Opublikowano

Schody i cienie

schody

Schody

Moja pierwsza nauczycielka o łaskawym uśmiechu, której nazwiska nie udało mi się zapamiętać, a może też nigdy go nie znałem, przepowiedziała kiedyś mojej matce, podobno zupełnie poważnie, że albo będę kimś wielkim, albo będą ze mną wyłącznie kłopoty. Matka od czasu do czasu czuła się odtąd w obowiązku cytować mi z pewną nabożnością te słowa, czy właściwie tylko ich pierwszą część. Druga wymknęła jej się pewnego razu w poczuciu, że jestem już poukładanym młodzieńcem, kłopotów ze mną nie ma żadnych, zatem to niedorzeczne brednie i należy teraz tylko wypatrywać na horyzoncie dowodów na moją wielkość. W istocie byłem grzecznym chłopcem. Gdy już wyszedł ze mnie szatan wieku pacholęcego, który u progu podstawówki kazał mi czy to któregoś lata namówić młodszego przyrodniego brata do zerwania wszystkich zielonych pomidorów rosnących na babcinej grządce, a następnie do niczego się nie przyznać, czy samemu dla zabawy podczas lekcji religii wbić ołówek w dłoń siedzącej ławkę za mną koleżanki, stałem się wzorem cnót i uosobieniem rodzicielskich marzeń. Przynoszone rok po roku świadectwa z czerwonym paskiem miały być ostatecznym dowodem na to, że pierwsza część przepowiedni nieuchronnie zmierza ku spełnieniu. Mój sceptycyzm w tej kwestii starała się przełamać z jednej strony matka, z drugiej emitowane w owym czasie w telewizji z szaleńczą częstotliwością reklamy Coca Coli. Pamiętam je jak dziś — w trwającym kilkanaście sekund spocie dwoje młodych ludzi czuje się zagubionych na hucznej imprezie. Wszystko zmienia się, gdy zatrzymują wzrok na sobie nawzajem i odkrywają, że oboje piją ten sam napój. Są wyjątkowi. I ja też mogę być. Za niecałą złotówkę wydaną w spożywczym dwie ulice dalej. Takich reklam było więcej, ale mimo tego, że skrupulatnie podążałem za instrukcjami producentów, nie poczułem się wyjątkowy. Koniec końców któregoś poranka obudziłem się z przeświadczeniem, że jednak chuj, nie tylko nie jestem wyjątkowy, ale nie mam pojęcia, na czym miałoby to polegać. Nieliczne nadzieje, jakie w sobie kiedyś pokładałem, dawno już zdusiła codzienność, przynajmniej od lat nie dawały o sobie znać, a wspomnienie o nich nie nadawało się na jakikolwiek fundament, jeśli tylko chciałbym cokolwiek budować (ale wcale nie chciałem). Tego samego dnia zacząłem poważnie zastanawiać się, kiedy dadzą o sobie znać i na czym będą polegać przepowiedziane mi lata temu kłopoty.

*

Przed trzema tygodniami zmarła mi ciotka. Ostatnich kilkanaście lat przeleżała w łóżku. Stwardnienie rozsiane. Informacja o jej śmierci była nieuchronna. Od dawna podświadomie wypatrywaliśmy, nasłuchiwaliśmy. Ciotkę spotkałem tylko raz w życiu, a przynajmniej zachowałem tylko jedno wspomnienie naszego spotkania. Zapamiętałem jej łagodny głos, krągłą twarz o regularnych rysach z ciemnymi, ale żywo połyskującymi oczami, proste, kasztanowe włosy ścięte za ucho, zwieńczone równą grzywką. Wówczas była jeszcze pełna życia. Nie wiem, czy przypuszczała, co miało ją czekać, czy cieszyła się już życiem na zapas, czy gdy wyszliśmy, wypłakała mimowolnie oczy podczas kolejnej bezsennej nocy, a może przeciwnie, wciąż przepełniała ją nadzieja — ta, która ponoć umiera ostatnia. Ja byłem tylko dzieckiem. Ciotka nie miała własnych, ale przez lata zajmowała się swoimi chrześnicami, których matka, a jej siostra, pochłonięta była pogonią za własnym szczęściem w ramionach coraz to kolejnych mężczyzn. Ciotka była zresztą przedszkolanką, ale, już po latach dowiedziałem się, że pasjonował ją teatr. Tego wieczoru, gdy po raz pierwszy i, jak miało okazać się jakieś dwie dekady później, ostatni nasze drogi się przecięły, mnie, kilkuletniemu szkrabowi, wydała się niemal beztroska, przepełniona szczerą ciekawością świata. Graliśmy wtedy razem na drewnianej kuchennej podłodze w improwizowaną zabawę na kształt gry w kulki. Była zima — szary, ciemny dzień. Sobotni, a może niedzielny wieczór. Mieszkanie ciotki mieściło się w starej, wyjątkowo paskudnej kamienicy. Wnętrze było obszerne, strop wysoki, ściany pokrywała przybrudzona tapeta o zielonkawym odcieniu, w powietrzu wyczuć można było wilgoć. Kuchenny podłogowy plac zabaw oświetlała jasno nisko zawieszona lampa. To wszystko. Przez te wszystkie lata nigdy jej nie odwiedziłem. A przecież zapamiętałem ją. Nie byłem już dzieckiem. Nawet gdy wciąż żyła babcia — jedyna z naszej strony rodziny, która raz po raz składała ciotce wizyty — ja, już wtedy jako student, nie potrafiłem zaproponować, by jej towarzyszyć. Przez strach i udawaną obojętność nie udało mi się tej plączącej się latami w mojej głowie myśli komukolwiek wydukać. Dziś nie potrafię pozbyć się dojmującego uczucia, że w innych okolicznościach bylibyśmy sobie z ciotką bardzo bliscy.

**

Boimy się zaangażować, ale zwykle nawet bardziej boimy się, że zostaniemy wykluczeni. Boimy się mówić głośno o swoich przekonaniach albo boimy się milczeć na ich temat. Powodowani strachem krzyczymy albo zamykamy usta. Nawet bardziej boimy się jednak usłyszeć, co ktoś inny może mieć nam do powiedzenia. Boimy się, że go nie zrozumiemy, ale często towarzyszy nam irracjonalny lęk, że zrozumiemy, przyznamy mu rację, a tym samym okażemy słabość i przegramy. Boimy się świata, który jest inny niż ten, którego obraz sami sobie nakreśliliśmy, czy raczej zrobili to za nas inni. Boimy się, że w takim świecie mogłoby zabraknąć dla nas miejsca, albo że nie będzie to miejsce, które chcielibyśmy w nim zająć. Jesteśmy komunistami albo faszystami dokładnie z tego samego powodu. Boimy się. Ale co wtedy zostaje z miłości, szacunku, dobrobytu, o których tyle mówimy, gdy już przecedzimy je przez nasze lęki?

cienie

Cienie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *