Opublikowano

Schody i cienie

schody

Schody

Moja pierwsza nauczycielka o łaskawym uśmiechu, której nazwiska nie udało mi się zapamiętać, a może też nigdy go nie znałem, przepowiedziała kiedyś mojej matce, podobno zupełnie poważnie, że albo będę kimś wielkim, albo będą ze mną wyłącznie kłopoty. Matka od czasu do czasu czuła się odtąd w obowiązku cytować mi z pewną nabożnością te słowa, czy właściwie tylko ich pierwszą część. Druga wymknęła jej się pewnego razu w poczuciu, że jestem już poukładanym młodzieńcem, kłopotów ze mną nie ma żadnych, zatem to niedorzeczne brednie i należy teraz tylko wypatrywać na horyzoncie dowodów na moją wielkość. W istocie byłem grzecznym chłopcem. Gdy już wyszedł ze mnie szatan wieku pacholęcego, który u progu podstawówki kazał mi czy to któregoś lata namówić młodszego przyrodniego brata do zerwania wszystkich zielonych pomidorów rosnących na babcinej grządce, a następnie do niczego się nie przyznać, czy samemu dla zabawy podczas lekcji religii wbić ołówek w dłoń siedzącej ławkę za mną koleżanki, stałem się wzorem cnót i uosobieniem rodzicielskich marzeń. Przynoszone rok po roku świadectwa z czerwonym paskiem miały być ostatecznym dowodem na to, że pierwsza część przepowiedni nieuchronnie zmierza ku spełnieniu. Mój sceptycyzm w tej kwestii starała się przełamać z jednej strony matka, z drugiej emitowane w owym czasie w telewizji z szaleńczą częstotliwością reklamy Coca Coli. Pamiętam je jak dziś — w trwającym kilkanaście sekund spocie dwoje młodych ludzi czuje się zagubionych na hucznej imprezie. Wszystko zmienia się, gdy zatrzymują wzrok na sobie nawzajem i odkrywają, że oboje piją ten sam napój. Są wyjątkowi. I ja też mogę być. Za niecałą złotówkę wydaną w spożywczym dwie ulice dalej. Takich reklam było więcej, ale mimo tego, że skrupulatnie podążałem za instrukcjami producentów, nie poczułem się wyjątkowy. Koniec końców któregoś poranka obudziłem się z przeświadczeniem, że jednak chuj, nie tylko nie jestem wyjątkowy, ale nie mam pojęcia, na czym miałoby to polegać. Nieliczne nadzieje, jakie w sobie kiedyś pokładałem, dawno już zdusiła codzienność, przynajmniej od lat nie dawały o sobie znać, a wspomnienie o nich nie nadawało się na jakikolwiek fundament, jeśli tylko chciałbym cokolwiek budować (ale wcale nie chciałem). Tego samego dnia zacząłem poważnie zastanawiać się, kiedy dadzą o sobie znać i na czym będą polegać przepowiedziane mi lata temu kłopoty.

*

Przed trzema tygodniami zmarła mi ciotka. Ostatnich kilkanaście lat przeleżała w łóżku. Stwardnienie rozsiane. Informacja o jej śmierci była nieuchronna. Od dawna podświadomie wypatrywaliśmy, nasłuchiwaliśmy. Ciotkę spotkałem tylko raz w życiu, a przynajmniej zachowałem tylko jedno wspomnienie naszego spotkania. Zapamiętałem jej łagodny głos, krągłą twarz o regularnych rysach z ciemnymi, ale żywo połyskującymi oczami, proste, kasztanowe włosy ścięte za ucho, zwieńczone równą grzywką. Wówczas była jeszcze pełna życia. Nie wiem, czy przypuszczała, co miało ją czekać, czy cieszyła się już życiem na zapas, czy gdy wyszliśmy, wypłakała mimowolnie oczy podczas kolejnej bezsennej nocy, a może przeciwnie, wciąż przepełniała ją nadzieja — ta, która ponoć umiera ostatnia. Ja byłem tylko dzieckiem. Ciotka nie miała własnych, ale przez lata zajmowała się swoimi chrześnicami, których matka, a jej siostra, pochłonięta była pogonią za własnym szczęściem w ramionach coraz to kolejnych mężczyzn. Ciotka była zresztą przedszkolanką, ale, już po latach dowiedziałem się, że pasjonował ją teatr. Tego wieczoru, gdy po raz pierwszy i, jak miało okazać się jakieś dwie dekady później, ostatni nasze drogi się przecięły, mnie, kilkuletniemu szkrabowi, wydała się niemal beztroska, przepełniona szczerą ciekawością świata. Graliśmy wtedy razem na drewnianej kuchennej podłodze w improwizowaną zabawę na kształt gry w kulki. Była zima — szary, ciemny dzień. Sobotni, a może niedzielny wieczór. Mieszkanie ciotki mieściło się w starej, wyjątkowo paskudnej kamienicy. Wnętrze było obszerne, strop wysoki, ściany pokrywała przybrudzona tapeta o zielonkawym odcieniu, w powietrzu wyczuć można było wilgoć. Kuchenny podłogowy plac zabaw oświetlała jasno nisko zawieszona lampa. To wszystko. Przez te wszystkie lata nigdy jej nie odwiedziłem. A przecież zapamiętałem ją. Nie byłem już dzieckiem. Nawet gdy wciąż żyła babcia — jedyna z naszej strony rodziny, która raz po raz składała ciotce wizyty — ja, już wtedy jako student, nie potrafiłem zaproponować, by jej towarzyszyć. Przez strach i udawaną obojętność nie udało mi się tej plączącej się latami w mojej głowie myśli komukolwiek wydukać. Dziś nie potrafię pozbyć się dojmującego uczucia, że w innych okolicznościach bylibyśmy sobie z ciotką bardzo bliscy.

**

Boimy się zaangażować, ale zwykle nawet bardziej boimy się, że zostaniemy wykluczeni. Boimy się mówić głośno o swoich przekonaniach albo boimy się milczeć na ich temat. Powodowani strachem krzyczymy albo zamykamy usta. Nawet bardziej boimy się jednak usłyszeć, co ktoś inny może mieć nam do powiedzenia. Boimy się, że go nie zrozumiemy, ale często towarzyszy nam irracjonalny lęk, że zrozumiemy, przyznamy mu rację, a tym samym okażemy słabość i przegramy. Boimy się świata, który jest inny niż ten, którego obraz sami sobie nakreśliliśmy, czy raczej zrobili to za nas inni. Boimy się, że w takim świecie mogłoby zabraknąć dla nas miejsca, albo że nie będzie to miejsce, które chcielibyśmy w nim zająć. Jesteśmy komunistami albo faszystami dokładnie z tego samego powodu. Boimy się. Ale co wtedy zostaje z miłości, szacunku, dobrobytu, o których tyle mówimy, gdy już przecedzimy je przez nasze lęki?

cienie

Cienie

Opublikowano

Wątpliwa kontynuacja

C9tBumFXgAUmRxk.jpg large

Przepiękna łąka pełna głębokich wzruszeń i prawdziwego szczęścia

Wyjechałem z Paryża. Miasta, które nie tylko rozbudziło moje nadzieje względem regularnego pisania, ale osaczyło i omamimo mnie na tyle, że uwierzyłem, że jestem w stanie na bieżąco notować nieistotne szczegóły z mojego nienadzwyczajnie barwnego życia czy też innych żyć dookoła mojego (tu nie pokuszę się o ocenę stopnia ciekawości). A tymczasem rzeczywistość jak na złość nie tylko nie inspiruje, ale pozbawia złudzeń, gasi natchnienie, wyczerpuje umysł i ciało. Za osiem lat obudzę się o osiem lat starszy, spojrzę swojemu równie starszemu lustrzanemu odbiciu w oczy w poszukiwaniu refleksji, która jeśli tylko nadejdzie, złamie mnie wpół, wbije w ziemię, w najlepszym wypadku zmieniając nie do poznania mój kształt i przygaszając tlące się wciąż resztki marzeń i ideałów. Tak to widzę.

*

Jakie to szczęście, że ludzie wokół nas zostali już ponazywani. Ometkowani, które to metki doczepione do twarzy i postury społecznej informują o imionach i nazwiskach, pseudonimach artystycznych i operacyjnych, ksywach, nickach, alter ego, rzadziej ukrytych tożsamościach, częściej imionach i nazwiskach zupełnie zmyślonych, czasem na poczekaniu, czasem skrytych głęboko w wewnętrznej kieszeni kurtki czy torebce, by sięgnąć po nie w sytuacji zagrożonej niezręcznością. Nie dalibyśmy rady sami ich odpowiednio nazwać. Nawet jeśli z jakiegoś powodu nazywają się nieodpowiednio, to nie nasza wina. Nie mogą mieć do nas pretensji. Zazwyczaj zresztą nie mają świadomości tego braku odpowiedniości — nie jest dokuczliwy. Czasem człowiek założy rano nieświadomie dwie różne skarpetki (czy w tym wypadku — zostaną mu założone, choć to się raczej rzadko zdarza) i dopiero późnym wieczorem zda sobie z tego sprawę. Albo w ogóle. Czasem po zastanowieniu uzna być może, że taki stan dodaje mu animuszu, ale bywa, że począwszy od następnego poranka z przesadną dbałością wybiera skarpety z komody. Wyobraziłem sobie kiedyś, jak nazwałbym swoich bohaterów, gdybym napisał wiersz, opowiadanie. Najpierw nie chciałem w ogóle nazywać ich jakkolwiek — może nazwą się sami — pomyślałem. Później jednak doszedłem do wniosku, że gdybym obdarzył ich taką wolnością, z pewnością wybraliby sobie imiona głupie, zupełnie odstające od mojego o nich wyobrażenia, ośmieszające całą historię. Ja na ich miejscu właśnie tak bym zrobił. Co to w ogóle za imię Kurtek?

**

Zapadła niezręczna cisza. Zapomnijmy o tym wszystkim — zakołatało mi w głowie, ale słowa uwięzły w gardle. Wtedy już doskonale wiedzieliśmy, że o powrocie i zapomnieniu nie mogło być mowy. Absurdalnie krótka chwila, ułamek gestu, strzępek zakłopotania, skrawek półuśmiechu. Płatki śniegu powoli, ale konsekwentnie pokrywały powierzchnię zmarzniętej betonowej jezdni pod nami, układając się coraz bardziej wyraziście w coś na kształt pierwszej warstwy. Twoje włosy falowały lekko na wietrze, przysłaniając znaczną część opuszczonej nisko twarzy, wraz z oczyma utkwionymi gdzieś w martwym punkcie daleko poza nami. Oto staliśmy naprzeciw siebie. Dwoje obcych ludzi.

Opublikowano

Vaugirard

paris

Paryż; zdj. Kurtek

Skończyłem lekturę na dziś. Nawet pomimo tego, że spodziewawszy się, że czytana przeze mnie historia dobiegnie niebawem końca, zapobiegawczo spakowałem rano do plecaka kolejną książkę, nie jestem w stanie jak gdyby nigdy nic zostawić wciąż jeszcze świeżych we mnie wypadków poprzedniej zupełnie za sobą i beznamiętnie rozpocząć następnej. Potrzebuję czasu. Kilku głębszych oddechów, które nieodwracalnie i na zawsze mimowolnie wplotą bieg tamtych odległych wydarzeń w moją własną narrację. Spoglądam za wagonową szybę na jednostajny, ledwie oświetlony korytarz pokryty niemal bez reszty ciągnącym się od stacji do stacji graffiti. Próbuję dostrzec kolory, złożyć migające mi przed oczyma litery w dające się odczytać ciągi. Nic z tego.

Ukradkiem zaczynam przyglądać się odbiciom twarzy współtowarzyszy podróży. Starszemu małżeństwu uśmiechającemu się szczerze do siebie po przeciwległej stronie wagonu. Siedzącemu naprzeciwko nich łysiejącemu mężczyźnie w średnim wieku surowym analitycznym spojrzeniem pochłaniającemu przez szkła okularów w rogowych oprawkach treść wielkoformatowej codziennej gazety. Przenoszę wzrok na siedzącą vis-à-vis mnie młodą parę. Ona, ładna, o subtelnych rysach twarzy, w sportowej czerwonej kurtce wpatruje się w otchłań korytarzy paryskiego metra, a być może podobnie do mnie, śledzi niewyraźne sylwetki odbijające się w oknie. On, zakochany, lekko szpakowaty, o szpiczastym nosie, gładzi delikatnie wierzch jej dłoni. Falguière. Pociąg wjeżdża na stację. Obok mnie siada dziewczyna w jeansach z dziurami na wysokości kolan i długimi włosami pogrążonymi w kompletnym nieładzie kontrastującymi z prostą grzywką w stylu wczesnych lat 70. Znudzona próbuje zabić czas grą w Candy Crush Saga. Pasteur. Na wysokości naszych siedzeń staje dziewczyna o azjatyckich rysach twarzy, okrągłej buzi, porcelanowej cerze i pomalowanych na koralowo drobnych ustach. Ma na sobie jasny wełniany płaszcz, na pierwszy rzut oka o dwa rozmiary za duży. Twarz przykrywa jej sztywny pękaty beret o okrągłym rondzie. Nieobecnym wzrokiem śledzi coś na swoim smartfonie. Volontaires. Wzdłuż krawędzi peronu toczy się pełna puszka smakowego piwa, zapewne mimowolnie porzucona przez pośpiesznie wskakującego do pociągu pasażera. W wagonie metra szpakowaty opiera głowę na ramieniu smukłej dziewczyny, chwilę później zamykając oczy. Ona spogląda na niego ukradkiem w milczeniu, a następnie wraca machinalnie do obserwacji torowiska. Vaugirard. Półszeptem przepraszam siedzącą na przeciwko parę i hipiskę z telefonem. Dochodzę do wyjścia. Pewnym ruchem dłoni odchylam metalową zasuwkę. Drzwi momentalnie ustępują. Kieruję się na lewo. Vaugirard to mała stacja, żadnych przesiadek, trzy, może cztery, kameralne wyjścia. Po przejściu przez barierki idę prosto, chociaż przez minione dwa tygodnie niefrasobliwie umiejscowiony po prawej stronie znak sugerował, że powinienem tu skręcić i bywało, że dałem się zwieść. Tym razem nie ulegam złudzeniu. Kieruję się prosto i dopiero przy Plan du quartier skręcam w lewo i wąskimi schodami wychodzę na Rue de Favorites.

paris

Okolice stacji Vaugirard; zdj. Kurtek

Już zmierzcha. Momentalnie czuję na sobie chłodny podmuch mający jednak w sobie coś z wiosny. O ile łatwiej znosi się niepogodę, gdy na horyzoncie zaczyna migotać lato. Zrzuca się wówczas podświadomie zimowe palto, zamyka je w szafie i ze stoickim spokojem znosi przelotne wiatry i deszcze. Wysoka dziewczyna o krzaczastych brwiach. Ciemnoskóry mężczyzna fantazyjnie wymijający pozostałych przechodniów na hulajnodze. Czyjaś samotna rękawiczka pozostawiona na chodniku. Za zakrętem przejście dla pieszych tarasuje popielaty SUV marki Honda pozostawiony na światłach awaryjnych. Ze sklepu na przeciwko pewnym krokiem wychodzi właściciel — człowiek w średnim wieku, zapewne nieźle sytuowany, zajmujący pewnie kierownicze stanowisko w którejś z zagranicznych firm, dojeżdżający do pracy być może także na La Défense.

Na rogu w barze Les Écrivains jak zwykle tłoczno, mimo poniedziałku. Ludzie piją, rozmawiają, palą, czytają. Codziennie przechodzę tędy kilkukrotnie, ale wiem, że nie odważę się tam wejść — co miałbym zamówić i jak miałbym się zachować — udawać, że czytam z głęboko tlącą się w sercu nadzieją, że może kogoś zainteresuje egzotyczny język w przeciwnym razie całkiem znanej powieści Modiano, którą wziąłem ze sobą ze względu na kompaktowy rozmiar i Paryż niezmiennie wypełniający kolejne strony.

paris

Paryż; zdj. Kurtek

Przechodzę ukosem przez ulicę. Wymijam rząd zielonych pojemników na odpadki i dobijam bramy. Wreszcie będę miał sposobność przekonać się, czy aby na pewno wyłączyłem rano żelazko, co podsiewane nazbyt bujną wyobraźnią uporczywie zajmowało mi myśli w drodze do pracy. Wchodzę do windy. Niecierpliwie wciskam najpierw czwórkę, a następnie przycisk zamykający drzwi. Nie działa. Czekam więc aż zamkną się same. Mija krótka chwila. Cztery piętra wyżej drzwi automatycznie rozsuwają się. W prawej dłoni mocno ściskam przygotowany wcześniej klucz. Jednym płynnym ruchem przekręcam zamek. Pociągam za klamkę. Otwieram drzwi. Zapalam światło. Spoglądam machinalnie na ścianę, szukając wzrokiem kontaktu. Wyłączyłem.

CDN

Opublikowano

Dywan czy miotła — przewodnik nowoczesnego podróżnika

paris

Paryż; zdj. Kurtek

Raz po raz odżywa we mnie chęć prowadzenia dziennika, choćby miał on przeczyć idei zawartej w tym słowie na pierwszy rzut oka — być w swojej regularności sporadyczny i wybiórczy, na tyle jednak poddany pewnej dyscyplinie, by zsumowany za osiem lat dał mi (albo, bo ja wiem, komuś kto przypadkiem znajdzie go i nie wyrzuci bezrefleksyjnie do śmieci) jakiś obraz rozpisanych w nim dni. Tym razem chęć taka naszła mnie po lekturze fikcyjnej autobiografii, w której równie fikcyjnym epilogu autor (pardon, narrator; granica cienka, ale zazwyczaj usprawiedliwiająca wszelkie literackie kłamstwa) upiera się, że jego l’œuvre finie, jak sam swą powieść określa, straciłoby na pieczołowitości, gdyby nie spisywane na bieżąco dzienniki, które cudem przetrwały kolejnych naście lat. Idea nęcąca, zwłaszcza że przeglądając z każdym dniem kruszejący w oczach indeks niewypowiedzianych zaklęć na przyszłość, dochodzę do wniosku, że jedną z rzeczy, jakie, chciałbym, by na pewno stały się moim udziałem, byłoby właśnie napisanie fikcyjnej autobiografii. Trzeźwo oceniając sprawę, trudno mi byłoby jednak nie tylko rzecz do życia powołać i z grubsza zmyślnie kontynuować, ale przede wszystkim zebrać później tę stertę nijak mających się do siebie szczegółów we w miarę rozsądną całość. Jako człowiek nieobdarzony przez naturę ponadprzeciętnym zmysłem obserwacji, wpadający w panikę ilekroć trzeba w ogólną ramę narracji wpisać tysiące drobiazgów, które mają zadecydować o sukcesie lub porażce, jestem z gruntu na pozycji straconej. Musiałbym się zatem niesamowicie natrudzić, żeby owa fikcyjna autobiografia, na tyle zachowywała pozory koherencji, a przy tym albo nie porażała lakonicznością obserwacji, albo w drugą stronę — nie przytłaczała zbytnią precyzją, by ktokolwiek przy zdrowych zmysłach zechciał rzecz choćby przekartkować. Co więcej — prowadzenie dziennika, o ile nie wpadnie się w niego po uszy, tak że nie istniałaby chwila, by autor nie kombinował, jak najdrobniejszy ledwie dostrzeżony drobiazg kunsztownie przenieść na jego łamy, jest sprawą z gruntu paradoksalną. W przeciwnym razie o dzienniku przypomina się sobie w momentach, gdy rozpaczliwie doskwiera nuda (to jeden z nich, tutaj, teraz), a te obfitujące w niebanalne wydarzenia i postaci godne przeniesienia na papier nie stwarzają zwykle sposobności, by choćby urywanymi zdaniami sprawę nakreślić i przy sprzyjającej chwili barwnie rozwinąć.

paris

Parc André Citroën; zdj. Kurtek

Swego czasu zacząłem nieśmiało notować na luźnych kartkach swoje spostrzeżenia, wrażenia. Miałem jednak olbrzymi problem, by skupić się na rzeczach prostych — jak, dajmy na to, faktura blatu stołu w odwiedzonej restauracji czy odcień falującej na wietrze trawy. Szukałem natomiast idei i uczuć, usilnie pragnąć nazwać je i ocenić bez zawracania sobie głowy otoczeniem. I tak oto sam z siebie wpadłem we własne sidła i mimowolnie przy najbliższej okazji porzuciłem ten nadto angażujący, a w ostatecznym rozrachunku obnażający erystyczne niedostatki rytuał. Powodowała mną jednak całkiem uzasadniona obawa, by przy prostych rzeczowych opisach nie popaść w szkolną manierę, którą spuentować można by jedynie szyderczą inwokacją Drogi pamiętniczku. Z drugiej strony mimowolnie rodziły się pytania, czy aby informacja, że akurat tego a tego dnia w ramach późnego obiadu zjadłem ogromnego, wypaczającego zasady savoir-vivre burgera, którego nazwa trois fromages nie zważała na fakt, że jego głównym składnikiem były dwa pokaźne kotlety wołowe, była godna odnotowania. Czy już kolejnego dnia miało mieć jakiekolwiek znaczenie, że informację o restauracji znalazłem przypadkowo na nieznanej mi wcześniej stronie La Fourchette, a do wybranego zaocznie Bistro Burger Montparnasse oddalonego mniej więcej o dwadzieścia minut pieszej wędrówki, udałem się mimo tego, że po drodze minąłem podobną burgerownię z wymowną promocją typu Happy Hours, która obejmowała ni mniej, ni więcej napoje alkoholowe, którymi także byłem zainteresowany — i to pomimo że nie miałem rezerwacji. Ostatecznie piwo w paryskich knajpach, o ile nieimportowane z Belgii czy Wielkiej Brytanii, co w przynajmniej w moim przypadku nie zdarza się zbyt często, smakuje tak samo przeciętnie, niezależnie od tego, czy kosztuje 5 czy 12 euro. I choć w danej chwili poczułem nieuzasadnioną chęć, by w najdrobniejszych szczegółach opisać względnie opustoszałe w niedzielne popołudnie i dość oszczędnie urządzone wnętrze restauracji, moje niezbyt wymyślne zamówienie, nielicznych gości lokalu i smukłą kelnerkę o szczerym uśmiechu i nieśmiałej angielszczyźnie, która przyjmowała zamówienie; w chwili gdy tylko przekroczyłem próg mieszkania, wszystko to wydało mi się pozbawione najmniejszego sensu. „Od czegoś trzeba zacząć” — myślałem w restauracji, z miną krytyka kulinarnego oceniając całokształt sytuacji, w której się znalazłem, z pominięciem, dość znamiennie, jedzenia. W rolę wszedłem zresztą na tyle głęboko, że gdy smukła kelnerka przy rozliczaniu zamówienia, zapytała, czy smakowało, odpowiedziałem, że owszem, ale bez większego entuzjazmu, podświadomie wyrokując, że miejsce choć przyjemne, nie otrzymałoby ode mnie gwiazdki Michelina.

paris

Tour Eiffel; zdj. Kurtek

Gdy okoliczności zmuszają mnie, by w obcym mieście, wybrać się na obiad czy kolację, zwykle nastręcza mi to pewnych trudności. Niby jestem panem własnego losu — nikt donikąd mnie nie ciągnie i o ile nie jestem przeraźliwie głodny, nie muszę się też nadto spieszyć, ale jednak moje wybory pozostają płaskie — zamiast szukać lokalnych specjalności albo dać się urzec niepowtarzalnej atmosferze skrzętnie skrytego w niepozornym zaułku maison, zazwyczaj wybieram bezpiecznie — rzeczy i miejsca, które w efekcie daleko posuniętej globalizacji nie będą zbytnio odbiegały od tego, co mogę bez trudu sprawić sobie w Polsce. Burgery, pizza i sushi — święta trójca międzynarodowego kulinarnego pragmatyzmu wymieszanego z lenistwem. A gdybym przecież tylko zaszedł do miejsca wyjątkowego — czy to w sposób zupełnie dosłowny, czy też poprzez całkowite wtopienie się w codzienność miasta i jego mieszkańców, mógłbym teraz z miną krezusa i zachwytem w oczach opisywać nie tylko niecodzienne smakołyki, których spróbowałem, ale i z całą pewnością niebanalnych ludzi, których bym tam spotkał. A tak — jedynymi klientami, których obsługa usadziła w moim polu widzenia, tak że mogłem zgoła bezpiecznie przyglądać im się znad swojego burgera była enigmatyczna para komunikująca się zarówno z pracownikami lokalu, jak i między sobą niezbyt przekonywającym angielskim. Przysadzista brunetka o dużych oczach i wąskiej twarzy spowitej z lewej strony grubym słowiańskim warkoczem usiadała vis-à-vis mnie. Plecami odwrócony był natomiast jej towarzysz — wysoki szatyn o rysach tak kanciastych, że spod krótkich włosów dało się bez problemu zauważyć kontur jego czaszki. Najwyraźniej nie mieli sobie zbyt wiele do powiedzenia. Być może zmęczyło ich całodzienne zwiedzanie Paryża — wydawali się bowiem, tak jak ja turystami — efektem czego prędko zamówili dwa identyczne zestawy — dwa burgery miesiąca, z błękitnym serem pleśniowym i karmelizowaną cebulą, które każdemu klientowi po zajęciu stolika usilnie polecały kelnerki, i dwie cole Zero. I chociaż przyszli kilkanaście minut po mnie, opuścili bistro, zanim jeszcze ja zdążyłem poprosić o rachunek. To zresztą były jedne słowa, jakie, pomijając powitalne i pożegnalne formuły grzecznościowe, powiedziałem w tym miejscu po francusku. Choć przyjąłem sobie wcześniej za zasadę, że będę próbował, przynajmniej dopóki nie dojdzie do krępującej sytuacji całkowitego niezrozumienia, w restauracjach sytuacja wygląda nieco inaczej. Obsługa ma bowiem w zwyczaju drobiazgowe badanie wszystkich wchodzących i na podstawie powitalnego bonjour i odpowiedzi na pytanie, czy zamierzam jeść czy pić, stwierdzając kiepsko zakamuflowany brak językowej zręczności, proponuje na wszelki wypadek angielskie menu. W takiej sytuacji nie idę już w zaparte, nie udaję, że go nie potrzebuję, poddaję się, dziękuję i czuję się jakby odrobinę pewniej, że moja językowa niefrasobliwość nie zostanie tym razem zdemaskowana chwilą niezręcznej ciszy w odpowiedzi na proste, ale w tej konkretnej chwili zaskakująco trudne pytanie.

CDN

Opublikowano

Your Life in the La La Land

lalaland

Niesłychany sukces La La Land to nie tylko filmowy powrót do klasycznego Hollywoodu, piękny hołd dla Casablanki i zręcznie wyprodukowany musical zawieszony gdzieś między złotą erą jazzu a współczesnością. To przede wszystkim marzenie — wciąż żywy american dream przeniesiony z klasycznej formuły od pucybuta do milionera w zdobną musicalową ramę — współczesnego american dream szukającego spełnienia na co dzień znacznie mniej spektakularnie w niezliczonych telewizyjnych talent showach. To wreszcie para aktorów, która nie dorównuje Fredowi Astaire’owi i Ginger Rodgers perfekcją, jeśli chodzi o śpiew i taniec, nadrabiając w oczach widzów te teoretyczne braki warsztatowe z nawiązką dzięki ponadczasowemu urokowi i prostolinijnej sympatii. Moc La La Land drzemie także w kreacji świata, który niby jest na wyciągnięcie ręki, ale jednak nie istnieje — świata opartego o ponętny jazzowy paradygmat mimowolnie wciągający delikwenta w swoje tryby. Ja, przyznaję, wpadłem po uszy i jako swoiste placebo na własną rękę przedłużyłem muzyczną wizję Hurwitza, Paseka i Paula o kilkadziesiąt utworów, przy których można frywolnie przemierzać świat tanecznym krokiem w klimacie ścieżki dźwiękowej z La La Land.

Opublikowano

Kurtek w Rumunii

rom

Misleading diversity — trudne pytania w centrum Bukaresztu; zdj. Kurtek

Dem narysował kiedyś taki pasek, na którym uwiecznił moment, gdy większość rekrutów policyjnych rezygnuje z kariery w zawodzie. Podczas wstępnego szkolenia z nieudawaną powagą oficer prowadzący (szkolenie, hehe) wskazuje na planszę, z której wynika, że paralizator ≠ szynka. Już od kilkunastu dobrych dni próbowałem skleić coś sensownego o kilkudniowej wizycie w rumuńskim Bukareszcie, ale zawsze w pewnym momencie stawał mi przed oczyma ten obrazek. Można zapewne pisać o Rumunii, wychodząc z zupełnie innego paradygmatu, ale gdy spędza się tam zaledwie pięć dni, połowę tego czasu za biurkiem, trudno nie wpaść w pułapkę misyjnego obalania stereotypów. Rumunia jest w gruncie rzeczy bardzo typowa — mają internet, posługują się pieniędzmi, jeżdżą samochodami po drogach, a do jedzenia używają sztućców. Przed wyjazdem wielokrotnie słyszałem z różnych stron, że Rumunia jest prawdopodobnie najbardziej podobnym do Polski krajem na świecie. Trudno mi to ocenić, bo musiałbym odwiedzić jeszcze sporo miejsc, by to sprawdzić, ale podobieństwa nie da się nie dostrzec.

rom

Bukareszt, którego nie wyślemy na pocztówce; zdj. Kurtek

To ciekawe o tyle, że Rumuni to nie Słowianie, a Latynosi. Mimo wszystko ich podejście do życia i poczucie humoru w jakiś sposób zazębiają się z polskim sposobem bycia. Są może trochę bardziej wyluzowani i autoironiczni, ale trapiące ich problemy to wypisz-wymaluj polska codzienność. W centrum są oczywiście niekompetentni wszechwładni politycy ujadający na siebie nawzajem, nie do końca wiadomo z jakiego powodu, dzielący przez to społeczeństwo. Resztę znamy z autopsji. Podobnie zresztą jak kłębiące się na każdym roku banki, apteki i sklepy spożywcze popularnych sieciówek (w Polsce to Żabki czy inne Małpki, w Rumunii — Mega Image). I wszechobecne reklamy leków w telewizji. „Jesteśmy chorzy, potrzebujemy pieniędzy na leki i jedzenie” — tak podsumował to któregoś dnia oprowadzający mnie po centrum Bukaresztu Manuel. „Skąd ja to znam” — to już ja mamroczący pod nosem do siebie. Rumunów nie dziwi też polskie disco polo — co najwyżej to, że ktoś ma odwagę grać to w radiu i jeszcze mówić bez żenady, że mu się podoba. Tu sam się zdziwiłem, bo podejrzewałem, że ojczyzna takich tworów jak O-Zone czy Inna okaże większą otwartość na naszą muzykę chodnikową. Ale rumuński dance to zupełnie inna para kaloszy, znoszonych już zresztą do reszty i jakiś czas temu bez skrupułów porzuconych na dnie szafy. Odpowiednikiem disco polo jest w Rumunii manele — mieszanka bałkańskiego folku, muzyki cygańskiej i popu — proste melodie grane na syntezatorach w towarzystwie akordeonu o miłości, seksie, pieniądzach i zabawie. Ale o ile na prowincji manele święcą triumfy, w dużych miastach nie ma o tym mowy. Na tradycyjnym miejskim rumuńskim weselu (w wynajętym gigantycznym ślubnym kontenerze z blachy falistej ustawionym na przedmieściach) prędzej usłyszymy Kool & The Gang. Tak przynajmniej słyszałem i chcę w to wierzyć.

rom

Zabytkowe centrum miasta i księżyc; zdj. Kurtek

Pierwsze wrażenie jest ważne, ale często się je przecenia. Na pierwszy rzut okna Bukareszt zapowiadał się ponadprzeciętnie zwyczajnie. Lotnisko w Otopeni było zatłoczone i nie obiecywało zbyt wiele. Można z niego dostać się do miasta jedynie taksówką. Kilka lat temu postanowiono wybudować w kierunku lotniska linię kolejową, ale zamiast doprowadzić ją do końca, zakończono ją w środku pustkowia kilka kilometrów wcześniej, gdzie ustawiono przystanek autobusowy. Taksówki na szczęście są w Rumunii tanie — kurs do centrum z lotniska — około 17 kilometrów to koszt nieco ponad 25 złotych. Kierowcy rzadko mówią po angielsku, a jeśli mówią, to najprawdopodobniej będą próbowali tłumaczyć, dlaczego muszą za kurs policzyć drożej (teraz złośliwie generalizuję, tak zrobił kierowca odwożący mnie na lotnisko, który w połowie drogi zapytał, ile mam pieniędzy i stwierdził, że muszę zapłacić mu więcej, bo zazwyczaj nie jeździ na lotnisko i potrzebuje kupić winietę, której oczywiście nie dopisze do rachunku — nie dopłaciłem, ale pozwoliłem zatrzymać mu resztę), a czasem, jak inny pan kierowca, wożą w bagażniku narzędzia rolnicze. Żeby zamówić taksówkę z lotniska trzeba skorzystać z automatu. Nie sposób tych automatów przegapić, bo przy wyjściu stoi ich całkiem sporo, a wokół jeszcze więcej ludzi. Zasada jest banalnie prosta — wybieramy na ekranie przewoźnika, a automat drukuje bilecik z numerem samochodu i orientacyjnym czasem oczekiwania. Przed rozpoczęciem kursu bilecik daje się kierowcy. W praktyce automaty zawieszają się, nie działają, w nieskończoność szukają połączenia i trzeba przy nich spędzić jakiś kwadrans, by bilecik się wydrukował. Komunikacja miejska w Bukareszcie została zresztą potraktowana podobnym rozwiązaniem racjonalizatorskim — bilety można kupić tylko w specjalnych szarych kioskach ustawionych przy wybranych przystankach, a żeby móc taki bilet nabyć, trzeba najpierw sprawić sobie papierową kartę magnetyczną, aby móc zakodować na niej najpierw możliwość przejazdu, a później sam przejazd.

rom

Bukareszt; zdj. Kurtek

Pani w kiosku, na którą trafiłem, co prawda potrafiła mówić po angielsku, ale jednak komunikacja między nami skazana była na porażkę — najwyraźniej z braku zrozumienia systemu biletowego z mojej strony. W końcu zdałem się na nią i jak się okazało, wyszedłem na tym lepiej, niż gdyby udało mi się bez problemu zrealizować mój najwyraźniej szokujący pomysł kupienia na raz ośmiu biletów na ewentualne przejazdy (które miały nigdy nie nastąpić). Tego dnia miał też nie przyjechać autobus linii 205 zmierzający w kierunku ulicy admirała Horii Macellariu (dowódcy rumuńskiej floty wojennej podczas II wojny światowej — w tym kontekście to zupełnie nieistotne). Przynajmniej przez kolejne trzy kwadranse. Okazało się zresztą, że rozkład jazdy autobusów, tak skrupulatnie naniesiony przez inżynierów Google’a na ich mapy, w praktyce nie funkcjonuje. Czy może raczej funkcjonuje jako luźna dygresja na temat tego, jakie połączenia mogłyby być realizowane i gdyby do tego doszło, jaki numer miałby bus, który po takiej trasie by kursował.

rom

Wymowny pomnik korupcji w centrum miasta; zdj. Kurtek

Gdy tak czekałem na transport, z braku laku przestępując z nogi na nogę, moją obecnością na przystanku zainteresował się pewien koreański emeryt-turysta, który z niewiadomych przyczyn wyruszył w podróż po Europie wschodniej bez telefonu komórkowego i poprosił, czy odpłatnie mógłby skorzystać z mojego, by powiadomić znajomego profesora o swoim rychłym wyjeździe z kraju wampirów i przyjaznych ludzi (za podpowiedź w wyszukaniu tego niezręcznego synonimu Rumunii dziękuję autopodpowiedziom Google’a). Nie wiedziałem trochę, jak powinienem w tej sytuacji postąpić. W Polsce w ciągu minionego ćwierćwiecza o skorzystanie z telefonu pytali mnie co najwyżej znajomi i potencjalni złodzieje (chociaż w tym drugim przypadku słowo pytali jest nie na miejscu). Rumunia w tej kwestii też nie cieszy się najlepszą sławą. A tymczasem pierwszy poranek w obcym kraju i od razu coś takiego. Dobre sobie! Los się ze mnie naigrywa. Podczas gdy ja zajęty byłem boksowaniem się sam ze sobą, pan pozwolił sobie sam z siebie się wygadać. I bardzo dobrze — nie wyglądał jak modelowy Koreańczyk, ale jego twardy, zniekształcony przez sylabiczne hangul, obcy akcent nie pozostawiał złudzeń — oto na przystanku naprzeciw bukaresztańskiego Gara de Nord stoi przede mną prawdziwy koreański emeryt-turysta, w dodatku, co zdążył mi już wyjawić, udający się za kilka dni także do Polski. Wygrał pan, panie Koreańczyku, oto mój telefon, proszę tylko nie bić. Obeszło się bez bicia. Profesor co prawda nie znalazł dla swojego azjatyckiego znajomego tego dnia nawet jednej krótkiej chwili, ale ten przyjął tę wiadomość z właściwym Azjatom zrozumieniem. Po wymianie uprzejmości z uśmiechem oddał mi telefon, dołączając wyciągniętą ukradkiem z torby ulotkę, jak być chrześcijaninem w Korei, po czym prędko wskoczył do autobusu, który właśnie podjechał na przystanek i chwilę później zniknął mi z pola widzenia.

rom

Prezent od napotkanego koreańskiego emeryta-turysty; zdj. Kurtek

Bukareszt z gigantycznym Pałacem Ludowym — pomnikiem szaleństwa Nicolae Ceaușescu i drugim po Pentagonie największym budynkiem na świecie — jest nie tylko wizytówką Rumunii na arenie międzynarodowej, ale też miastem kontrastów, w którym stare miesza się z nowym, a bieda bawi się z bogactwem w ciuciubabkę. Poza ścisłym centrum, które nie zostało zniszczone podczas wojny i dzięki temu okazała promenada otoczona jest niezwykłej urody zabytkową zabudową w stylu przywodzącym na myśl Wiedeń czy Budapeszt. Trudno się więc dziwić, że w tym doskonale zachowanym i przesadnie wręcz skondensowanym architektonicznym skansenie wrażenie zrobiła na mnie pozostająca odrobinę na uboczu kameralna XVIII-wieczna Cerkiew Kretzulescu położona przy Alei Zwycięstwa — głównej ulicy Bukaresztu okresu międzywojnia.

rom

Wzory na kostce brukowej nieopodal Cerkwi Kretzulescu; zdj. Kurtek

W Bukareszt inwestuje się jednak w myśl zasady „przyjeżdża papież” tzn. odnawia się te ulice, którymi papież będzie się przemieszczał, wszystko inne pozostawiając przez lata w niezmienionym stanie. Na pytanie, kto w tym wypadku jest papieżem, nie potrafię jeszcze odpowiedzieć, ale z całą pewnością przemieszcza się raczej głównymi ulicami — za to często i z rozmachem. Tak zielonej trawy jak w pobliżu stalinistycznego Domu Wolnej Prasy nie widziałem chyba nigdzie i to mimo dość zaawansowanej już jesieni. Bukareszt może się też pochwalić enklawą ze stali i szkła w nowoczesnej dzielnicy Pipera położonej na północy miasta, gdzie swoje biura posiada większość zachodnich korporacji. Poza reprezentacyjnymi dzielnicami w mieście panuje swojski urbanistyczny rozgardiasz przywodzący na myśl Polskę milenialnego przełomu — już na drodze modernizacji, ale w dalszym ciągu odrapaną, nieokiełznaną, daleką od zachodniego rozumienia salonowości.

rom

Przedmieścia; zdj. Kurtek

Trudno pisać o Rumunii, nie wzmiankując o tradycyjnej rumuńskiej kuchni, w której, według ochoczych i rozległych komentarzy moich gospodarzy, zawiera się wszystko od McDonalda, przez włoską kuchnię, aż po shoarmę zawijaną w tortillę. Obcujemy tu, jak pewnie zdążyliście zauważyć, z tkanką dynamiczną i, czegokolwiek by w tym miejscu nie pomyśleć, kosmopolityczną. Pomimo tego, że o jedzeniu rozmawialiśmy sporo, a ja przy każdej okazji uporczywie wracałem do tematu, ostatecznie na tym stanęło. Nic co jadłem nie było rdzennie rumuńskie, ale ponoć było dla kraju typowe i w tym kontekście reprezentatywne. Gdybym miał te doświadczenia interpretować dosłownie, okazałoby się, że Rumuni tradycyjnie na lunch jedzą górę mięsa złożoną z wielu rodzajów kiełbas, kabanosów, kotletów, szaszłyków i rozmaitych części świni, których na talerzu nie potrafię nawet zidentyfikować. Taka uczta przewidziana zgodnie z menu dla trzech osób, co z kamienną twarzą potwierdziła też pani kelnerka, spokojnie wykarmiłaby podstawowy skład drużyny siatkarskiej — o ile sportowcy zaakceptowaliby jej jednoznacznie mięsny charakter. Manuel i Cristian zgodnie określili tę małą rozpustę słowami pomana porcului, które przenoszą nas w zupełnie inne miejsce i czas.

rom

Prawie pomana porcului; zdj. Kurtek

Słowo pomana można przetłumaczyć jako dobroczynność, ale związane jest niemal na wyłączność z obrzędowością żegnania bliskich zmarłych — 40 dni po pogrzebie rodzina i przyjaciele spotykają się przy stole, by uczcić pamięć denata Ponoć właśnie na okres 40 dni dusza zmarłego może powrócić do żywych i w tym czasie należy godnie zaliczyć nieboszczyka na poczet przodków. Pomana porcului natomiast związana jest z diametralnie inną, ale jednak podobną tradycją. W grudniu, przed Bożym Narodzeniem na wsiach dokonuje się świniobicia, zapraszając krewnych, sąsiadów, znajomych i wszystkich, którzy brali udział w rzezi, do uroczystego ceremoniału, podczas którego kosztuje się przygotowanych z prosięcia wyrobów. Trawienie wspomaga się beczkami rachiu (jak po rumuńsku określa się rakiję). Bardziej wprawieni mogą sięgnąć także po palinkę (rom. palincă), czyli tradycyjną rumuńską, ale także słowacką i węgierską, wódkę produkowaną nierzadko w domowym zaciszu ze słodkich owoców — od śliwek, przez jabłka, gruszki, morele, aż po czereśnie. Brzmi znakomicie, ale smakuje — brrr!

rom

Prawdziwa pomana porcului według moich wyobrażeń; źródło: Jurnanul.ro

Czyli w sumie odwrotnie niż sama Rumunia, która lata temu okryła się szalem utkanym z nieaktualnych już albo z gruntu nieprawdziwych informacji i trudno jej teraz pokazać prawdziwą twarz (oh, Coelho, dzięki ci za inspirację przy tej mącącej w żyłach krew metaforze!). A jej twarz jest, hej!, naprawdę ładna, nie szczerzy kłów jak Drakula, ale jednak mimo wszystko się uśmiecha. Sami Rumuni zresztą mają we krwi dystansowanie się od problemów przy pomocy humoru — często słodkogorzkiej satyry na rzeczywistość. „Haz de necaz!” — mawiają! Skąd my to znamy?

Opublikowano

Upiorny twist

twist-600x400

Nie wybieram się dzisiaj co prawda w tournee po okolicy, by dręczyć niczemu winnych ludzi prośbami o cukierki, ale myślę, że nie pogardzę seansem jakiegoś prawdziwie upiornego filmu. By jednak wcześniej wprawić się w nastrój, na łamach Soulbowl.pl przygotowałem odpowiednio upiorną muzyczną selekcję w kształcie 10 hajlatów i 30 wcale nie gorszych niehajlajtów.


10. G-Eazy featuring Jeremih, „Saw It Coming”

„Ghostbusters” Raya Parkera Jra nie da się niczym zastąpić, więc nazywanie „Saw It Coming” promującego tegoroczny remake Pogromców duchów następcą legendarnego motywu byłoby srogim nadużyciem. Nie zmienia to jednak faktu, że „Saw It Coming” to kawałek solidnego radiowego popu z obłędnym refrenem Jeremiha mocno nawiązującym do R&B w stylu późnego Michaela Jacksona. Na pytanie „Who you gonna call?” G-Eazy i Jermih odpowiadają „I bet you never saw it coming” — i rzeczywiście mają rację.

*

9. Gnarls Barkley, „The Boogie Monster”

Aloe Blacc ma dolara w kieszeni, a Cee Lo Green — potwora w szafie, przynajmniej jeśli wierzyć deklaracjom z refrenów ich piosenek. Danger Mouse od zawsze lubował się w serwowaniu mrocznych motywów w gęstych aranżach — z jednej strony mocno osadzonych na hip-hopowych fundamentach, z drugiej zaś bezsprzecznie czerpiących z upiornego twistu lat 60. Jednym z kulminacyjnych momentów tego chwytliwego stylu był wydany w 2006 roku krążek St. Elsewhere, na którym wespół z Cee Lo z retrosoulu i oldschoolowego funku wyczarowali prawdziwie diaboliczne muzyczne przedstawienie.

*

8. Gorillaz featuring Del the Funky Homosapien, „Clint Eastwood”

Czy tylko ja nigdy nie wierzyłem Damonowi Albarnowi śpiewającemu w „Clint Eastwood” apatycznym głosem, że jest szczęśliwy i ma torbę pełną promieni słonecznych? Moją niepewność potęgował przeraźliwy syntezatorowy motyw wybijający się raz po raz ponad klasyczny triphopowy bit. Sytuacji nie poprawiał też Del the Funky Homosapien, który charyzmatycznymi (czyt. demonicznymi w nieco kreskówkowy sposób) zwrotkami doskonale dopełnia hipnotyczny refren Albarna.

*

7. Nosowska, „Puk puk”

Jeśli sądziliście, że w polskiej muzyce nie mieliśmy swoich własnych upiornych momentów, to najwyższy czas zweryfikować ten pogląd. Tytułowy utwór z wydanego przed 20-ma laty triphopowego debiutu Kasi Nosowskiej mógłby służyć za model, jak zręcznie budować grozę w muzyce pop. Mamy plemiennie pulsujący bit, wiatr wygwizdujący na skraju fałszu straszliwą melodię i opartą na na pomyśle z filmu Dzieco Rosemary porażającą kołysankę. Atmosfery horroru dopełniają szczere wyznania Nosowskiej, która nie ukrywa tego, że jest przerażona i nie zawaha się wciągnąć słuchacza do swego pogrążonego w mroku świata.

*

6. OutKast featuring Killer Mike, „Bust”

W dyskografii OutKast można by co prawda znaleźć kilka utworów bardziej bezpośrednio tekstowo nawiązujących do Halloween — z humorystycznie traktującym o problemach matrymonialnych najsłynniejszego wampira w historii „Dracula’s Wedding” na czele. Ze świecą szukać natomiast piosenki dorównującej „Bust” z wydanego w 2003 roku Speakerboxxx/The Love Below szeroko pojętą upiornością na poziomie aranżacji. Zanim na dobre zrywa się potworna nawałnica Big Boi ostrzega, że siódma pieczęć właśnie została zerwana, a duchy i gobliny błądzą wolno po Ziemi. Część z nich zaangażował zresztą najpewniej do majakowego chóru przyprawiającego żywych o dreszcze przez cały burzliwy przebieg utworu.

*

5. Screamin’ Jay Hawkins, „I Put a Spell on You”

VooDoo D’Angelo może i czarowało słuchaczy, ale z prawdziwym voodoo miało niewątpliwie niewiele wspólnego. W tym kontekście dużo większą moc mają zaklęcia rzucane przez Jaya Hawkinsa w klasycznym „I Put a Spell on You”, które doczekało się bezliku coverów i do dziś pozostaje adekwatnym elementem zachodniej popkultury. Żadna z reinterpretacji nie dorównywała jednak ekspresją wydanemu w listopadzie 1956 roku oryginałowi. Ta niesławna bluesowa ballada zapewniła nieznanemu wcześniej szerszej publiczności Hawkinsowi nieśmiertelność i dołożyła swoje trzy grosze do mojej upiornej plejlisty.

*

4. Nick Cave & The Bad Seeds, „Red Right Hand”

Także Nick Cave zbudował jeden ze swoich gotyckich przebojów na bazie upiornego twistu i złowrogo dmiącego w tle wiatru. Pierwotnie wydane w 1994 roku na płycie Let Love In „Red Right Hand” dwa lata później nie bez powodu zostało wybrane jako temat sagi filmowej Krzyk. Cave jednak nie krzyczy — jako narrator oszczędnie dozuje emocje w historii, która bierze swój tytuł z poematu łączonego niegdyś z satanizmem Johna Miltona, ale rozwija się co najmniej jak opowiadanie Stephena Kinga.

*

3. The Weeknd, „House of Balloons”/”Glass Table Girls”

„House of Balloons”/”Glass Table Girls” podwójny hajlajt z debiutanckiego mikstejpu The Weeknd brzmi może bardziej jak bliskie spotkanie trzeciego stopnia z istotami pozaziemskimi, aniżeli z wesołym diabłem, ale bardzo trudno odmówić mu przepełnionego ciemną materią gęstego klimatu, kóry można by ciąć nożem. Po części dlatego, że muzyk pożyczył potwornie przebojowy refren od Siouxsie & The Banshees, ale także dzięki wkładowi własnemu — okalającym melodię mrocznym syntezatorom i zdumiewająco przestrzennej produkcji.

*

2. Run the Jewels, „Oh My Darling Don’t Meow (Just Blaze Remix)”

Po zeszłorocznej premierze kociego arcydzieła nic nie będzie już takie samo. Nie duchy, wampiry czy zombie, a koty stoją za mrocznym i psychotycznym brzmieniem Meow the Jewels. Kocia paranoja jest zresztą ewidentnym lajtmotiwem hitowego „Oh My Darling Don’t Meow” w znakomitym remiksie Just Blaze’a, który dzięki zaprzęgnięciu w bit hipnotycznych kocich sampli wykreował klimat grozy niczym nieustępujący „Thrillerowi” Michaela Jacksona.

*

1. Michael Jackson, „Thriller”

Nastoletnie uwielbienie klasycznego kina grozy, fascynacja nieprzeniknionymi, strasznymi, tajemniczymi historiami to punkt wyjścia do koncepcyjnego przeboju Michaela Jacksona — być może najbardziej utytułowanej okołohalloweenowej piosenki w historii muzyki popularnej. Jackson z Rodem Tempertonem zawarli w niej bowiem typową dla amerykańskich slasherów naiwność, a ejtisowe syntezatory połączone z galerią klasycznych dźwiękowych efektów — od wyjącego psa po skrzypiące drzwi — dodały do utworu odrobinę nieodzownego w tym wypadku kiczu. Całości dopełnił niezastąpiony mistrz horroru Vincent Price w roli narratora, którego głos przyprawiać może o ciarki. Panie, panowie, prawdziwy thriller!


Opublikowano

Czy to blond, czy to blond, czy to blond, czy to blond-blond?

Długo oczekiwany następca Channel OrangeBlonde Franka Oceana zaskakuje nie tyle rozmyślną formą wydania, ale samym brzmieniem. Ocean nie tylko nie wyszedł naprzeciw oczekiwaniom fanów, ale mając w pamięci zaledwie szkice swoich poprzednich projektów, napisał się zupełnie od nowa, serwując słuchaczom nieprzewidywalny godzinny trip, dzięki któremu po raz kolejny udało mu się dołożyć cegiełkę do dynamicznie rozwijającego się brzmienia i charakteru nowego świadomego R&B.

Też właśnie dlatego Blonde przy pierwszym odsłuchu stanowi dla słuchacza pewne wyzwanie — już począwszy od rozpoczynającego krążek singlowego „Nikes”, które przetworzonym, mocno spitchowanym wokalem uderza w te same tony, co nieszczęsny początek współtworzonego przez Oceana „My Willing Heart” z ostatniej płyty Jamesa Blake’a. „Nikes” ma jednak nad kompozycją Blake’a tę przewagę, że nie wybija z nastroju, ale go tworzy i wprowadza — niezręczność pierwszych sekund dzięki jednej z bardziej chwytliwych melodii na krążku szybko przekuwa w zainteresowanie. Ocean zaczyna od mocnego stylistycznego manifestu wprowadzającego niczego niedomyślającego się jeszcze słuchacza w swoją wizję post-muzyki. A to dopiero początek. Poczucie obcości powoduje jednak nie tyle (a przynajmniej nie tylko) produkcyjna ornamentacja, ale częściowe odrzucenie prostej piosenkowej struktury refren-zwrotka-refren na rzecz wolniejszej i mniej uporządkowanej formy, co siłą rzeczy wpływa mocno na i tak chwiejne odczucie melodyki na Blonde. Jednocześnie taki sposób pisania i wykonawstwa piosenek sprawia wrażenie bardziej naturalnego i równoważy produkcyjne wybiegi poczuciem bliskości i spontaniczności.

Koncepcja półrefrenów powścibianych gęsto w ewoluującą, mieniącą się niekiedy awangardą tkankę to z pewnością nie to, czego słuchacze i krytycy spodziewali się po Oceanie — z początku rzecz może wydać się odstręczająca, zwłaszcza jeśli przygotujemy ucho na wykrycie pierwszoligowego singla, którego niestety na tym albumie najpewniej wyłowić się nie da. Ocean rozkłada jednak ciężar płyty równo pomiędzy wszystkie utwory — podczas gdy Channel Orange było krążkiem kilku niesamowicie silnych punktów wpisanych w klimatyczną, ale jednak mimowolnie zmarginalizowaną resztę, obcowanie z Blonde budzi zupełnie inne konotacje. Artysta rozwija tu kreowany konsekwentnie od debiutanckiego Nostalgia, Ultra z 2011 roku koncept płyty-opowieści zrealizowanej w ryzach szeroko (jak na płytę pop) wykorzystanej muzyki konkretnej i związanej z nią intertekstualności na pierwszym froncie.

Pomimo tego Blonde jest jednak nawet bardziej intymny i kameralny niż Channel Orange — trochę na wzór płyt Elliotta Smitha, choć rzecz jasna przy wykorzystaniu zupełnie innych środków. Tym samym Ocean po raz kolejny wprowadza R&B na inny poziom — z wielu pozornie chaotycznych półpiosenek i interludiów buduje wstrząsający psychotyczny trip — ułożony w tym samym tonie co tegoroczny krążek Kanyego Westa (przy przywiązaniu większej uwagi do niuansów i detali). To model, który być może (czas pokaże) zaowocuje wyodrębnieniem się post-R&B, które przesunie jeszcze dalej transgresywne zapędy gatunku niż ukonstytuowane w obecnej formie alt R&B. Blonde dla Channel Orange i współczesnego R&B jest tym, czym The Age of Adz Sufjana Stevensa było względem jego Illinoise — świadectwem świadomej, ale wykorzystującej element zaskoczenia i paradoksu ewolucji brzmienia skutkującej przeniesieniem własnej twórczości na nowy poziom przy jednoczesnym zachowaniu charakteru i emocjonalnej otwartości cechujących dotychczasowy dorobek.

Trudno co prawda wyrwać Blonde z kontekstu towarzyszącemu premierze płyty — uwagę mediów po raz kolejny przyciągają poszlaki o życiu osobistym Oceana, a wszystko solidnie doprawiają kontrowersje wokół odejścia piosenkarza z Def Jam i znalezienie się płyty w centrum coraz bardziej doskwierającej słuchaczom wojny streamingowej. Blonde to zresztą kolejna z wielu w ostatnich latach płyt z nurtu hip hop/R&B roztaczająca wokół siebie nieco na wyrost artystowską oprawę, co nie pomaga szczeremu i bezpretensjonalnemu podejściu do materiału. Jeśli jednak potraktujemy piętrzące się kontrowersje w kategoriach stricte marketingowych, oddzielając je od muzyki grubą kreską, dotrzemy być może do klaustrofobicznego jądra nowej kreacji Oceana — portretu człowieka przytłoczonego i zagubionego we współczesnym świecie, który nie potrafiąc już myśleć i poruszać się w liniach prostych, zaczyna krążyć naokoło, walczyć z wiatrakami w rzeczywistości będącymi odzwierciedleniem własnych lęków, słabości, ale i marzeń czy dążeń.

I tak oto Frank mógłby pisać piękne klasyczne, bezpośrednie R&B, ale z jakiegoś powodu nie chce lub nie potrafi. W tym nagięciu schematu, groteskowym wykrzywieniu kameralnie przecież zaaranżowanych melodii, upstrzeniu ich rozlicznymi ozdobnikami, odtworzeniu kreatywnego i życiowego sztormu tkwi największa siła Blonde — paradoksalna, to prawda, ale ujmująca skrytą w głębi niewinnością, może nawet bezradnością wobec nawet nie tyle przytłaczającego świata zewnętrznego, co siebie samego. Ocean zdaje sobie sprawę z drzemiących w nim sprzeczności i nad wyraz trafnie oprawia je muzyką. Rewiduje utraconą na zawsze młodość w intymnie neo-gitarowym „Ivy”, zestawia depresję i uzależnienie z kontrastująco beztroską melodyjnością „Nights”, przepisuje klasyczne „Close to You” Bacharacha na bit, autotune i garść słodko-gorzkich refleksji, wreszcie — ukrywa Beyoncé w chórkach zwiewnego i posępnego jednocześnie współczesnego walczyka w „Pink + White”. Wychodzi w tym wszystkim daleko poza schematy wciąż obowiązujące w R&B — zarówno tekstowo, jak i muzycznie podejmuje ryzyko, po raz kolejny przecierając nieodkryty dotąd szlak.

Oryginalnie tekst ukazał się w serwisie Soulbowl.

Opublikowano

どちらですか: bubblegum ✕ avantgarde

Wszystko, co w muzyce lubię najbardziej, czyli przesada i dyspersja. Na wpół taneczny パーティー・ミックス przygotowany na okoliczność wczorajszej audycji Wolny Wybór w Radiu LUZ. Godzina ciągnącej się gumy balonowej solidnie zaprawionej awangardą. W rolach głównych m.in. pół londyńskiej sceny bubblegumbassowej, wizjonerzy post-shibuya-kei, japońscy noiseowcy, Whitney Houston w objęciach Deafheaven. Nieważne dokąd, ważne którędy!

Opublikowano

Koniec lata

Koniec lata

Joaquín Sorolla y Bastida, Południe na plaży Walencji

Myślę, że to zupełnie naturalne, że ludzie nie lubią, gdy kończy się lato. Oto znowu, czasem bez żadnego uprzedzenia, wydziera im się kwiaty z jaśniejących od słońca włosów i odbicie bezchmurnego nieba z przyciemnianych szkieł okularów. Inna sprawa, że sam to rabowanie lata — swoiste poczucie powolnego nieuchronnego nastawania chłodnego świtu po upalnej wyciśniętej do ostatniej kropli soczystej nocy — uwielbiam ponad wszystko. Słodki zapach zbieranej w promieniach porannego słońca kapusty, cebuli i dyni, klucz dzikich gęsi przecinających pomazane jakby naprędce przez pierzaste chmury niebo, moczące korzenie w przydrożnym rowie rosnące nieopodal wciąż jeszcze zielone wierzby, cienka nić pajęcza oplatająca gałęzie jałowca kołyszące się pod podmuchem chłodnego jesiennego wiatru i górujące nad całym tym krajobrazem ogrzewające skórę słońce — być może w tym roku już po raz ostatni. Do drzwi pukają powoli szaruga i słota, na horyzoncie gromadzą się chłód i ciemność tak dojmujące, że za kilka tygodni nikt już nie uwierzy, że wiosna może jeszcze kiedykolwiek nadejść.

Ale cykl nieubłaganie się powtarza, nie zważając na życzenia i przekonania żyjących w nim ludzi. Za rok będziemy o rok starsi, lato — mniej beztroskie, a zima ubierze nas pragmatycznie w za grube kalesony. Mimo wszystko co roku wyczekuję końca lata, by przez tę krótką chwilę, zręcznie wciśniętą między letnim skowronkiem a jesienną melancholią, zapomnieć się na chwilę, otworzyć szerzej oczy i z dziecięcą wręcz fascynacją pochylić nad ulotnością misternej konstrukcji otaczającego nas świata. Jest w tym wszystkim iskierka mistycyzmu, odrobina poezji i słuszna część codziennej prozy. Warto jednak po tę iskierkę zanurkować.

W zamianie prozy w poezję nieodmiennie pomaga muzyka — niekoniecznie dobitnie akcentująca samo fin d’été; raczej podkreślająca ulotność chwili, taka przez którą promienie słońca będą w stanie porozumieć się z wiatrem szalejącym już na podwórzu w tanecznym uścisku ze spadającymi liśćmi. Co roku układam na tę szczególną chwilę specjalną plejlistę — wahającą się w zależności od aury od hałaśliwego The Gun Club, przez smutniejsze momenty sunshine popu, akustyczny folk, aż po Umer śpiewającą Szymborską i cygańskie szanty Caetano Veloso. Poniżej kilka selekcji z obszernej szuflady późne lato / wczesna jesień.

Koniec lata

Vincent van Gogh, Zachód słońca: pola pszenicy w pobliżu Arles

・ Big Star, „September Girls” (1974)

Słodko-gorzkie pożegnanie lata, gdy promienie słońca jeszcze wciąż oślepiają, ale nie potrafią już wysuszyć spływających mimowolnie łez. Niezobowiązujący poprockowy soundtrack zachodzącego po raz kolejny słońca — z butelką piwa w dłoni, do połowy pustą paczką papierosów w kieszeni, niechlujnie wpuszczoną w spodnie koszulą i bezwiednie rozwiązanymi sznurowadłami.

Koniec lata

Gustave Caillebotte, Równina Gennevilliers

・ The Cure, „Boys Don’t Cry” (1979)

Kolejny epizod niekończącej się sagi lato bez happyendu tym razem w roli głównej z Robertem Plantem, który nawet w najbardziej słonecznym numerze w dyskografii The Cure potrafił znaleźć powód do płaczu. I znów słońce powoli ma się ku zachodowi, sznurowadła jedynie cudem nie wkręcają się w łańcuch napędzanego nastoletnim dramatem roweru.

Koniec lata

Henry Moret, Krajobraz z myśliwym i jego psem

・ Taylor Swift, „State of Grace” (2012)

Pokłosie letniej miłości, utrata niewinności, nowy początek — to Taylor Swift w wersji fin de siècle, która wreszcie brzmi tak, jak powinna była zawsze. Zamyka U2 i Katy Perry w lekkim powerpopowym numerze z nutką melancholii i oddechem na refleksję.

Koniec lata

Henri de Toulouse-Lautrec, Młody robotnik

・ The Beach Boys, „All I Wanna Do” (1970)

Chłodna bryza w leniwy upalny dzień, przeglądanie czarno-białych starych zdjęć z wakacji na kolorowym leżaku. Sunshine pop przepuszczony przez taflę psychodelicznego rocka, ostudzony i skondensowany tak, by zawarł się wpół drogi między chillwave’m a czymś w rodzaju proto-shoegaze’u. Nostalgicznie zabrudzona odbitka pamiątkowej fotografii na rewersie opatrzona odręcznym dopiskiem „lato ’69”.

Koniec lata

Vincent van Gogh, Wierzby o zachodzie słońca

・ The Walker Brothers, „The Sun Ain’t Gonna Shine Anymore” (1966)

Dziś jest ostatni słoneczny dzień przed końcem świata. Za rogiem czai się już wieczna zima w każdej chwili gotowa pożreć wszystko, co stanie jej na drodze. Ostatni promień słońca głaszcze twoją skroń. Uśmiechasz się przez łzy.

Koniec lata

Gustave Courbet, Brzeg morski w Palavas

・ Joni Mitchell, „California” (1971)

Muzyczna pocztówka z wakacji od Joni Mitchell, u której gdzieś między urlopem na Lazurowym Wybrzeżu a modelową tęsknotą za domem w słonecznej Kalifornii kryje się widmo wojny i nie mniej archetypiczny w kontekście niekończącego się lata strach przed zimą.

Koniec lata

Vincent van Gogh, Siewca

・ The Jayhawks, „Take Me With You (When You Go)” (1992)

„Day is done, night is returning” — koniec sierpnia, kilkugodzinna podróż powrotna do rzeczywistości po dwóch tygodniach spędzonych na wybrzeżu, snopy siana poukładane równo na mijanych nieświadomie polach, zdające się nie mieć właściwego początku i końca zachodzące słońce na horyzoncie, ostatecznie zalane atramentem nocy, światła wielkich miast.

Koniec lata

Emil Nolde, Niebo i słoneczniki

・ Milton Nascimento & Lô Borges, „Um Girassol da Cor de Seu Cabelo” (1972)

Słoneczny wiatr, rozgwiazdy i słonecznik w kolorze twoich włosów widziane kątem oka przez na wpół nagą koronę stojącego na skraju cmentarzu starego dębu jakby wyznaczającego granicę między światem żywych i umarłych. Milton Nascimento i Lô Borges wyczarowali być może najzręczniejsze połączenie kunsztownego popu z pasażem muzyki współczesnej w historii. Poetyckie, wymowne, nienachalne, zupełnie jak nasz koniec lata.

Koniec lata

Paul Cézanne, Dom wisielca w Auvers

・ Vashti Bunyan, „Which Will” (2013)

Wiosenna Vashti śpiewa jesiennego Nicka Drake’a. Spotykają się wpół drogi — gdzieś między szemrzącym radośnie strumieniem a szkarłatem porwanych przez wiatr klonowych liści. Nie znają się, ale mimo wszystko przez krótką chwilę ich spojrzenia spotykają się, a kąciki ust mimowolnie wznoszą w półuśmiechu.

Koniec lata

Claude Monet, Odbicie chmur w liliowym stawie

・ Fryderyk Chopin, Etiuda fortepianowa „Eolska harfa”

Motyw przewodni — initium i conclusia, prolog i epilog późnego lata. Protoimpresjonistyczna miniatura chwytająca między dotknięcia kolejnych klawiszy fortepianu ostatnie promienie słońca i pierwsze krople deszczu.

Bardziej obszerny szkic mojej plejlisty na koniec lata, w kształcie na jaki pozwoliło Spotify, poniżej.