Opublikowano

2013

25 najlepszych płyt 2013 roku.

25. Mayer Hawthorne Where Does This Door Go

hawthorne konsekwentnie dokłada kolejne cegiełki do swojej własnej koncepcji muzyki, która jak dotąd nigdy jeszcze nie zawiodła; to jednak nie muzyczny konserwatyzm, czy odgrzewanie kotletów, ale definiowanie dźwięku przez nienaganne wyczucie i styl, które są jak najbardziej ponadczasowe i nie należy postrzegać ich dziś jako reliktów minionych epok, ale jedną z integralnych części współczesnej post-modernistycznej mozaiki; wokalista znów przedstawia całą paletę czarnych brzmień — od funku, disco, klasycznego soulu i rhythm & bluesa, po współczesne r&b, neo-soul i hip-hop w charakterystycznym dla siebie nierozerwalnym splocie stylistycznym

24. Wadada Leo Smith & Tumo Occupy the World

w tym roku amerykański trębacz wadada leo smith nagrał album wspólnie z 20-osobową skandynawską grupą tumo; podobnie jak zeszłoroczne czteropłytowe arcydzieło smitha, ten freedom summers nowy krążek nie jest stricte jazzowy i także podpiera go kontekst polityczny, choć może nie tak oczywisty i wyrazisty, jak w przypadku jego poprzednika; muzyka naturalnie łączy awangardową kakofonię z bardziej harmonijnymi, klasycznymi momentami — także jeśli chodzi o instrumentarium; jest wyważona, umiejętnie kreuje napięcie i nieustannie ewoluuje w nowe formy

23. Justin Timberlake The 20/20 Experience

timberlake, z pomocą cudownie przywróconego do dawnej producenckiej formy timbalanda, wyczarował w tym roku najbardziej kompetentny stricte popowy, wielkoformatowy album; zbudował go na progresywnych opusach osadzonych gdzieś w tradycji art rocka, a do popu przeniesionych lata temu przez michaela jacksona na thrillerze; o dziwo udaje mu się nie powielać bezwiednie znanych wzorców, bo chociaż formą odwołuje się do klasycznej koncepcji, nie ucieka w przeszłość i tworzy the 20/20 experience w oparciu o swoje własne, w pewnym sensie już unikalne, brzmienie

22. Matthew E. White Outer Face

matthew e. white nie rezygnuje z dość pokrętnych wzorców melodycznych, na jakich w dużej mierze zbudował swój zeszłoroczny debiut, tym razem znacznie głębiej niż do tej pory wchodząc w klasyczną soulową wrażliwość; na outer face odważnie łączy psychodeliczne indie z kameralnymi aranżami, co wraz z umiejętną ekspozycją jego swobodnego wokalu i pulsującym bluesowym rytmem tworzy nad materiałem hipnotyczną aurę; otwierające “eyes like the rest” przy pomocy iście parksowskich smyczków i wpisanej w strukturę i wykonanie utworu subtelności, okala słuchacza niczym aksamitny płaszcz równie rozkosznie co klasyczne “the makings of you” crtisa mayfielda przed ponad 40 laty, a plemienne perkusyjne podszycie i specyfika damskich chórków w wieńczącym epkę “hot hot hot” z początku przywołują na myśl muzyczne voodoo z debiutanckiego krążka dra johna, by następnie ewoluować w elektroniczny, quasi-industrialny finał

21. Billie Joe + Norah Foreverly

Na okoliczność tej płyty najbardziej zaskakujący duet tego roku odkurzył dwanaście prostych piosenek z klasycznego albumu The Everly Brothers Songs Our Daddy Taught Us z 1958 roku. Kto by przypuszczał, że rezultat będzie aż tak wyśmienity? Imię zobowiązuje — Billie Joe wreszcie brzmi tak, jak się nazywa, a Norah…? Cóż, Norah nawet bardziej umocniła się na bezapelacyjnie należnej jej pozycji pierwszej damy współczesnej americany. Bo chociaż piosenki są stare i cudze, to mają w sobie ogromne pokłady staromodnego, ale w gruncie rzeczy ponadczasowego uroku, który ten duet doskonale zaakcentował. To album zrobiony z niedzisiejszą wrażliwością i nieocenionym wyczuciem.

20. Greg Stuart Beuger: Sixteen Stanzas on Stillness and Music Unheard

są doskonałe płyty popowe i płyty mistyczne, które nawet jeśli z szeroko pojętą przebojowością mają do czynienia, nie to jest ich największym atutem; sixteen stanzas on stillness and music unheard to siedemdziesięciotrzyipółminutowa kompozycja niderlandzkiego współczesnego kompozytora antoine’a beugera, który uwielbia eksponować ciszę i polemizować z nią przy pomocy dźwięku; i właśnie w umiejętnej polemice drzemie wielkość tej długiej, a jednocześnie przystępnej i kameralnej, bo zagranej wyłącznie na pojedynczym wibrafonie, kompozycji; ostatecznie powoli ewoluujący, co jakiś czas przygasający mikrotonowy drone musi ustąpić miejsca wiecznej, mistycznej ciszy, która delikatnie go okala

19. Julianna Barwick Nepenthe

julia holter zapragnęła robić new wave’owe szlagiery, ale na szczęście julianna barwick pięknie zapełniła lukę, tzn. niezupełnie, bo jej nepenthe nie pokrywa w najmniejszym stopniu piosenkowości materiału holter; owszem, album podzielony jest na dziesięć elementów, ale to raczej poszczególne części większego muzycznego organizmu niż utwory same w sobie; dawno nie słyszałem tak angażującej ambientowej płyty — a przynajmniej tak mi się wydaje — może przez moją słabość do średniowiecznych kompozycji hildegardy z bingen, które przez zręczne wykorzystanie zwielokrotnionego wokalu julianny i pewien klasztorny pogłos, nepenthe wydaje się momentami imitować; ale poza tym gdzieś w tę atmosferę harmonijnego wyciszenia wdzierają się bardziej konwencjonalne i wyraziste z popowego punktu widzenia fragmenty, stawiając kropkę nad i tego nieziemskiego materiału

18. Annie A&R EP

annie już wcześniej należała do ścisłej czołówki wysmakowanego electropopu, ale dopiero teraz, z pomocą richarda x, udało jej się osiągnąć muzyczną doskonałość; na tegoroczną epkę złożyło się pięć szalenie przebojowych, niezobowiązujących i urokliwych numerów, schludnie i przejrzyście wyprodukowanych, akcentujących najlepsze motywy w historii elektronicznego popu — od złotej epoki syntezatorów, po dance’owo-house’owy boom w latach 90. annie jednak nie tylko nie odgrzewa tu kotletów, ale serwuje pięć pierwszoligowych popowych numerów wyprodukowanych w zgodzie z przeszłością i teraźniejszością

17. David Bowie The Next Day

trzeba to sobie powiedzieć jasno i wyraźnie — bowie w tym roku wydał najlepszy album od lat, można by się nawet pokusić, że od końca końca jego klasycznego okresu na początku lat 80., ale bezpieczniej będzie ustanowić ten punkt na 1995 rok; piosenkarz wraca z przemyślanym materiałem, wplatając elementy jego sztandarowo powykrzywianych, nawet odrobinę pokracznych, pop/rockowych numerów w znacznie bardziej zachowawczy klimat — adekwatny do szarej współczesności; bowie nadal prowokuje, ale głównie do myślenia i wciąż robi to w inteligentny i wysmakowany sposób; może i ma na karku 66 lat, ale na nowej płycie brzmi równie żywo i witalnie co w najlepszych latach swojej kariery; nowy album na sobie właściwy sposób umiejętnie chwyta zresztą echa przeszłości, niejako podsumowując dorobek twórczy bowiego; to niezbity dowód na to, że david nie tylko wciąż czuje rock & rolla, ale pozostaje artystą przez wielkie A

16. Forest Swords Engravings

najlepsza okładka roku zaskakująco skrywa równie wartościowy album; matt barnes dał sobie sporo czasu i na swoim długogrającym debiucie dopiął wszystko do ostatniej nuty; to projekt tyle elektroniczny, co organiczny — równie klaustrofobiczny, ile wyzwalający. Wewnątrz zapętlonych dubowych bitów zdają się żyć i oddychać duchy lasu, które nadają albumowi naturalne tempo i niepowtarzalną strukturę; engravings nie jest ostentacyjny w swoich eksploracjach, ale absolutnie nie brakuje mu też wyrazistości

15. Fuck Buttons Slow Focus

może to kwestia powietrza, może zmiany moich potrzeb i oczekiwań, a może roztropnej ewolucji brzmienia grupy i pomysłu na siebie; podejrzewam, że najprawdopodobniej wszystkie te czynniki zadecydowały o tym, że w tym roku na chwilę wstrzymałem oddech mierząc się z najmłodszym dzieckiem brystolskiego duetu; muzyka jest maksymalistycznie hałaśliwa i bezkompromisowo przestrzenna; grupa, choć wciąż nie stroni od elektroniki, nauczyła się lepiej wpisywać ją w szerszą koncepcję artystyczną i precyzyjniej formułować swoją muzyczną myśl; slow focus ukrywa się gdzieś między niewymuszonym eksperymentatorstwem a nieoczywistą przebojowością — najprawdopodobniej gdzieś w przestrzeni kosmicznej

14. Steve Earle & The Dukes (& Duchesses) The Low Highway

steve earle nie nagrywa słabych płyt; od połowy lat 80. regularnie i konsekwentnie wydaje kolejne znakomite krążki; nie inaczej, a można zaryzykować, że nawet lepiej niż poprzednio, jest tym razem — earle nową płytę nagrał ze swoim rockowym tour bandem, trochę w stylu bruce’a springsteena, ale bardziej organicznie i twórczo; niespełna 60-letni piosenkarz przypomina nowym krążkiem, że nadal jest młodym zbuntowanym duchem i zamyka to w zestawie solidnych, country rockowych piosenek

13. Ashley Monroe Like a Rose

ashley monroe nagrała najlepszą damską płytę country tego roku — tu nikt nie powinien mieć jakichkolwiek wątpliwości; wróciła do przepięknej muzycznej tradycji gatunku, by śpiewać błyskotliwe piosenki o współczesności, a trzeba dodać, że monroe potrafi jak mało kto obrócić banały w nieoczywistości, zamknąć je w nieprzyzwoicie dobrych numerach i jeszcze zaśpiewać to wszystko kunsztownie i przekonująco

12. Tomasz Stańko & New York Quartet Wisława

wisława jest w równych proporcjach mieszanką europejskiej, ecm-owskiej szkoły jazzowej, będącej od dawna podstawą twórczości polskiego jazzmana i nowojorskiego rytmicznego szaleństwa, które zapewniają młodsi współpracownicy stańki z new york quartet; gdzieś pomiędzy błyskotliwymi odniesieniami do milesa davisa a szykowną elegancją zachodu pobrzmiewają jednak echa naszej warszawy — czy to w tytułach wierszy poetki — teraz okalających niektóre z kompozycji stańki, czy może pośród meander nostalgii i nagłych improwizacyjnych zrywów, towarzyszących nam od początku do końca tej sugestywnej muzycznej podróży; trudno oceniać próby przetransponowania zawiłej i wieloznacznej twórczości szymborskiej na język jazzu w kategoriach stricte poetyckich; to raczej pewna synkretyczna zależność, odbywająca się na poziomie uczuć, myśli, koncepcji; tak jak poezja Wisławy, płyta jej dedykowana jest stonowana, kameralna, elegancka, a jednocześnie emocjonalna, przemyślana i wyrazista

11. Étienne Daho Les chansons de l’innocence retrouvée

étienne daho, od ponad 30 lat łączący w swojej muzyce elementy klasycznego francuskiego chanson z wpływami muzyki nowofalowej, wraca z być może najsilniejszym krążkiem w swoim dorobku od czasu znakomitego paris ailleurs z 1991 roku; nie słychać po nim upływu czasu — jego głos brzmi równie ekspresyjnie i witalnie, co przed dwudziestoma laty, a on sam bez trudu żongluje stylami, mieszając disco i orkiestrowe aranżacje; zachowuje przy tym nienaganną elegancję i, co nawet ważniejsze, znakomite wyczucie melodii

10. Bill Callahan Dream River

bill callahan od lat tworzy i kształtuje swój unikalny muzyczny styl, który z powodzeniem można usytuować na peryferiach amerykańskiego country i niezależnego folku, ale mimo tego, że absolutnie nikt nie brzmi tak jak on, nie spoczywa na laurach i na każdej kolejnej płycie ewoluuje artystycznie; dream tiver jest z jednej strony mroczne i ascetyczne, oparte na pewnej płaszczyźnie na trip hopowym fundamencie, a z drugiej harmonijnie inkorporuje elementy porzuconego gdzieś w biegu historii progresywnego folku; nieśpieszny, przemyślany album

9. Pet Shop Boys Electric

electric to dynamiczny krążek spajający tradycję muzyki elektronicznej w duchu klasycznych nagrań kraftwerk czy new order z nowoczesnymi formami; oo raz kolejny pet shop boys traktują kicz jako cenną wartość artystyczną i w tej specyficznej konwencji potrafią wyczarować z niego prawdziwy pop art; bo komu innemu jak nie brytyjskiemu duetowi wpisanie swojego muzycznego dziedzictwa we współczesne brzmienie przyszłoby równie naturalnie?

8. Esa-Pekka Salonen & Los Angeles Philharmonic Lutosławski: The Symphonies

setna rocznica urodzin lutosławskiego okazała się znakomitą okazją, by zagłębić się ponownie w jego katalogu; fiński dyrygent esa-pekka salonen, od wczesnych lat 90. entuzjasta muzyki polskiego twórcy, na tę okoliczność wraz z filharmonikami z los angeles zarejestrował premierowo pierwszą symfonię lutosławskiego, dzięki czemu po raz pierwszy udało się zamknąć wszystkie cztery symfonie kompozytora na jednym wydawnictwie; symfonie lutosławskiego to nie tylko jego sygnaturowe utwory — można go wszak bez wątpienia określić jako najwybitniejszego polskiego symfonika xx wieku, a może w ogóle — ale także reprezentatywny przekrój pięćdziesięciu lat twórczości mistrza (pierwsza miała swoją premierę w 1946 roku, ostatnia w 1993)

7. Matana Roberts Coin Coin Chapter Two: Mississippi Moonchile

tradycja przełamana awangardą. W drugiej części jazzowej sagi, matana roberts muzycznie i tematycznie sięga ponad pół wieku wstecz do opasłej szuflady pełnej wspomnień swojej babci; wzloty i upadki, święta i dni powszednie na tle walki o równość rasową i polityczno-społecznych zawiłości ilustruje niesamowicie uduchowiona muzyczna kreacja; to swoisty seans spirytystyczny — osadzony głęboko w tradycji rytuał o znaczeniu niemal religijnym, uroczyście odprawiany przez matanę i jej znamienitą nowojorską świtę; to niezwykle pełne i działające na wyobraźnię doświadczenie wypełniają serie na wpół improwizowanych tematów, mieszające się z recytacją fragmentów rodzinnej historii i hipnotycznymi partiami tenora — wszystko zgodnie ze ściśle ustalonym obrządkiem

6. Perfume LEVEL3

「level3」 jak zwykle w całości wyprodukował, napisał i skomponował yasutaka nakata, ale nowy album, choć naturalnie nosi wyraźne znamiona charakterystycznego stylu producenta, jest na pewnej płaszczyźnie zupełnie inny niż poprzednie wydawnictwa tria — przede wszystkim nie jest to album stricte j-popowy; nakata odważnie wplata w struktury popowych piosenek wyraźnie edm-owe i house’owe elementy rozdzierające doskonale znane fanom single „spending all my time” czy „spring of life”, stawiając bardziej niż dotychczas na doświadczenie wynikające z obcowania z całym krążkiem — 「level3」 to kolejne fascynujące oblicze przeuroczych dziewcząt z perfume i ich utalentowanego producenta

5. Michael Pisaro / Oswald Egger / Julia Holter The Middle of Life (Die ganze Zeit)

już w styczniu amerykański awangardzista (ale to tak naprawdę niezbyt fortunne słowo) michael pisaro zaprezentował światu swoje dwie nowe kompozycje — oba nakładem gravity wave; jedna z nich the middle of life (die ganze zeit) była rzeczą dość wyjątkową, nawet jak na szeroki katalog kompozytora; w jej nagraniu wzięli udział niemiecki pisarz oswald egger i doskonale znana w świecie indie piosenkarka julia holter; przeniesienie tekstu eggera w przestrzeń kompozycji szeroko wykorzystującej odgłosy natury dało wrażenie pełnego, wielopoziomowego doznania; pisaro jak zwykle skrupulatnie i wytrwale zamienił tu obcą materię w koncepcyjnie uformowany muzyczny pejzaż

4. My Bloody Valentine m b v

po 22 latach oczekiwania, legenda shoegaze’u my bloody valentine nareszcie wydała swój trzeci studyjny album. Dziewięć nowych kompozycji rozpoczyna się dokładnie tam, gdzie grupa skończyła w 1991 roku; album jednak stopniowo ewoluuje w kierunku, jaki niewielu sobie wyobrażało, przekształcając do tej pory senne brzmienie w elektroniczne, upbeatowe szaleństwo; to zupełnie nowy wymiar muzyki my bloody valentine i definitywne tchnienie życia przywracające statycznej scenie dawną dynamikę

3. Albin de La Simone Un homme

un homme niekoniecznie przystaje do rzeczywistości 2013 roku — albin de la simone napisał 10 tak nieprawdopodobnie ładnych popowych piosenek, że wydaje się, że spłynęła na nie esencja całego tradycyjnego francuskiego popu; kameralne aranżacje, subtelne inspiracje miejską teraźniejszością — baśniowym słońcem, które kiedyś świeciło jakby jaśniej i mitycznym deszczem, który lata temu wydawał się jakiś bardziej mokry; po tym jak benjamin biolay dramatycznie zleciał z pantałyku łamiąc sobie przy tym zmysły, de la simone wydaje się adekwatnym, mniej progresywnym, ale równie ujmującym zastępstwem

2. Deafheaven Sunbather

my bloody valentine zrzucili kamień, ale lawina spadła dopiero wraz z tym krążkiem; deafheaven eksplorują gitarowe ekstrema łącząc dwie głośne stylistyki — black metal i shoegaze, a jednocześnie jest w tej hałaśliwej, mocnej mieszance, pewna niekłamana subtelność; sunbather jest ekstatyczny i wzniosły, ale nie popada przy tym w banał; przez całą godzinę trwania, gdzieś pomiędzy wierszami mieni się muzyczną doskonałością — to złożone i prawdziwie piękne muzyczne doznanie

1. ホンタテドリ ホンタテドリ

taku unami, moe kamura i tetuzi akiyama, na co dzień związani z japońską sceną onkyo-kei, grają ze sobą już od kilku dobrych lat i wreszcie postanowili zwieńczyć tę współpracę krążkiem; cały projekt nazwali hontatedori (czy jak kto woli ホンタテドリ, co w tłumaczeniu na polski znaczy tyle, co podpórki do książek, ale to nieważne) — ważna jest muzyka, która wynosi onkyo na zupełnie nowy poziom, a w zasadzie trochę mu daje, a trochę zabiera; ciche, eksperymentalne, zazwyczaj improwizowane kompozycje tracą tu swoją ulotną strukturę jedynie połowicznie, w drugiej części zamieniając się w regularne piosenki; śpiewa, a w zasadzie szepcze, oczywiście kamura, która odpowiedzialna jest też za teksty; płyta jest przemyślana i pieczołowicie zamknięta w sensownej formie, w żadnym razie nie jest dziełem przypadku, co czasem bywa przy onkyo problematyczne; przede wszystkim jednak brzmi niesamowicie bajkowo, eksponując zadziwiające pokłady niedzisiejszej wrażliwości

Opublikowano

2013: piosenki

20 najlepszych piosenek 2013 roku.

20. きゃりーぱみゅぱみゅ, 「み」

nakata niechybnie celował w piosenkę roku i gdyby nie absurdalna zachowawczość — brak równie odjechanego klipu i niewydanie utworu na singlu, kyary bezwzględnie wykręciłaby kolejny po „ponponpon” absolutny sieciowy hit; minimalizm w pewnym sensie sponsorował mijający rok, co nakata skrzętnie wykorzystał, łącząc niebezpieczną powtarzalność zaraźliwie prostego refrenu z maksymalistyczną, cukierkową aranżacją; „mi” to tegoroczny hit dyskotekowych kuluarów i szara eminencja nowej przebojowości

19. Mikal Cronin, „Shout It Out”

to być może najbardziej konwencjonalny numer spośród mojej tegorocznej dwudziestki, ale byłoby niewybaczalnym przeoczeniem, gdyby twórca najlepszej z oczywistych płyt mijającego roku nie został zauważony na polu stricte songwriterskim; zwłaszcza, że wavves dostał zadyszki, a ty segall zrezygnował z tworzenia przebojowych kawałków na rzecz psychodelicznych prac odkrywkowych; „shout it out” to ujmujący garażowy feel, chwytliwy refren ubrany w słowa post-nastoletniego, nieco naiwnego buntu i klimatyczne chórki w stylu lat 60., a cronin sam nie wie co zrobił i nadal miota się bez ładu na scenie

18. The-Dream, „Loving You”/”Crazy”

the-dream nie zapomniał jak tworzyć spektakularne opusy w rytmie r&b i chociaż jego tegoroczny krążek można było spokojnie określić jako odtwórczy i rozczarowujący, podwójne „loving you”/”crazy” jest bezsprzecznie jedną z najciekawszych pozycji w jego dyskografii; twórca „umbrelli” i „single ladies” brnie dalej w syntezatorowe kolaże, tym razem podejmując się wariacji na brzmieniu wczesnego justina timberlake’a — choć rzecz jasna niebezpośrednio; pomimo złożonej, ewoluującej struktury, udaje mu się efektywnie wyeksponować pierwiastek przebojowości największych popowych numerów naszych czasów, otwierając kolejny rozdział w historii art r&b

17. Annie, „Invisible”

annie, która dotychczas specjalizowała się w ultraprzebojowym, lekkim jak piórko, syntezatorowym popie spod znaku kylie minogue, z pomocą richarda x zaprojektowała się muzycznie zupełnie na nowo — przynajmniej dwukrotnie; najpierw w „tube stops and lonely hearts”, hołdzie złotym czasom rave’u, a następnie w możliwie nawet bardziej wstrząsającym „invisible”, które szło na całość tam, gdzie w jego poprzedniku odzywały się popowe echa; „invisible” bezkompromisowo odkurza klasyczny house z lat 90., budując na jego fundamencie nową, słodko-gorzką dyskotekę, doskonale znaną z najlepszych nagrań pet shop boys

16. Franz Ferdinand, „Evil Eye”

franz ferdinand nikogo chyba nie zaskoczyli, gdy po wcześniejszych poszukiwaniach swojej muzycznej drogi i sporej przerwie w nagrywaniu, powrócili do korzeni i nagrali słabszą kopię swojego debiutu; ale nawet pomimo tego na krążku znalazł się przynajmniej jeden utwór godny zmierzyć się z niezatapialnym „take me out” — prostszy formalnie, ale bardziej zawikłany charakterologicznie; z niebanalnym tekstem, hipnotyzującym rytmicznie refrenem, którego nie sposób nie zanucić i psychodelicznym backgroundem zaakcentowanym przez fascynujący klip

15. Neko Case, „Man”

neko case na poprzedniej płycie miała pewien problem z wyrazistością — być może dlatego, że brakowało tam jednoznacznego killera, który skupiłby wokół siebie uwagę słuchacza już od pierwszego odsłuchu; na nowym albumie takim numerem zdecydowanie jest „man”; przykuwa uwagę nie tylko nieprzebranymi pokładami świeżości i energii czy klawesynowym solo, ale być może przede wszystkim błyskotliwym tekstem, w którym piosenkarka śpiewa przekornie, że jest mężczyzną, bo tak wychował ją jej mężczyzna.

14. Mayer Hawthorne, „The Stars Are Ours”

hawthorne pozostaje w pewnym sensie artystą paradoksalnym, bo jego muzyka od samego początku trzyma tak równy poziom, że nietrudno przegapić (czy może niełatwo wyłowić) te najlepsze elementy układanki. A takim bezwzględnie jest „the stars are ours” — niebanalna oda do chwili obecnej mieszcząca się gdzieś pomiędzy funkowym jamesem brownem, dyskotekowym micheaelem jacksonem, koktajlowym raphaelem saadiqiem a pulsującym pharrellem williamsem; mój główny kandydat do miana osobistego przeboju tegorocznego lata

13. Ciara, „Body Party”

ciara od lat szukała drogi, by ostatecznie zrzucić z siebie niefortunną łatkę księżniczki crunk&b, jaką doczepiono jej jeszcze przy okazji debiutanckiego singla, ale dopiero teraz możemy w zupełności stwierdzić, że jej się udało; piosenkarka wraz z rozchwytywanym ostatnimi czasy producentem mike will made-it pokazali całemu światu jak powinno się robić pierwszorzędne pościelówy; „body party” to wyraz znakomitego stylu i muzycznej subtelności

12. My Bloody Valentine, „In Another Way”

my bloody valentine, powracając po dwóch dekadach przerwy, rozpoczęli dokładnie tam, gdzie skończyli w 1991 roku. Byłoby jednak niedopatrzeniem uznać, że na tym poprzestali. „in another way” ewoluuje w kierunku, jaki niewielu sobie wyobrażało, przekształcając do tej pory senne brzmienie w elektroniczne, upbeatowe szaleństwo; to zupełnie nowy wymiar muzyki my bloody valentine i definitywne tchnienie życia przywracające statycznej scenie dawną dynamikę

11. Migos feat. Drake, „Versace (Remix)”

migos to najbardziej absurdalny rapowy projekt tego roku, ale jednocześnie jeden z najbardziej uzależniających; nieślubne trapowe dzieci steve’a reicha, trzech kolesi z Atlanty na swoim tegorocznym mikstejpie young rich niggas dekonstruują hip hop do minimum, budując utwory na prostych wzorcach melodycznych i niekończących się powtórzeniach; do „versace” jedną ze swoich lepszych zwrotek w ostatnim czasie dograł zresztą drake

10. Miley Cyrus, „We Can’t Stop”

manifest to manifest, a manifestów się nie ignoruje, czegokolwiek by nie manifestowały; „we can’t stop” nie tylko zjawiskowo wyprodukował mike will made-it, ale miley postanowiła w tej prostej popowej piosence przemycić więcej treści, niż była w stanie sama przetworzyć; po pierwsze oznajmiła światu, że wraca i że jest już dorosła — nie obyło się bez kontrowersji i pokracznej składni (choć akurat jedno nie było związane z drugim); po drugie — ku mojemu zaskoczeniu (i prawdopodobnie nie tylko) trafnie i adekwatnie uchwyciła w piosence filozofię swojej generacji — i jak się okazało była to idealna filozofia, by przetwarzać ją na takie właśnie numery; po trzecie — ubrała wszystko w narkotykowe aluzje, które niektórym zamydliły obraz, innym rozjaśniły, ale bez względu na wszystko dodały utworowi charakteru i wiarygodności; chcemy czy nie to refren, który zostaje w głowie i piosenka, która na swój sposób zdefiniowała miniony rok na wiele sposobów

9. Ashley Monroe, „Two Weeks Late”

ashley monroe nagrała najlepszą damską płytę country tego roku — tu nikt nie powinien mieć jakichkolwiek wątpliwości; wróciła do przepięknej muzycznej tradycji gatunku, by śpiewać błyskotliwe piosenki o współczesności; takie jak chociażby, ba!, takie jak właśnie ta! monroe potrafi jak mało kto obrócić banały w nieoczywistości, zamknąć je w nieprzyzwoicie dobrych numerach i jeszcze zaśpiewać to wszystko kunsztownie i przekonująco

8. Andrew Bird, „Pulaski at Night”

andrew bird jest niewątpliwie jednym z najbardziej utalentowanych songwriterów współczesnej amerykańskiej sceny niezależnego folku; trudno jednak nie zauważyć, że w ostatnich latach jakby odrobinę rozmieniał swój talent na drobne; „pulaski at night” — zbudowane wokół niesamowicie charakterystycznego skrzypcowego motywu i przepełnione romantycznymi nawiązaniami do rodzinnego chicago — to jednak definitywny powrót do wysokiej formy i kto wie, być może nawet jeden z jaśniejszych momentów w kilkunastoletniej karierze 40-letniego birda

7. Vanessa Paradis, „Love Song”

jak to możliwe, że vanessa paradis wróciła do swoich muzycznych korzeni (nie, nie chodzi o „joe le taxi”), a jednocześnie nie popełniła autoplagiatu, ani nie naraziła się na śmieszność? dwadzieścia lat później piosenkarka nadal potrafi czarować, popełniając nieprzyzwoicie przebojowe numery w starym stylu. „love song” efektownie łączy w sobie charakterystyczne elementy nouvelle chanson française z esencją brytyjskiej przebojowości z lat 80.; to zaskakująco żywiołowy, a jednocześnie zmysłowy i drapieżny numer

6. Big Sean feat. Kendrick Lamar & Jay Electronica, „Control”

na odrzucie z tegorocznego krążka big seana, kendrick lamar być może popełnił najlepszą zwrotkę w swojej dotychczasowej karierze, a już na pewno najlepszą rapową nawijkę tego roku; efektem tego ostatecznie koronował się na nowego króla hip hopowego nowego jorku; zostawił w tyle nie tylko big seana i jaya electronicę (skądinąd również znakomitego rapera), ale całą nową amerykańską rapową scenę; i choć na brak dobrych hip hopowych wydawnictw w tym roku narzekać nie mogliśmy, kendrick i tak jedną zwrotką zjada ich wszystkich łyżeczką na śniadanie — proste

5. Kanye West, „Black Skinhead”

“black skinhead”, niewątpliwy highlight tegorocznego krążka kanyego westa, choć został zamknięty w hip-hopowej formie, jest w istocie punkowy z natury, co odzwierciedlają mroczny, industrialny, charczący bit i nieskrępowane, charyzmatyczne flow rapera — to kolejna udana autokreacja jednego z najważniejszych artystów naszych czasów

4. Savages, „Husbands”

savages dokonały w „husbands” pozornie niemożliwego; artystycznie połączyły topowe post-punkowe brzmienie z teatralną ekspresją, nie roniąc przy tym ani krztyny prawdziwości żadnego z tych elementów; nie tylko złoiły tyłki wszystkim współczesnym grupom rockowym, ale wzniosły się wysoko ponad to, zapisując się wielkimi literami w historii art punku, ratując całą scenę przed utratą resztek wiarygodności

3. Paul McCartney, „New”

najlepszy tegoroczny utwór beach boysów! mccartney mentalnie jednoczy się z wielką czwórką z liverpoolu i kolegami zza oceanu ze słonecznej Kalifornii, wydawałoby się, że w zupełnie innych okolicznościach przyrody — paul ma dwadzieścia lat, beatlesi żyją i nagrywają, brian wilson pływa kraulem w morzu słonecznej psychodelii — nigdy nie czuł się lepiej; „new” emanuje tak potężną dawką młodzieńczej energii, że bez trudu jest w stanie nie tylko zatrzymać, ale cofnąć czas, by móc zacząć wszystko raz jeszcze, na nowo

2. Daft Punk, „Get Lucky”

“get lucky” jest na swój sposób fenomenalne, choć nie dzieje się w nim nic nadzwyczajnie wyjątkowego; daft punk po raz kolejny przenoszą nas w czasie do swojej własnej muzycznej epoki, gdzie przeszłość w osobliwy sposób miesza się z przyszłością, a disco i funk wyrastają z solidnego house’owego fundamentu (a nie odwrotnie!); i może właśnie tęsknota za tym abstrakcyjnym punktem na muzycznej osi czasu ostatecznie zadecydowała o niemal natychmiastowym ogromnym sukcesie tego numeru; ale i ta zdałaby się na nic, gdyby daft punk po raz kolejny nie udało się stworzyć nadzwyczajnie żywej i chwytliwej melodii, która poniesiona przez dyskotekowy rytm, uroczo-niezdarny falset pharrella williamsa i charakterystyczne vocoderowe “we’re up all night to get lucky!”, zamknęła się w jednej z najbardziej przebojowych piosenek tego roku — nawet pomimo tego, że daft punk zagrali ten numer odrobinę zbyt bezpiecznie

1. Arcade Fire, „Reflektor”

arcade fire, a może raczej the reflektors, udowodnili tym nagraniem, że są prawowitymi spadkobiercami muzycznej myśli davida bowiego. „reflektor” to ponad siedmioipółminutowy neo-dyskotekowo-art-punkowy opus łączący najjaśniej połyskujące artefakty popkultury z klasyczną alegorią jaskini platońskiej; co więcej, utwór, błyskotliwie współprodukowany przez Jamesa murphy’ego), angażuje wokalnie także, wspomnianego już, jedynego i niepowtarzalnego — davida bowiego, co niewątpliwie dodaje kompozycji charakteru i wiarygodności