Opublikowano

Płyty, które mnie stworzyły

hi, hello

kolejny autoportret schielego, a co!

Czasem wydaję się, myślę, trochę takim strasznym typem, do którego trzeba podchodzić z jakimś kijem za pazuchą, bo nie wiadomo, czy się nie zacznie rzucać bez powodu. Choć są też pewnie i tacy, którzy myślą, że w ukryciu prasuję papierki po cukierkach i układam w równe stosy. Tymczasem swego czasu, gdy po fejsbuku grasowały stadnie zabawy łańcuszkowe prostolinijnie marzyłem w skrytości, żeby mnie ktoś nominował. Niekoniecznie do wylania sobie na głowę wiadra z lodem, a bardziej do napisania czegoś w zaproponowanym temacie — wymienienia dziesięciu ulubionych ryb słodkowodnych, rodzajów selera, kolorów skarpetek. Ktoś ten wówczas odniósłby się i karuzela ulotnego zainteresowania objęłaby mnie przez chwilę zasięgiem swych ramion. Tak się jednak nie stało, aż do zeszłego tygodnia, kiedy już od lat byłem pogodzony z druzgocącą myślą, że gry łańcuszkowe w mediach społecznościowych są reliktem przeszłości podobnym grom w kulki, ciuciubabkę czy karty (o ile nie jest to prawdziwy, męski, prężący muskuły poker o pokaźne sumy, znaczy się). Tymczasem poproszono mnie, bym wybrał 10 płyt, które znacząco wpłynęły na mój gust muzyczny i zadania tego z niekrytą chęcią się podejmę, z jednoczesną obietnicą, że postaram się zwięźle i bardziej o muzyce niż o sobie samym. Miało być też chronologicznie, potem trochę pomieszałem.

płyta

Pięć Oceanów: Piosenki Agnieszki Osieckiej 1962-1997

Wkrótce po tym, gdy w 1997 zmarła Agnieszka Osiecka, Polskie Radio w porozumieniu z Agatą Passent postanowiło na pięciu płytach wydać antologię piosenek z tekstami poetki — to do dziś zresztą najbardziej kompletny przegląd jej twórczości w tej formie i barwny przekrój tej części polskiej estrady o poetyckich inklinacjach. Tak się jakoś zbiegło, że ja akurat wkrótce szedłem do pierwszej komunii i moja babcia, kobieta, która przez całe swoje życie niezwykłą wagę przykładała do kultury sensu largo, jako dodatek do głównego prezentu — wieży stereofonicznej — dołączyła celem mojej muzycznej i literackiej edukacji ten wielopłytowy boks. Jako ośmiolatek bez własnego gustu wychowywany na MTV nie byłem wcale tym prezentem zachwycony. Wymagał ode mnie znacznie więcej dojrzałości, osłuchania i wyczucia, niż w tamtym czasie mogłem mu dać, nawet gdybym skierował w tym kierunku wszystkie swoje wysiłki. Z braku innych opcji słuchałem jednak tych płyt, ale nawet częściej sięgali po nie moi rodzice — co czynią zresztą do dziś. Tym samym mój dom rodzinny brzmiał Osiecką i takim go zapamiętam. Ja sam wróciłem do tych płyt na pierwszym roku studiów, kiedy uważniej zacząłem interesować się historią polskiej piosenki. Wiele z tych utworów do dziś znam na pamięć i podróżują ze mną nie tylko jako kolejne numery na plejlistach, ale w głowie i na ustach zawsze wtedy, gdy zabraknie mi słuchawek, odtwarzacza lub możliwości, by ich użyć. (♪ „Mój pierwszy bal”)

Aquarius grupy Aqua

Za sprawą przerysowanego letniego hitu „Barbie Girl” duńska grupa Aqua stała się na krótką chwilę międzynarodową popową sensacją. Dla ośmiolatka, który ten bajkowy świat, gdzie akcję swoich piosenek osadził zespół, traktował bardzo poważnie, musiało być to pierwsze istotne przymierze z popkulturą. Był to jednocześnie też pierwszy samodzielny krytyczny osąd, bo choć druga płyta grupy nie została przyjęta przez szeroką publikę z uwagą, jaką poświęcono debiutowi, ja sam nie miałem wątpliwości, że Aquarius był od poprzednika lepszy — nie tracił nic z plastyczności debiutu, a orkiestrowe aranżacje dodawały disneyowskiego splendoru. Uczta dla dziecięcej wyobraźni! Teraz niekoniecznie jestem przekonany o wyższości tego krążka — Aquarium miało chyba koniec końców o kilka lepszych melodii więcej, ale „Cartoon Heroes” i „Back From Mars” z Aquariusa to czołówka tego, co grupa kiedykolwiek zrobiła. Nie ma mowy o guilty pleasure, zwłaszcza jeśli wiemy już, że gdyby nie Aqua, najpewniej nie byłoby bubblegum bassu, jaki znamy. (♪ „Back From Mars”)

The Miseducation of Lauryn Hill

To płyta, która nauczyła mnie czuć muzykę. Pokazała mi, jak może przeszywać na wskroś, penetrować i wypełniać, zostawiać po sobie ślad. Wykształciła we mnie pewien zdrowy zmysł, że oto w centrum dobrego życia musi być miejsce i na radość, i na smutek. Ta słodko-gorzka, bardzo życiowa mieszanka stojąca w jej centrum; lekcja, na którą sama Lauryn Hill zaspała, była przysposobieniem dla mnie. O moim związku z muzyką Hill pisałem szerzej tutaj w wigilię 20-lecia płyty. (♪ „I Used to Love Him”)

płyta

Pet Sounds i bootlegi SMiLE Beach Boysów

Początek mojej przygody z Beach Boysami przypada na 2004 rok i seans 50 pierwszych randek z Sandlerem i Barrymore, gdzie w jednej ze scen usłyszałem po raz pierwszy „Wouldn’t It Be Nice”, w ciągu chwili odkrywając całe połacie muzyki, skrojonej, o czym już wtedy byłem przekonany, idealnie dla mnie, a o którym jednak nie miałem dotąd pojęcia. Droga do Pet Sounds wiodła oczywiście przez te wszystkie wczesne surfrockowe nagrania z ich katalogu i potrzebowałem kilku dobrych lat, żeby sam dla siebie odkryć ten nieuświadomiony fenomen. Jak się okazało, było co odkrywać.

„Nikt nie może powiedzieć, że jest wyedukowany muzycznie, dopóki nie pozna Pet Sounds” — miał powiedzieć o wydanym w 1966 roku krążku Beach Boysów Paul McCartney. Jego nazwisko w kontekście płyty pada zresztą nieprzypadkowo, jako że jednym z głównym motorów napędowych Briana Wilsona, lidera The Beach Boys, przy tworzeniu Pet Sounds był wydany rok wcześniej Rubber Soul Beatlesów. Wilson zdał sobie wówczas sprawę, że płyty pop można nagrywać zupełnie inaczej. Wycofał się z koncertowania z zespołem, by skupić się na sferze kompozycyjnej nowego krążka. Za cel obrał sobie nagranie najwspanialszej płyty w historii rocka, co zresztą pośrednio udało mu się zrealizować. Pet Sounds 50 lat po premierze wciąż pozostaje trzonem kanonu rock & rolla ze względu na niezwykłą dbałość o szczegóły — wykorzystanie technik kompozytorskich znanych z muzyki klasycznej, a niestosowanych dotychczas w rozrywce oraz niezwykłego jak na owe czasy instrumentarium inkorporującego w bogate harmonicznie kompozycje smyczki, klawesyn, akordeon, theremin, szerokie spektrum rozmaitych instrumentów dętych i perkusjonaliów, a także rozliczne efekty muzyki konkretnej. Efektem jest nieco ponad 35-minutowy idealnie wyważony i pozbawiony wypełniaczy kameralny album osadzony gdzieś pomiędzy między szczerą, naiwną radością a bezdennym smutkiem. (♪ „I Just Wasn’t Made for These Times”)

Inaczej sprawa miała się ze SMiLE, które od samego początku stanowiło dla mnie osobiste i pełnowymiarowe przeżycie, w dużej mierze dlatego, że krążek faktycznie owiany był legendą. Przez 45 lat, aż do wydania najbardziej możliwej kompletnej wersji projektu w listopadzie 2011 roku, był powszechnie uznawany za najsłynniejszy niewydany album w historii rock & rolla. W 1966 Wilson podjął się niemożliwego — postanowił stworzyć wielotematyczną koncepcyjną płytę w równych proporcjach łączącą pop i awangardę, stosując przy nagraniach złożone, czasochłonne i kosztowne metody inżynieryjne. Wydanie krążka realizowanego przez Wilsona właściwie bez udziału kolegów z zespołu we współpracy z abstrakcyjnym tekściarzem Vanem Dyke’m Parksem ostatecznie zostało zawieszone, a złożyło się na to wiele czynników. Przez lata fani skompilowali wiele nieoficjalnych bootlegów SMiLE zasadniczo różniących się między sobą. Wszystko to sprawiało, że właściwie można było samemu poczuć się częścią otwartej, żyjącej własnym życiem „nastoletniej symfonii do Boga” i dowolnie skompilować jej własną wersję (o co zresztą też się pokusiłem). Myślę, że najważniejszym, co dało mi obcowanie ze SMiLE, było pewne bardzo realne doznanie czegoś pięknego i nie do końca namacalnego zaprojektowane niemal wyłącznie przy pomocy dźwięku. (♪ „Surf’s Up”)

płyta

Voodoo D’Angelo i Merriweather Post Pavilion Animal Collective

Nie ma oczywiście niczego złego w miłości od pierwszego wejrzenia, ale to związki, które stanowią pewne wyzwanie i trzeba włożyć w nie więcej wysiłku, a czasem wręcz wykształcić w sobie instrumenty poznawcze, by zyskać nowe zrozumienie, odciskają się mocniej w człowieku. Podobnie jest z płytami — jedynie te, które wymagają od słuchacza woli walki i zaangażowania, kształtują koniec końców jego gusta. Zarówno Voodoo D’Angelo, jak i Merriweather Post Pavilion odegrały w moim życiu taką gustotwórczą rolę. W przypadku tej pierwszej, że warto inwestować w nią czas i siły, wstępnie podpowiedzieli mi starsi soulowi braci i siostry, ale koniec końców to sam krążek długo jawił mi się jako nieprzenikniony, testując moją cierpliwość i intuicję. W okresie intensywnego poznawania neo-soulowej spuścizny, w sąsiedztwie klasycznych płyt Eryki Badu czy Maxwella tylko Voodoo stawiało opór i tylko ono przetrwało w mojej płytotece próbę czasu — jako szczytowe osiągnięcie Soulquarians, ale przede wszystkim krążek redefiniujący postrzeganie muzyki w oderwaniu od gatunkowych etykietek (choroby zawodowej aspirującego krytyka) i ujmujący w nowe środki emocje i uczucia, dla których wcześniej nie mogło być ujścia. Merriweather Post Pavilion odegrało paralelną rolę kilka lat później — było raczej testem niezala, swoistym rytuałem przejścia na niezbadanym wcześniej gruncie, ale też płytą, która w swojej płynnej pangatunkowości musiała frapować, fascynować i inspirować. (♪ „Spanish Joint”, ♪ „Also Frightened”)

channel ORANGE Franka Oceana

Myślę, że gdyby nie Frank Ocean, zabrakłoby mi we współczesnym popie kotwicy, by nie odfrunąć zbyt daleko. O ile nostalgia,ultra była skrojona na tyle zręcznie i kompaktowo wewnątrz funkcjonującego już schematu płyty R&B, by od progu ująć w miarę osłuchanego odbiorcę, o tyle już kolejne krążki Oceana miały w sobie element wyzwania i tajemnicy — formalnie, tematycznie i emocjonalnie. Jestem przekonany, że jeśli ktoś nagrywa współcześnie rzeczy ważne (bliskie), to jest to właśnie Frank Ocean. Wiem też, że bez tej płyty R&B nie byłoby takie jak dziś, stałoby się dla mnie być może raczej rodzajem inżynieryjnie sprawnej skorupy, a i ja nie byłbym takim samym Kurtkiem. Więcej tutaj. (♪ „Pink Matter”)

płyta

„Święto wiosny” Strawińskiego i Kwartety smyczkowe Schoenberga

Być może słyszeliście te przypowieści o tym, że po premierze Święta wiosny wywiązała się potworna awantura — rzucano krzesłami, wyrywano sobie włosy z głowy, wzywano do ekskomuniki kompozytora itp. To utwór, który symbolicznie i faktycznie zrównał z ziemią idee romantyczne i rozpoczął nową erę myślenia o muzyce. Świadomie po Strawińskiego sięgnąłem dopiero na studiach, ale oczywiście znałem od dziecka kolejne pasaże baletu, bo stopiły się z popkulturą tak, że można je bez strachu przedstawiać i nie budzą już niczyjego sprzeciwu. Co więcej — podskórnie sieją ferment i rozkosznie podsycają bunt przeciw staremu porządkowi wciąż de facto wiodącemu prym w masowym postrzeganiu muzyki. Obcowanie ze Świętem wiosny nie mogło zatem mnie nie dotknąć, wyrosłem wszak na buntownika. (♪ „Święto wiosny”)

„Kocham muzykę. Schoenberg zniszczył mi życie” — znalazłem to gdzieś kiedyś w sieci i wryło mi się w pamięć do tego stopnia, że przyjąłem jako własne już po tym, jak Schoenberg faktycznie zniszczył wizję muzyki, którą kochałem. Nie całkowicie rzecz jasna, nie jestem bowiem totalistą [pun intended]. Niezmiennie bawi mnie wciąż natomiast akademicki strach, czy może raczej wstręt, przed Schoenbergiem, który to niewątpliwie napędził moją ciekawość i sprawił, że musiałem temu odrażającemu drabowi przyjrzeć się bliżej osobiście — możliwie jak najdokładniej. W efekcie tego spotkania Schoenberg nie tylko przesunął dla mnie granice melodyczne, ale też skierował moją uwagę ku muzyce kameralnej jako tej potencjalnie lepiej porządkującej myśli i dobitniej wydobywającej emocje. (♪ „III Kwartet smyczkowy, Op. 30: Moderato”)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *