Opublikowano

Śmierć w Wenecji

Cukry

Thomas Mann, „Śmierć w Wenecji”, wyd. Wydawnictwo Dolnośląskie, 1996


Kiedy zacząłem przedzierać się przez kwieciste opisy sytuacji (głównie wewnętrznej) bohatera „Śmierci w Wenecji”, pomyślałem, że nienawidziłbym tej książki, chociaż jest względnie niezbyt obszerna, gdyby mi ją dano na lekturę w liceum czy na studiach. Pomyślałem też, że pewnie są takie osoby, które po klasyczek Manna sięgnęły z jakiegoś bardzo konkretnego, pragmatycznego powodu. Mój egzemplarz biblioteczny był zresztą konsekwentnie od pierwszych do ostatnich stron pozakreślany ołówkiem. Nie były to jednak w żadnym wypadku fragmenty z mojej perspektywy warte zakreślenia — zakreślaniu towarzyszył plan, którego w pełni nie udało mi się rozpoznać. Zawierały się w nim jednak te najbardziej kwieciste z bardzo wielu bardzo kwiecistych opisów. Jak gdyby zakreślający musiał ze szczegółami zreferować strukturę języka Manna. Ucieszyłem się, że nie jestem zakreślającym i postanowiłem do „Śmierci w Wenecji” podejść w sposób możliwie najbardziej beztroski.

I to chyba okazała się słuszna strategia, bo „Śmierć” mogła łatwo zacząć mi się dłużyć. Akcję utworu można opisać prosto jednym zdaniem — oto powszechnie szanowany austriacki pisarz nobliwego już wieku postanawia udać się na letni wypoczynek do Wenecji, gdzie spotyka polskiego młodzieńca, dla którego traci głowę. Biorąc pod uwagę, że główne postaci tej historii miłosnej nie zamieniają ze sobą nawet jednego słowa, nie można się więc dziwić, że strony książki wypełniają głównie opisy sytuacji zewnętrznej dusznej Wenecji i towarzyszących im przeżyć wewnętrznych literata. Te meandrują od spraw związanych z literaturą i podejścia do życia, przez obserwacje otoczenia, aż po, jakże by inaczej, uczucia względem poznanego młodzieńca. Biorąc pod uwagę, że chłopak opisywany jest jako wkraczający w okres dojrzewania czternastolatek, jest w tym wszystkim coś, co musi niepokoić, ale poza dość zręcznie i naokoło nakreślonym przez Manna kontekstem erotycznym tej znajomości, historia ma wymiar bardziej uniwersalny. Sam wyjazd pisarza do Wenecji był bowiem próbą wydostania się ze swojej coraz bardziej uświadamianej sobie starości i zachwyt nad tym, co niemożliwe, bliskie i dalekie zarazem — doskonałością młodości był tamtego zewu naturalną konsekwencją. Pisarz, co też istotne, sam nie chce się sztucznie odmładzać, a jego relacja z chłopcem ma charakter czysto platoniczny.

Do tego miejsca mój opis fabuły jest właściwie co do joty także wiernym odzwierciedleniem „Zakazanych kolorów” Yukio Mishimy, który cztery dekady później śmiało rozszerzył opowiadanie Manna do pełno-formatowej powieści wypełnionej intrygami i szczegółami gejowskiego życia nocnego w ówczesnej Japonii. W momencie, gdy opisywałem tamtą książkę jako mariaż „Niebezpiecznych związków” i „Śmierci w Wenecji” nie byłem świadom, jak wiele oba utwory mają ze sobą wspólnego. Łączy je nie tylko motyw umiłowania piękna młodzieńca przez uznanego literata, ale też słuszne przeczucie zbliżającej się nieuchronnie śmierci. I u Mishimy, i u Manna śmierć stanowi naturalną przeciwwagę dla piękna. Mann wieńczy zresztą swój utwór kilkustronicowym opisem sennej majaki — pogańskiego obrzędu, w którym miłość i śmierć mieszają się ze sobą. To dość zabawne o tyle, że dosłownie rok po premierze książki, w 1913 roku zadebiutował balet Igora Strawińskiego „Święto wiosny”, który w swojej wymowie zdaje się uderzać w tę samą ekspresję, którą wyraził w swym opisie Mann. Przynajmniej w mojej głowie oba obrazy naturalnie nałożyły się na siebie. Co ciekawe postać pisarza Mann wzorował ponoć na sylwetce innego kompozytora — Gustava Mahlera. Opowieść Manna miała zresztą wątek autobiograficzny oparty na wakacjach pisarza w Lido latem 1911 roku.

Dodam jeszcze tylko, że kunsztu poetycznych opisów Manna dopilnował w polskim tłumaczeniu Leopold Staff, co wplata w ten i tak fascynujący intertekstualny splot kolejne włókienko.

Cukry

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *