Opublikowano

If miracles do happen, I want to show you right now the new dawn, who I’ll be from now on, and the words „I love you” that I never said.

ja

Estetyczna okładka płyty, której nigdy nie słyszałem, autorstwa Yuichiro Fujimoto, o którym nigdy nie słyszałem

Znalazłem sobie nowe hobby, a w zasadzie nawet dwa. Nazwałem je odpowiednio perwersyjnym umiłowaniem losowości i bezwstydną celebracją grafomanii. Choć da się je uprawiać rozdzielnie, największą satysfakcję przynoszą jednak wspólnie, bo zazębiają się jak dwie paskudnie wyszczerbione równoległe ośki zamka błyskawicznego. Satysfakcja nie polega więc na przeciągnięciu suwaka i złączeniu osiek, ale raczej na bezładnym liczeniu losowych szczerb. Przygotowałem więc na tę okoliczność neopatetyczną plejlistę, przy której można np. deklamować pełnym głosem losowe myśli z wybranych utworów Paula Coelho z dachu galerii handlowej albo proklamować w windzie korporacji manifest pokrętnie przepisujący dawne utopie na język kolejnego pokolenia. A że mam ostatnio potrzebę obcowania ze sztuką wyobcowaną przez siebie samą, jako klucz dla tej w przeciwnym razie dość poprawnej selekcji postanowiłem wykorzystać wczesne arcydzieło geniusza współczesnego trashpopu Owl City, w którym poetycznie deklaruje „I’d get a thousand hugs from ten thousand lightning bugs as they tried to teach me how to dance”. Takich twórców, niemających niczego do przekazania, ale butnych i nieustraszonych potrzebuję jak powietrza, z taką sztuką chcę się mierzyć. Chcę oglądać filmy Shinkaia i zaczytywać się w książkach Murakamiego. Chcę prostych, pierwotnych emocji, ale wypolerowanych na wysoki połysk i utopionych w dziwacznym i niezrozumiałym patosie. Chcę, żeby mój płaszcz z sieciówki za 359,99 rozwiewał się miarowo na jesiennym wietrze, poliki i skronie chcę mieć zdrowe i rumiane nie same z siebie, lecz od dobranego pod karację różu, w sercu chcę niezrozumiałego smutku, w głowie przekonania zaś, że czynię świat lepszym miejscem, bo kupuję jajka zerówki, zakręcam wodę na czas szczotkowania zębów, a w H&M-ie wypatruję T-shirtów z metką „eko”.

Opublikowano

Październik

ja

Książę Franz Joseph von Thurn und Taxis

Minął sierpień, przepadł wrzesień, już po październiku. Jesień rozpieszcza kłębiastym snem i gorącą czekoladą. Ujmuje myśli i czasu, nie znosząc sprzeciwu. Rozrzedza idee, łamie słowa na dwa, jedno po drugim — nic nie robi sobie z tego, że psuje sylaby i miesza kolejność.

Gęstymi, ciężkimi chmurami, siną, szeleszczącą mgłą i nieprzejednanym mrokiem odzianym w czarny aksamit tuli samotne wrony i chude psy. Zagania dzieci do domów, a ludzi do galerii handlowych. Plastikowymi butelkami po Coca Coli, starymi butami i lakierowaną boazerią znalezioną przy śmietniku głaszcze domowe ognisko i płuca domowników. Tykowatymi palcami bosych dębów nie głaszcze już niczego. A ja w nią zaklęty, zwabiony kłębiastym snem i gorącą czekoladą trwam wzniośle ku wiośnie z myślą ułomną, ideą rzadką i słowem złamanym.

Opublikowano

Nie wysłałem

wit

fotografia, tym razem moja, z Pragi

Nie wysłałem na kurtekpeel ani jednej pocztówki z wakacji, a byłem trochę i tu, i tam. Poprzedni Paryż (vaugirardowski) spędziłem głównie, jeżdżąc metrem, czytając książki i obserwując ludzi. I żeby nadać mojemu życiu ślady jakiegoś poszukiwania siebie, a może i stworzyć iluzję odnalezienia jakichś skrawków sensu w tej z jednej strony obcej, z drugiej zupełnie przecież spodziewanej pustce, zacząłem coś nieśmiało pisać z nadzieją, że moje pisanie nie tyle przejdzie do historii, co da początek mnie piszącemu.

Tak się oczywiście nie stało. W te wakacje (które poskąpiły mi zresztą dni prawdziwie wakacyjnych) wszedłem z podobnym postanowieniem, ale tyczącym się z jednej strony rzeczy, a z drugiej ludzi. I oto okazało się, że zupełnie tego nie umiem — po prostu mi nie wychodzi łączenie ludzi i rzeczy. Priorytet, który nadaję jednym lub drugim, mimowolnie nosi znamiona wyłączności — tak, abym potrzebę ludzi, gdy na wyłączność mają mnie akurat rzeczy, albo rzeczy w przypadku, jeśli posiedli mnie dla siebie ludzie, mógł zaspokoić jedynie w stopniu minimalnym. Ale to wcale nie tak, że to naturalna opozycja. Stała się taką, bo jej na to pozwoliłem. Mógłbym przecież zestawić jedne rzeczy z drugimi albo tych ludzi z tamtymi i wtedy najpewniej okazałoby się, że to się podobnie wyklucza. Ale tymczasem nie potrafię pisać, jeśli mam w tym samym momencie żyć. To paskudny paradoks, bo zwykle to życie podaje nam myśli, którymi chcemy się dzielić. Kształtuje nas, daje wewnętrzne poczucie, by się tym dzielić — kształtować innych. Bez tego trudno o prawdziwą pasję, a bez pasji trudno o powodzenie kształtowania. Ja tymczasem tak nie umiem.

Umiem natomiast, co odkryłem już dawno, ale bałem się wcześniej otwarcie to przyznać, pisać jedynie o sobie. Umiem pisać: ja, ja, ja. O osobach trzecich potrafię stwierdzić tyle, że są. A czasem nawet i tego nie — zwykle gdy ktoś towarzyszy mi w snach, nie potrafię później przypomnieć sobie ani imienia, ani twarzy. Tym samym otaczają mnie cienie i choćby z tego powodu muszę być egotystą. Z czego miałaby zatem wynikać moja empatia? Ta sama empatia, którą od lat ukradkiem stawiałem na piedestale, którą nieśmiało sobie przypisywałem, ale jednak nie uczyniłem nic, by świadomie stała się moim udziałem. A może to jedynie zwykły strach przed przyjęciem czyjejś perspektywy jako własnej lub odwrotnie — mimowolna chęć narzucenia swojego punktu widzenia komuś drugiemu, czego w jakiejś części postanowiłem się wyzbyć — najpewniej też bez powodzenia. Jeśli miałbym więc jednak kiedyś cokolwiek napisać, jak sobie założyłem pół roku temu na Vaugirard, musiałbym okrutnie zafałszować obraz drugiego człowieka — nie tylko nakreślić go własną ręką, ale wydzielić go z siebie. Ale jak mogłoby mi się to udać, jeśli dookoła widzę tylko cienie? Tymczasem to znowu ja. Gdzie w takim razie jest człowiek?

Opublikowano

悲しい少年・ディスコ

sad boys disco

Pobieżnie nakreślona przed laty idea smutnej dyskoteki do dziś nie dawała mi spokoju. Rytmiczne podpieranie ściany pulsującej światłem odmienianym przez odcienie błękitu i purpury. Zatracenie się w impulsywnym tanecznym akcie powodowanym na wskroś przeszywającym, nieznajdującym ukojenia smutkiem lub zwyczajną melancholią — epizodem niewiary i pustki. Nieobecny wzrok zagubiony między obezwładniającym uczuciem tęsknoty za czymś, co kiedyś przez krótką tylko chwilę było zupełnie namacalne, ale nigdy już nie wróci a wbijającym w zapomnienie narkotyczno-alkoholowym upojeniem. Odurzające światło bijącego na oślep stroboskopu. Niewiara. Pustka. Melancholia. Tęsknota. Samotność. Niemiłość. Smutek.

Opublikowano

W barwnym ogrodzie kwietnego chłopca

Tyler, the Creator, naczelny troll światowej sceny rapowej, nagrał osobistą płytę o miłości, którą można otulić się w trudnej chwili jak kaszmirowym płaszczem w chłodny dzień.

To fascynujące, że neo-soulowy konserwatyzm, rzecz jasna wielobarwny i kreatywnie przerabiający inspiracje Soulquarians, Thundercatowskim pojęciem fusion czy nową falą alternatywnego R&B, ale jednak konserwatyzm, potrafi w kontekście płyty rapowej zrzucić masę powierzchownych, stylistycznych barier bez cienia posądzenia o trueschoolowe konotacje. Tak właśnie trzeba robić hip hop w 2017 roku — podobnie jak przed rokiem D.R.A.M. i Noname, a wcześniej Kendrick Lamar na To Pimp a Butterfly iść w stronę elokwentnego metarapu garściami czerpiącego z dziedzictwa muzyki jako takiej. Dobrze też oczywiście przy okazji mieć coś do przekazania, ale tym razem Tyler nie może narzekać na brak tematów.

W centralnym punkcie płyty, głośno dyskutowanym jeszcze przed premierą krążka „Garden Shed” Tyler zdobywa się na coś niewyobrażalnie trudnego — wyjście z tytułowej szopy do bujnie upstrzonego kwiatami ogrodu („Garden shed, for the garden / That is where I was hidin’ / That is what love I was in (…) Garden shed for the garçons / Them feelings I was guardin’ / Heavy on my mind”) — trochę wbrew woli wszystkich, a przynajmniej: z jednej strony — w dalszym ciągu klaustrofobicznej sceny rapowej, wciąż często traktującej nazbyt barwne postaci nieprzystające do kanonu jako ciekawostkę; z drugiej zaś — środowiska LGBTQ stawiającego pewne oczekiwania wobec własnej społeczności. Oczekiwania, w które Tyler ze swoim wybujałym indywidualizmem na granicy bluźnierstwa jak dotąd nijak się nie wpisuje. Esencją jest jednak nie to, że Tyler potrafił się na takie wyznanie zdobyć, ale że sam te niewygodne dla społeczeństwa uczucia zamknął w tak ciepłej, elokwentnej i w gruncie rzeczy, pomimo niewątpliwego ciężaru emocjonalnego, pogodnej płycie. Tyler nie odcina kuponów — miesza namacalną melancholię z nienachalnym soulowym romantyzmem („See You Again”, „Glitter”), szuka siebie w eksperymentalnym synthtrapowym anturażu („Who Dat Boi”), wyprowadza nową wartość — brzmieniowo i koncepcyjnie — z dyktowanego schematami marazmu („Boredom”). Znajduje nawet miejsce na rasowy banger w stylu złotego okresu Timbalanda oparty na oldschoolowym samplu z klasycznego „Groove Is in the Heart” w ultraprzebojowym „I Ain’t Got Time!”.

Scum Fuck Flower Boy to nie nowy Tyler, to nie Tyler uciekający od umiejętnie skrojonej dla siebie przed laty kreacji, wreszcie nie Tyler pragnący rehabilitacji czy desperacko szukający akceptacji. To po prostu Tyler, the Creator ze wszystkimi kreatywnymi przymiotami i konsekwencjami własnej persony, tu, na poczet kolejnej artystycznej kreacji, wychylający własną twarz zza maski Goblina. To jednocześnie jego najbardziej koherentny tematycznie i brzmieniowo album w karierze, oparty w dużej mierze na przytulnych neo-soulowych hookach, ale nierozwadniający zawartości Tylera w Tylerze — nieszukający kompromisów, ale świadomie poświęcający część istoty Goblina, by zrobić miejsce dla części Tylera. Nie ma tu jednak miejsca na stylistyczną i przedmiotową schizofrenię — potencjalne luki skutecznie wypełniają fantazja i absurd, ale przesłanie, i w tym sensie Flower Boy można uznać za bardzo swoisty manifest, pozostaje czytelne.

W jego centrum znajdziemy istotę wszelkiego humanizmu — odwieczną udrękę człowieka wynikającą z nieustannego mierzenia się samotnością, którą zupełnie naturalnie zazwyczaj próbuje się zagłuszyć poprzez wpisanie własnej egzystencji w ramy społeczne, odnalezienie siebie pośród ludzi przez upodobnienie się do nich. Ale Tyler idzie o krok dalej — nie tyle, a może nie tylko, zdaje się mówić „koniec końców jestem taki jak wy”, ale ten nieoczekiwany przypływ szczerości równoważy własnym ego. Nie zrozumcie mnie źle — kiedy śpiewa „You’re the one, I feel like glitter” czy „Can I get a kiss, and can you make it last forever” (tu głosem zjawiskowej Kali Uchis), naprawdę ma to na myśli, ale nie można sprowadzić jego złożonej osobowości wyłącznie do bezpośredniego rozumienia tych słów — to, że nie ukrywa się już za maską, w żaden sposób nie czyni go nagim, bezbronnym. Potwierdza to zresztą jednoznacznie, nie szykując się do pojedynku na gołe pięści. Nie rezygnuje z siebie. Wyraża siebie.

Posługując się językiem Gombrowiczowskim, Tyler doprawił sobie wreszcie zupełnie ludzką gębę. Co więcej — zrobił to z przykładną naturalnością, bez przytłaczającej dosłowności czy wykrzykiwania kontrowersyjnych haseł przez megafon — jak do tej pory miał w zwyczaju. Niezależnie od wszystkiego Flower Boy to płyta, po przesłuchaniu której ma się ochotę chwycić Tylera mocno za rękę i długo nie puszczać.

Oryginalnie tekst ukazał się w serwisie Soulbowl.

Opublikowano

Osobliwy nibypamiętnik

jak i >kiedy między 18 kwietnia a 18 maja 2017

>kiedy budzisz się rano z dziwnym śladem na szyi, jakby po ukąszeniu wampira, ale przecież to ty jesteś wampirem

poniedziałkowy poranek, 18.4

»

>kiedy próbujesz wrócić do życia po długim weekendzie

poniedziałkowe popołudnie, 18.4

»

>kiedy techno łączy się z ważną sprawą społeczną

wtorkowe przedpołudnie, 19.4

»

>kiedy przechodzisz przez ulicę, ironicznie skrolując fejsbuka i ironicznie wpadasz pod tramwaj

środowe popołudnie, 20.4

»

>kiedy próbujesz skompilować prawilną trapową plejlistę, ale nagle trafiasz na „teach me how to dougie” i cały plan trafia szlag

środowy wieczór, 20.4

»

>kiedy żul grzebiący w śmietniku na twoim podwórku wygląda i zachowuje się jak michel houellebecq

środowy poranek, 26.4

»

>kiedy masz ochotę wypożyczyć nową książkę, ale przypominasz sobie, że jest święto, więc biblioteki są zamknięte i z pokorą wracasz do czytania tego co zwykle

poniedziałkowe popołudnie, 1.5

»

>kiedy puszczasz ironicznie wałek na bibie i pięknie siada, a następnego ranka słyszysz go w mięsnym, stojąc w kolejce

sobotni poranek, 6.5

»

>kiedy planujesz romantyczny wieczór i próbujesz dobrać idealne szkło do butelki amareny

środowe popołudnie, 10.5

»

>kiedy jesteś wyklętym przez system sowieckim polistylistą o niemieckim nazwisku i składasz hołd muzyce bacha i pamięci swojej zmarłej matki; w kraju jesteś zakazany, a gdy zdobywasz pewien rozgłos na zachodzie, zakazują ci wyjeżdżać; kilka lat później dostajesz udaru, zapadasz w śpiączkę i co prawda wychodzisz z niej, a zsrr się rozpada, ale niedługo dostajesz drugiego udaru i od tego czasu jesteś warzywem

środowy wieczór, 10.5

»

>kiedy niespodziewanie po wielu tygodniach znajdujesz brakującą skarpetkę, którą spisałeś już na straty jako zjedzoną przez pralkę i w afekcie snujesz plany zbudowania z tego małego sukcesu nieskończonej pomyślności

czwartkowy wieczór, 11.5

»

>kiedy o czwartej nad ranem zaczyna wydawać ci się, że życie byłoby prostsze, gdybyś był postacią z anime

niedzielna noc, 14.5

»

>kiedy po całym dniu wypełnionym radosnymi wiadomościami od ikei, wólczanki czy h&m, dobiega 18:00, więc wiesz, że kolejnego smsa dostaniesz najwcześniej następnego ranka

poniedziałkowe popołudnie, 15.5

»

>kiedy dochodzisz do wniosku, że słowo, które najlepiej opisuje twoje życie to „mimowolnie” i kompulsywnie szukasz u doroszewskiego śladów swojej tożsamości

wtorkowy poranek, 16.5

»

>kiedy patrzysz w lustro, ale wciąż masz oczy pełne piasku

czwartkowe przedpołudnie, 18.5

dokonałem samoanalizy: kiedyś byłem zabawniejszy; z tego miejsca pragnę zatem przeprosić wszystkich tych, których dopiero przyjdzie mi spotkać

Opublikowano

Bubblegum Bass, czyli kiedy przyjedzie śmieciarka

bubble

Pamiętacie witch house i niezdrową fascynację piwnicznych indieelektronicznych producentów łączeniem symboli sakralnych z wizerunkiem Lindsay Lohan? Internetowe śmieszki uznały wtedy zagubiony wśród pogłosu elektronicznych burdonów witch house za brzmienie 2010 roku. Jeszcze w roku 2012 niektórzy wskazywali na inspirację stylistyką na kolejnych płytach Crystal Castles. W 2013 nieliczni starali się wykazać fascynację jedynym longplayem tria SΔLΞM na debiutanckim krążku Charli XCX. W 2015 ta sama Charli XCX, drugoligowa, ale coraz bardziej rozpoznawalna i poważana za kreatywne podejście do popu w kręgach alternatywnych wokalistka wpada pod skrzydła tuza bubblegum bassu Sophiego i wspólnie nagrywają ironiczną epkę Vroom Vroom, która dla Charli ma stanowić nowy początek. W 2017 roku piosenkarka łączy siły z producenckim orężem PC Music, sztandarowej oficyny stylu i wraz z A. G. Cookiem, założycielem labelu bez pozwolenia własnej wytwórni nagrywa mikstejp Number 1 Angel. Nieśmiało, ale czytelnie daje znać o nowym muzycznym kursie. Tymczasem w tym roku mijają trzy lata, od kiedy bubblegum bass okrzyknięto memgatunkiem roku i zgodnie z cyklem życia memów już dawno powinna po niego przyjechać śmieciarka.

Bubblegum bass raczkował stylistycznie już pod koniec 2011 roku, ale rozkwitł dopiero w połowie 2013 wraz z powstaniem oficyny PC Music i niemal jednoczesnym wydaniem nakładem wytwórni Numbers. przełomowego singla „Bipp”/„Elle” autorstwa Sophiego. Nazwa gatunku miała być fuzją zapomnianego już w owym czasie stylu bubblegum dance, krzykliwej i przesłodzonej odmiany eurodance’u i coraz bardziej popularnego UK bassu — jednego z podgatunków nowej brytyjskiej tanecznej elektroniki. Sam bubblegum bass od samego początku był w założeniu postinternetowy tzn. inspirowany stylistyką sieci. W tym kontekście do dziś zresztą łączy fascynację offline’ową muzyką lat 80. czy 90. i współczesnym soundcloudowym undergroundem oraz postrzeganie świata przez pryzmat estetyki i poetyki internetowych memów. Dzięki temu jest z jednej strony prawdziwy i adekwatny — dzieje się tu i teraz, operując bliskimi odbiorcy i zrozumiałymi dla niego środkami wyrazu; z drugiej zaś pozostaje ironiczną kreacją czasów społeczeństwa postinformacyjnego.

bubble2

Stylistycznie z kolei bubblegum bass jest bez wątpienia kwintesencją muzycznego dziedzictwa „Barbie Girl”, skąd zapożyczono na jego potrzeby charakterystyczne piskliwe wokale. Nie ucieka od wyrazistych, a nawet pstrokatych elementów, z lubością adaptując kicz do własnych celów, ale potrafi sprawnie przełamać go awangardą, np. zestawiając epatujące słodyczą i niewinnością melodyjne refreny z wielokrotnie połamanymi bitami i gitchhopowym podejściem do muzyki popularnej. Na swój sposób stanowi brytyjską odpowiedź na japońskie pojęcia kawaii (cute) i kowai (spooky) w rozumieniu Yasutaki Nakaty i Kyary Pamyu Pamyu jako stylistycznego ying i yang, gdzie przysłowiową beczkę miodu obowiązkowo należy przyprawić kroplą dziegciu. Istota bubblegum bassu tkwi zatem zdecydowanie w świadomości artystycznej — akcie przetworzenia wielu inspiracji, często pozostających na skraju popkultury (i skrajnie odbieranych: eurodance’u, progresywnego trance’u czy happy hardcore’u), na perfekcyjnie przebojową, ale jednocześnie bezkompromisową muzykę okołotaneczną. To na swój sposób dźwiękowy odpowiednik stosowania Wordowskich clipartów czy czcionki Comic Sans w edytorstwie. Pozornie wydają się odstręczające i naganne, ale operowanie nimi z dystansem, może nosić znamiona sztuki.

Bubblegum bassem zainteresowała się jednak nie tylko Charli XCX. W 2015 roku Sophie wraz z Diplem napisał czerpiący z tej stylistyki utwór dla samej Madonny. Przeboju jednak nie było. Numer rozdarty pomiędzy moombahtonowym mostkiem Dipla a lekkim nosowym hookiem Sophiego okazał się zbyt radykalny i nie zdołał przebić się do radia w owym czasie zajętego już pogonią za wypełnieniem formatu muzyką pokroju Chainsmokers — tanią, układną i nieinwazyjną. Nie pomagało to, że sama Madonna bezpowrotnie straciła moc kreowania muzycznych trendów lata wcześniej. Połowicznie udało się natomiast w Japonii, gdzie mniej więcej w tym samym czasie po pomoc Sophiego sięgnęła królowa tamtejszego popu — Namie Amuro. „B Who I Want 2 B”, rework niewydanego oficjalnie „Physical” Sophiego, wywołał co prawda sporą ekscytację wśród miłośników J-popu, ale głównie ze względu na gościnny udział japońskiego wokaloidu Hatsune Miku. W zeszłym roku współpracę z oficyną nawiązał także wizjoner tamtejszego technopopu, wspomniany już Yasutaka Nakata (siła sprawcza stojąca za Perfume, Capsule i Kyary Pamyu Pamyu), który zaprosił związanego z PC Music Danny’ego L Harle’a do zremiksowania jego solowego singla „Nanimono”, a do kolejnego wypożyczył Charli XCX, by wspólnie z Kyary Pamyu Pamyu zaśpiewały refren jego „Crazy Crazy”. Ekspansji PC Music próbowało także w Chinach, gdzie w swoje szeregi tymczasowo udało im się zwerbować popularną piosenkarkę i aktorkę Li Yuchun (znaną także jako Chris Lee). Mimo wszystko w 2017 roku bubblegum bass komercyjnie wciąż nie istnieje, a stylistycznie zaczyna powoli zjadać własny ogon.

bubble3

Z piwnicy PC Music próbowało wyjść na rozmaite sposoby. Były więc chwytliwe remiksy dla bardziej popularnych artystów i próby stworzenia skutecznego wiralu. Ostatnią, chybioną, była ponadlabelowa współpraca Sophiego z A. G. Cookiem pod aliasem QT. Zapowiadało się poważnie — projektowi patronowało XL Recordings, najpotężniejsza niezależna wytwórnia na świecie, a bąbelkową estetykę udało się wynieść na nieosiągalny wcześniej finansowo poziom — wysokobudżetowego teledysku. Były pastelowe kolory, futurystyczne wnętrza, była twarz QT — modelka, której w myśl założeń autorów nieświadomi słuchacze przypisywaliby autorstwo utworu, a by dodać przedsięwzięciu smaku całość wsparto wirtualną kampanią medialną Drink QT, w której zachęcano do konsumpcji wymyślonego napoju. Gdyby chwyciło, może rzeczywiście trafiłby do sklepów, ale nie chwyciło. Podobnie jak gra na kontrowersje, gdy pod koniec września 2015 roku Sophie zapowiedział, że limitowana edycja długo oczekiwanej kompilacji jego dotychczasowych singli ukaże się w formie sygnowanego jego imieniem silikonowego dilda. Ludzie pukali się w czoło, nikt nie był oburzony. W międzyczasie od kilku lat odkładana jest premiera Reflections, pierwszej epki lansowanej na twarz wytwórni i gwiazdę pop nowej ery Hanny Diamond, która jednak od głośnego debiutu pod koniec 2013 roku nie zdołała zwrócić niczyjego zainteresowania. Może poza swoim własnym.

Inną strategię przyjął Danny L Harle — długo pozostający w cieniu Cooka i Sophiego klasycznie wykształcony wunderkid PC Music, który, podczas gdy bardziej znani koledzy usunęli się w cień, najpierw wydał pierwszorzędną epkę (jedną z nielicznych zresztą jak dotąd w szeregach wytwórni) Broken Flowers EP opartą na motywie z nowej wersji jego pierwszego singla, a następnie bez kompleksów zaprosił na wokale swoich kolejnych nagrań Caroline Polachek z Chairlift i przeżywającą ostatnio drugie muzyczne życie Carly Rae Jepsen (także remiksowanej przez PC Music). Nie zrezygnował przy tym z elementów, które do tej pory charakteryzowały jego styl — błyskotliwego zestawienia trance’owych synthów z glitchowymi przejściami oraz fascynacji prostymi melodyjnymi refrenami, choć wykorzystanie w nagraniach nie tylko naturalnych, ale rozpoznawalnych głosów jednoznacznie pozbawiło Harle’a sarkastycznego tonu, zbliżając PC Music do radiowych plejlist najbardziej w historii oficyny. Pod koniec kwietnia Harle zaprezentował kolejne nowe nagranie „Me4U” — tym razem z anonimową i anonimowo brzmiącą (a więc plastyczną i robotyczną jednocześnie) Morrie w roli wokalistki. Jeśli nie zawodzi mnie wyczucie, Harle pracuje obecnie nad debiutanckim solowym longplayem, który w szeregach muzycznej społeczności skupionej wokół singli, epek, miksów didżejskich i okazjonalnych składanek ustanowiłby co prawda precedens, ale dzięki temu mógłby liczyć wreszcie na zainteresowanie mainstreamowych mediów, podobne do tego, jakie przed dwoma laty towarzyszyło premierze portfolio wytwórni — PC Music Volume 1.

Ale bubblegum bass już dawno wyszedł poza paradygmat londyńskiej sceny, stając się pełnoprawnym muzycznym stylem. Najpierw, jeszcze w 2015 roku, gatunek był integralną częścią metakolażu w ramach zakończonego już projektu Activia Benz presents: Singles Club, a ostatnio internet zalewa fala produkcji ze zlokalizowanego w Dallas netlabelu Pedicure Records, który spektrum muzycznych zainteresowań wyznaczył sobie co prawda znacznie szerzej, ale niewątpliwie zorganizowany w jego ramach twórcy inspirowali się kolegami z naszej strony Atlantyku — Jel: the Digital Dream Girl to skóra zdjęta z jednej z dawnych odsłon GFOTY, More ?Sugar zaś można opisać jako szaleńczy, hardkorowo pędzący przed siebie kolaż wszystkiego, co kiedykolwiek przydarzyło się w bubblegum bassie.

bubble4

Tymczasem PC Music rozpoczęło właśnie miesięczną akcję promocyjną Month of Mayhem, w ramach której każdego dnia maja będą dzielić się nową muzyką. Całość rozpoczęły połamany remix ostatniego singla Harle’a spod ręki A. G. Cooka, rozszerzony producencki take „Lipgloss” z ostatniego mikstejpu Charli XCX i trashowy teledysk do trashowego numeru z zeszłorocznej epki GFOTY. Na przyjazd śmieciarki przyjdzie nam zatem jeszcze trochę poczekać, nawet jeśli wydawało się, że ta jest już za rogiem. Najwyraźniej są jeszcze jakieś inne memgatunki do zutylizowania po drodze.

Opublikowano

Schody i cienie

schody

Schody

Moja pierwsza nauczycielka o łaskawym uśmiechu, której nazwiska nie udało mi się zapamiętać, a może też nigdy go nie znałem, przepowiedziała kiedyś mojej matce, podobno zupełnie poważnie, że albo będę kimś wielkim, albo będą ze mną wyłącznie kłopoty. Matka od czasu do czasu czuła się odtąd w obowiązku cytować mi z pewną nabożnością te słowa, czy właściwie tylko ich pierwszą część. Druga wymknęła jej się pewnego razu w poczuciu, że jestem już poukładanym młodzieńcem, kłopotów ze mną nie ma żadnych, zatem to niedorzeczne brednie i należy teraz tylko wypatrywać na horyzoncie dowodów na moją wielkość. W istocie byłem grzecznym chłopcem. Gdy już wyszedł ze mnie szatan wieku pacholęcego, który u progu podstawówki kazał mi czy to któregoś lata namówić młodszego przyrodniego brata do zerwania wszystkich zielonych pomidorów rosnących na babcinej grządce, a następnie do niczego się nie przyznać, czy samemu dla zabawy podczas lekcji religii wbić ołówek w dłoń siedzącej ławkę za mną koleżanki, stałem się wzorem cnót i uosobieniem rodzicielskich marzeń. Przynoszone rok po roku świadectwa z czerwonym paskiem miały być ostatecznym dowodem na to, że pierwsza część przepowiedni nieuchronnie zmierza ku spełnieniu. Mój sceptycyzm w tej kwestii starała się przełamać z jednej strony matka, z drugiej emitowane w owym czasie w telewizji z szaleńczą częstotliwością reklamy Coca Coli. Pamiętam je jak dziś — w trwającym kilkanaście sekund spocie dwoje młodych ludzi czuje się zagubionych na hucznej imprezie. Wszystko zmienia się, gdy zatrzymują wzrok na sobie nawzajem i odkrywają, że oboje piją ten sam napój. Są wyjątkowi. I ja też mogę być. Za niecałą złotówkę wydaną w spożywczym dwie ulice dalej. Takich reklam było więcej, ale mimo tego, że skrupulatnie podążałem za instrukcjami producentów, nie poczułem się wyjątkowy. Koniec końców któregoś poranka obudziłem się z przeświadczeniem, że jednak chuj, nie tylko nie jestem wyjątkowy, ale nie mam pojęcia, na czym miałoby to polegać. Nieliczne nadzieje, jakie w sobie kiedyś pokładałem, dawno już zdusiła codzienność, przynajmniej od lat nie dawały o sobie znać, a wspomnienie o nich nie nadawało się na jakikolwiek fundament, jeśli tylko chciałbym cokolwiek budować (ale wcale nie chciałem). Tego samego dnia zacząłem poważnie zastanawiać się, kiedy dadzą o sobie znać i na czym będą polegać przepowiedziane mi lata temu kłopoty.

*

Przed trzema tygodniami zmarła mi ciotka. Ostatnich kilkanaście lat przeleżała w łóżku. Stwardnienie rozsiane. Informacja o jej śmierci była nieuchronna. Od dawna podświadomie wypatrywaliśmy, nasłuchiwaliśmy. Ciotkę spotkałem tylko raz w życiu, a przynajmniej zachowałem tylko jedno wspomnienie naszego spotkania. Zapamiętałem jej łagodny głos, krągłą twarz o regularnych rysach z ciemnymi, ale żywo połyskującymi oczami, proste, kasztanowe włosy ścięte za ucho, zwieńczone równą grzywką. Wówczas była jeszcze pełna życia. Nie wiem, czy przypuszczała, co miało ją czekać, czy cieszyła się już życiem na zapas, czy gdy wyszliśmy, wypłakała mimowolnie oczy podczas kolejnej bezsennej nocy, a może przeciwnie, wciąż przepełniała ją nadzieja — ta, która ponoć umiera ostatnia. Ja byłem tylko dzieckiem. Ciotka nie miała własnych, ale przez lata zajmowała się swoimi chrześnicami, których matka, a jej siostra, pochłonięta była pogonią za własnym szczęściem w ramionach coraz to kolejnych mężczyzn. Ciotka była zresztą przedszkolanką, ale, już po latach dowiedziałem się, że pasjonował ją teatr. Tego wieczoru, gdy po raz pierwszy i, jak miało okazać się jakieś dwie dekady później, ostatni nasze drogi się przecięły, mnie, kilkuletniemu szkrabowi, wydała się niemal beztroska, przepełniona szczerą ciekawością świata. Graliśmy wtedy razem na drewnianej kuchennej podłodze w improwizowaną zabawę na kształt gry w kulki. Była zima — szary, ciemny dzień. Sobotni, a może niedzielny wieczór. Mieszkanie ciotki mieściło się w starej, wyjątkowo paskudnej kamienicy. Wnętrze było obszerne, strop wysoki, ściany pokrywała przybrudzona tapeta o zielonkawym odcieniu, w powietrzu wyczuć można było wilgoć. Kuchenny podłogowy plac zabaw oświetlała jasno nisko zawieszona lampa. To wszystko. Przez te wszystkie lata nigdy jej nie odwiedziłem. A przecież zapamiętałem ją. Nie byłem już dzieckiem. Nawet gdy wciąż żyła babcia — jedyna z naszej strony rodziny, która raz po raz składała ciotce wizyty — ja, już wtedy jako student, nie potrafiłem zaproponować, by jej towarzyszyć. Przez strach i udawaną obojętność nie udało mi się tej plączącej się latami w mojej głowie myśli komukolwiek wydukać. Dziś nie potrafię pozbyć się dojmującego uczucia, że w innych okolicznościach bylibyśmy sobie z ciotką bardzo bliscy.

**

Boimy się zaangażować, ale zwykle nawet bardziej boimy się, że zostaniemy wykluczeni. Boimy się mówić głośno o swoich przekonaniach albo boimy się milczeć na ich temat. Powodowani strachem krzyczymy albo zamykamy usta. Nawet bardziej boimy się jednak usłyszeć, co ktoś inny może mieć nam do powiedzenia. Boimy się, że go nie zrozumiemy, ale często towarzyszy nam irracjonalny lęk, że zrozumiemy, przyznamy mu rację, a tym samym okażemy słabość i przegramy. Boimy się świata, który jest inny niż ten, którego obraz sami sobie nakreśliliśmy, czy raczej zrobili to za nas inni. Boimy się, że w takim świecie mogłoby zabraknąć dla nas miejsca, albo że nie będzie to miejsce, które chcielibyśmy w nim zająć. Jesteśmy komunistami albo faszystami dokładnie z tego samego powodu. Boimy się. Ale co wtedy zostaje z miłości, szacunku, dobrobytu, o których tyle mówimy, gdy już przecedzimy je przez nasze lęki?

cienie

Cienie

Opublikowano

Wątpliwa kontynuacja

C9tBumFXgAUmRxk.jpg large

Przepiękna łąka pełna głębokich wzruszeń i prawdziwego szczęścia

Wyjechałem z Paryża. Miasta, które nie tylko rozbudziło moje nadzieje względem regularnego pisania, ale osaczyło i omamimo mnie na tyle, że uwierzyłem, że jestem w stanie na bieżąco notować nieistotne szczegóły z mojego nienadzwyczajnie barwnego życia czy też innych żyć dookoła mojego (tu nie pokuszę się o ocenę stopnia ciekawości). A tymczasem rzeczywistość jak na złość nie tylko nie inspiruje, ale pozbawia złudzeń, gasi natchnienie, wyczerpuje umysł i ciało. Za osiem lat obudzę się o osiem lat starszy, spojrzę swojemu równie starszemu lustrzanemu odbiciu w oczy w poszukiwaniu refleksji, która jeśli tylko nadejdzie, złamie mnie wpół, wbije w ziemię, w najlepszym wypadku zmieniając nie do poznania mój kształt i przygaszając tlące się wciąż resztki marzeń i ideałów. Tak to widzę.

*

Jakie to szczęście, że ludzie wokół nas zostali już ponazywani. Ometkowani, które to metki doczepione do twarzy i postury społecznej informują o imionach i nazwiskach, pseudonimach artystycznych i operacyjnych, ksywach, nickach, alter ego, rzadziej ukrytych tożsamościach, częściej imionach i nazwiskach zupełnie zmyślonych, czasem na poczekaniu, czasem skrytych głęboko w wewnętrznej kieszeni kurtki czy torebce, by sięgnąć po nie w sytuacji zagrożonej niezręcznością. Nie dalibyśmy rady sami ich odpowiednio nazwać. Nawet jeśli z jakiegoś powodu nazywają się nieodpowiednio, to nie nasza wina. Nie mogą mieć do nas pretensji. Zazwyczaj zresztą nie mają świadomości tego braku odpowiedniości — nie jest dokuczliwy. Czasem człowiek założy rano nieświadomie dwie różne skarpetki (czy w tym wypadku — zostaną mu założone, choć to się raczej rzadko zdarza) i dopiero późnym wieczorem zda sobie z tego sprawę. Albo w ogóle. Czasem po zastanowieniu uzna być może, że taki stan dodaje mu animuszu, ale bywa, że począwszy od następnego poranka z przesadną dbałością wybiera skarpety z komody. Wyobraziłem sobie kiedyś, jak nazwałbym swoich bohaterów, gdybym napisał wiersz, opowiadanie. Najpierw nie chciałem w ogóle nazywać ich jakkolwiek — może nazwą się sami — pomyślałem. Później jednak doszedłem do wniosku, że gdybym obdarzył ich taką wolnością, z pewnością wybraliby sobie imiona głupie, zupełnie odstające od mojego o nich wyobrażenia, ośmieszające całą historię. Ja na ich miejscu właśnie tak bym zrobił. Co to w ogóle za imię Kurtek?

**

Zapadła niezręczna cisza. Zapomnijmy o tym wszystkim — zakołatało mi w głowie, ale słowa uwięzły w gardle. Wtedy już doskonale wiedzieliśmy, że o powrocie i zapomnieniu nie mogło być mowy. Absurdalnie krótka chwila, ułamek gestu, strzępek zakłopotania, skrawek półuśmiechu. Płatki śniegu powoli, ale konsekwentnie pokrywały powierzchnię zmarzniętej betonowej jezdni pod nami, układając się coraz bardziej wyraziście w coś na kształt pierwszej warstwy. Twoje włosy falowały lekko na wietrze, przysłaniając znaczną część opuszczonej nisko twarzy, wraz z oczyma utkwionymi gdzieś w martwym punkcie daleko poza nami. Oto staliśmy naprzeciw siebie. Dwoje obcych ludzi.

Opublikowano

Vaugirard

paris

Paryż; zdj. Kurtek

Skończyłem lekturę na dziś. Nawet pomimo tego, że spodziewawszy się, że czytana przeze mnie historia dobiegnie niebawem końca, zapobiegawczo spakowałem rano do plecaka kolejną książkę, nie jestem w stanie jak gdyby nigdy nic zostawić wciąż jeszcze świeżych we mnie wypadków poprzedniej zupełnie za sobą i beznamiętnie rozpocząć następnej. Potrzebuję czasu. Kilku głębszych oddechów, które nieodwracalnie i na zawsze mimowolnie wplotą bieg tamtych odległych wydarzeń w moją własną narrację. Spoglądam za wagonową szybę na jednostajny, ledwie oświetlony korytarz pokryty niemal bez reszty ciągnącym się od stacji do stacji graffiti. Próbuję dostrzec kolory, złożyć migające mi przed oczyma litery w dające się odczytać ciągi. Nic z tego.

Ukradkiem zaczynam przyglądać się odbiciom twarzy współtowarzyszy podróży. Starszemu małżeństwu uśmiechającemu się szczerze do siebie po przeciwległej stronie wagonu. Siedzącemu naprzeciwko nich łysiejącemu mężczyźnie w średnim wieku surowym analitycznym spojrzeniem pochłaniającemu przez szkła okularów w rogowych oprawkach treść wielkoformatowej codziennej gazety. Przenoszę wzrok na siedzącą vis-à-vis mnie młodą parę. Ona, ładna, o subtelnych rysach twarzy, w sportowej czerwonej kurtce wpatruje się w otchłań korytarzy paryskiego metra, a być może podobnie do mnie, śledzi niewyraźne sylwetki odbijające się w oknie. On, zakochany, lekko szpakowaty, o szpiczastym nosie, gładzi delikatnie wierzch jej dłoni. Falguière. Pociąg wjeżdża na stację. Obok mnie siada dziewczyna w jeansach z dziurami na wysokości kolan i długimi włosami pogrążonymi w kompletnym nieładzie kontrastującymi z prostą grzywką w stylu wczesnych lat 70. Znudzona próbuje zabić czas grą w Candy Crush Saga. Pasteur. Na wysokości naszych siedzeń staje dziewczyna o azjatyckich rysach twarzy, okrągłej buzi, porcelanowej cerze i pomalowanych na koralowo drobnych ustach. Ma na sobie jasny wełniany płaszcz, na pierwszy rzut oka o dwa rozmiary za duży. Twarz przykrywa jej sztywny pękaty beret o okrągłym rondzie. Nieobecnym wzrokiem śledzi coś na swoim smartfonie. Volontaires. Wzdłuż krawędzi peronu toczy się pełna puszka smakowego piwa, zapewne mimowolnie porzucona przez pośpiesznie wskakującego do pociągu pasażera. W wagonie metra szpakowaty opiera głowę na ramieniu smukłej dziewczyny, chwilę później zamykając oczy. Ona spogląda na niego ukradkiem w milczeniu, a następnie wraca machinalnie do obserwacji torowiska. Vaugirard. Półszeptem przepraszam siedzącą na przeciwko parę i hipiskę z telefonem. Dochodzę do wyjścia. Pewnym ruchem dłoni odchylam metalową zasuwkę. Drzwi momentalnie ustępują. Kieruję się na lewo. Vaugirard to mała stacja, żadnych przesiadek, trzy, może cztery, kameralne wyjścia. Po przejściu przez barierki idę prosto, chociaż przez minione dwa tygodnie niefrasobliwie umiejscowiony po prawej stronie znak sugerował, że powinienem tu skręcić i bywało, że dałem się zwieść. Tym razem nie ulegam złudzeniu. Kieruję się prosto i dopiero przy Plan du quartier skręcam w lewo i wąskimi schodami wychodzę na Rue de Favorites.

paris

Okolice stacji Vaugirard; zdj. Kurtek

Już zmierzcha. Momentalnie czuję na sobie chłodny podmuch mający jednak w sobie coś z wiosny. O ile łatwiej znosi się niepogodę, gdy na horyzoncie zaczyna migotać lato. Zrzuca się wówczas podświadomie zimowe palto, zamyka je w szafie i ze stoickim spokojem znosi przelotne wiatry i deszcze. Wysoka dziewczyna o krzaczastych brwiach. Ciemnoskóry mężczyzna fantazyjnie wymijający pozostałych przechodniów na hulajnodze. Czyjaś samotna rękawiczka pozostawiona na chodniku. Za zakrętem przejście dla pieszych tarasuje popielaty SUV marki Honda pozostawiony na światłach awaryjnych. Ze sklepu na przeciwko pewnym krokiem wychodzi właściciel — człowiek w średnim wieku, zapewne nieźle sytuowany, zajmujący pewnie kierownicze stanowisko w którejś z zagranicznych firm, dojeżdżający do pracy być może także na La Défense.

Na rogu w barze Les Écrivains jak zwykle tłoczno, mimo poniedziałku. Ludzie piją, rozmawiają, palą, czytają. Codziennie przechodzę tędy kilkukrotnie, ale wiem, że nie odważę się tam wejść — co miałbym zamówić i jak miałbym się zachować — udawać, że czytam z głęboko tlącą się w sercu nadzieją, że może kogoś zainteresuje egzotyczny język w przeciwnym razie całkiem znanej powieści Modiano, którą wziąłem ze sobą ze względu na kompaktowy rozmiar i Paryż niezmiennie wypełniający kolejne strony.

paris

Paryż; zdj. Kurtek

Przechodzę ukosem przez ulicę. Wymijam rząd zielonych pojemników na odpadki i dobijam bramy. Wreszcie będę miał sposobność przekonać się, czy aby na pewno wyłączyłem rano żelazko, co podsiewane nazbyt bujną wyobraźnią uporczywie zajmowało mi myśli w drodze do pracy. Wchodzę do windy. Niecierpliwie wciskam najpierw czwórkę, a następnie przycisk zamykający drzwi. Nie działa. Czekam więc aż zamkną się same. Mija krótka chwila. Cztery piętra wyżej drzwi automatycznie rozsuwają się. W prawej dłoni mocno ściskam przygotowany wcześniej klucz. Jednym płynnym ruchem przekręcam zamek. Pociągam za klamkę. Otwieram drzwi. Zapalam światło. Spoglądam machinalnie na ścianę, szukając wzrokiem kontaktu. Wyłączyłem.

CDN