Opublikowano

Nie rozumiem raperów z wytatuowanymi twarzami

na plaży

„Na plaży”, Felix Vallotton

Nie rozumiem raperów z wytatuowanymi twarzami. To jedna z moich najbardziej dojmujących konkluzji ostatnich miesięcy, a może i lat z kategorii tych dotyczących zarówno mnie samego w moich własnych oczach, jak i świata zewnętrznego (też w moich własnych oczach, bo jakże by inaczej). Gdy obejrzałem w zeszłym roku The Florida Project, przez chwilę pomyślałem, że oto poznałem inną stronę trapowego prekariatu i że ten nowy ogląd tę konfuzję zniweluje, załagodzi i wkrótce wrócę do siebie. Rozszerzył tylko tymczasem spektrum niezrozumiałego fenomenu, który przyjął masową i globalną formę i zupełnie pozbawiony sensu i skrupułów sposób, wszędzie gdzie nie spojrzę, fetyszyzuje losowość, faworyzuje bazgroły i śmieci, a jednocześnie wraca do ponadczasowej maksymy, gdy lud ryczy „wina i igrzysk!”, a ci raperzy z wytatuowanymi twarzami to igrzyska przy winie im zapewniają. Tym samym moje niezrozumienie raperów z wytatuowanymi twarzami nie jest, w czym z początku pokładałem pewną ufność, niezrozumieniem marginalnego subkulturowego fenomenu, lecz istoty zbiorowych uniesień. Tym gorzej dla mnie, który przecież niejednokrotnie unosiłem się zbiorowo.

*

Czytam ostatnio z pewną apatią Juliana Barnesa, który rozwodzi się o upływającym czasie i momentami odnosi się też do mnie, a ja z jednej strony niejako odmawiam mu prawa do takich odniesień, z drugiej zaś po cichu przyjmuję jego argumenty, że „czas najpierw nas uziemia, a potem zawstydza”, że to naturalne i zazwyczaj nieuniknione, że nasze młodzieńcze marzenia zostają prędzej czy później rozcieńczone codziennością. I że koniec końców to od nas zależy, czy to rozczarowanie zinterpretujemy jako porażkę, czy wyłowimy z niego to, co udało się w zamian. Bo przecież nic nie jest za darmo i wielkie rozczarowanie też ma jakąś cenę — połaci pod jego kapeluszem porastają często chmarnie dziesiątki malutkich sukcesów.

**

Mimo tego że nie rozumiem raperów z wytatuowanymi twarzami i zacząłem myśleć o swoim życiu w kategoriach pewnego rozczarowania, nie jestem chyba jeszcze zupełnie starym człowiekiem. Dziś w drodze do pracy, jak w większość tych dni, gdy gleba jest względnie sucha, zdecydowałem się pójść na przystanek skrótem prowadzącym wydeptaną ścieżką przez zaniedbane trawniki między okolicznymi kamienicami. Chwilę później dostrzegłem w oddali faceta z ręczną kosiarką i z powodu silnej alergii na koszoną trawę śpiesznie wycofałem się na chodnik. Przypomniałem sobie, że zapomniałem rano połknąć tabletki. To dobrze, pomyślałem w duchu, to znak, że ram mojego życia nie wyznaczają jeszcze kolejne dawki przyjmowanych leków.

***

Pomimo kataru siennego jestem zachwycony pogodą ostatnich dni. Słońce, które wczesnym popołudniem z pewną nieśmiałością zaczyna przykrywać się kolejnymi warstwami chmur to doskonała pogoda na plażę. Wciąż nie mogę natomiast przeżyć tego, że mieszkam we Wrocławiu już prawie dziesięć lat, a ten wciąż nie ma dostępu do morza.