Opublikowano

— ad infinitum („wiosna”)

wiosna

„Martwa natura z czaszką”, Philippe de Champaigne

Martwa natura:

Wyrastające gęstą wiązką korzeni spoza kadru przyszarzone codziennością różnej grubości kable bujnie oplatają uginające się pod ciężarem muskularnego monitorowego monolitu biurko z kasztanowej drewnopodobnej sklejki.

W bezładzie: garść długopisów, zakreślaczy, niektóre z nich z gołymi głowami, inne w barwnych kapeluszach, kilka przybrudzonych wizytówek, w trzech czwartych opróżniona przezroczysta plastikowa butelka z wodą mineralną.

Gdzieś pośród nich rozdzielona para błękitnych spinaczy nerwowo wypatrujących siebie nawzajem.

W tle trzy jasnozielone liście szukające światła wychylają nieśmiało łebki z wypełnionej na wpół już przejrzystą wodą karafki — od dołu lekko tubalnej z idealnie eliptycznym nieco węższym od tuby wierzchołkiem.

Obok stado nieopacznie kolorowych segregatorów w twardych obwolutach wykończonych metalem i zdobionych poważnymi odręcznie naniesionymi czarnym markerem napisami złapane kątem oka na sekundę nim poderwie się do lotu i zatrzepocze wewnętrzną dokumentacją, gubiąc co drobniejsze faktury, mimowolnie wydalając przetrawione umowy i akta.

Na pierwszym planie przybrany w złowrogą czerń drapieżnik zastygły bez ruchu w pozie poprzedzającej daleki skok — przynajmniej międzymiastowy.

W jego cieniu rumiany z ekscytacji dziurkacz wbrew obyczajom w myślach ostrzy sobie dwa szeroko rozstawione metalowe kły na widok śnieżnobiałej odręcznie zaadresowanej koperty położonej chwilę temu po przeciwległej stronie blatu.

Przewrócony machinalnie na bok nieuważnym ruchem pusty plastikowy kubeczek patrzy na nich bezwolnie wewnętrzną źrenicą, trochę jeszcze zaspaną resztką kawowego snu, ułożywszy się z wygodnym dystansem na krawędzi biurka.

Opublikowano

不尽

ja

Fujin

Marzec, czyli miesiąc niepisania o to wciąż padającym, to znów topniejącym śniegu. Z tej perspektywy wiosna ma zapach twardej od namarzniętego deszczu ziemi, gołych szarych trawników i nieba w kolorze papieru ściernego. I jakbyśmy takiej wiosny nie zaklinali pastelowym styropianem, prawda jak gówno — musi wypłynąć. Styropian zmurszeje, a żółta, niebieska i zielona farbka złuszczy się naskórek. Zostaną szare kontenery pełne szarych ludzi na szarej ziemi pod szarym niebem.

*

Marzyliście kiedyś, żeby naprawdę zainteresować się czymś, co być może ma jakieś znaczenie? Filozofią moralności, teorią strun, analizą katalogu J. S. Bacha — czymś, co z dystansu sprawia wrażenie naprawdę istotnego dla człowieka czującego i myślącego. Opieracie się w tej ocenie wyłącznie na własnym wrażeniu spotęgowanym poczuciem dystansu graniczącego z niemożliwością. Jak to jest żyć, nie poznawszy tego dystansu — godzinami słuchać wykładów nieznajomych napotkanych w barach mlecznych, nie wartościować nadto, nie nosić parasola na wypadek deszczu, a w deszczu nie nosić też butów, nie szukać sensów na zewnątrz etc. Być może.

**

„I am doing fine or I am well. I’ll write again soon”.

***

Opublikowano

I Wish It Could Snow Christmas Unicorns Today, This Christmas, and the Day After, Forever and Ever

christmas unicorns

Taka sytuacja — idę niewystarczająco żwawym krokiem udekorowaną już światełkami ulicą w mroźny grudniowy wieczór i nagle horyzont przesłania mi bezdomny. Bezdomny, bezrobotny, biedny, zwał, jak zwał, przekonujący w każdym razie, że jest w potrzebie. Czasem udaje mi się przyśpieszyć kroku tak, że wymijam typa bez konieczności wyjęcia słuchawek z uszu czy choćby odwrócenia wzroku, ale tym razem zdarzyło się tak, że manewr się nie powiódł i trzeba było na jegomościa, choćby w minimalnym stopniu zwrócić uwagę. Niekiedy zostaję zaatakowany w sytuacji, w której nie mam jak i dokąd uciec. Gdy stoję w kolejce, siedzę w przyrestauracyjnym ogródku, rzadziej, gdy jadę tramwajem. To frustrujące, że taki zupełnie obcy ktoś bez jakiegokolwiek pozwolenia, zaburza mi strefę komfortu, prawda? Wiem, że chce pieniędzy. Pieniędzy, które mu się nie należą. Bezwstydnie próbuje je wyłudzić. Na pewno oszukuje — nie ma chorej córki, wszystko przepije w najbliższym monopolowym. Gdyby jego intencje były szczere, nie śmiałby prosić o pomoc na ulicy. Pomogłyby mu instytucje. Po to są.

Jestem uczciwym, ciężko pracującym obywatelem. Płacę podatki. Raz do roku odprowadzam jeden procent na chore dzieci. Raz nawet wysłałem esemesa o treści „pomagam”, a w zeszłym roku kupiłem świecę od Caritasu. Czasem trochę na te podatki narzekam, bo kto nie narzeka, ale koniec końców cieszę się, że ktoś inny zajmuje się tymi biednymi i bezdomnymi. Instytucje, może niewydolne, ale przynajmniej tworzą jako taką barierę ochronną między nimi a nami, porządnymi obywatelami — inaczej człowiek by się nie opędził.

Matka zawsze nakrywa w Wigilię, zgodnie z tradycją, dodatkowe puste posłanie. Całe szczęście, że puste. Już jako dziecko bałem się, że któregoś roku rzeczywiście do mieszkania wpadnie przybłęda i trzeba go będzie, w myśl tradycji, przy tym stole usadzić. Wyobrażałem sobie, jak biały, bielutki, bielusieńki obrus wraz z dołączeniem niespodziewanego gościa zaczyna pokrywać się brudem, resztkami jedzenia. Biel zostaje skalana, wieczór zepsuty, a pewnie i choinka przewrócona, i prezenty rozkradzione. Strach obcego wpuszczać za próg przecież. Zwłaszcza w taki wieczór.

Patrzę na was, wszystkich razem i każdego z osobna, przez pryzmat tego, co rozumiem, co jest mi znane, co do mnie przemawia, co uważam za wartościowe. Wypatruję pozycji społecznej, statusu materialnego, urody, wychowania, gustu, inteligencji. Zwracam uwagę na modne buty, nowoczesny zegarek, drogi telefon, pełne usta, luksusowy samochód, cięty żart, szeroki uśmiech. Stronię od przetłuszczonych włosów, brudnych spodni bez paska, brzydkiej cery, niskich kwalifikacji, niewielkiego prestiżu i marnych zarobków.

Na co dzień wszyscy siedzimy w tym po uszy — nawet jeśli trzymamy w zanadrzu łapkę na niechciane myśli, w tych kluczowych momentach faktycznych spotkań trudno się czasem od nich opędzić. Dlatego na tegoroczne Święta i nadchodzący rok życzę nam wszystkim, żebyśmy patrzyli na siebie po ludzku. Nie w kategoriach ekwiwalentnej wymiany, tego co się opłaca, a co nie, tego co wypada, a co nie. Każdy z nas, każdego dnia może być świątecznym jednorożcem!

Jak co roku od 12 lat wypisałem muzyczną pocztówkę, która, mam nadzieję, uwypukli życzeniową myśl.

Poprzednie części świątecznych pozytywek w serii dostępne są tutaj.

Opublikowano

City lights sparkling bright at almost midnight while getting back home after being long time gone

nic

Nic, zupełnie nic

Vita flumen siłuje się w moim kalendarzu z uki-yo. Nie tyle na pięści, co w rozmaitych uściskach i splotach — transgresywnych czy transpozycyjnych, sam już nie jestem przekonany co do ich charakteru. A tymczasem kiedy wreszcie rozbierzesz się zupełnie przed samym sobą, zedrzesz wilgotnymi palcami całą skórę, płatek po płatku, i w tym akcie samoświadomości potraktujesz się z szacunkiem i zrozumieniem, jakiego wcześniej nie doświadczyłeś, bo doświadczyć nie mogłeś, trudno odnaleźć ci się we własnym życiu pięć miesięcy później, gdy stoisz dobrze ubrany pośród innych ludzi w zatłoczonym tramwaju. Jak się tu znalazłem? Jak znalazłem się tam? Nic nie jest oczywiste, może poza tym tylko że naturalnie po jakimś czasie potrzebujesz odpoczynku, odmiany, już nie ucieczki, a chwili zwyczajnego spokoju, której nie trzeba wiele by przemieniła się w bezkresny sen. Jak się tam dotrę? Jak znalazłem się tu? A jak tam daleko jeszcze wtedy? Prawie jak u Talking Heads. Po dniu przychodzi noc, a po nocy kolejny dzień. To wystarczy, by nie odpowiadać, nie pytać, nie wiedzieć.

Opublikowano

La-di-da-di-da-di-da, czyli czym Brockhampton nasycili hip-hop na drugiej części Saturation

„Skinny boy, skinny boy, where your muscles at?” — pyta Matt Champion w wersie rozpoczynającym „Queer”, ultraprzebojowy banger podobnie jak przed dekadą „Ghettomusick” OutKast przełamujący wykręcony bit stonowanym śpiewanym refrenem. „Are the bills paid? Is it make or break? Will I find a way? Are my feelings changed? Will I be okay?” — w ekspresyjnej falsetowej wyliczance zastanawia się Joba w psychodelicznym „Tokyo”. „Why you always rap about bein’ gay?” — parafrazuje słuchaczy Kevin Abstract w „Junky” i od razu śpieszy z odpowiedzią — „‚Cause not enough niggas rap and be gay”. Wiele ważkich pytań, często dla wzmocnienia efektu czy podkreślenia poczucia bezradności pozostawionych bez jednoznacznych odpowiedzi. Brockhampton nie tylko nie boją się konfrontować własnych lęków, ale na ekscentrycznie outsiderskich post-dirty-southowych bitach zamieniają odmienność i wyobcowanie w atut, który czyni ich Brockhampton — pierwszym hiphopowym boysbandem Ameryki.

„My male role models drug dealers and thugs, my father learned how to solve problems with guns” — z szorstkim stoicyzmem rapuje Ameer Vann w „Fight” opartym o minimalistyczny orientalny bit zwieńczony kakofonicznym eksperymentalnym hookiem. Wśród kilkunastu członków kolektywu każdy ma coś, czym chce się podzielić, i względnie oryginalny sposób, by to zrobić — zupełnie jak w przypadku klasycznego boysbandu, gdzie zawsze jeden z chłopców był tym grzecznym, drugi miał tatuaże, trzeci długie włosy, a czwarty chodził w przyciemnianych okularach. Z tą jedynie różnicą, że w takim boysbandzie rozbieżności niemal zupełnie zanikały, gdy głosy młodzieńców stapiały się w jeden w harmonijnym refrenie. Brockhampton model uporządkowania treści i tożsamości członków rozwiązali na wzór azjatycki, parując się w rozmaitych konfiguracjach na przestrzeni szesnastu tracków sumujących się do 48 minut zebranych w całość pod czujnym okiem Kevina Abstracta i odpowiedzialnego za produkcję Romila Hemnaniego.

Sam Abstract nie jest zresztą jedynie medialnym liderem i koncepcyjnym spiritus movens grupy, ale też swoistym wodzirejem spajającym zwrotki, bity i tematy hipnotyzującymi, wielokrotnie powtarzalnymi hookami (jak choćby ten wieńczący „Chick” w stylistycznie inspirowanej „Lean Back” Terror Squadu końcówce utworu) . Poza tym niewątpliwym wyróżnikiem u Brockhampton forma i tematyka są jak ying i yang — nie tylko w ogólnym rozumieniu, ale też zupełnie jak w nazwie świętej pamięci crunkowego duetu Ying Yang Twins. Niezależnie jednak od tej niezobowiązującej stylistycznej asocjacji z Atlantą (skąd do rodzimego San Marcos w Teksasie jest około tysiąca mil — według Google 83 godziny na rowerze) Brockhampton reformują amerykański hip-hop po swojemu — z jednej strony w pośpiechu i bez spójnej, jednoznacznej wizji, z drugiej — w sposób, który nie zna podziału na Brudne Południe, Wschodnie czy Zachodnie Wybrzeże, pop rap, trap czy gangsta rap, hip-hop świadomy, polityczny czy eksperymentalny. Nowa i stara szkoła to zatem w kontekście Brockhampton poruszającego się momentami na skraju buntowniczego queerhopu pojęcia zupełnie bezużyteczne.

Tym samym otwierające album orkiestrowym pasażem „Gummy” kreatywnie miesza G-funk, eksperymentalny rap i radiowe R&B, czym grupa w równej mierze nawiązuje zarówno do potężnych bangerów produkcji Timbalanda czy The Clipse sprzed kilkunastu lat, co do debiutu Shabazz Palaces. W kolejnym „Queer” uwagę zwraca charyzmatyczny prehook Merlyna Wooda, który przy okazji swoich zwrotek robi podobne vocoderowe zamieszanie, z jakiego słyną Young Thug czy Quavo, ale dokłada do tego bardziej agresywne jamajskie flow. Zupełnie inaczej niż opanowany Ameer Vann, który w charyzmatycznym, ale kompaktowym monologu zabudowującym agresywnym flow oszczędnie harmonizujący podkład „Teeth” rapuje z wyrzutem — „So she sent me to them white schools, I learned that I was different. They told me I’m a nigga, well now I know I am”. Jeszcze inaczej sprawa ma się z „Jello”, gdzie nad bitem, na którym w okolicy 2004 roku mogliby nawinąć Juvenile czy Bun B, dominuje melorecytowane spitchowane „La di da di da di da” w refrenowej rymowance Kevina . Z kolei leniwe „Swamp” twórczo spaja bujający vibe dawnego West Coastu z minimalistycznym swagiem dzisiejszego trapu.

Poza rapowaniem jest jeszcze coś, co Brockhampton wychodzi finezyjnie — podsumowują i zamykają ważne rzeczy noworhythmandbluesowymi jednorefrenowymi wokalizami Bearface’a — tak było z puentującym pierwszą część Saturation doskonałym „Waste”, tak dzieje się w „Jesus”, „Sunny”, a przede wszystkim w wyciągniętym jakby z innego uniwersum (a po części być może z uniwersum ostatniej płyty Franka Oceana) „Summer”, gdzie w poruszającym, ale nie pompatycznym czy desperackim tonie z uczuciem i lekkością Bearface śpiewa: „In the heat of the summer you know that you should be my boy”. Centerpiecem płyty, a być może i jak do tej pory najważniejszym numerem w karierze Brockhampton pozostaje jednak „Junky” — osadzony na świdrującym, psychodelicznym bicie, pozbawiony jednolitego refrenu, mroczny, bezpardonowy i agresywny manifest pierwszego hiphopowego boysbandu Ameryki. „I ain’t trippin’, I’m on a mission / Every time that I speak they ain’t skippin’ / Turned my inspiration to a vision / That’s a given, no slipping” — konkluduje zwrotki kolegów błyskawicznym czterowersem Dom McLennon.

Brockhampton są obecnie w znakomitym kreatywnym momencie, mają świetną synergię i wykorzystują ją ze szczętem zamiast wahać się, ryzykując utratą pędu. Całkiem możliwe więc, że trzecia część Saturation okaże się ich opus magnum, choć równie dobrze może też zakończyć się stylistycznym i tematycznym rozgardiaszem, którego jak dotąd mimo bezliku motywów i inspiracji udało im się szczęśliwie uniknąć.

Oryginalnie tekst ukazał się w serwisie Soulbowl.

Opublikowano

If miracles do happen, I want to show you right now the new dawn, who I’ll be from now on, and the words „I love you” that I never said.

ja

Estetyczna okładka płyty, której nigdy nie słyszałem, autorstwa Yuichiro Fujimoto, o którym nigdy nie słyszałem

Znalazłem sobie nowe hobby, a w zasadzie nawet dwa. Nazwałem je odpowiednio perwersyjnym umiłowaniem losowości i bezwstydną celebracją grafomanii. Choć da się je uprawiać rozdzielnie, największą satysfakcję przynoszą jednak wspólnie, bo zazębiają się jak dwie paskudnie wyszczerbione równoległe ośki zamka błyskawicznego. Satysfakcja nie polega więc na przeciągnięciu suwaka i złączeniu osiek, ale raczej na bezładnym liczeniu losowych szczerb. Przygotowałem więc na tę okoliczność neopatetyczną plejlistę, przy której można np. deklamować pełnym głosem losowe myśli z wybranych utworów Paula Coelho z dachu galerii handlowej albo proklamować w windzie korporacji manifest pokrętnie przepisujący dawne utopie na język kolejnego pokolenia. A że mam ostatnio potrzebę obcowania ze sztuką wyobcowaną przez siebie samą, jako klucz dla tej w przeciwnym razie dość poprawnej selekcji postanowiłem wykorzystać wczesne arcydzieło geniusza współczesnego trashpopu Owl City, w którym poetycznie deklaruje „I’d get a thousand hugs from ten thousand lightning bugs as they tried to teach me how to dance”. Takich twórców, niemających niczego do przekazania, ale butnych i nieustraszonych potrzebuję jak powietrza, z taką sztuką chcę się mierzyć. Chcę oglądać filmy Shinkaia i zaczytywać się w książkach Murakamiego. Chcę prostych, pierwotnych emocji, ale wypolerowanych na wysoki połysk i utopionych w dziwacznym i niezrozumiałym patosie. Chcę, żeby mój płaszcz z sieciówki za 359,99 rozwiewał się miarowo na jesiennym wietrze, poliki i skronie chcę mieć zdrowe i rumiane nie same z siebie, lecz od dobranego pod karację różu, w sercu chcę niezrozumiałego smutku, w głowie przekonania zaś, że czynię świat lepszym miejscem, bo kupuję jajka zerówki, zakręcam wodę na czas szczotkowania zębów, a w H&M-ie wypatruję T-shirtów z metką „eko”.

Opublikowano

Październik

ja

Książę Franz Joseph von Thurn und Taxis

Minął sierpień, przepadł wrzesień, już po październiku. Jesień rozpieszcza kłębiastym snem i gorącą czekoladą. Ujmuje myśli i czasu, nie znosząc sprzeciwu. Rozrzedza idee, łamie słowa na dwa, jedno po drugim — nic nie robi sobie z tego, że psuje sylaby i miesza kolejność.

Gęstymi, ciężkimi chmurami, siną, szeleszczącą mgłą i nieprzejednanym mrokiem odzianym w czarny aksamit tuli samotne wrony i chude psy. Zagania dzieci do domów, a ludzi do galerii handlowych. Plastikowymi butelkami po Coca Coli, starymi butami i lakierowaną boazerią znalezioną przy śmietniku głaszcze domowe ognisko i płuca domowników. Tykowatymi palcami bosych dębów nie głaszcze już niczego. A ja w nią zaklęty, zwabiony kłębiastym snem i gorącą czekoladą trwam wzniośle ku wiośnie z myślą ułomną, ideą rzadką i słowem złamanym.

Opublikowano

Nie wysłałem

wit

fotografia, tym razem moja, z Pragi

Nie wysłałem na kurtekpeel ani jednej pocztówki z wakacji, a byłem trochę i tu, i tam. Poprzedni Paryż (vaugirardowski) spędziłem głównie, jeżdżąc metrem, czytając książki i obserwując ludzi. I żeby nadać mojemu życiu ślady jakiegoś poszukiwania siebie, a może i stworzyć iluzję odnalezienia jakichś skrawków sensu w tej z jednej strony obcej, z drugiej zupełnie przecież spodziewanej pustce, zacząłem coś nieśmiało pisać z nadzieją, że moje pisanie nie tyle przejdzie do historii, co da początek mnie piszącemu.

Tak się oczywiście nie stało. W te wakacje (które poskąpiły mi zresztą dni prawdziwie wakacyjnych) wszedłem z podobnym postanowieniem, ale tyczącym się z jednej strony rzeczy, a z drugiej ludzi. I oto okazało się, że zupełnie tego nie umiem — po prostu mi nie wychodzi łączenie ludzi i rzeczy. Priorytet, który nadaję jednym lub drugim, mimowolnie nosi znamiona wyłączności — tak, abym potrzebę ludzi, gdy na wyłączność mają mnie akurat rzeczy, albo rzeczy w przypadku, jeśli posiedli mnie dla siebie ludzie, mógł zaspokoić jedynie w stopniu minimalnym. Ale to wcale nie tak, że to naturalna opozycja. Stała się taką, bo jej na to pozwoliłem. Mógłbym przecież zestawić jedne rzeczy z drugimi albo tych ludzi z tamtymi i wtedy najpewniej okazałoby się, że to się podobnie wyklucza. Ale tymczasem nie potrafię pisać, jeśli mam w tym samym momencie żyć. To paskudny paradoks, bo zwykle to życie podaje nam myśli, którymi chcemy się dzielić. Kształtuje nas, daje wewnętrzne poczucie, by się tym dzielić — kształtować innych. Bez tego trudno o prawdziwą pasję, a bez pasji trudno o powodzenie kształtowania. Ja tymczasem tak nie umiem.

Umiem natomiast, co odkryłem już dawno, ale bałem się wcześniej otwarcie to przyznać, pisać jedynie o sobie. Umiem pisać: ja, ja, ja. O osobach trzecich potrafię stwierdzić tyle, że są. A czasem nawet i tego nie — zwykle gdy ktoś towarzyszy mi w snach, nie potrafię później przypomnieć sobie ani imienia, ani twarzy. Tym samym otaczają mnie cienie i choćby z tego powodu muszę być egotystą. Z czego miałaby zatem wynikać moja empatia? Ta sama empatia, którą od lat ukradkiem stawiałem na piedestale, którą nieśmiało sobie przypisywałem, ale jednak nie uczyniłem nic, by świadomie stała się moim udziałem. A może to jedynie zwykły strach przed przyjęciem czyjejś perspektywy jako własnej lub odwrotnie — mimowolna chęć narzucenia swojego punktu widzenia komuś drugiemu, czego w jakiejś części postanowiłem się wyzbyć — najpewniej też bez powodzenia. Jeśli miałbym więc jednak kiedyś cokolwiek napisać, jak sobie założyłem pół roku temu na Vaugirard, musiałbym okrutnie zafałszować obraz drugiego człowieka — nie tylko nakreślić go własną ręką, ale wydzielić go z siebie. Ale jak mogłoby mi się to udać, jeśli dookoła widzę tylko cienie? Tymczasem to znowu ja. Gdzie w takim razie jest człowiek?

Opublikowano

悲しい少年・ディスコ

sad boys disco

Pobieżnie nakreślona przed laty idea smutnej dyskoteki do dziś nie dawała mi spokoju. Rytmiczne podpieranie ściany pulsującej światłem odmienianym przez odcienie błękitu i purpury. Zatracenie się w impulsywnym tanecznym akcie powodowanym na wskroś przeszywającym, nieznajdującym ukojenia smutkiem lub zwyczajną melancholią — epizodem niewiary i pustki. Nieobecny wzrok zagubiony między obezwładniającym uczuciem tęsknoty za czymś, co kiedyś przez krótką tylko chwilę było zupełnie namacalne, ale nigdy już nie wróci a wbijającym w zapomnienie narkotyczno-alkoholowym upojeniem. Odurzające światło bijącego na oślep stroboskopu. Niewiara. Pustka. Melancholia. Tęsknota. Samotność. Niemiłość. Smutek.

Opublikowano

W barwnym ogrodzie kwietnego chłopca

Tyler, the Creator, naczelny troll światowej sceny rapowej, nagrał osobistą płytę o miłości, którą można otulić się w trudnej chwili jak kaszmirowym płaszczem w chłodny dzień.

To fascynujące, że neo-soulowy konserwatyzm, rzecz jasna wielobarwny i kreatywnie przerabiający inspiracje Soulquarians, Thundercatowskim pojęciem fusion czy nową falą alternatywnego R&B, ale jednak konserwatyzm, potrafi w kontekście płyty rapowej zrzucić masę powierzchownych, stylistycznych barier bez cienia posądzenia o trueschoolowe konotacje. Tak właśnie trzeba robić hip hop w 2017 roku — podobnie jak przed rokiem D.R.A.M. i Noname, a wcześniej Kendrick Lamar na To Pimp a Butterfly iść w stronę elokwentnego metarapu garściami czerpiącego z dziedzictwa muzyki jako takiej. Dobrze też oczywiście przy okazji mieć coś do przekazania, ale tym razem Tyler nie może narzekać na brak tematów.

W centralnym punkcie płyty, głośno dyskutowanym jeszcze przed premierą krążka „Garden Shed” Tyler zdobywa się na coś niewyobrażalnie trudnego — wyjście z tytułowej szopy do bujnie upstrzonego kwiatami ogrodu („Garden shed, for the garden / That is where I was hidin’ / That is what love I was in (…) Garden shed for the garçons / Them feelings I was guardin’ / Heavy on my mind”) — trochę wbrew woli wszystkich, a przynajmniej: z jednej strony — w dalszym ciągu klaustrofobicznej sceny rapowej, wciąż często traktującej nazbyt barwne postaci nieprzystające do kanonu jako ciekawostkę; z drugiej zaś — środowiska LGBTQ stawiającego pewne oczekiwania wobec własnej społeczności. Oczekiwania, w które Tyler ze swoim wybujałym indywidualizmem na granicy bluźnierstwa jak dotąd nijak się nie wpisuje. Esencją jest jednak nie to, że Tyler potrafił się na takie wyznanie zdobyć, ale że sam te niewygodne dla społeczeństwa uczucia zamknął w tak ciepłej, elokwentnej i w gruncie rzeczy, pomimo niewątpliwego ciężaru emocjonalnego, pogodnej płycie. Tyler nie odcina kuponów — miesza namacalną melancholię z nienachalnym soulowym romantyzmem („See You Again”, „Glitter”), szuka siebie w eksperymentalnym synthtrapowym anturażu („Who Dat Boi”), wyprowadza nową wartość — brzmieniowo i koncepcyjnie — z dyktowanego schematami marazmu („Boredom”). Znajduje nawet miejsce na rasowy banger w stylu złotego okresu Timbalanda oparty na oldschoolowym samplu z klasycznego „Groove Is in the Heart” w ultraprzebojowym „I Ain’t Got Time!”.

Scum Fuck Flower Boy to nie nowy Tyler, to nie Tyler uciekający od umiejętnie skrojonej dla siebie przed laty kreacji, wreszcie nie Tyler pragnący rehabilitacji czy desperacko szukający akceptacji. To po prostu Tyler, the Creator ze wszystkimi kreatywnymi przymiotami i konsekwencjami własnej persony, tu, na poczet kolejnej artystycznej kreacji, wychylający własną twarz zza maski Goblina. To jednocześnie jego najbardziej koherentny tematycznie i brzmieniowo album w karierze, oparty w dużej mierze na przytulnych neo-soulowych hookach, ale nierozwadniający zawartości Tylera w Tylerze — nieszukający kompromisów, ale świadomie poświęcający część istoty Goblina, by zrobić miejsce dla części Tylera. Nie ma tu jednak miejsca na stylistyczną i przedmiotową schizofrenię — potencjalne luki skutecznie wypełniają fantazja i absurd, ale przesłanie, i w tym sensie Flower Boy można uznać za bardzo swoisty manifest, pozostaje czytelne.

W jego centrum znajdziemy istotę wszelkiego humanizmu — odwieczną udrękę człowieka wynikającą z nieustannego mierzenia się samotnością, którą zupełnie naturalnie zazwyczaj próbuje się zagłuszyć poprzez wpisanie własnej egzystencji w ramy społeczne, odnalezienie siebie pośród ludzi przez upodobnienie się do nich. Ale Tyler idzie o krok dalej — nie tyle, a może nie tylko, zdaje się mówić „koniec końców jestem taki jak wy”, ale ten nieoczekiwany przypływ szczerości równoważy własnym ego. Nie zrozumcie mnie źle — kiedy śpiewa „You’re the one, I feel like glitter” czy „Can I get a kiss, and can you make it last forever” (tu głosem zjawiskowej Kali Uchis), naprawdę ma to na myśli, ale nie można sprowadzić jego złożonej osobowości wyłącznie do bezpośredniego rozumienia tych słów — to, że nie ukrywa się już za maską, w żaden sposób nie czyni go nagim, bezbronnym. Potwierdza to zresztą jednoznacznie, nie szykując się do pojedynku na gołe pięści. Nie rezygnuje z siebie. Wyraża siebie.

Posługując się językiem Gombrowiczowskim, Tyler doprawił sobie wreszcie zupełnie ludzką gębę. Co więcej — zrobił to z przykładną naturalnością, bez przytłaczającej dosłowności czy wykrzykiwania kontrowersyjnych haseł przez megafon — jak do tej pory miał w zwyczaju. Niezależnie od wszystkiego Flower Boy to płyta, po przesłuchaniu której ma się ochotę chwycić Tylera mocno za rękę i długo nie puszczać.

Oryginalnie tekst ukazał się w serwisie Soulbowl.