Opublikowano

Wymiary życia

Wymiary życia

Julian Barnes, „Wymiary życia”, wyd. Świat Książki, 2015


Trudno „Wymiary życia” sklasyfikować jako typową powieść — oto Barnes przywołuje mniej lub bardziej anegdotycznie trzy historie z życia pionierów aeronautyki, by następnie wykorzystać niektóre z przedstawionych wcześniej motywów jako pomoc przy przelewaniu na papier własnego żal po stracie żony. Żal, definiowany przez autora jako przeciwieństwo miłości, jest niepoliczalny, proporcjonalny do niepowetowanej straty ukochanej, a przepracowanie go to, jak sam pisze, praca na cały etat, o tyle zresztą syzyfowa, że nie da się jasno wyznaczyć jej ram, określić procedur, a nawet zidentyfikować celu. Barnes jest szczery, naturalnie błyskotliwy i wielokrotnie zdaje się trafiać w sedno. „Wymiary życia” nie tyle dodają pogrążonym w żalu otuchy po stracie w bezpośredni sposób, co oferują zrozumienie, gdy nikt inny wkoło zdaje się nie rozumieć. Wszystko to, pomimo ogromu żalu, ujęte zostało w lapidarnej formie tak, by między kolejnymi akapitami móc swobodnie wziąć oddech i samemu skonfrontować się z odczuciami autora. Tym samym mimo trudnego tematu książka nie przytłacza beznadzieją, a koi poczuciem empatii. Pomimo zróżnicowanej tematyki bez trudu zachowuje ciągłość logiczną i narracyjną, dzięki czemu ani na chwilę nie traci beletrystycznego zacięcia. Jakkolwiek może się to wydać niepokojące czy przykre, warto mieć ją na półce — tak na wszelki wypadek.

Wymiary życia

Opublikowano

Tango śmierci

Tango śmierci

Jurij Wynnyczuk, „Tango śmierci”, wyd. KEW, 2018


Jurij Wynnyczuk zaczyna „Tango śmierci” niewinnie — oto przedstawia czytelnikowi w formie przekładańca dwie równoległe opowieści — obie dziejące się we Lwowie, ale w dwóch różnych kontekstach historycznych: jedna w szarej rzeczywistości Związku Radzieckiego, druga wypełniona życiem barwnych lwowskich kramów w przededniu drugiej wojny światowej. Oczywiście z biegiem akcji historie zaczynają układać się względem siebie, ale nawet zanim staje się to dla czytelnka jasne, żywe opisy dawnego Lwowa, dialogi postaci pełne regionalnych anachronizmów i fabuła przybierająca konteksty coraz to bardziej fantastyczne — robią swoje i czytelnik zostaje w lekturę wessany tak samo, jak wtedy, gdy jako dzieciaków pochłaniały nas niejednokrotnie na długie godziny jakieś wielkie zawadiackie przygodowe sagi Nienackiego czy Niziurskiego. Najbliżej w tych momentach rozkosznej barokowej łobuzerki Wynnyczukowi jednak do „Złego” Tyrmanda, jeśli chodzi i o przepych językowy, i o ferwor niemożliwej akcji. U Wynnyczuka więcej jednak melancholii i metafizyki, które spajają oba plany. Im bliżej finału, tym bardziej magiczna oś przechyla się od drugiej opowieści ku pierwszej — jedną musi spowić mrok, by drugą wypełniło światło; jeden Lwów musi skapitulować i ponieść swoją ofiarę, aby drugi mógł ożyć. Trudno prozę Wynnyczuka z czymkolwiek porównać, bo fantazja, realizm, humor i powaga mieszają się tu z rozdziału na rozdział w sposób zupełnie nieprzewidywalny. To wielowymiarowa lektura, która cieszy czytelnika przede wszystkim obcowaniem ze znakomitym tekstem. Nie byłoby jednak tej rozkoszy czytelniczej, gdyby nie rewelacyjne tłumaczenie nieocenionego Bohdana Zadury.

Tango śmierci

Opublikowano

Japonia utracona i czytelnik z potencjałem

Japonia utracona

Hasui Kawase, Góra Fuji widziana z Tagonoura, 1940

Zwykle nie bawię się w noworoczne postanowienia, bo, jak słusznie głoszą stoicy, każdy dzień, każdy moment może być nowym początkiem, a że jedynie nad chwilą obecną mamy jako taką kontrolę, najlepiej zacząć natychmiast. Ale pomyślałem sobie, że skoro akurat tak się złożyło, że rozpoczął się nowy rok, można podpiąć się z własnym początkiem pod dobrze znaną coroczną tradycję projekcji własnych rozczarowań (sobą samym). Otóż, postanowiłem czytać więcej książek. Nie, żeby poprawiać statystyki w corocznych badań czytelnictwa, nie, by zyskać moralną legitymację, by piętnować nieczytanie, ale z wewnętrznej potrzeby harmonijnego stawania się.

Matka sugerowała mi czasem, że jestem raczej potencjalnym czytelnikiem — potencjał ten wynikać miał ze słabości do gromadzenia książek na półkach — ładnych i/lub uważanych za wartościowe. Odziedziczyłem go zresztą po babci, która skrupulatnie przez większość swojego życia zapełniała kolejne regały w dużym pokoju klasyką literatury polskiej i światowej, tomiskami słowników, encyklopedii i serii historycznych, poradnikami, książkami kucharskimi. Pamiętam, że w latach 90-tych czytelnikiem części tego domowego zbioru, prawdopodobnie zresztą pierwszym, został mój ojciec. Ja z tego literackiego cmentarzyska po latach uszczknąłem jedynie dwutomowych „Chłopów”, których oczywiście nigdy nie skończyłem. Tymczasem moja osobista tragedia polega na tym, że uwielbiam czytać — znalezienie się w szczycie dobrze napisanej historii to uświęcony moment powtarzalnej codzienności — ale niestety lepiej wychodzi mi znajdowanie wymówek, dlaczego od dwóch tygodni nie posunąłem się ani o stronę do przodu. Wciąż żyję ułudą, że wystarczy zmiana optyki — w każdej z tych chwil, co do których nie mam przekonania, że czemuś służą, zaglądał będę do swoich bohaterów (przy czym, śpieszę dodać, nie zależy mi tu wcale na maksymalizacji użyteczności — musiałbym bowiem znaleźć sposób, by nadać bezczynności wymiar pragmatyczny) i tak uda mi się dobić do spodu fizycznej sterty liczonych w dziesiątkach woluminów do przeczytania. O każdym z już przeczytanych, o ile będzie miało to jako taki sens, spróbuję też coś krótko napisać. Oto więc jak zacząłem.

Japonia utracona

Alex Kerr, „Japonia Utracona”, wyd. Karakter, 2019

Transformacja społeczeństwa tradycyjnego w nowoczesne, która Europejczykom zajęła kilka stuleci, w Azji wschodniej skondensowana została do kilku dekad — po porażce drugiej wojny światowej pod okupacją amerykańską Japończycy odwrócili się od własnego dziedzictwa kulturowego w pogoni za modernizacją kraju. Postępujący przez kilkadziesiąt lat proces sprawił, że wielu z nich utraciło związek ze sztukami i rytuałami, które przez tysiąclecia definiowały japońskość, skutkiem czego obecnie coraz częściej Japonia inwestuje jedynie w symbole kultury niż świadomie kultywuje własne tradycje. Alex Kerr jako Amerykanin, którego związki z Japonią i Chinami zataczały koła przez całe jego życie, posiadł szczególną perspektywę gaijina dopuszczonego tam, gdzie nie-Japończyków się nie przyjmuje — za kulisy teatru kabuki, do domów artystów i intelektualistów, na zamknięte targi sztuki w Kioto, dzięki czemu był w stanie jak nikt inny wypunktować współczesne bolączki kraju kwitnącej wiśni. Nie przyjmuje jednak ani na chwilę post-kolonialnej perspektywy, podług której chciałby uczynić Japonię na powrót krajem zacofanym, ale rzeczowo wskazuje na przyczyny i skutki kolejnych zachodzących tam zmian. „Japonię utraconą” czyta się czasem jak biografię, czasem jak przewodnik, momentami jak esej, chwilami jak powieść, ale przez całą lekturę ma się wrażenie naocznego uczestnictwa w opowieści Kerra, jakby opowiedział ją czytelnikowi twarzą w twarz podczas nocnej pogawędki, siedząc na podłodze jego chaty w dolinie Iya. Znakomite studium współczesnej i utraconej Japonii pozbawione japonistycznej nabożności, ale też uniwersalna opowieść o sztuce w czasach, w których rządzi ekonomia.