Opublikowano

Dywan czy miotła — przewodnik nowoczesnego podróżnika

paris

Paryż; zdj. Kurtek

Raz po raz odżywa we mnie chęć prowadzenia dziennika, choćby miał on przeczyć idei zawartej w tym słowie na pierwszy rzut oka — być w swojej regularności sporadyczny i wybiórczy, na tyle jednak poddany pewnej dyscyplinie, by zsumowany za osiem lat dał mi (albo, bo ja wiem, komuś kto przypadkiem znajdzie go i nie wyrzuci bezrefleksyjnie do śmieci) jakiś obraz rozpisanych w nim dni. Tym razem chęć taka naszła mnie po lekturze fikcyjnej autobiografii, w której równie fikcyjnym epilogu autor (pardon, narrator; granica cienka, ale zazwyczaj usprawiedliwiająca wszelkie literackie kłamstwa) upiera się, że jego l’œuvre finie, jak sam swą powieść określa, straciłoby na pieczołowitości, gdyby nie spisywane na bieżąco dzienniki, które cudem przetrwały kolejnych naście lat. Idea nęcąca, zwłaszcza że przeglądając z każdym dniem kruszejący w oczach indeks niewypowiedzianych zaklęć na przyszłość, dochodzę do wniosku, że jedną z rzeczy, jakie, chciałbym, by na pewno stały się moim udziałem, byłoby właśnie napisanie fikcyjnej autobiografii. Trzeźwo oceniając sprawę, trudno mi byłoby jednak nie tylko rzecz do życia powołać i z grubsza zmyślnie kontynuować, ale przede wszystkim zebrać później tę stertę nijak mających się do siebie szczegółów we w miarę rozsądną całość. Jako człowiek nieobdarzony przez naturę ponadprzeciętnym zmysłem obserwacji, wpadający w panikę ilekroć trzeba w ogólną ramę narracji wpisać tysiące drobiazgów, które mają zadecydować o sukcesie lub porażce, jestem z gruntu na pozycji straconej. Musiałbym się zatem niesamowicie natrudzić, żeby owa fikcyjna autobiografia, na tyle zachowywała pozory koherencji, a przy tym albo nie porażała lakonicznością obserwacji, albo w drugą stronę — nie przytłaczała zbytnią precyzją, by ktokolwiek przy zdrowych zmysłach zechciał rzecz choćby przekartkować. Co więcej — prowadzenie dziennika, o ile nie wpadnie się w niego po uszy, tak że nie istniałaby chwila, by autor nie kombinował, jak najdrobniejszy ledwie dostrzeżony drobiazg kunsztownie przenieść na jego łamy, jest sprawą z gruntu paradoksalną. W przeciwnym razie o dzienniku przypomina się sobie w momentach, gdy rozpaczliwie doskwiera nuda (to jeden z nich, tutaj, teraz), a te obfitujące w niebanalne wydarzenia i postaci godne przeniesienia na papier nie stwarzają zwykle sposobności, by choćby urywanymi zdaniami sprawę nakreślić i przy sprzyjającej chwili barwnie rozwinąć.

paris

Parc André Citroën; zdj. Kurtek

Swego czasu zacząłem nieśmiało notować na luźnych kartkach swoje spostrzeżenia, wrażenia. Miałem jednak olbrzymi problem, by skupić się na rzeczach prostych — jak, dajmy na to, faktura blatu stołu w odwiedzonej restauracji czy odcień falującej na wietrze trawy. Szukałem natomiast idei i uczuć, usilnie pragnąć nazwać je i ocenić bez zawracania sobie głowy otoczeniem. I tak oto sam z siebie wpadłem we własne sidła i mimowolnie przy najbliższej okazji porzuciłem ten nadto angażujący, a w ostatecznym rozrachunku obnażający erystyczne niedostatki rytuał. Powodowała mną jednak całkiem uzasadniona obawa, by przy prostych rzeczowych opisach nie popaść w szkolną manierę, którą spuentować można by jedynie szyderczą inwokacją Drogi pamiętniczku. Z drugiej strony mimowolnie rodziły się pytania, czy aby informacja, że akurat tego a tego dnia w ramach późnego obiadu zjadłem ogromnego, wypaczającego zasady savoir-vivre burgera, którego nazwa trois fromages nie zważała na fakt, że jego głównym składnikiem były dwa pokaźne kotlety wołowe, była godna odnotowania. Czy już kolejnego dnia miało mieć jakiekolwiek znaczenie, że informację o restauracji znalazłem przypadkowo na nieznanej mi wcześniej stronie La Fourchette, a do wybranego zaocznie Bistro Burger Montparnasse oddalonego mniej więcej o dwadzieścia minut pieszej wędrówki, udałem się mimo tego, że po drodze minąłem podobną burgerownię z wymowną promocją typu Happy Hours, która obejmowała ni mniej, ni więcej napoje alkoholowe, którymi także byłem zainteresowany — i to pomimo że nie miałem rezerwacji. Ostatecznie piwo w paryskich knajpach, o ile nieimportowane z Belgii czy Wielkiej Brytanii, co w przynajmniej w moim przypadku nie zdarza się zbyt często, smakuje tak samo przeciętnie, niezależnie od tego, czy kosztuje 5 czy 12 euro. I choć w danej chwili poczułem nieuzasadnioną chęć, by w najdrobniejszych szczegółach opisać względnie opustoszałe w niedzielne popołudnie i dość oszczędnie urządzone wnętrze restauracji, moje niezbyt wymyślne zamówienie, nielicznych gości lokalu i smukłą kelnerkę o szczerym uśmiechu i nieśmiałej angielszczyźnie, która przyjmowała zamówienie; w chwili gdy tylko przekroczyłem próg mieszkania, wszystko to wydało mi się pozbawione najmniejszego sensu. „Od czegoś trzeba zacząć” — myślałem w restauracji, z miną krytyka kulinarnego oceniając całokształt sytuacji, w której się znalazłem, z pominięciem, dość znamiennie, jedzenia. W rolę wszedłem zresztą na tyle głęboko, że gdy smukła kelnerka przy rozliczaniu zamówienia, zapytała, czy smakowało, odpowiedziałem, że owszem, ale bez większego entuzjazmu, podświadomie wyrokując, że miejsce choć przyjemne, nie otrzymałoby ode mnie gwiazdki Michelina.

paris

Tour Eiffel; zdj. Kurtek

Gdy okoliczności zmuszają mnie, by w obcym mieście, wybrać się na obiad czy kolację, zwykle nastręcza mi to pewnych trudności. Niby jestem panem własnego losu — nikt donikąd mnie nie ciągnie i o ile nie jestem przeraźliwie głodny, nie muszę się też nadto spieszyć, ale jednak moje wybory pozostają płaskie — zamiast szukać lokalnych specjalności albo dać się urzec niepowtarzalnej atmosferze skrzętnie skrytego w niepozornym zaułku maison, zazwyczaj wybieram bezpiecznie — rzeczy i miejsca, które w efekcie daleko posuniętej globalizacji nie będą zbytnio odbiegały od tego, co mogę bez trudu sprawić sobie w Polsce. Burgery, pizza i sushi — święta trójca międzynarodowego kulinarnego pragmatyzmu wymieszanego z lenistwem. A gdybym przecież tylko zaszedł do miejsca wyjątkowego — czy to w sposób zupełnie dosłowny, czy też poprzez całkowite wtopienie się w codzienność miasta i jego mieszkańców, mógłbym teraz z miną krezusa i zachwytem w oczach opisywać nie tylko niecodzienne smakołyki, których spróbowałem, ale i z całą pewnością niebanalnych ludzi, których bym tam spotkał. A tak — jedynymi klientami, których obsługa usadziła w moim polu widzenia, tak że mogłem zgoła bezpiecznie przyglądać im się znad swojego burgera była enigmatyczna para komunikująca się zarówno z pracownikami lokalu, jak i między sobą niezbyt przekonywającym angielskim. Przysadzista brunetka o dużych oczach i wąskiej twarzy spowitej z lewej strony grubym słowiańskim warkoczem usiadała vis-à-vis mnie. Plecami odwrócony był natomiast jej towarzysz — wysoki szatyn o rysach tak kanciastych, że spod krótkich włosów dało się bez problemu zauważyć kontur jego czaszki. Najwyraźniej nie mieli sobie zbyt wiele do powiedzenia. Być może zmęczyło ich całodzienne zwiedzanie Paryża — wydawali się bowiem, tak jak ja turystami — efektem czego prędko zamówili dwa identyczne zestawy — dwa burgery miesiąca, z błękitnym serem pleśniowym i karmelizowaną cebulą, które każdemu klientowi po zajęciu stolika usilnie polecały kelnerki, i dwie cole Zero. I chociaż przyszli kilkanaście minut po mnie, opuścili bistro, zanim jeszcze ja zdążyłem poprosić o rachunek. To zresztą były jedne słowa, jakie, pomijając powitalne i pożegnalne formuły grzecznościowe, powiedziałem w tym miejscu po francusku. Choć przyjąłem sobie wcześniej za zasadę, że będę próbował, przynajmniej dopóki nie dojdzie do krępującej sytuacji całkowitego niezrozumienia, w restauracjach sytuacja wygląda nieco inaczej. Obsługa ma bowiem w zwyczaju drobiazgowe badanie wszystkich wchodzących i na podstawie powitalnego bonjour i odpowiedzi na pytanie, czy zamierzam jeść czy pić, stwierdzając kiepsko zakamuflowany brak językowej zręczności, proponuje na wszelki wypadek angielskie menu. W takiej sytuacji nie idę już w zaparte, nie udaję, że go nie potrzebuję, poddaję się, dziękuję i czuję się jakby odrobinę pewniej, że moja językowa niefrasobliwość nie zostanie tym razem zdemaskowana chwilą niezręcznej ciszy w odpowiedzi na proste, ale w tej konkretnej chwili zaskakująco trudne pytanie.

CDN

Opublikowano

Your Life in the La La Land

lalaland

Niesłychany sukces La La Land to nie tylko filmowy powrót do klasycznego Hollywoodu, piękny hołd dla Casablanki i zręcznie wyprodukowany musical zawieszony gdzieś między złotą erą jazzu a współczesnością. To przede wszystkim marzenie — wciąż żywy american dream przeniesiony z klasycznej formuły od pucybuta do milionera w zdobną musicalową ramę — współczesnego american dream szukającego spełnienia na co dzień znacznie mniej spektakularnie w niezliczonych telewizyjnych talent showach. To wreszcie para aktorów, która nie dorównuje Fredowi Astaire’owi i Ginger Rodgers perfekcją, jeśli chodzi o śpiew i taniec, nadrabiając w oczach widzów te teoretyczne braki warsztatowe z nawiązką dzięki ponadczasowemu urokowi i prostolinijnej sympatii. Moc La La Land drzemie także w kreacji świata, który niby jest na wyciągnięcie ręki, ale jednak nie istnieje — świata opartego o ponętny jazzowy paradygmat mimowolnie wciągający delikwenta w swoje tryby. Ja, przyznaję, wpadłem po uszy i jako swoiste placebo na własną rękę przedłużyłem muzyczną wizję Hurwitza, Paseka i Paula o kilkadziesiąt utworów, przy których można frywolnie przemierzać świat tanecznym krokiem w klimacie ścieżki dźwiękowej z La La Land.

Opublikowano

Kurtek w Rumunii

rom

Misleading diversity — trudne pytania w centrum Bukaresztu; zdj. Kurtek

Dem narysował kiedyś taki pasek, na którym uwiecznił moment, gdy większość rekrutów policyjnych rezygnuje z kariery w zawodzie. Podczas wstępnego szkolenia z nieudawaną powagą oficer prowadzący (szkolenie, hehe) wskazuje na planszę, z której wynika, że paralizator ≠ szynka. Już od kilkunastu dobrych dni próbowałem skleić coś sensownego o kilkudniowej wizycie w rumuńskim Bukareszcie, ale zawsze w pewnym momencie stawał mi przed oczyma ten obrazek. Można zapewne pisać o Rumunii, wychodząc z zupełnie innego paradygmatu, ale gdy spędza się tam zaledwie pięć dni, połowę tego czasu za biurkiem, trudno nie wpaść w pułapkę misyjnego obalania stereotypów. Rumunia jest w gruncie rzeczy bardzo typowa — mają internet, posługują się pieniędzmi, jeżdżą samochodami po drogach, a do jedzenia używają sztućców. Przed wyjazdem wielokrotnie słyszałem z różnych stron, że Rumunia jest prawdopodobnie najbardziej podobnym do Polski krajem na świecie. Trudno mi to ocenić, bo musiałbym odwiedzić jeszcze sporo miejsc, by to sprawdzić, ale podobieństwa nie da się nie dostrzec.

rom

Bukareszt, którego nie wyślemy na pocztówce; zdj. Kurtek

To ciekawe o tyle, że Rumuni to nie Słowianie, a Latynosi. Mimo wszystko ich podejście do życia i poczucie humoru w jakiś sposób zazębiają się z polskim sposobem bycia. Są może trochę bardziej wyluzowani i autoironiczni, ale trapiące ich problemy to wypisz-wymaluj polska codzienność. W centrum są oczywiście niekompetentni wszechwładni politycy ujadający na siebie nawzajem, nie do końca wiadomo z jakiego powodu, dzielący przez to społeczeństwo. Resztę znamy z autopsji. Podobnie zresztą jak kłębiące się na każdym roku banki, apteki i sklepy spożywcze popularnych sieciówek (w Polsce to Żabki czy inne Małpki, w Rumunii — Mega Image). I wszechobecne reklamy leków w telewizji. „Jesteśmy chorzy, potrzebujemy pieniędzy na leki i jedzenie” — tak podsumował to któregoś dnia oprowadzający mnie po centrum Bukaresztu Manuel. „Skąd ja to znam” — to już ja mamroczący pod nosem do siebie. Rumunów nie dziwi też polskie disco polo — co najwyżej to, że ktoś ma odwagę grać to w radiu i jeszcze mówić bez żenady, że mu się podoba. Tu sam się zdziwiłem, bo podejrzewałem, że ojczyzna takich tworów jak O-Zone czy Inna okaże większą otwartość na naszą muzykę chodnikową. Ale rumuński dance to zupełnie inna para kaloszy, znoszonych już zresztą do reszty i jakiś czas temu bez skrupułów porzuconych na dnie szafy. Odpowiednikiem disco polo jest w Rumunii manele — mieszanka bałkańskiego folku, muzyki cygańskiej i popu — proste melodie grane na syntezatorach w towarzystwie akordeonu o miłości, seksie, pieniądzach i zabawie. Ale o ile na prowincji manele święcą triumfy, w dużych miastach nie ma o tym mowy. Na tradycyjnym miejskim rumuńskim weselu (w wynajętym gigantycznym ślubnym kontenerze z blachy falistej ustawionym na przedmieściach) prędzej usłyszymy Kool & The Gang. Tak przynajmniej słyszałem i chcę w to wierzyć.

rom

Zabytkowe centrum miasta i księżyc; zdj. Kurtek

Pierwsze wrażenie jest ważne, ale często się je przecenia. Na pierwszy rzut okna Bukareszt zapowiadał się ponadprzeciętnie zwyczajnie. Lotnisko w Otopeni było zatłoczone i nie obiecywało zbyt wiele. Można z niego dostać się do miasta jedynie taksówką. Kilka lat temu postanowiono wybudować w kierunku lotniska linię kolejową, ale zamiast doprowadzić ją do końca, zakończono ją w środku pustkowia kilka kilometrów wcześniej, gdzie ustawiono przystanek autobusowy. Taksówki na szczęście są w Rumunii tanie — kurs do centrum z lotniska — około 17 kilometrów to koszt nieco ponad 25 złotych. Kierowcy rzadko mówią po angielsku, a jeśli mówią, to najprawdopodobniej będą próbowali tłumaczyć, dlaczego muszą za kurs policzyć drożej (teraz złośliwie generalizuję, tak zrobił kierowca odwożący mnie na lotnisko, który w połowie drogi zapytał, ile mam pieniędzy i stwierdził, że muszę zapłacić mu więcej, bo zazwyczaj nie jeździ na lotnisko i potrzebuje kupić winietę, której oczywiście nie dopisze do rachunku — nie dopłaciłem, ale pozwoliłem zatrzymać mu resztę), a czasem, jak inny pan kierowca, wożą w bagażniku narzędzia rolnicze. Żeby zamówić taksówkę z lotniska trzeba skorzystać z automatu. Nie sposób tych automatów przegapić, bo przy wyjściu stoi ich całkiem sporo, a wokół jeszcze więcej ludzi. Zasada jest banalnie prosta — wybieramy na ekranie przewoźnika, a automat drukuje bilecik z numerem samochodu i orientacyjnym czasem oczekiwania. Przed rozpoczęciem kursu bilecik daje się kierowcy. W praktyce automaty zawieszają się, nie działają, w nieskończoność szukają połączenia i trzeba przy nich spędzić jakiś kwadrans, by bilecik się wydrukował. Komunikacja miejska w Bukareszcie została zresztą potraktowana podobnym rozwiązaniem racjonalizatorskim — bilety można kupić tylko w specjalnych szarych kioskach ustawionych przy wybranych przystankach, a żeby móc taki bilet nabyć, trzeba najpierw sprawić sobie papierową kartę magnetyczną, aby móc zakodować na niej najpierw możliwość przejazdu, a później sam przejazd.

rom

Bukareszt; zdj. Kurtek

Pani w kiosku, na którą trafiłem, co prawda potrafiła mówić po angielsku, ale jednak komunikacja między nami skazana była na porażkę — najwyraźniej z braku zrozumienia systemu biletowego z mojej strony. W końcu zdałem się na nią i jak się okazało, wyszedłem na tym lepiej, niż gdyby udało mi się bez problemu zrealizować mój najwyraźniej szokujący pomysł kupienia na raz ośmiu biletów na ewentualne przejazdy (które miały nigdy nie nastąpić). Tego dnia miał też nie przyjechać autobus linii 205 zmierzający w kierunku ulicy admirała Horii Macellariu (dowódcy rumuńskiej floty wojennej podczas II wojny światowej — w tym kontekście to zupełnie nieistotne). Przynajmniej przez kolejne trzy kwadranse. Okazało się zresztą, że rozkład jazdy autobusów, tak skrupulatnie naniesiony przez inżynierów Google’a na ich mapy, w praktyce nie funkcjonuje. Czy może raczej funkcjonuje jako luźna dygresja na temat tego, jakie połączenia mogłyby być realizowane i gdyby do tego doszło, jaki numer miałby bus, który po takiej trasie by kursował.

rom

Wymowny pomnik korupcji w centrum miasta; zdj. Kurtek

Gdy tak czekałem na transport, z braku laku przestępując z nogi na nogę, moją obecnością na przystanku zainteresował się pewien koreański emeryt-turysta, który z niewiadomych przyczyn wyruszył w podróż po Europie wschodniej bez telefonu komórkowego i poprosił, czy odpłatnie mógłby skorzystać z mojego, by powiadomić znajomego profesora o swoim rychłym wyjeździe z kraju wampirów i przyjaznych ludzi (za podpowiedź w wyszukaniu tego niezręcznego synonimu Rumunii dziękuję autopodpowiedziom Google’a). Nie wiedziałem trochę, jak powinienem w tej sytuacji postąpić. W Polsce w ciągu minionego ćwierćwiecza o skorzystanie z telefonu pytali mnie co najwyżej znajomi i potencjalni złodzieje (chociaż w tym drugim przypadku słowo pytali jest nie na miejscu). Rumunia w tej kwestii też nie cieszy się najlepszą sławą. A tymczasem pierwszy poranek w obcym kraju i od razu coś takiego. Dobre sobie! Los się ze mnie naigrywa. Podczas gdy ja zajęty byłem boksowaniem się sam ze sobą, pan pozwolił sobie sam z siebie się wygadać. I bardzo dobrze — nie wyglądał jak modelowy Koreańczyk, ale jego twardy, zniekształcony przez sylabiczne hangul, obcy akcent nie pozostawiał złudzeń — oto na przystanku naprzeciw bukaresztańskiego Gara de Nord stoi przede mną prawdziwy koreański emeryt-turysta, w dodatku, co zdążył mi już wyjawić, udający się za kilka dni także do Polski. Wygrał pan, panie Koreańczyku, oto mój telefon, proszę tylko nie bić. Obeszło się bez bicia. Profesor co prawda nie znalazł dla swojego azjatyckiego znajomego tego dnia nawet jednej krótkiej chwili, ale ten przyjął tę wiadomość z właściwym Azjatom zrozumieniem. Po wymianie uprzejmości z uśmiechem oddał mi telefon, dołączając wyciągniętą ukradkiem z torby ulotkę, jak być chrześcijaninem w Korei, po czym prędko wskoczył do autobusu, który właśnie podjechał na przystanek i chwilę później zniknął mi z pola widzenia.

rom

Prezent od napotkanego koreańskiego emeryta-turysty; zdj. Kurtek

Bukareszt z gigantycznym Pałacem Ludowym — pomnikiem szaleństwa Nicolae Ceaușescu i drugim po Pentagonie największym budynkiem na świecie — jest nie tylko wizytówką Rumunii na arenie międzynarodowej, ale też miastem kontrastów, w którym stare miesza się z nowym, a bieda bawi się z bogactwem w ciuciubabkę. Poza ścisłym centrum, które nie zostało zniszczone podczas wojny i dzięki temu okazała promenada otoczona jest niezwykłej urody zabytkową zabudową w stylu przywodzącym na myśl Wiedeń czy Budapeszt. Trudno się więc dziwić, że w tym doskonale zachowanym i przesadnie wręcz skondensowanym architektonicznym skansenie wrażenie zrobiła na mnie pozostająca odrobinę na uboczu kameralna XVIII-wieczna Cerkiew Kretzulescu położona przy Alei Zwycięstwa — głównej ulicy Bukaresztu okresu międzywojnia.

rom

Wzory na kostce brukowej nieopodal Cerkwi Kretzulescu; zdj. Kurtek

W Bukareszt inwestuje się jednak w myśl zasady „przyjeżdża papież” tzn. odnawia się te ulice, którymi papież będzie się przemieszczał, wszystko inne pozostawiając przez lata w niezmienionym stanie. Na pytanie, kto w tym wypadku jest papieżem, nie potrafię jeszcze odpowiedzieć, ale z całą pewnością przemieszcza się raczej głównymi ulicami — za to często i z rozmachem. Tak zielonej trawy jak w pobliżu stalinistycznego Domu Wolnej Prasy nie widziałem chyba nigdzie i to mimo dość zaawansowanej już jesieni. Bukareszt może się też pochwalić enklawą ze stali i szkła w nowoczesnej dzielnicy Pipera położonej na północy miasta, gdzie swoje biura posiada większość zachodnich korporacji. Poza reprezentacyjnymi dzielnicami w mieście panuje swojski urbanistyczny rozgardiasz przywodzący na myśl Polskę milenialnego przełomu — już na drodze modernizacji, ale w dalszym ciągu odrapaną, nieokiełznaną, daleką od zachodniego rozumienia salonowości.

rom

Przedmieścia; zdj. Kurtek

Trudno pisać o Rumunii, nie wzmiankując o tradycyjnej rumuńskiej kuchni, w której, według ochoczych i rozległych komentarzy moich gospodarzy, zawiera się wszystko od McDonalda, przez włoską kuchnię, aż po shoarmę zawijaną w tortillę. Obcujemy tu, jak pewnie zdążyliście zauważyć, z tkanką dynamiczną i, czegokolwiek by w tym miejscu nie pomyśleć, kosmopolityczną. Pomimo tego, że o jedzeniu rozmawialiśmy sporo, a ja przy każdej okazji uporczywie wracałem do tematu, ostatecznie na tym stanęło. Nic co jadłem nie było rdzennie rumuńskie, ale ponoć było dla kraju typowe i w tym kontekście reprezentatywne. Gdybym miał te doświadczenia interpretować dosłownie, okazałoby się, że Rumuni tradycyjnie na lunch jedzą górę mięsa złożoną z wielu rodzajów kiełbas, kabanosów, kotletów, szaszłyków i rozmaitych części świni, których na talerzu nie potrafię nawet zidentyfikować. Taka uczta przewidziana zgodnie z menu dla trzech osób, co z kamienną twarzą potwierdziła też pani kelnerka, spokojnie wykarmiłaby podstawowy skład drużyny siatkarskiej — o ile sportowcy zaakceptowaliby jej jednoznacznie mięsny charakter. Manuel i Cristian zgodnie określili tę małą rozpustę słowami pomana porcului, które przenoszą nas w zupełnie inne miejsce i czas.

rom

Prawie pomana porcului; zdj. Kurtek

Słowo pomana można przetłumaczyć jako dobroczynność, ale związane jest niemal na wyłączność z obrzędowością żegnania bliskich zmarłych — 40 dni po pogrzebie rodzina i przyjaciele spotykają się przy stole, by uczcić pamięć denata Ponoć właśnie na okres 40 dni dusza zmarłego może powrócić do żywych i w tym czasie należy godnie zaliczyć nieboszczyka na poczet przodków. Pomana porcului natomiast związana jest z diametralnie inną, ale jednak podobną tradycją. W grudniu, przed Bożym Narodzeniem na wsiach dokonuje się świniobicia, zapraszając krewnych, sąsiadów, znajomych i wszystkich, którzy brali udział w rzezi, do uroczystego ceremoniału, podczas którego kosztuje się przygotowanych z prosięcia wyrobów. Trawienie wspomaga się beczkami rachiu (jak po rumuńsku określa się rakiję). Bardziej wprawieni mogą sięgnąć także po palinkę (rom. palincă), czyli tradycyjną rumuńską, ale także słowacką i węgierską, wódkę produkowaną nierzadko w domowym zaciszu ze słodkich owoców — od śliwek, przez jabłka, gruszki, morele, aż po czereśnie. Brzmi znakomicie, ale smakuje — brrr!

rom

Prawdziwa pomana porcului według moich wyobrażeń; źródło: Jurnanul.ro

Czyli w sumie odwrotnie niż sama Rumunia, która lata temu okryła się szalem utkanym z nieaktualnych już albo z gruntu nieprawdziwych informacji i trudno jej teraz pokazać prawdziwą twarz (oh, Coelho, dzięki ci za inspirację przy tej mącącej w żyłach krew metaforze!). A jej twarz jest, hej!, naprawdę ładna, nie szczerzy kłów jak Drakula, ale jednak mimo wszystko się uśmiecha. Sami Rumuni zresztą mają we krwi dystansowanie się od problemów przy pomocy humoru — często słodkogorzkiej satyry na rzeczywistość. „Haz de necaz!” — mawiają! Skąd my to znamy?

Opublikowano

Upiorny twist

twist-600x400

Nie wybieram się dzisiaj co prawda w tournee po okolicy, by dręczyć niczemu winnych ludzi prośbami o cukierki, ale myślę, że nie pogardzę seansem jakiegoś prawdziwie upiornego filmu. By jednak wcześniej wprawić się w nastrój, na łamach Soulbowl.pl przygotowałem odpowiednio upiorną muzyczną selekcję w kształcie 10 hajlatów i 30 wcale nie gorszych niehajlajtów.


10. G-Eazy featuring Jeremih, „Saw It Coming”

„Ghostbusters” Raya Parkera Jra nie da się niczym zastąpić, więc nazywanie „Saw It Coming” promującego tegoroczny remake Pogromców duchów następcą legendarnego motywu byłoby srogim nadużyciem. Nie zmienia to jednak faktu, że „Saw It Coming” to kawałek solidnego radiowego popu z obłędnym refrenem Jeremiha mocno nawiązującym do R&B w stylu późnego Michaela Jacksona. Na pytanie „Who you gonna call?” G-Eazy i Jermih odpowiadają „I bet you never saw it coming” — i rzeczywiście mają rację.

*

9. Gnarls Barkley, „The Boogie Monster”

Aloe Blacc ma dolara w kieszeni, a Cee Lo Green — potwora w szafie, przynajmniej jeśli wierzyć deklaracjom z refrenów ich piosenek. Danger Mouse od zawsze lubował się w serwowaniu mrocznych motywów w gęstych aranżach — z jednej strony mocno osadzonych na hip-hopowych fundamentach, z drugiej zaś bezsprzecznie czerpiących z upiornego twistu lat 60. Jednym z kulminacyjnych momentów tego chwytliwego stylu był wydany w 2006 roku krążek St. Elsewhere, na którym wespół z Cee Lo z retrosoulu i oldschoolowego funku wyczarowali prawdziwie diaboliczne muzyczne przedstawienie.

*

8. Gorillaz featuring Del the Funky Homosapien, „Clint Eastwood”

Czy tylko ja nigdy nie wierzyłem Damonowi Albarnowi śpiewającemu w „Clint Eastwood” apatycznym głosem, że jest szczęśliwy i ma torbę pełną promieni słonecznych? Moją niepewność potęgował przeraźliwy syntezatorowy motyw wybijający się raz po raz ponad klasyczny triphopowy bit. Sytuacji nie poprawiał też Del the Funky Homosapien, który charyzmatycznymi (czyt. demonicznymi w nieco kreskówkowy sposób) zwrotkami doskonale dopełnia hipnotyczny refren Albarna.

*

7. Nosowska, „Puk puk”

Jeśli sądziliście, że w polskiej muzyce nie mieliśmy swoich własnych upiornych momentów, to najwyższy czas zweryfikować ten pogląd. Tytułowy utwór z wydanego przed 20-ma laty triphopowego debiutu Kasi Nosowskiej mógłby służyć za model, jak zręcznie budować grozę w muzyce pop. Mamy plemiennie pulsujący bit, wiatr wygwizdujący na skraju fałszu straszliwą melodię i opartą na na pomyśle z filmu Dzieco Rosemary porażającą kołysankę. Atmosfery horroru dopełniają szczere wyznania Nosowskiej, która nie ukrywa tego, że jest przerażona i nie zawaha się wciągnąć słuchacza do swego pogrążonego w mroku świata.

*

6. OutKast featuring Killer Mike, „Bust”

W dyskografii OutKast można by co prawda znaleźć kilka utworów bardziej bezpośrednio tekstowo nawiązujących do Halloween — z humorystycznie traktującym o problemach matrymonialnych najsłynniejszego wampira w historii „Dracula’s Wedding” na czele. Ze świecą szukać natomiast piosenki dorównującej „Bust” z wydanego w 2003 roku Speakerboxxx/The Love Below szeroko pojętą upiornością na poziomie aranżacji. Zanim na dobre zrywa się potworna nawałnica Big Boi ostrzega, że siódma pieczęć właśnie została zerwana, a duchy i gobliny błądzą wolno po Ziemi. Część z nich zaangażował zresztą najpewniej do majakowego chóru przyprawiającego żywych o dreszcze przez cały burzliwy przebieg utworu.

*

5. Screamin’ Jay Hawkins, „I Put a Spell on You”

VooDoo D’Angelo może i czarowało słuchaczy, ale z prawdziwym voodoo miało niewątpliwie niewiele wspólnego. W tym kontekście dużo większą moc mają zaklęcia rzucane przez Jaya Hawkinsa w klasycznym „I Put a Spell on You”, które doczekało się bezliku coverów i do dziś pozostaje adekwatnym elementem zachodniej popkultury. Żadna z reinterpretacji nie dorównywała jednak ekspresją wydanemu w listopadzie 1956 roku oryginałowi. Ta niesławna bluesowa ballada zapewniła nieznanemu wcześniej szerszej publiczności Hawkinsowi nieśmiertelność i dołożyła swoje trzy grosze do mojej upiornej plejlisty.

*

4. Nick Cave & The Bad Seeds, „Red Right Hand”

Także Nick Cave zbudował jeden ze swoich gotyckich przebojów na bazie upiornego twistu i złowrogo dmiącego w tle wiatru. Pierwotnie wydane w 1994 roku na płycie Let Love In „Red Right Hand” dwa lata później nie bez powodu zostało wybrane jako temat sagi filmowej Krzyk. Cave jednak nie krzyczy — jako narrator oszczędnie dozuje emocje w historii, która bierze swój tytuł z poematu łączonego niegdyś z satanizmem Johna Miltona, ale rozwija się co najmniej jak opowiadanie Stephena Kinga.

*

3. The Weeknd, „House of Balloons”/”Glass Table Girls”

„House of Balloons”/”Glass Table Girls” podwójny hajlajt z debiutanckiego mikstejpu The Weeknd brzmi może bardziej jak bliskie spotkanie trzeciego stopnia z istotami pozaziemskimi, aniżeli z wesołym diabłem, ale bardzo trudno odmówić mu przepełnionego ciemną materią gęstego klimatu, kóry można by ciąć nożem. Po części dlatego, że muzyk pożyczył potwornie przebojowy refren od Siouxsie & The Banshees, ale także dzięki wkładowi własnemu — okalającym melodię mrocznym syntezatorom i zdumiewająco przestrzennej produkcji.

*

2. Run the Jewels, „Oh My Darling Don’t Meow (Just Blaze Remix)”

Po zeszłorocznej premierze kociego arcydzieła nic nie będzie już takie samo. Nie duchy, wampiry czy zombie, a koty stoją za mrocznym i psychotycznym brzmieniem Meow the Jewels. Kocia paranoja jest zresztą ewidentnym lajtmotiwem hitowego „Oh My Darling Don’t Meow” w znakomitym remiksie Just Blaze’a, który dzięki zaprzęgnięciu w bit hipnotycznych kocich sampli wykreował klimat grozy niczym nieustępujący „Thrillerowi” Michaela Jacksona.

*

1. Michael Jackson, „Thriller”

Nastoletnie uwielbienie klasycznego kina grozy, fascynacja nieprzeniknionymi, strasznymi, tajemniczymi historiami to punkt wyjścia do koncepcyjnego przeboju Michaela Jacksona — być może najbardziej utytułowanej okołohalloweenowej piosenki w historii muzyki popularnej. Jackson z Rodem Tempertonem zawarli w niej bowiem typową dla amerykańskich slasherów naiwność, a ejtisowe syntezatory połączone z galerią klasycznych dźwiękowych efektów — od wyjącego psa po skrzypiące drzwi — dodały do utworu odrobinę nieodzownego w tym wypadku kiczu. Całości dopełnił niezastąpiony mistrz horroru Vincent Price w roli narratora, którego głos przyprawiać może o ciarki. Panie, panowie, prawdziwy thriller!


Opublikowano

Czy to blond, czy to blond, czy to blond, czy to blond-blond?

Długo oczekiwany następca Channel OrangeBlonde Franka Oceana zaskakuje nie tyle rozmyślną formą wydania, ale samym brzmieniem. Ocean nie tylko nie wyszedł naprzeciw oczekiwaniom fanów, ale mając w pamięci zaledwie szkice swoich poprzednich projektów, napisał się zupełnie od nowa, serwując słuchaczom nieprzewidywalny godzinny trip, dzięki któremu po raz kolejny udało mu się dołożyć cegiełkę do dynamicznie rozwijającego się brzmienia i charakteru nowego świadomego R&B.

Też właśnie dlatego Blonde przy pierwszym odsłuchu stanowi dla słuchacza pewne wyzwanie — już począwszy od rozpoczynającego krążek singlowego „Nikes”, które przetworzonym, mocno spitchowanym wokalem uderza w te same tony, co nieszczęsny początek współtworzonego przez Oceana „My Willing Heart” z ostatniej płyty Jamesa Blake’a. „Nikes” ma jednak nad kompozycją Blake’a tę przewagę, że nie wybija z nastroju, ale go tworzy i wprowadza — niezręczność pierwszych sekund dzięki jednej z bardziej chwytliwych melodii na krążku szybko przekuwa w zainteresowanie. Ocean zaczyna od mocnego stylistycznego manifestu wprowadzającego niczego niedomyślającego się jeszcze słuchacza w swoją wizję post-muzyki. A to dopiero początek. Poczucie obcości powoduje jednak nie tyle (a przynajmniej nie tylko) produkcyjna ornamentacja, ale częściowe odrzucenie prostej piosenkowej struktury refren-zwrotka-refren na rzecz wolniejszej i mniej uporządkowanej formy, co siłą rzeczy wpływa mocno na i tak chwiejne odczucie melodyki na Blonde. Jednocześnie taki sposób pisania i wykonawstwa piosenek sprawia wrażenie bardziej naturalnego i równoważy produkcyjne wybiegi poczuciem bliskości i spontaniczności.

Koncepcja półrefrenów powścibianych gęsto w ewoluującą, mieniącą się niekiedy awangardą tkankę to z pewnością nie to, czego słuchacze i krytycy spodziewali się po Oceanie — z początku rzecz może wydać się odstręczająca, zwłaszcza jeśli przygotujemy ucho na wykrycie pierwszoligowego singla, którego niestety na tym albumie najpewniej wyłowić się nie da. Ocean rozkłada jednak ciężar płyty równo pomiędzy wszystkie utwory — podczas gdy Channel Orange było krążkiem kilku niesamowicie silnych punktów wpisanych w klimatyczną, ale jednak mimowolnie zmarginalizowaną resztę, obcowanie z Blonde budzi zupełnie inne konotacje. Artysta rozwija tu kreowany konsekwentnie od debiutanckiego Nostalgia, Ultra z 2011 roku koncept płyty-opowieści zrealizowanej w ryzach szeroko (jak na płytę pop) wykorzystanej muzyki konkretnej i związanej z nią intertekstualności na pierwszym froncie.

Pomimo tego Blonde jest jednak nawet bardziej intymny i kameralny niż Channel Orange — trochę na wzór płyt Elliotta Smitha, choć rzecz jasna przy wykorzystaniu zupełnie innych środków. Tym samym Ocean po raz kolejny wprowadza R&B na inny poziom — z wielu pozornie chaotycznych półpiosenek i interludiów buduje wstrząsający psychotyczny trip — ułożony w tym samym tonie co tegoroczny krążek Kanyego Westa (przy przywiązaniu większej uwagi do niuansów i detali). To model, który być może (czas pokaże) zaowocuje wyodrębnieniem się post-R&B, które przesunie jeszcze dalej transgresywne zapędy gatunku niż ukonstytuowane w obecnej formie alt R&B. Blonde dla Channel Orange i współczesnego R&B jest tym, czym The Age of Adz Sufjana Stevensa było względem jego Illinoise — świadectwem świadomej, ale wykorzystującej element zaskoczenia i paradoksu ewolucji brzmienia skutkującej przeniesieniem własnej twórczości na nowy poziom przy jednoczesnym zachowaniu charakteru i emocjonalnej otwartości cechujących dotychczasowy dorobek.

Trudno co prawda wyrwać Blonde z kontekstu towarzyszącemu premierze płyty — uwagę mediów po raz kolejny przyciągają poszlaki o życiu osobistym Oceana, a wszystko solidnie doprawiają kontrowersje wokół odejścia piosenkarza z Def Jam i znalezienie się płyty w centrum coraz bardziej doskwierającej słuchaczom wojny streamingowej. Blonde to zresztą kolejna z wielu w ostatnich latach płyt z nurtu hip hop/R&B roztaczająca wokół siebie nieco na wyrost artystowską oprawę, co nie pomaga szczeremu i bezpretensjonalnemu podejściu do materiału. Jeśli jednak potraktujemy piętrzące się kontrowersje w kategoriach stricte marketingowych, oddzielając je od muzyki grubą kreską, dotrzemy być może do klaustrofobicznego jądra nowej kreacji Oceana — portretu człowieka przytłoczonego i zagubionego we współczesnym świecie, który nie potrafiąc już myśleć i poruszać się w liniach prostych, zaczyna krążyć naokoło, walczyć z wiatrakami w rzeczywistości będącymi odzwierciedleniem własnych lęków, słabości, ale i marzeń czy dążeń.

I tak oto Frank mógłby pisać piękne klasyczne, bezpośrednie R&B, ale z jakiegoś powodu nie chce lub nie potrafi. W tym nagięciu schematu, groteskowym wykrzywieniu kameralnie przecież zaaranżowanych melodii, upstrzeniu ich rozlicznymi ozdobnikami, odtworzeniu kreatywnego i życiowego sztormu tkwi największa siła Blonde — paradoksalna, to prawda, ale ujmująca skrytą w głębi niewinnością, może nawet bezradnością wobec nawet nie tyle przytłaczającego świata zewnętrznego, co siebie samego. Ocean zdaje sobie sprawę z drzemiących w nim sprzeczności i nad wyraz trafnie oprawia je muzyką. Rewiduje utraconą na zawsze młodość w intymnie neo-gitarowym „Ivy”, zestawia depresję i uzależnienie z kontrastująco beztroską melodyjnością „Nights”, przepisuje klasyczne „Close to You” Bacharacha na bit, autotune i garść słodko-gorzkich refleksji, wreszcie — ukrywa Beyoncé w chórkach zwiewnego i posępnego jednocześnie współczesnego walczyka w „Pink + White”. Wychodzi w tym wszystkim daleko poza schematy wciąż obowiązujące w R&B — zarówno tekstowo, jak i muzycznie podejmuje ryzyko, po raz kolejny przecierając nieodkryty dotąd szlak.

Oryginalnie tekst ukazał się w serwisie Soulbowl.

Opublikowano

どちらですか: bubblegum ✕ avantgarde

Wszystko, co w muzyce lubię najbardziej, czyli przesada i dyspersja. Na wpół taneczny パーティー・ミックス przygotowany na okoliczność wczorajszej audycji Wolny Wybór w Radiu LUZ. Godzina ciągnącej się gumy balonowej solidnie zaprawionej awangardą. W rolach głównych m.in. pół londyńskiej sceny bubblegumbassowej, wizjonerzy post-shibuya-kei, japońscy noiseowcy, Whitney Houston w objęciach Deafheaven. Nieważne dokąd, ważne którędy!

Opublikowano

Koniec lata

Koniec lata

Joaquín Sorolla y Bastida, Południe na plaży Walencji

Myślę, że to zupełnie naturalne, że ludzie nie lubią, gdy kończy się lato. Oto znowu, czasem bez żadnego uprzedzenia, wydziera im się kwiaty z jaśniejących od słońca włosów i odbicie bezchmurnego nieba z przyciemnianych szkieł okularów. Inna sprawa, że sam to rabowanie lata — swoiste poczucie powolnego nieuchronnego nastawania chłodnego świtu po upalnej wyciśniętej do ostatniej kropli soczystej nocy — uwielbiam ponad wszystko. Słodki zapach zbieranej w promieniach porannego słońca kapusty, cebuli i dyni, klucz dzikich gęsi przecinających pomazane jakby naprędce przez pierzaste chmury niebo, moczące korzenie w przydrożnym rowie rosnące nieopodal wciąż jeszcze zielone wierzby, cienka nić pajęcza oplatająca gałęzie jałowca kołyszące się pod podmuchem chłodnego jesiennego wiatru i górujące nad całym tym krajobrazem ogrzewające skórę słońce — być może w tym roku już po raz ostatni. Do drzwi pukają powoli szaruga i słota, na horyzoncie gromadzą się chłód i ciemność tak dojmujące, że za kilka tygodni nikt już nie uwierzy, że wiosna może jeszcze kiedykolwiek nadejść.

Ale cykl nieubłaganie się powtarza, nie zważając na życzenia i przekonania żyjących w nim ludzi. Za rok będziemy o rok starsi, lato — mniej beztroskie, a zima ubierze nas pragmatycznie w za grube kalesony. Mimo wszystko co roku wyczekuję końca lata, by przez tę krótką chwilę, zręcznie wciśniętą między letnim skowronkiem a jesienną melancholią, zapomnieć się na chwilę, otworzyć szerzej oczy i z dziecięcą wręcz fascynacją pochylić nad ulotnością misternej konstrukcji otaczającego nas świata. Jest w tym wszystkim iskierka mistycyzmu, odrobina poezji i słuszna część codziennej prozy. Warto jednak po tę iskierkę zanurkować.

W zamianie prozy w poezję nieodmiennie pomaga muzyka — niekoniecznie dobitnie akcentująca samo fin d’été; raczej podkreślająca ulotność chwili, taka przez którą promienie słońca będą w stanie porozumieć się z wiatrem szalejącym już na podwórzu w tanecznym uścisku ze spadającymi liśćmi. Co roku układam na tę szczególną chwilę specjalną plejlistę — wahającą się w zależności od aury od hałaśliwego The Gun Club, przez smutniejsze momenty sunshine popu, akustyczny folk, aż po Umer śpiewającą Szymborską i cygańskie szanty Caetano Veloso. Poniżej kilka selekcji z obszernej szuflady późne lato / wczesna jesień.

Koniec lata

Vincent van Gogh, Zachód słońca: pola pszenicy w pobliżu Arles

・ Big Star, „September Girls” (1974)

Słodko-gorzkie pożegnanie lata, gdy promienie słońca jeszcze wciąż oślepiają, ale nie potrafią już wysuszyć spływających mimowolnie łez. Niezobowiązujący poprockowy soundtrack zachodzącego po raz kolejny słońca — z butelką piwa w dłoni, do połowy pustą paczką papierosów w kieszeni, niechlujnie wpuszczoną w spodnie koszulą i bezwiednie rozwiązanymi sznurowadłami.

Koniec lata

Gustave Caillebotte, Równina Gennevilliers

・ The Cure, „Boys Don’t Cry” (1979)

Kolejny epizod niekończącej się sagi lato bez happyendu tym razem w roli głównej z Robertem Plantem, który nawet w najbardziej słonecznym numerze w dyskografii The Cure potrafił znaleźć powód do płaczu. I znów słońce powoli ma się ku zachodowi, sznurowadła jedynie cudem nie wkręcają się w łańcuch napędzanego nastoletnim dramatem roweru.

Koniec lata

Henry Moret, Krajobraz z myśliwym i jego psem

・ Taylor Swift, „State of Grace” (2012)

Pokłosie letniej miłości, utrata niewinności, nowy początek — to Taylor Swift w wersji fin de siècle, która wreszcie brzmi tak, jak powinna była zawsze. Zamyka U2 i Katy Perry w lekkim powerpopowym numerze z nutką melancholii i oddechem na refleksję.

Koniec lata

Henri de Toulouse-Lautrec, Młody robotnik

・ The Beach Boys, „All I Wanna Do” (1970)

Chłodna bryza w leniwy upalny dzień, przeglądanie czarno-białych starych zdjęć z wakacji na kolorowym leżaku. Sunshine pop przepuszczony przez taflę psychodelicznego rocka, ostudzony i skondensowany tak, by zawarł się wpół drogi między chillwave’m a czymś w rodzaju proto-shoegaze’u. Nostalgicznie zabrudzona odbitka pamiątkowej fotografii na rewersie opatrzona odręcznym dopiskiem „lato ’69”.

Koniec lata

Vincent van Gogh, Wierzby o zachodzie słońca

・ The Walker Brothers, „The Sun Ain’t Gonna Shine Anymore” (1966)

Dziś jest ostatni słoneczny dzień przed końcem świata. Za rogiem czai się już wieczna zima w każdej chwili gotowa pożreć wszystko, co stanie jej na drodze. Ostatni promień słońca głaszcze twoją skroń. Uśmiechasz się przez łzy.

Koniec lata

Gustave Courbet, Brzeg morski w Palavas

・ Joni Mitchell, „California” (1971)

Muzyczna pocztówka z wakacji od Joni Mitchell, u której gdzieś między urlopem na Lazurowym Wybrzeżu a modelową tęsknotą za domem w słonecznej Kalifornii kryje się widmo wojny i nie mniej archetypiczny w kontekście niekończącego się lata strach przed zimą.

Koniec lata

Vincent van Gogh, Siewca

・ The Jayhawks, „Take Me With You (When You Go)” (1992)

„Day is done, night is returning” — koniec sierpnia, kilkugodzinna podróż powrotna do rzeczywistości po dwóch tygodniach spędzonych na wybrzeżu, snopy siana poukładane równo na mijanych nieświadomie polach, zdające się nie mieć właściwego początku i końca zachodzące słońce na horyzoncie, ostatecznie zalane atramentem nocy, światła wielkich miast.

Koniec lata

Emil Nolde, Niebo i słoneczniki

・ Milton Nascimento & Lô Borges, „Um Girassol da Cor de Seu Cabelo” (1972)

Słoneczny wiatr, rozgwiazdy i słonecznik w kolorze twoich włosów widziane kątem oka przez na wpół nagą koronę stojącego na skraju cmentarzu starego dębu jakby wyznaczającego granicę między światem żywych i umarłych. Milton Nascimento i Lô Borges wyczarowali być może najzręczniejsze połączenie kunsztownego popu z pasażem muzyki współczesnej w historii. Poetyckie, wymowne, nienachalne, zupełnie jak nasz koniec lata.

Koniec lata

Paul Cézanne, Dom wisielca w Auvers

・ Vashti Bunyan, „Which Will” (2013)

Wiosenna Vashti śpiewa jesiennego Nicka Drake’a. Spotykają się wpół drogi — gdzieś między szemrzącym radośnie strumieniem a szkarłatem porwanych przez wiatr klonowych liści. Nie znają się, ale mimo wszystko przez krótką chwilę ich spojrzenia spotykają się, a kąciki ust mimowolnie wznoszą w półuśmiechu.

Koniec lata

Claude Monet, Odbicie chmur w liliowym stawie

・ Fryderyk Chopin, Etiuda fortepianowa „Eolska harfa”

Motyw przewodni — initium i conclusia, prolog i epilog późnego lata. Protoimpresjonistyczna miniatura chwytająca między dotknięcia kolejnych klawiszy fortepianu ostatnie promienie słońca i pierwsze krople deszczu.

Bardziej obszerny szkic mojej plejlisty na koniec lata, w kształcie na jaki pozwoliło Spotify, poniżej.

Opublikowano

Gochūi, hakkutsu genba, czyli japoński digging

jp

Tower Records, Shibuya; zdj. Judyta

Pączki z ośmiornicą, pajęczyna tokijskiego metra i kwitnąca sakura to niewątpliwie wystarczające powody, by ruszyć w podróż do Japonii i zatracić się w eksploracji tamtejszej rzeczywistości, ale skłamałbym, udając, że jednym z moich motorów napędowych nie była muzyka. Nie wszyscy zdają sobie sprawę, że Japonia jest drugim największym po USA rynkiem muzycznym na świecie. Rynkiem, można z całą pewnością stwierdzić, dość kuriozalnym w epoce mediów strumieniowych i nośników cyfrowych, bo w dalszym ciągu opartym w dużej mierze na muzyce sprzedawanej na płytach. To jedyny kraj, którego oficjalna lista przebojów Oricon oparta jest wciąż wyłącznie na sprzedaży fizycznej i jedyny, gdzie nadal regularnie wydaje i kupuje się na masową skalę zapomiane od dekady w Europie i Stanach Zjednoczonych maxi single. A także jeden z niewielu bastionów dzielnie opierających się popkulturowej globalizacji — w Japonii wciąż słucha się przede wszystkim rodzimej muzyki, która od lat żyje własnym życiem i absorbuje zachodnie trendy nie tyle z opóźnieniem, co w bardzo specyficzny sposób.

jp

Okazja w Tower Records: koci gramofon; zdj. Judyta

Początków tego zjawiska — choć oczywiście nie tylko na płaszczyźnie stricte muzycznej — można dopatrywać się w powojennej okupacji kraju przez Amerykanów. Tamtejsza popkultura, znana w zachodnim świecie z dominacji i narzucania obowiązujących wzorców, nie wchłonęła tradycyjnej japońskiej estetyki, a stopniowo wkradała się między jej tryby, stając się źródłem mutacji i niecodziennej ewolucji popularnych na wyspach stylów. Dużą rolę odegrała tu (dziś wciąż jeszcze właściwa japońskiej kulturze) bariera językowa oraz sposób zorganizowania społeczności w naturalny sposób preferujących to co japońskie. Efektem był trwający do dziś kreatywny popkulturowy clash, z którego Japończycy, ku niewiedzy reszty świata, wciąż wychodzą obronną ręką. Włączając losową stację radiową w Japonii, jest bardziej prawdopodobne, że usłyszymy utwór japoński niż jakąkolwiek propozycję anglosaską — przy założeniu, że będziemy mieli to szczęście, że uda nam się trafić na muzykę. Nawet w stacjach promowanych jako muzyczne, jak słynna tokijska rozgłośnia J-Wave, prowadzący mają w zwyczaju przez długie minuty pławić się we własnym strumieniu świadomości, zanim wreszcie zaprezentują słuchaczom, co im w duszy gra. Ale nawet jeśli wysłyszycie tam znajome nazwy — Radiohead, D’Angelo — jest duża szansa, że w ostatniej chwili spikerzy zdecydują się zmienić temat i zagrać ostatni singiel Gesu no Kiwami Otome. albo zmarłego przed kilkoma dniami wiekowego japońskiego barda.

Pizzicato V, „The Audrey Hepburn Complex”

Japonia słynie także wśród kolekcjonerów z unikalnych wydań i nieporównywalnej jakości tłoczeń płyt artystów zagranicznych. Wiele niszowych, ale cieszących się szacunkiem w środowisku wydawnictw doczekało się japońskich edycji, a nawet jeśli nie, nie zdziwcie się, jeśli w sklepie z winylami natraficie np. na pierwsze wydanie debiutanckiego 10-ciocalowego albumu George’a Brassensa w doskonałym stanie albo na amerykański first press Walk Away Renée / Pretty Ballerina The Left Banke. Czytając kiedyś artykuł o zakupach płytowych w Brazylii, znalazłem wzmiankę, że prędzej klasyczne wydania niereedytowanych dotąd płyt mistrzów MPB, samby i bossa novy znajdzie się w Japonii — i faktycznie. Niejako na potwierdzenie tej tezy przywiozłem ze sobą jedną płytę Chico Buarque. Priorytetem była jednak muzyka japońska, o którą w Europie zwykle równie trudno, co o brazylijskie białe kruki. W sumie dzięki nadludzkiej cierpliwości Judyty i mojemu uporowi maniaka w samym Tokio na odkrywanie miasta szlakiem tamtejszych sklepów płytowych udało nam się poświęcić dwa dni.

jp

Kurtek digguje w tokijskim HMV; zdj. Judyta

Początkowo nie było łatwo — w natłoku spraw swoje przygotowania do winylowych wykopalisk przed wyjazdem ograniczyłem do zainstalowania (jak się okazało nieaktualizowanej od dawna aplikacji) wyszukującej sklepy płytowe, dzięki czemu większa część pierwszego dnia poszukiwań upłynęła nam na odwiedzaniu lokalizacji nieistniejących już miejsc sprzedaży czarnych krążków w Harajuku. Po kilku odrobinę frustrujących pomyłkach i niejako rekompensującej je wizycie w obłędnym 10-ciopiętrowym molochu legendarnej amerykańskiej sieci Tower Records (w USA nieistniejącej już od dekady) — który mimo niesamowicie szerokiej oferty specjalizuje się w sprzedaży jedynie nowych płyt, co nie do końca mnie satysfakcjonowało — pod wieczór dotarliśmy wreszcie do przepastnego salonu HMV w dzielnicy Shibuya, a stamtąd nie dało się już wyjść z pustymi rękoma. Kolejny dzień zwieńczyła natomiast wizyta w tokijskim Disk Union — kolejnym obowiązkowym punkcie na szlaku tokijskiego diggingu. Co ciekawe w żadnym ze sklepów obsługa nawet nie próbowała mówić po angielsku — w przeciwieństwie do właściciela małego sklepu w pobliżu Nishiki Ichiba w Kioto. Poza tym kupowanie w Japonii to sama przyjemność — z kilkunastu przywiezionych krążków wszystkie (poza jednym nieprzesłuchanym zawczasu Chopinem kupionym na wyprzedaży za 300 jenów) niezależnie od opisanego na etykiecie stanu (A, A/B, B…) grają i brzmią bez zarzutu. Japońscy sprzedawcy przywiązują wielką wagę do jakości oferowanych płyt, każdą skrupulatnie opisując (zwykle po japońsku) specjalną nalepką umieszczaną zwykle w prawym górnym rogu okładki.

jp

Płyty z rodziny YMO (od lewej): Mari Iijima, Yuming, Taeko Ohnuki, Ryūichi Sakamoto, YMO

Nie łudziłem się, że niemal niedostępne w międzynarodowym internecie limitowane edycje płyt Flipper’s Guitar, arcydzieło techno-kayō Parellelisme Miharu Koshi (czy pytając o płytę w Japonii — Koshi Miharu, jeśli nie zamienimy miejscami imienia z nazwiskiem, sprzedawca najpewniej nas nie zrozumie — miałem okazję się przekonać) czy rzadkie wydanie jedynego singla Tamao Koike trafią w moje ręce, choć w marzeniach przed laty obiecywałem sobie, że właśnie wytropieniu tych spędzających mi sen z powiek pozycji poświęcę swoją wizytę swoją w Japonii, jeśli miałaby się mi kiedyś przydarzyć. Wyszło inaczej, ale absolutnie nie żałuję.

Ryuichi Sakamoto, „Das Neue Japanische Elektronische Volkslied”

Moim łupem padł natomiast głównie japoński pop przełomu lat 70. i 80. w całej jego niezmierzonej wariantywności — od zręcznie mieszającego orientalną melodykę z kraftwerkowską elektroniką progresywnego debiutu Ryūichiego Sakamoto — 1000 Knives of Ryūichi Sakamoto, przez szczytowe osiągnięcie otoczonych kultem przez Japończyków prekursorów tamtejszego technopopu Yellow Magic Orchestra, po płyty wyprodukowane przez członków grupy (obok wspomnianego Sakamoto to jeszcze Haruomi Hosono i Yukihiro Takahashi) — uroczy debiutancki krążek Mari Iijimy Rosé, city pop inspirowany bossa novą od weteranki stylu Taeko Ohnuki (Aventure) czy pierwszy synthpopowy album hołbionej gwiazdy kayōkyoku Yumi Matsutoi (Cobalt Hour), której dwa pierwsze, bardziej kameralne i organiczne albumy w Tokio okazały się poza zasięgiem, ale jeden z nich Misslim z 1974 roku zupełnie przypadkiem znalazłem miesiąc później w Paryżu — ku żywej aprobacie właściciela sklepu zachwycającego się linią basu w rozpoczynającym drugą stronę płyty „Anata dake no mono”. To zresztą nie pierwszy raz, kiedy nazwisko Matsutoi (znanej wcześniej jako Yumi Arai, później przez pewien czas jako Yuming) wzbudzało emocje — w położonej na peryferiach Sapporo knajpce, w której spędziliśmy swój ostatni wieczór w mieście, z jej właścicielem na polu muzyki piosenkarki znaleźliśmy wspólną płaszczyznę do tego stopnia, że od tego momentu do naszego wyjścia w lokalu wybrzmiewały już tylko jej piosenki.

jp

Japońska muzyka (od lewej): Yumi Arai, Sugar Babe, Pizzicato V, Juicy Fruits, Eiichi Ohtaki

Na moim celowniku znaleźli się także: klasyczny Eiichi Ohtaki ze słonecznym A Long Vacation będącym citypopową odpowiedzią na sunshine pop spod znaku The Beach Boys, opatrzone obłędną okładką szalone Drink! grupy Juicy Fruits ze słynnym „Jenny wa gokigen naname” i do czasu pierwszego odsłuchu już po przybyciu do kraju owiany przede mną słodką tajemnicą jedyny album supergrupy Sugar Babe, w której obok wspomnianej już Taeko Ohnuki główne skrzypce gra kolejna wielka postać japońskiej muzyki lat 70. i 80. — Tatsuro Yamashita. Po latach polowań przede wszystkim na muzykę odnalezioną już wcześniej w sieci to niezmiennie fantastyczne uczucie — móc po raz pierwszy posłuchać zupełnie nieznanej wcześniej sobie muzyki z zakupionej pod wpływem impulsu płyty. Zwłaszcza jeśli płyta ta okazuje się unikalnym połączeniem folku, soulu, funku i bluesa produkcji zbłąkanego japońskiego Beach Boya — Eiichiego Ohtakiego. Japoński digging zwieńczyło niespodziewane znalezisko — Pizzicato V in the Audrey Hepburn Complex — epka, która w 1985 zaintonowała popularny w latach 90. styl alternatywnego popu znany jako shibuya-kei. Dziesięć tysięcy koni nie mogło się mylić.

Opublikowano

Pączki z ośmiornicy

jp13

Nishiki Ichiba; zdj. Judyta

Jeszcze przed wyjazdem Moe zapytała mnie po którychś z zajęć, czy lubię japońskie jedzenie. Pokiwałem twierdząco głową na znak, że jak najbardziej. W tym momencie Moe roześmiała się — To sobie pojecie — życzliwie skwitowała. Tak było. Pojedliśmy. Właściwie jeśli mielibyśmy wybrać jedno słowo, które najtrafniej całą tę wyprawę, by podsumowało, pewnie zdecydowalibyśmy się na 美味しい (czyt. oishii, czyli pyszny), chyba że Judyta wolałaby ごちそうさまでした (czyt. gochisousamadeshita, co oznacza z braku lepszego tłumaczenia tyle co dziękuję za posiłek), które ku satysfakcji wszystkich (tj. swojej, mojej i Japończyków, którym dane było podziękowanie z ust Judyty) nie tylko zdołała bezbłędnie zapamiętać, ale potrafiła doskonale wyczuć moment. A wyczucie momentu jest bardzo ważne, równie ważne (a niekiedy i równie trudne) co nieprzekręcenie żadnej głoski. Jedno i drugie obcokrajowcom się szybko wybacza, ale czasami może prowadzić do niezręcznych sytuacji. Tu mógłbym przywołać doskonale znaną uczącym się języka i często zresztą przez nich myloną parę czasowników — 起こす (czyt. okosu, budzić kogoś) i 犯す (czyt. okasu, gwałcić).

jp14

Restauracja Rāmen w Iwaki; zdj. Kurtek

Drugim po Gdzie byliście? najczęściej zadawanym pytaniem jest prawdopodobnie właśnie Co jedliście? Japonia to obok Chin, Indii i Rosji bez wątpienia najbardziej wyraziście obecny w zachodniej świadomości azjatycki kraj. Spytaj dziecka, a powie ci, co to kimono, o co chodzi w sumo, kim byli szoguni, jak się składa origami i oczywiście, że sushi to surowa ryba. Przynajmniej ja jako dziecko bez jakiegokolwiek szczególnego zainteresowania Japonią, potrafiłem na te pytania bez problemu odpowiedzieć. Inną kwestią było, że trochę tych swoich odpowiedzi nie rozumiałem, zwłaszcza w zakresie surowej ryby — no bo jak to surowej. W rezultacie zanim sushi spróbowałem, upłynęło wiele lat, choć wydaje mi się, że współczesna młodzież ma na ten temat lepsze pojęcie niż ja, bo knajpy z ryżem zawiniętym w wodorosty wyrastają nad Wisłą jak grzyby po deszczu. Nie ma się co dziwić, to dochodowy interes. Fakt faktem — bywa, że produkty trzeba sprowadzać zza granicy na własną rękę (choć raczej nie z Japonii, prędzej z Niemiec, najdalej Korei czy Chin), ale trudno mi do końca oswoić się z tym, jak się czasem klienta nabiera, żeby nie powiedzieć tresuje — bo orientalne, bo umami, bo, zobaczcie państwo, jakie mamy bambusowe poręcze — sushi w Polsce to zabawa z nieco wyższej półki. W Japonii z kolei, w której, zaznaczę to już w tym miejscu, mają też inne jedzenie niż sushi, miejsce z sushi można czasem spotkać obok stacji benzynowej przy drodze krajowej. Koniec końców można znaleźć sporo taniej naprawdę przepyszne sushi w wariantach, które nad Wisłą trudno sobie wyobrazić.

jp15

Kurtek i jego zupa; zdj. Judyta

Nie ma może bambusowych poręczy — te byłyby nie na miejscu w obitej sklejką przydrożnej jadłodajni (choć oczywiście nie brakuje miejsc mniej lub bardziej stylizowanych, w dalszym ciągu bambusowe poręcze wydają się niewyobrażalne), ale nie o to koniec końców chodzi. Chodzi przede wszystkim o komfort. O to, że kucharz nie słyszy twoich myśli, bo jesteś jedynym klientem i o to, że skoro i tak nie kojarzysz większości pisanych hiraganą, a często i w kanji nazw (tu w wyborze do pewnego stopnia pomagają zdjęcia), a ceny wydają się jak najbardziej na miejscu, możesz właściwie zamówić cokolwiek. Ostatecznie każdy czasem popełnia błędy. Błędy, które lubią chodzić parami, zupełnie jak nigiri z surowymi mackami ośmiornicy. To zwodnicza bestia — waleczna nawet na talerzu. W takiej właśnie niepozornej formie dwukrotnie próbowała mnie ukatrupić — raz, gdy okazało się, że macki ośmiornicy się nie gryzie, ale połyka w całości — jest na to zbyt oślizgła — od razu spływa przełykiem do żołądka. Próbując z tą prawidłowością walczyć, można się naprawdę solidnie zakrztusić. Drugi raz pod postacią podawanych na słono pączków nadziewanych właśnie ośmiornicą — たこ焼き (czyt. takoyaki), które są jednym z ulicznych specjałów Kioto. Problem z pączkami z ośmiornicą nie polega nawet na tym, że zamiast budyniu czy róży, mamy w środku kawałek ośmiornicy, ale raczej na tym, że podaje się je na gorąco, przy czym temperatura ośmiornicy wewnątrz jest zdecydowanie wyższa niż otaczającego ją ciasta i piekielnie, i to jest w tym kontekście dobre słowo, wierzcie, piekielnie łatwo poparzyć sobie podniebienie. Taka oto ośmiornica.

jp16

Żyrandol w Muzeum Piwa Sapporo; zdj. Judyta

Jadąc do Azji, nigdy do końca nie wiadomo, z jakimi sensacyjnymi efektami spożywanych potraw trzeba będzie się mierzyć, ale Japonia, pomimo zakodowanej w zbiorowej świadomości surowej ryby, jest pod tym kątem naprawdę komfortowa. Można oczywiście dla pewności zamówić sake (które przy dobrych wiatrach może być niewiele droższe niż piwo — za małe, bo dużych nie serwują, w knajpie przyjdzie nam zapłacić bagatela 500 jenów), ale koniec końców trudno w kilkunastoprocentowym ryżowym winie pokładać zbyt wielkie nadzieje, że oto uchroni nas od złego. Wbrew pozorom Japończycy sporo smażą — zwłaszcza japońskie fast foody, jak お好み焼き (czyt. okonomiyaki, które Google Translate uporczywie tłumaczy jako naleśnik) zwane czasem japońską pizzą, ale w istocie bazujące na poszatkowanej drobno kapuście zapieczonej właśnie z ciastem naleśnikowym, podawane zwykle z owocami morza, aonori, katsuobushi (suszonymi wiórkami ryby bonito) i specjalnym sosem. W tych samych knajpach zwykle znajdziemy też 焼きそば (czyt. yakisoba), czyli podobnie przyprawiony i podawany smażony makaron gryczany soba, który poza tym daje swoją nazwę także m.in. jednej z zup. Nie smażone, a pieczone są 焼き鳥 (czyt. yakitori) — tradycyjne japońskie szaszłyki, których, wówczas jeszcze nie mając pojęcia, czym są, chciałem spróbować od kiedy po raz pierwszy spotkałem się z tym słowem w którejś z podręcznikowych czytanek, gdzie bohater uporczywie szuka restauracji yakitori, prosząc o pomoc napotkanych na ulicy ludzi. Jego, jak podejrzewam zresztą poniekąd bezwiedna i niezamierzona, silna wola zainspirowała mnie, by yakitori spróbować, czymkolwiek jest. W teorii, uważnie czytankę przestudiowawszy, mógłbym niejako zrekonstruować tę scenkę w rzeczywistości, ale na szczęście nie zaszła taka potrzeba. Miejsce z yakitori znaleźliśmy trochę przypadkiem gdzieś na obrzeżach Shinjuku. Do rekonstrukcji wybrałem sobie natomiast inną czytankę, a mianowicie scenkę pocztową. W oryginalnym tekście pani prosi o dziesięć znaczków pocztowych do Grecji, podczas gdy pracownica urzędu przez zbieżność nazw sądzi, że chodzi o Anglię. W rzeczywistości koszt znaczka do obydwu państw jest taki sam — nie ma specjalnych znaczków do Grecji, o czym wtedy już wiedziałem. W mojej rekonstrukcji nie było więc ani Grecji, ani nieporozumienia. Była tylko płynna japońszczyzna, level ultrabasic, ale jednak. Wydawało mi się zresztą, że w oczach pani w okienku zauważyłem lekki błysk — zupełnie jakby przez tę krótką chwilę była ze mnie, nieznanego obcokrajowca, odrobinę dumna. Najpewniej w jej źrenicach dostrzegłem jednak jedynie swoje odbicie.

jp17

Rāmen Alley; zdj. Judyta

Na swój sposób smaży się także すき焼き (czyt. sukiyaki) — w czymś w rodzaju woka w sosie, którego głównym składnikiem jest sos sojowy, przyrządza się cienko pokrojoną w plastry wołowinę, tofu i warzywa, które przed zjedzeniem macza się dodatkowo w surowym jajku. Na potwierdzenie, że sukiyaki nie tyle warto, co trzeba spróbować, chciałem napisać, że w końcu nie bez powodu właśnie „Sukiyaki” wybrano na potrzeby amerykańskiej nazwy największego japońskiego przeboju wszech czasów, czyli 「上を向いて歩こう」 Kyu Sakamoto, ale koniec końców myślę, że jednak bez powodu. A nawet jeśli — powody były na tyle prozaiczne, że oryginalny tytuł wydał się wytwórni po prostu za trudny. W tekście nie ma nic o wołowinie, ale i o sukiyaki na zachodzie mało kto słyszał.

jp18

Szef kuchni; zdj. Judyta

Nie jestem specjalistą od zup, zwłaszcza tych japońskich. Potrafię rozróżnić rodzaj makaronu i przy odrobinie szczęścia zrobić rozpoznanie pozostałych pływających w bulionie składników, ale gdyby teraz ktoś postawił przede mną miso i rāmen i kazał zgadywać, co jest czym, dałbym sobie 50% szans na poprawną odpowiedź. Niemniej jednak Japonia rzeczywiście zupami stoi. Na rāmen wybraliśmy się oczywiście w Sapporo, któremu przypada zaszczytne miano stolicy rāmen, do jednej z knajpek położonych w, trzeba przyznać, całkiem nieźle oddającej klimat tradycyjnych japońskich bazarowych uliczek Rāmen Alley — jakże adekwatnie. Nie będę zanudzał nikogo tłumaczeniem, że wielka misa pełna wszystkiego, którą nam podano to zupełnie inna zupa niż te, które serwuje się w Europie. Soby próbowaliśmy w Kioto, miso czekało na nas w Iwaki, a zupa karē to znów Sapporo — ot, taka sobie zupna turystyka. W Tokio co prawda zup nie jedliśmy, ale zupełnie przypadkiem, z turystycznego szlaku odrobinę schodząc, zbłądziliśmy w meandry ulicy zaopatrującej branżę gastronomiczną we wszelkiej maści przedmioty potrzebne, aby jedzenie serwować. Były więc sklepy z ceramiką, pałeczkami czy niezrozumiale popularnymi w Japonii plastikowymi atrapami oferowanych potraw.

jp19

Nocna panorama na wielki daikon; zdj. Judyta

W tej samej okolicy, niedaleko Sky Tree, firma Asahi, jeden z największych japońskich producentów piwa, postanowiła ufundować coś, co po małym śledztwie okazało się być chmurą o bliżej niesprecyzowanym kształcie. Japończycy śmieją się, że to wielki odchód (tak, tak, taki) i nazywają Asahi クソビール (czyt. kusobiru, znaczenie bardzo brzydkie, od wspomnianego odchodu). Nas jednak ani chmura, ani クソビール nie przekonały, uporczywie więc twierdziliśmy, że to, co Asahi sportretowało to raczej wielka rzodkiew japońska. Takie niejednoznaczne pejzaże najlepiej zresztą podziwiać, konsumując coś równie dziwnego, jak chociażby lody batatowe. Wtedy obraz się dopełnia i nareszcie można poczuć całym sobą, że jest się w Japonii.

CDN

Opublikowano

Fotografia przyklejona po drugiej stronie lustra

jp6

Shinjuku po zmroku; zdj. Judyta

Miasta uwodzą zgiełkiem i światłem neonów, krzyczą, tańczą, zapraszają. Nigdy nie przyszło mi na myśl, by te zaproszenia negować czy odrzucać. Zazwyczaj to oczywiste i naturalne, że to właśnie miasta stają się głównym celem podróży. Miasta przeżywa się intensywniej, szybciej — w ciągu kilku krótkich dni siłą rzeczy chłonie się więcej miasta, niż najwdzięczniejszej nawet prowincji. „Nie chciałabym mieszkać w mieście, którego nie jestem w stanie poznać przez dwadzieścia lat” — rzuciła pewnego wieczoru w Tokio Judyta, niedługo po tym, gdy dowiedzieliśmy się, że oprowadzająca nas tego dnia po stolicy Japonii pani Fujishima przeprowadziła się tam właśnie jakieś dwie dekady temu, a mimo tego zanim obraliśmy jakikolwiek kierunek, musiała uważnie studiować mapę, a czasem nawet pytać przechodniów, w którą stronę powinniśmy się udać. To nieuniknione. Tokio to miasto miast.

jp7

Panorama Tokio; zdj. Judyta

Gdy wróciliśmy do Tokio na kilka dni przed wylotem (z Narity, określanej jako jedno z dwóch tokijskich lotnisk, choć oddalonej od centrum o bagatela 70 kilometrów), zatrzymaliśmy się w Sumidzie, która choć położona odrobinę na uboczu, niedaleko przyciągającej rzesze turystów Asakusy i najwyższej budowli współczesnej Japonii — Sky Tree, ku naszemu zadowoleniu figurowała na szczęście na trudnej z początku do rozczytania mapie tokijskiego metra. Tam właśnie, przy rzece Sumida, dającej swoją nazwę dzielnicy, przywitała nas prosta dwujęzyczna tablica informacyjna — „ようこそ墨田区へ / Welcome to Sumida City”. Wcześniej Tokio jawiło się nam raczej jako przepastny, nieprzystępny labirynt pełen niezliczonych elementów na tyle czasem do siebie nieprzystających, że można było odnieść wrażenie, że lada moment wszystkie one mogłyby oddzielić się od trzonu miasta w poszukiwaniu swojego prawdziwego miejsca, gdyby nie utrzymująca je w ryzach jakaś trudna do zdefiniowania niepojęta siła konstrukcyjna. Od czasu, gdy przywitała nas Sumida, stało się jednak jasne, że to tylko złudzenie. Tokio nie mogło być jednym miastem i w istocie nim nie jest. Jest miastem miast — współistniejących razem w jednej wielkiej aglomeracji. Ten jeden szczegół, zmiana postrzegania wcześniej niemożliwej do opanowania przestrzeni, sprawił, że w jednej chwili Tokio jako takie przestało istnieć, a jego poszczególne składowe stały się na tyle kompaktowe, że równie dobrze mogłyby zmieścić się w kieszeni płaszcza. Tylko mierzące ponad 600 metrów Sky Tree pewnie wyraźnie by odstawało.

jp8

Drzewa w Kyōto Gyoen; zdj. Judyta

Długo można by kontemplować monumentalną szklano-betonową dżunglę, ale oczywiście nie ma na to czasu. Skrzyżowania, chodniki, ulice, place, dworce i skwery pozostają w ciągłym ruchu — statyczność w jakiejkolwiek postaci wydaje się cokolwiek nienaturalna w obliczu tego wielkiego żyjącego, cyklicznie zmieniającego się we wszystkich kierunkach organizmu. A mimo to w jego wnętrzu, nawet w pobliżu najruchliwszych miejsc — dworców Shinjuku, Shibuya czy Ikebukuro, nie brak pewnej specyficznej harmonii, na swój sposób organizującej i utrzymującej w ryzach pozorną dyspersję. To jednak nie wpływa nijak na zmysłowe odbieranie hałaśliwej i przytłaczającej powierzchowności wielkiego miasta miast. Jakkolwiek by próbować je oswoić, wszystko i tak zaczyna się i kończy w zatłoczonych wagonikach krążących po liczącej sobie w sumie niemal 900 kilometrów pajęczynie tokijskiego metra.

jp9

Przydrożny ołtarz, Kioto; zdj. Judyta

Po drugiej wojnie światowej pod wpływem mimowolnego bliskiego kontaktu z Amerykanami, Japonia rozpoczęła dynamiczne zmiany. Nie tylko przeszła daleko idące przemiany ekonomiczne, ale przede wszystkim jej bogata tradycyjna kultura gwałtownie zderzyła się z zaraźliwym i ponętnym amerykańskim popem. Odtąd nic nie było takie samo. Japończycy na swój sposób zinterpretowali wzorce zza oceanu i przystosowali do swoich wyobrażeń i potrzeb, niejednokrotnie karykaturalnie je przy tym wykrzywiając. Różnice między nową a starą Japonią można dostrzec także w miastach, zwłaszcza w dawnej stolicy, Kioto, której na polskim gruncie najbliżej pozycją, historią i aurą do naszego Krakowa. Japoński Kraków wypełniają rozliczne mniejsze, większe, bardziej i mniej atrakcyjne dla turystów świątynie, które z początku ujmują niepowtarzalną atmosferą pradawnego orientalnego mistycyzmu, ale już po trzech dniach bezustannego pielgrzymowania od jednej do drugiej, zaczynają niedzielnego pielgrzyma nie tyle nawet nudzić, co frustrować. Nie chodzi tu jednak ani o nadmiar, ani o powtarzalność, a o świadomość pewnej absurdalnej wręcz powierzchowności obcowania z tą jakże odległą kulturą i tradycją. Nie same świątynie, ale lustrujący je przez szkła aparatów bezmiar zagranicznych turystów jest solą w oku Kioto, które przecież podobnie jak Tokio zaprasza wędrowców w swe progi. Ale Tokio nie ma takiej mocy. Bezrefleksyjność jest bowiem na stałe wpisana w jego przytłaczającą okazałość i elegancję. Okazałość i elegancja Kioto mają natomiast w kontekście krótkich, dalekich wypraw coś dramatycznie ulotnego i smutnego. Uczucia te odpędzić można jedynie, wyjeżdżając.

jp10

Pociąg w Otaru; zdj. Kurtek

Nawet pośród gęstej miejskiej zabudowy nietrudno o kontakt z naturą. W strzelistym Tokio z lotu ptaka można nie dostrzegać licznie posadzonych drzew, ale z perspektywy piechura, trudno ich nie zauważyć. Dzielnice mieszkalne, amalgamat ściśle przylegających, pozornie nieprzystających do siebie budynków, poza przeważającymi w zdecydowanej mierze względnie płaskimi dachami, zdają się zbierać w całość rozmaicie zaaranżowane miniaturowe kwietniki przed wejściami domostw, którym nierzadko towarzyszą wywodzące się z folkowych tradycji figurki tanuki. Diabeł tkwi w szczegółach, które w mgnieniu oka oswajają dalekim przybyszom zupełnie obcą przecież przestrzeń. W Japonii nawet na ulicy można poczuć się jak w domu.

jp11

Sapporo; zdj. Kurtek

Choć Sapporo jest czwartym największym pod względem populacji miastem w kraju, trudno mierzyć je tą samą miarą co wspominane już Tokio i Kioto. Hałaśliwe, gęsto inkrustowane neonami niemałych rozmiarów centrum wydaje się w realiach tokijskich niesamowicie kompaktowe i dostępne. Choć ulice w stolicy Hokkaido są w przeciwieństwie do większości japońskich miast ułożone względem siebie prostopadle, nie znaczy to oczywiście, że łatwo od razu się w nim odnaleźć. Dwójce zagubionych turystów z Polski ostatecznie pomoc w znalezieniu poszukiwanego Ramen Alley zaoferowała przechodząca Japonka — To bardzo logiczne, po dwóch tygodniach bez problemu się tu odnajdziecie — płynną angielszczyzną skwitowała sprawę. Ale nie tylko geometryczna wspaniałomyślność położenia ulic sprawia, że Sapporo wymyka się klasyfikacjom. Brak mu może atrakcji turystycznych na miarę zabytkowej części kraju (na myśl przychodzi mi wyłącznie piekielnie konwencjonalne muzeum piwa Sapporo i położony na obrzeżach Moerenuma-koen, który dla mieszkańców musi latem stanowić idealny weekendowy azyl), ale może właśnie też dlatego jawi się jako prawdziwe miasto, w którym można by zatrzymać się na dłużej. Gdy w piątkowy wieczór w niepozornie położonej, ale niewiarygodnie klimatycznej restauracji zostaliśmy zapytani przez siedzących nieopodal Japończyków, które miasto w Japonii podoba nam się najbardziej, Judyta jak gdyby bezwarunkowo z finezyjnie udawaną euforią wykrzyknęła, że oczywiście Sapporo. Ja wówczas nie byłem pewien, ale im dłużej się zastanawiam, tym bardziej się z tą spontaniczną odpowiedzią zgadzam. Sapporo nie przytłacza, nie wprawia w zakłopotanie czy melancholię. Nie zatraca się jednak w swojej funkcjonalności. Po prostu jest. A to czasem w zupełności wystarczy.

jp12

Drzewa przy jeziorze Inawashiro; zdj. Kurtek

Niezależnie od ostatecznego stopnia zagłębienia się i zrozumienia meandrów poszczególnych miast, miejscem, do którego chciałbym jeszcze powrócić jest japońska prowincja — tu reprezentowana przez Iwaki w prefekturze Fukushima — tej od tsunami i elektrowni atomowej. Jednak moją główną motywacją są nie przemiany po katastrofie 2011 roku, choć oczywiście trudno na nie przymknąć oko (zwłaszcza na kilkumetrowy betonowy mur na pewnym odcinku oddzielający miasteczko od oceanu), ale przede wszystkim dająca się tu poznać w pełnej krasie szlachetna codzienność (która na pewno jest do uchwycenia także i w Tokio, i w Kioto, ale jednak uwagę zbyt często odciąga co innego). Na japońskiej prowincji (choć w przypadku Iwaki, dziesiątego największego miasta Japonii rozciągającego się na obszarze ponad tysiąca dwustu kilometrów kwadratowych, nie jest to najtrafniejsze określenie) łatwiej jednak o dostrzeżenie detali — od relacji panujących w społecznościach sąsiedzkich po zmieniające się pory roku. A Nishigō późną wiosną — po zachodzie słońca wybrzmiewające co wieczór panoramą dźwięku żab i cykad i pachnące polem ryżowym to, wierzcie mi, coś nie do opisania.

CDN.