

Do tej pory Rihanna była przede wszystkim fabryką przebojów. Osiągnęła w tym względzie zresztą znakomite rezultaty — mało komu udało się zdobyć aż 13 numerów jeden w Ameryce w przeciągu zaledwie ośmiu lat. Należy jednak dodać, że przebój przebojowi nierówny, a zdobywanie kolejnych hitów piosenkarka okupiła kosztem koherencji swojego wizerunku scenicznego i muzycznej tożsamości. Właściwie każda z czterech ostatnich płyt była muzycznym śmietniskiem najróżniejszych aktualnych trendów, co było zresztą całkowicie racjonalną strategią marketingową. Jeśli słuchaczom nie spodoba się Rihanna w wersji reggaetonowej, w zanadrzu jest jeszcze Rihanna elektropopowa, trapowa, popsoulowa, taneczna i sentymentalna. Ale trzeba oddać jej w tym miejscu, że w każdym z tych wcieleń prezentowała się całkiem wiarygodnie — podobnie jak niegdyś Madonna potrafiła sprzedać siebie w wielu różnych odsłonach. I pewnie też dlatego udało jej się utrzymać na szczycie przez bitą dekadę. Poza szerokim spektrum lansowanych przez radio singli, na płytach Barbadoski można było oczywiście czasem znaleźć trafione utwory niesinglowe (jak chociażby „Love Without Tragedy”/”Mother Mary” czy „Get It Over With” z ostatniego Unapologetic), ale raczej w ramach wyjątku niż reguły.

Słuchanie wcześniejszych płyt piosenkarki (może z wyjątkiem Good Girl Gone Bad) było przedzieraniem się przez sztampę, nudę i przeciętność w poszukiwaniu najwyżej kilku względnie satysfakcjonujących numerów. W przypadku Anti jest natomiast dokładnie odwrotnie. Pod tym względem Rihanna nie mogła zatytułować tego albumu trafniej — krążek jest bowiem tym, czego do tej pory najbardziej jej brakowało — pierwszym koncepcyjnie, brzmieniowo i songwritersko koherentnym materiałem długogrającym. Oczywiście w kolejnych utworach z płyty piosenkarka, jak zwykle, przybiera rozmaite wcielenia wokalno-charakterologiczne — nie byłaby w pełni sobą, gdyby takie rozróżnienie tu nie zaistniało, ale bez trudu już przy pierwszym odsłuchu można wyczuć zdecydowaną zmianę jakościową. Na pierwszy rzut ucha słychać przede wszystkim różnice w aranżacji — bo chociaż Rihanna podobnie jak wcześniej miesza w obrębie płyty pop, rock, dancehall, hip-hop i R&B, produkcja jest na tyle subtelna i nastawiona na detale, że poszczególne piosenki komponują się ze sobą nadzwyczaj dobrze. Tę zmianę słychać było poniekąd już w singlowym „Work”, z towarzyszeniem Drake’a, który choć utrzymany jest w duchu innego singla duetu „What’s My Name”, wydaje się przy pierwszym kontakcie jakby bardziej niedostępny niż pozostałe przeboje piosenkarki.

Tym samym dochodzimy do kolejnej istotnej wartości Anti, a mianowicie — songwritingu. Choć Anti podobnie jak wcześniejsze krążki piosenkarki jest dziełem zbiorowym — Rihanna wyszła poza krąg stałych współpracowników i wyciągnęła rękę w stronę artystów, którzy z powodzeniem w ostatnich latach tworzą nową falę R&B — wśród nich znaleźli się m.in. James Fauntleroy II, SZA, The Weeknd czy Jeremih, a to dopiero początek listy. Dzięki nim melodie są tu z reguły bardziej złożone niż na wcześniejszych wydawnictwach piosenkarki, a przez to utwory angażują słuchacza na zupełnie innym niż dotychczas poziomie. Nie jest to zatem album, któremu można oddać sprawiedliwość po jednokrotnym przesłuchaniu, ale materiał, który z każdym kolejnym odsłuchem zdaje się odsłaniać przed słuchaczem jakiś nowy szczegół. Ale nie ma się czemu dziwić — na straży spójnego brzmienia projektu stanął współproducent wszystkich utworów na Anti Kuk Harrell, bliski współpracownik The-Dreama, odpowiedzialny za dwa najlepsze utwory w katalogu Rihanny — „Umbrellę” i „Only Girl (In the World)”. Ale krążek brzmiałby zapewne zupełnie inaczej, gdyby nie sama Rihanna, w której wizja, jak sama to określiła, ponadczasowej płyty dojrzewała już od dawna.

Symbolem tego długo wyczekiwanego przeobrażenia może być oniryczny cover neo-psychodelicznego „New Person, Same Old Mistakes” zamykającego zeszłoroczny album grupy Tame Impala Currents. Dużo o nowej płycie i podejściu Rihanny do muzyki mówi nie tylko tekst utworu, ale także to, że piosenka w niemalże niezmienionej psych-rockowej aranżacji idealnie wpasowała się w bieg Anti. A to nie jedyny niespodziewany składnik krążka — znakomite wrażenie robi również wyprodukowane przez Hit-Boya i Travisa Scotta „Woo”, które oparte na dynamicznie zapętlonym gitarowym riffie i vocoderowym wokalu, przywodzi na myśl Yeezusa Kanyego Westa. Nie mniej fascynujący jest inny numer z gitarą elektryczną w roli głównej — „Kiss It Better” — rasowy popowy przebój łączący w sobie duszę Prince’a z czasów Purple Rain i powierzchowność rozkosznego zeszłorocznego krążka Carly Rae Jepsen. Nie sposób nie zwrócić uwagę na odkrywające nowe pokłady subtelności w repertuarze piosenkarki „Love on the Brain” — rozmarzone midtempo oparte na doo-wopowym bicie, zaśpiewane trochę w stylu Alicii Keys, ale z niewątpliwie większym wokalnym wyczuciem (przynajmniej, jeśli przyjrzymy się ostatnim poczynaniom Keys). Trudno oprzeć się także zadziornemu duetowi Rihanny z SZĄ w otwierającym płytę „Consideration” i następującemu bezpośrednio po nim kompaktowemu „James Joint” zbudowanego wokół quietstormowego motywu budzącego bliskie skojarzenia z klasycznymi nagraniami Steviego Wondera.

Powiedzenie, że nie ocenia się książki po okładce w przypadku Rihanny faktycznie nabiera zupełnie innego znaczenia. Wszyscy ci, którzy, tak jak redaktorzy Yahoo, spodziewali się kontynuacji braku linii stylistycznej poprzednich siedmiu krążków, powinni faktycznie tej płyty posłuchać.

Oryginalnie tekst ukazał się w serwisie Soulbowl.

Opublikowano

Rekuperacja „Bailando”

Któregoś ranka obudziłem się z dźwięczącym uporczywie głowie znanym tureckim motywem muzycznym, który z pewną obawą zidentifikowałem prędko jako „Rhythm of the Night” Loony. Wiedziony ciekawością i nauczony doświadczeniem, że to niemożliwe, żeby motyw został przez Loonę zapoczątkowany, postanowiłem sięgnąć głębiej i poszukać oryginalnej wersji, którą ostatecznie oczywiście bez problemu odnalazłem — to „Hadi Bakalım” z repertuaru jednej z najsłynniejszych tureckich piosenkarek XX wieku — Sezen Aksu, wydane w 1991 roku na płycie Gülümse (swoją drogą, jakże odmienny wydźwięk ma ta wersja od późniejszej reinterpretacji Loony — nie pierwszy i nie ostatni raz zresztą). Zanim jednak udało mi się do tego dojść, zabłądziłem, jak to się często zdarza w internecie, trafiając na nieśmiertelne „Bailando”.

„Bailando”, które powinno się wreszcie skazać na wieczne zapomnienie w odmętach pamięci, pomyślałem, „Bailando”, które przez lata słyszałem w rozmaitych okolicznościach dziesiątki, jeśli nie setki razy. Nie było dla mnie wielkim zaskoczeniem, że „Bailando” Loony było jedynie coverem. Niderlandzka piosenkarka podobnie jak niemiecka Cascada czy belgijska Kate Ryan słynie bowiem z bezrefleksyjnego przetwarzania znanych motywów i melodii. Zdziwiło mnie trochę natomiast stylistyczne i chronologiczne sąsiedztwo obu wersji — ta oryginalna ukazała się raptem dwa i pół roku wcześniej i także była wykwitem eurodance’u. Byłem zresztą przekonany, że słyszałem ją już wcześniej raz czy dwa, co faktycznie było prawdą, choć jak się okazało jakiś czas później, nigdy tak naprawdę jej nie słyszałem. Oryginał został nagrany i wypuszczony na singlu z początkiem 1996 roku przez pięcioosobową belgijską grupę Paradisio, na którą, jak doczytałem, składało się wówczas dwóch producentów, dwóch tancerzy i nosząca kolorowe peruki frontmenka Marisa. Musiały minąć jednak dwa kolejne lata, zanim numer stał się w Europie przebojem — w rankingach popularności kawałek konkurował więc z „Barbie Girl” zespołu Aqua, „MMMBop” Hanson i „I’ll Be Missing You” sygnowanym przez Puffa Daddy’ego & The Family.

Śpiewanie po hiszpańsku przez wykonawców nijak z Hiszpanią niezwiązanych ma długą tradycję po obu stronach Atlantyku. Co istotne, nierozerwalnie towarzyszy mu zazwyczaj przerysowane wyobrażenie tego, czym jest latynoski pop. I tak oto Europa doczekała się wielu hiszpańskojęzycznych przebojów z Niemiec, Austrii, Holandii, Belgii, Francji, Włoch, etc. Wykonawców zwykle już po krótkiej chwili zdradzał kanciasty akcent, a przy odrobinę bliższym obcowaniu — tekst — często będący zbiorem chwytliwie brzmiących i popularnych zwrotów, które jednak nijak nie składały się w logiczną całość. Co jest siłą tego patentu? Trudno powiedzieć — może latynoski czar, a może jakieś biedapoczucie elitarności, że chociaż nie znam hiszpańskiego, to rozumiem, co do mnie śpiewają. Nieistotne. „Bailando” Paradisio wpisuje się w ten schemat połowicznie, wybierając, świadomie czy nie, tę połowę bardziej soczystą. Marisa nie brzmi może jak rodowita Hiszpanka, ale zanim nie doczytałem o Belgii, myślałem co najmniej o Portugalii. Śpiewa natomiast rzeczy urągające rozumowi i godności człowieka myślącego, co w erze postinternetu może być jedynie komplementem. Jest więc „corona de cristales” okraszona „ye, ye, ye” i „una emoción” — podstawa każdego prawdziwego natchnienia stojącego za piosenką, są „efectos especiales” i tajemnicze „silencio loco” w refrenie. Tekściarz unika natomiast jak ognia odmiany czasowników przed osoby — zaproszenie do wspólnej zabawy czyni enigmatycznym, ale jednoznacznym „tu y yo a la fiesta”, koniecznie wskazując przy tym palcem odpowiednie osoby i choćby orientacyjnie wspomnianą fiestę. A później tylko „bailando, bailando”, żegnamy znajomych, ciszę i jesteśmy „loco(s)”.

Napiszę od razu, że nie zamierzam teraz wymyślać fantazyjnej teorii, dlaczego „Bailando” Paradisio jest znakomitym numerem, bo piosenka broni się sama. Chodzi mi raczej o odczarowanie pozostawionego przez płaski i nijaki cover Loony niesmaku. Swoją drogą trudno powiedzieć, czy to, że Loona nagrała „Bailando” na nowo niedługo po sukcesie oryginalnej wersji było wynikiem obustronnej umowy czy wielkiej przenikliwości, jaką wykazała się holenderska piosenkarka. Prawdą jest bowiem, że singiel Paradisio choć podbił państwa frankofońskie, Skandynawię, kraje basenu Morza Śródziemnego i w mniejszym stopniu samą Hiszpanię, nie doczekał się sukcesu (a może i wydania) w Niemczech, Austrii i Szwajcarii. Ten rynek rok później zajęła ze swoją wersją wspomniana Loona i stamtąd piosenka bardzo szybko przyszła do nas. Nie chcę czynić z tego manifestu politycznego, ale sąsiedztwo Niemiec wyrządziło polskiej świadomości muzycznej ogromną krzywdę. O ile oczywiście tamtejsze stacje muzyczne były w pewnym momencie swoistym oknem na świat dla polskiego słuchacza (R.I.P. Viva Zwei), obcowanie z nimi zbyt często kończyło się poznawaniem rzeczy pokroju DJ-a Ötziego czy grupy Marquess. Jakkolwiek to zabrzmi, znajomość „Bailando” Loony także jest pokłosiem naszego niezbyt fortunnego położenia geograficznego.

Oryginalne „Bailando” wypada w porównaniu z wersją Loony zupełnie inaczej. Piosenkarce przede wszystkim ewidentnie zależy, a przy tym pozostaje w bezpiecznej odległości od czegoś, co moglibyśmy określić jako desperację — jej wokal i ruchy charakteryzują prawdziwa ekspresja i żywe zaangażowanie w wyznaczony cel (którym jest oczywiście tytułowe „Bailando”). Wykonuje je przy tym z właściwą okolicznościom nonszalancją. Wierzę jej. Jej „tu y yo a la fiesta” nabiera mocy z każdym refrenem. Nie mogę, nie potrafię i nie chcę tego detalu zignorować. Detale są przecież piekielnie ważne. Aranżacyjnie Paradisio eksploruje to samo brzmienie, którym wcześniej posłużyli się już Haddaway w kultowym „What Is Love” czy Saint Etienne w dyskotekowym coverze znakomitego „Weekend à Rome” Étienne’a Daho. Za dyskotekowym bitem można zresztą dostrzec tu synthpopowe rozwiązania pozycjonujące numer nie aż tak daleko od nagrań Pet Shop Boys z podobnego okresu. Loona swoją wersję utopiła natomiast w pseudobrazylijskiej oprawie, która bardziej niż karnawał w Rio przywodzi na myśl imprezowy zestaw — gwizdek i białe rękawiczki.

Wracając poniekąd do punktu wyjścia, czyli do motywu z numeru „Rhythm of the Night” Loony, odkryłem przy okazji, że z kolei Paradisio na swoje potrzeby niechlubnie przetworzyło numer „Ritmo de la noche” Lorki. Tym samym więc wszystko zostaje w rodzinie.