Opublikowano

Gochūi, hakkutsu genba, czyli japoński digging

jp

Tower Records, Shibuya; zdj. Judyta

Pączki z ośmiornicą, pajęczyna tokijskiego metra i kwitnąca sakura to niewątpliwie wystarczające powody, by ruszyć w podróż do Japonii i zatracić się w eksploracji tamtejszej rzeczywistości, ale skłamałbym, udając, że jednym z moich motorów napędowych nie była muzyka. Nie wszyscy zdają sobie sprawę, że Japonia jest drugim największym po USA rynkiem muzycznym na świecie. Rynkiem, można z całą pewnością stwierdzić, dość kuriozalnym w epoce mediów strumieniowych i nośników cyfrowych, bo w dalszym ciągu opartym w dużej mierze na muzyce sprzedawanej na płytach. To jedyny kraj, którego oficjalna lista przebojów Oricon oparta jest wciąż wyłącznie na sprzedaży fizycznej i jedyny, gdzie nadal regularnie wydaje i kupuje się na masową skalę zapomiane od dekady w Europie i Stanach Zjednoczonych maxi single. A także jeden z niewielu bastionów dzielnie opierających się popkulturowej globalizacji — w Japonii wciąż słucha się przede wszystkim rodzimej muzyki, która od lat żyje własnym życiem i absorbuje zachodnie trendy nie tyle z opóźnieniem, co w bardzo specyficzny sposób.

jp

Okazja w Tower Records: koci gramofon; zdj. Judyta

Początków tego zjawiska — choć oczywiście nie tylko na płaszczyźnie stricte muzycznej — można dopatrywać się w powojennej okupacji kraju przez Amerykanów. Tamtejsza popkultura, znana w zachodnim świecie z dominacji i narzucania obowiązujących wzorców, nie wchłonęła tradycyjnej japońskiej estetyki, a stopniowo wkradała się między jej tryby, stając się źródłem mutacji i niecodziennej ewolucji popularnych na wyspach stylów. Dużą rolę odegrała tu (dziś wciąż jeszcze właściwa japońskiej kulturze) bariera językowa oraz sposób zorganizowania społeczności w naturalny sposób preferujących to co japońskie. Efektem był trwający do dziś kreatywny popkulturowy clash, z którego Japończycy, ku niewiedzy reszty świata, wciąż wychodzą obronną ręką. Włączając losową stację radiową w Japonii, jest bardziej prawdopodobne, że usłyszymy utwór japoński niż jakąkolwiek propozycję anglosaską — przy założeniu, że będziemy mieli to szczęście, że uda nam się trafić na muzykę. Nawet w stacjach promowanych jako muzyczne, jak słynna tokijska rozgłośnia J-Wave, prowadzący mają w zwyczaju przez długie minuty pławić się we własnym strumieniu świadomości, zanim wreszcie zaprezentują słuchaczom, co im w duszy gra. Ale nawet jeśli wysłyszycie tam znajome nazwy — Radiohead, D’Angelo — jest duża szansa, że w ostatniej chwili spikerzy zdecydują się zmienić temat i zagrać ostatni singiel Gesu no Kiwami Otome. albo zmarłego przed kilkoma dniami wiekowego japońskiego barda.

Pizzicato V, „The Audrey Hepburn Complex”

Japonia słynie także wśród kolekcjonerów z unikalnych wydań i nieporównywalnej jakości tłoczeń płyt artystów zagranicznych. Wiele niszowych, ale cieszących się szacunkiem w środowisku wydawnictw doczekało się japońskich edycji, a nawet jeśli nie, nie zdziwcie się, jeśli w sklepie z winylami natraficie np. na pierwsze wydanie debiutanckiego 10-ciocalowego albumu George’a Brassensa w doskonałym stanie albo na amerykański first press Walk Away Renée / Pretty Ballerina The Left Banke. Czytając kiedyś artykuł o zakupach płytowych w Brazylii, znalazłem wzmiankę, że prędzej klasyczne wydania niereedytowanych dotąd płyt mistrzów MPB, samby i bossa novy znajdzie się w Japonii — i faktycznie. Niejako na potwierdzenie tej tezy przywiozłem ze sobą jedną płytę Chico Buarque. Priorytetem była jednak muzyka japońska, o którą w Europie zwykle równie trudno, co o brazylijskie białe kruki. W sumie dzięki nadludzkiej cierpliwości Judyty i mojemu uporowi maniaka w samym Tokio na odkrywanie miasta szlakiem tamtejszych sklepów płytowych udało nam się poświęcić dwa dni.

jp

Kurtek digguje w tokijskim HMV; zdj. Judyta

Początkowo nie było łatwo — w natłoku spraw swoje przygotowania do winylowych wykopalisk przed wyjazdem ograniczyłem do zainstalowania (jak się okazało nieaktualizowanej od dawna aplikacji) wyszukującej sklepy płytowe, dzięki czemu większa część pierwszego dnia poszukiwań upłynęła nam na odwiedzaniu lokalizacji nieistniejących już miejsc sprzedaży czarnych krążków w Harajuku. Po kilku odrobinę frustrujących pomyłkach i niejako rekompensującej je wizycie w obłędnym 10-ciopiętrowym molochu legendarnej amerykańskiej sieci Tower Records (w USA nieistniejącej już od dekady) — który mimo niesamowicie szerokiej oferty specjalizuje się w sprzedaży jedynie nowych płyt, co nie do końca mnie satysfakcjonowało — pod wieczór dotarliśmy wreszcie do przepastnego salonu HMV w dzielnicy Shibuya, a stamtąd nie dało się już wyjść z pustymi rękoma. Kolejny dzień zwieńczyła natomiast wizyta w tokijskim Disk Union — kolejnym obowiązkowym punkcie na szlaku tokijskiego diggingu. Co ciekawe w żadnym ze sklepów obsługa nawet nie próbowała mówić po angielsku — w przeciwieństwie do właściciela małego sklepu w pobliżu Nishiki Ichiba w Kioto. Poza tym kupowanie w Japonii to sama przyjemność — z kilkunastu przywiezionych krążków wszystkie (poza jednym nieprzesłuchanym zawczasu Chopinem kupionym na wyprzedaży za 300 jenów) niezależnie od opisanego na etykiecie stanu (A, A/B, B…) grają i brzmią bez zarzutu. Japońscy sprzedawcy przywiązują wielką wagę do jakości oferowanych płyt, każdą skrupulatnie opisując (zwykle po japońsku) specjalną nalepką umieszczaną zwykle w prawym górnym rogu okładki.

jp

Płyty z rodziny YMO (od lewej): Mari Iijima, Yuming, Taeko Ohnuki, Ryūichi Sakamoto, YMO

Nie łudziłem się, że niemal niedostępne w międzynarodowym internecie limitowane edycje płyt Flipper’s Guitar, arcydzieło techno-kayō Parellelisme Miharu Koshi (czy pytając o płytę w Japonii — Koshi Miharu, jeśli nie zamienimy miejscami imienia z nazwiskiem, sprzedawca najpewniej nas nie zrozumie — miałem okazję się przekonać) czy rzadkie wydanie jedynego singla Tamao Koike trafią w moje ręce, choć w marzeniach przed laty obiecywałem sobie, że właśnie wytropieniu tych spędzających mi sen z powiek pozycji poświęcę swoją wizytę swoją w Japonii, jeśli miałaby się mi kiedyś przydarzyć. Wyszło inaczej, ale absolutnie nie żałuję.

Ryuichi Sakamoto, „Das Neue Japanische Elektronische Volkslied”

Moim łupem padł natomiast głównie japoński pop przełomu lat 70. i 80. w całej jego niezmierzonej wariantywności — od zręcznie mieszającego orientalną melodykę z kraftwerkowską elektroniką progresywnego debiutu Ryūichiego Sakamoto — 1000 Knives of Ryūichi Sakamoto, przez szczytowe osiągnięcie otoczonych kultem przez Japończyków prekursorów tamtejszego technopopu Yellow Magic Orchestra, po płyty wyprodukowane przez członków grupy (obok wspomnianego Sakamoto to jeszcze Haruomi Hosono i Yukihiro Takahashi) — uroczy debiutancki krążek Mari Iijimy Rosé, city pop inspirowany bossa novą od weteranki stylu Taeko Ohnuki (Aventure) czy pierwszy synthpopowy album hołbionej gwiazdy kayōkyoku Yumi Matsutoi (Cobalt Hour), której dwa pierwsze, bardziej kameralne i organiczne albumy w Tokio okazały się poza zasięgiem, ale jeden z nich Misslim z 1974 roku zupełnie przypadkiem znalazłem miesiąc później w Paryżu — ku żywej aprobacie właściciela sklepu zachwycającego się linią basu w rozpoczynającym drugą stronę płyty „Anata dake no mono”. To zresztą nie pierwszy raz, kiedy nazwisko Matsutoi (znanej wcześniej jako Yumi Arai, później przez pewien czas jako Yuming) wzbudzało emocje — w położonej na peryferiach Sapporo knajpce, w której spędziliśmy swój ostatni wieczór w mieście, z jej właścicielem na polu muzyki piosenkarki znaleźliśmy wspólną płaszczyznę do tego stopnia, że od tego momentu do naszego wyjścia w lokalu wybrzmiewały już tylko jej piosenki.

jp

Japońska muzyka (od lewej): Yumi Arai, Sugar Babe, Pizzicato V, Juicy Fruits, Eiichi Ohtaki

Na moim celowniku znaleźli się także: klasyczny Eiichi Ohtaki ze słonecznym A Long Vacation będącym citypopową odpowiedzią na sunshine pop spod znaku The Beach Boys, opatrzone obłędną okładką szalone Drink! grupy Juicy Fruits ze słynnym „Jenny wa gokigen naname” i do czasu pierwszego odsłuchu już po przybyciu do kraju owiany przede mną słodką tajemnicą jedyny album supergrupy Sugar Babe, w której obok wspomnianej już Taeko Ohnuki główne skrzypce gra kolejna wielka postać japońskiej muzyki lat 70. i 80. — Tatsuro Yamashita. Po latach polowań przede wszystkim na muzykę odnalezioną już wcześniej w sieci to niezmiennie fantastyczne uczucie — móc po raz pierwszy posłuchać zupełnie nieznanej wcześniej sobie muzyki z zakupionej pod wpływem impulsu płyty. Zwłaszcza jeśli płyta ta okazuje się unikalnym połączeniem folku, soulu, funku i bluesa produkcji zbłąkanego japońskiego Beach Boya — Eiichiego Ohtakiego. Japoński digging zwieńczyło niespodziewane znalezisko — Pizzicato V in the Audrey Hepburn Complex — epka, która w 1985 zaintonowała popularny w latach 90. styl alternatywnego popu znany jako shibuya-kei. Dziesięć tysięcy koni nie mogło się mylić.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *