Opublikowano

Pączki z ośmiornicy

jp13

Nishiki Ichiba; zdj. Judyta

Jeszcze przed wyjazdem Moe zapytała mnie po którychś z zajęć, czy lubię japońskie jedzenie. Pokiwałem twierdząco głową na znak, że jak najbardziej. W tym momencie Moe roześmiała się — To sobie pojecie — życzliwie skwitowała. Tak było. Pojedliśmy. Właściwie jeśli mielibyśmy wybrać jedno słowo, które najtrafniej całą tę wyprawę, by podsumowało, pewnie zdecydowalibyśmy się na 美味しい (czyt. oishii, czyli pyszny), chyba że Judyta wolałaby ごちそうさまでした (czyt. gochisousamadeshita, co oznacza z braku lepszego tłumaczenia tyle co dziękuję za posiłek), które ku satysfakcji wszystkich (tj. swojej, mojej i Japończyków, którym dane było podziękowanie z ust Judyty) nie tylko zdołała bezbłędnie zapamiętać, ale potrafiła doskonale wyczuć moment. A wyczucie momentu jest bardzo ważne, równie ważne (a niekiedy i równie trudne) co nieprzekręcenie żadnej głoski. Jedno i drugie obcokrajowcom się szybko wybacza, ale czasami może prowadzić do niezręcznych sytuacji. Tu mógłbym przywołać doskonale znaną uczącym się języka i często zresztą przez nich myloną parę czasowników — 起こす (czyt. okosu, budzić kogoś) i 犯す (czyt. okasu, gwałcić).

jp14

Restauracja Rāmen w Iwaki; zdj. Kurtek

Drugim po Gdzie byliście? najczęściej zadawanym pytaniem jest prawdopodobnie właśnie Co jedliście? Japonia to obok Chin, Indii i Rosji bez wątpienia najbardziej wyraziście obecny w zachodniej świadomości azjatycki kraj. Spytaj dziecka, a powie ci, co to kimono, o co chodzi w sumo, kim byli szoguni, jak się składa origami i oczywiście, że sushi to surowa ryba. Przynajmniej ja jako dziecko bez jakiegokolwiek szczególnego zainteresowania Japonią, potrafiłem na te pytania bez problemu odpowiedzieć. Inną kwestią było, że trochę tych swoich odpowiedzi nie rozumiałem, zwłaszcza w zakresie surowej ryby — no bo jak to surowej. W rezultacie zanim sushi spróbowałem, upłynęło wiele lat, choć wydaje mi się, że współczesna młodzież ma na ten temat lepsze pojęcie niż ja, bo knajpy z ryżem zawiniętym w wodorosty wyrastają nad Wisłą jak grzyby po deszczu. Nie ma się co dziwić, to dochodowy interes. Fakt faktem — bywa, że produkty trzeba sprowadzać zza granicy na własną rękę (choć raczej nie z Japonii, prędzej z Niemiec, najdalej Korei czy Chin), ale trudno mi do końca oswoić się z tym, jak się czasem klienta nabiera, żeby nie powiedzieć tresuje — bo orientalne, bo umami, bo, zobaczcie państwo, jakie mamy bambusowe poręcze — sushi w Polsce to zabawa z nieco wyższej półki. W Japonii z kolei, w której, zaznaczę to już w tym miejscu, mają też inne jedzenie niż sushi, miejsce z sushi można czasem spotkać obok stacji benzynowej przy drodze krajowej. Koniec końców można znaleźć sporo taniej naprawdę przepyszne sushi w wariantach, które nad Wisłą trudno sobie wyobrazić.

jp15

Kurtek i jego zupa; zdj. Judyta

Nie ma może bambusowych poręczy — te byłyby nie na miejscu w obitej sklejką przydrożnej jadłodajni (choć oczywiście nie brakuje miejsc mniej lub bardziej stylizowanych, w dalszym ciągu bambusowe poręcze wydają się niewyobrażalne), ale nie o to koniec końców chodzi. Chodzi przede wszystkim o komfort. O to, że kucharz nie słyszy twoich myśli, bo jesteś jedynym klientem i o to, że skoro i tak nie kojarzysz większości pisanych hiraganą, a często i w kanji nazw (tu w wyborze do pewnego stopnia pomagają zdjęcia), a ceny wydają się jak najbardziej na miejscu, możesz właściwie zamówić cokolwiek. Ostatecznie każdy czasem popełnia błędy. Błędy, które lubią chodzić parami, zupełnie jak nigiri z surowymi mackami ośmiornicy. To zwodnicza bestia — waleczna nawet na talerzu. W takiej właśnie niepozornej formie dwukrotnie próbowała mnie ukatrupić — raz, gdy okazało się, że macki ośmiornicy się nie gryzie, ale połyka w całości — jest na to zbyt oślizgła — od razu spływa przełykiem do żołądka. Próbując z tą prawidłowością walczyć, można się naprawdę solidnie zakrztusić. Drugi raz pod postacią podawanych na słono pączków nadziewanych właśnie ośmiornicą — たこ焼き (czyt. takoyaki), które są jednym z ulicznych specjałów Kioto. Problem z pączkami z ośmiornicą nie polega nawet na tym, że zamiast budyniu czy róży, mamy w środku kawałek ośmiornicy, ale raczej na tym, że podaje się je na gorąco, przy czym temperatura ośmiornicy wewnątrz jest zdecydowanie wyższa niż otaczającego ją ciasta i piekielnie, i to jest w tym kontekście dobre słowo, wierzcie, piekielnie łatwo poparzyć sobie podniebienie. Taka oto ośmiornica.

jp16

Żyrandol w Muzeum Piwa Sapporo; zdj. Judyta

Jadąc do Azji, nigdy do końca nie wiadomo, z jakimi sensacyjnymi efektami spożywanych potraw trzeba będzie się mierzyć, ale Japonia, pomimo zakodowanej w zbiorowej świadomości surowej ryby, jest pod tym kątem naprawdę komfortowa. Można oczywiście dla pewności zamówić sake (które przy dobrych wiatrach może być niewiele droższe niż piwo — za małe, bo dużych nie serwują, w knajpie przyjdzie nam zapłacić bagatela 500 jenów), ale koniec końców trudno w kilkunastoprocentowym ryżowym winie pokładać zbyt wielkie nadzieje, że oto uchroni nas od złego. Wbrew pozorom Japończycy sporo smażą — zwłaszcza japońskie fast foody, jak お好み焼き (czyt. okonomiyaki, które Google Translate uporczywie tłumaczy jako naleśnik) zwane czasem japońską pizzą, ale w istocie bazujące na poszatkowanej drobno kapuście zapieczonej właśnie z ciastem naleśnikowym, podawane zwykle z owocami morza, aonori, katsuobushi (suszonymi wiórkami ryby bonito) i specjalnym sosem. W tych samych knajpach zwykle znajdziemy też 焼きそば (czyt. yakisoba), czyli podobnie przyprawiony i podawany smażony makaron gryczany soba, który poza tym daje swoją nazwę także m.in. jednej z zup. Nie smażone, a pieczone są 焼き鳥 (czyt. yakitori) — tradycyjne japońskie szaszłyki, których, wówczas jeszcze nie mając pojęcia, czym są, chciałem spróbować od kiedy po raz pierwszy spotkałem się z tym słowem w którejś z podręcznikowych czytanek, gdzie bohater uporczywie szuka restauracji yakitori, prosząc o pomoc napotkanych na ulicy ludzi. Jego, jak podejrzewam zresztą poniekąd bezwiedna i niezamierzona, silna wola zainspirowała mnie, by yakitori spróbować, czymkolwiek jest. W teorii, uważnie czytankę przestudiowawszy, mógłbym niejako zrekonstruować tę scenkę w rzeczywistości, ale na szczęście nie zaszła taka potrzeba. Miejsce z yakitori znaleźliśmy trochę przypadkiem gdzieś na obrzeżach Shinjuku. Do rekonstrukcji wybrałem sobie natomiast inną czytankę, a mianowicie scenkę pocztową. W oryginalnym tekście pani prosi o dziesięć znaczków pocztowych do Grecji, podczas gdy pracownica urzędu przez zbieżność nazw sądzi, że chodzi o Anglię. W rzeczywistości koszt znaczka do obydwu państw jest taki sam — nie ma specjalnych znaczków do Grecji, o czym wtedy już wiedziałem. W mojej rekonstrukcji nie było więc ani Grecji, ani nieporozumienia. Była tylko płynna japońszczyzna, level ultrabasic, ale jednak. Wydawało mi się zresztą, że w oczach pani w okienku zauważyłem lekki błysk — zupełnie jakby przez tę krótką chwilę była ze mnie, nieznanego obcokrajowca, odrobinę dumna. Najpewniej w jej źrenicach dostrzegłem jednak jedynie swoje odbicie.

jp17

Rāmen Alley; zdj. Judyta

Na swój sposób smaży się także すき焼き (czyt. sukiyaki) — w czymś w rodzaju woka w sosie, którego głównym składnikiem jest sos sojowy, przyrządza się cienko pokrojoną w plastry wołowinę, tofu i warzywa, które przed zjedzeniem macza się dodatkowo w surowym jajku. Na potwierdzenie, że sukiyaki nie tyle warto, co trzeba spróbować, chciałem napisać, że w końcu nie bez powodu właśnie „Sukiyaki” wybrano na potrzeby amerykańskiej nazwy największego japońskiego przeboju wszech czasów, czyli 「上を向いて歩こう」 Kyu Sakamoto, ale koniec końców myślę, że jednak bez powodu. A nawet jeśli — powody były na tyle prozaiczne, że oryginalny tytuł wydał się wytwórni po prostu za trudny. W tekście nie ma nic o wołowinie, ale i o sukiyaki na zachodzie mało kto słyszał.

jp18

Szef kuchni; zdj. Judyta

Nie jestem specjalistą od zup, zwłaszcza tych japońskich. Potrafię rozróżnić rodzaj makaronu i przy odrobinie szczęścia zrobić rozpoznanie pozostałych pływających w bulionie składników, ale gdyby teraz ktoś postawił przede mną miso i rāmen i kazał zgadywać, co jest czym, dałbym sobie 50% szans na poprawną odpowiedź. Niemniej jednak Japonia rzeczywiście zupami stoi. Na rāmen wybraliśmy się oczywiście w Sapporo, któremu przypada zaszczytne miano stolicy rāmen, do jednej z knajpek położonych w, trzeba przyznać, całkiem nieźle oddającej klimat tradycyjnych japońskich bazarowych uliczek Rāmen Alley — jakże adekwatnie. Nie będę zanudzał nikogo tłumaczeniem, że wielka misa pełna wszystkiego, którą nam podano to zupełnie inna zupa niż te, które serwuje się w Europie. Soby próbowaliśmy w Kioto, miso czekało na nas w Iwaki, a zupa karē to znów Sapporo — ot, taka sobie zupna turystyka. W Tokio co prawda zup nie jedliśmy, ale zupełnie przypadkiem, z turystycznego szlaku odrobinę schodząc, zbłądziliśmy w meandry ulicy zaopatrującej branżę gastronomiczną we wszelkiej maści przedmioty potrzebne, aby jedzenie serwować. Były więc sklepy z ceramiką, pałeczkami czy niezrozumiale popularnymi w Japonii plastikowymi atrapami oferowanych potraw.

jp19

Nocna panorama na wielki daikon; zdj. Judyta

W tej samej okolicy, niedaleko Sky Tree, firma Asahi, jeden z największych japońskich producentów piwa, postanowiła ufundować coś, co po małym śledztwie okazało się być chmurą o bliżej niesprecyzowanym kształcie. Japończycy śmieją się, że to wielki odchód (tak, tak, taki) i nazywają Asahi クソビール (czyt. kusobiru, znaczenie bardzo brzydkie, od wspomnianego odchodu). Nas jednak ani chmura, ani クソビール nie przekonały, uporczywie więc twierdziliśmy, że to, co Asahi sportretowało to raczej wielka rzodkiew japońska. Takie niejednoznaczne pejzaże najlepiej zresztą podziwiać, konsumując coś równie dziwnego, jak chociażby lody batatowe. Wtedy obraz się dopełnia i nareszcie można poczuć całym sobą, że jest się w Japonii.

CDN

Jedno przemyślenie nt. „Pączki z ośmiornicy

  1. czekam na nowy post
    pozdrawiam serdecznie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *