Opublikowano

Katar sienny

jp0

Japonia; zdj. Judyta

Gdy pierwszy raz zapytano mnie, co najbardziej zaskoczyło mnie w Japonii, najpierw długo się zastanowiłem, by w końcu ze zdziwieniem odpowiedzieć, że tak naprawdę to nic. O Japonii na zachodzie wiemy bowiem nierzadko więcej niż sami Japończycy, ale bardzo często nie są rzeczy mające wyraźne odzwierciedlenie w rzeczywistości, ile raczej zbiór na wpół zmyślonych mitów i ciekawostek z kategorii wiedzy bezużytecznej wymieszanej z faktoidem. Ile to razy przed wyjazdem żartobliwie przestrzegano mnie przed używaną bielizną sprzedawaną w automatach (jakby miałaby to pierwsza rzecz z jaką zetknę się po opuszczeniu pokładu samolotu) albo zachęcano, bym koniecznie spróbował lodów o smaku węża (które może i zaistniały w jakimś konkretnym miejscu i czasie, by stać się hitem internetowych memów, lecz nie tylko nie są normą, ale znalezienie ich nie należałoby najpewniej do najłatwiejszych zadań). Po zbyt wielu takich historiach człowiek naprawdę zaczyna się zastanawiać, czy to aby przypadkiem nie jest jakiś inny świat. Ale nie, to z całą pewnością miejsce położone w naszym świecie, tylko rządzące się czasem trochę innymi regułami.

jp1

W centrum Kurtek-podróżnik; w tle Zatoka Otaru; zdj. Judyta

Dopiero nocna przejażdżka z Berlin Tegel na Zentral Omnibus Bahnhof, a właściwie towarzyszący jej intensywny zapach sfermentowanego moczu i niepokojące spojrzenia tubylców, uświadomiły mi, za czym i jak bardzo będę tęsknił. Chwilę później zdałem sobie sprawę, że będzie to brak, którego być może nie uda mi się niczym na Starym Lądzie zastąpić. Okazało się jednak nie było takiej potrzeby — wkrótce bowiem znowu wtopiłem się mimowolnie w otaczającą rzeczywistość, a niedawne rozczarowanie jakby uleciało.

Trudno tę moją tęsknotę precyzyjnie oddać przy pomocy słów — to coś na granicy powszechnego i przynajmniej pozornie nieograniczonego zaufania do siebie nawzajem wyrażanego w małych gestach takich jak pozostawianie nieprzypiętych rowerów, szacunku do całej społeczności oraz niesamowicie instynktownego porządku, który poza tym, że oczywiście wyznaczają gęsto rozsiane po peronach, ulicach i klatkach schodowych znaki i komunikaty, zdaje się być naturalnie podzielany i respektowany przez wszystkich. I nie chodzi tu absolutnie o próby porządkowania rzeczywistości pod linijkę, którą ktoś wbrew woli społeczności wymachuje, a jak potrzeba, to i rozdaje razy, jak to się czasami dzieje w Europie, ale o nieprawdopodobną wręcz dla Europejczyków harmonijność, która jednocześnie nie zakłada ani hermetyczności, ani homogeniczności.

jp2

Rowery w Moerenuma-koen; zdj. Kurtek

Na kilka dni przed wyjazdem w (przynajmniej kilku) momentach krytycznych przed oczyma stawała mi wyraźna wizja mnie piszącego gruby poradnik Jak nie wyjeżdżać do Japonii, który jednak koniec końców można byłoby sprowadzić do poręcznej i doskonale znanej maksymy, by nie zostawiać przynajmniej tych najważniejszych spraw na ostatnią chwilę. To jeden z powodów, dla których taka książka nie stanie się moim udziałem. Drugi jest taki, że koniec końców, mieliśmy czasem więcej szczęścia niż rozumu, co wielokrotnie, jeszcze w trakcie wyjazdu, powtarzała mi Judyta. A do przygotowania, jeśli ktoś nie planuje drukować rzeczy w stylu instrukcji obsługi bankomatu czy przewodnika, jak postępować w razie trzęsienia ziemi, nie ma przecież aż tak wiele. Można wręcz, jak spotkane przez nas w Tokio Niemki, przyjechać do Japonii na trzy tygodnie bez żadnego konkretnego planu z nadzieją na przygodę. Naprawdę można.

Nasza w założeniu objazdowa wyprawa była zresztą wpół improwizowana — tzn. wiedzieliśmy mniej więcej co chcemy zobaczyć i kiedy mniej więcej będziemy w danym regionie, ale elementy układanki dopasowywaliśmy raczej na bieżąco. Przy czym, przynajmniej dla mnie, pierwsze dwa-trzy dni poprzedzone kilkunastogodzinną przeprawą na trasie Warszawa-Londyn-Tokio były z rodzaju tych nierzeczywistych. Sen i jawa zdawały się mieszać ze sobą w równych proporcjach, tworząc historię z jednej strony nierzeczywistą i jakby odległą, z drugiej zaś całkiem przecież namacalną. Dopiero zmiana pogody i udanie się na japońską prowincję zdołało skutecznie mnie otrzeźwić, choć poczucie nierealności, tym razem wywołane częstym i szybkim przemieszczaniem się, miało jeszcze niekiedy dać o sobie znać.

jp3

Wiśnie w Sapporo; zdj. Judyta

Bywa, że podnosi się w Polsce wrzawa, że oto czas letni, który kiedyś miał przynosić oszczędności energii, obecnie raczej generuje koszty. Może to i prawda i patrząc na słupki efektywności, rzeczywiście powinniśmy zmian czasu nad Wisłą zaprzestać. Byłaby to jednak zmiana wymagająca pewnego oswojenia. W Japonii przez cały rok obowiązuje taki sam czas (zimowy), co oznacza mniej więcej tyle, że słońce wstaje o godzinę wcześniej i o godzinę wcześniej zaczyna zmierzchać. By za tym rytmem nadążyć, pewnie trzeba by samemu wstawać o godzinę wcześniej, ale nawet mimo tego przez tych kilkanaście dni ani mnie, ani Judycie nie udało się przejść nad tym do porządku dziennego. Paradoksalnie rzeczą, która najwidoczniej uderzyła nas w Japonii, było coś z Japonią nijak niezwiązanego.

jp4

Pola ryżowe; zdj. Judyta

Zdjęcia skąpanego w deszczu Tokio wypełnionego pieszymi i rowerzystami pod dziesiątkami przezroczystych parasolek stały się mimowolną wizytówką Japonii. Nie ma się czemu dziwić — w Japonii jednak sporo pada (przede wszystkim w czerwcu z powodu monsunów, a później aż do października przy okazji nawiedzających kraj tajfunów) i tanie parasolki (nie tylko przezroczyste, choć takich z pewnością jest najwięcej) znaleźć można niemal w co drugim sklepie. To fenomenalne o tyle, że gdy tylko zaczyna bardziej padać, nagle wszyscy zdają się chronić pod parasolami, ale kilka godzin wcześniej, gdy połowicznie zachmurzone niebo nie dawało jeszcze wyraźnych powodów do niepokoju, nie widać było niemal nikogo, kto poza teczką czy plecakiem dzierżyłby dodatkowo parasol.

Co innego kiedy świeci słońce. Parasolek jest wtedy oczywiście porównywalnie mniej, ale nadal nie stanowią wyjątków od reguły (nienoszenia parasola, gdy nie pada) — w Japonii parasoli zgodnie z przeznaczeniem, przynajmniej wedle ich polskiej nazwy, tzn. do ochrony przed słońcem (to, co obecnie chroni nas przed deszczem, nasi przodkowie z początku wieku nazywali na modłę francuską paraplujem), używa się bowiem na porządku dziennym. Można zresztą mówić o całej parasolowej kulturze — przed wejściem do muzeów, restauracji czy niektórych sklepów spotkać można specjalne stojaki na parasole — czasem w formie cylindrycznych koszy, rzadziej — czegoś pomiędzy samoobsługową szatnią a stojakami rowerowymi.

jp5

Akahibara w deszczu; zdj. Judyta

Chciałem dzisiaj wreszcie pojeździć trochę na rowerze — w końcu mamy stosowną ku temu pogodę — ale zostałem skutecznie spacyfikowany przez słońce i kwitnące lipy. Można się przed tym bronić, wiem — choć słońce okłada wszystkich równo i to nie tylko po twarzy, a ślady walki nosi się później w rozmaitych miejscach, można zawsze naciągnąć czapkę mocno na uszy i udawać, że go nie ma. Na katar sienny nie ma jednak skutecznej rady ad hoc. W Japonii natomiast stężenie pyłków i zarodników grzybów jest nawet wyższe niż u nas, o alergie więc nie trudno. Jest to o tyle problematyczne, że czyszczenie nosa w miejscu publicznym w tamtejszej kulturze nie tyle nawet nie przystoi, co wielu porównuje tę czynność do wymiotowania. Stąd, właściwie niezależnie od pory roku, pory dnia czy pogody, popularne jest noszenie maseczek higienicznych. I nie ma w tym żadnej prawidłowości — pokojówki i biznesmeni, kobiety i mężczyźni, uczniowie podstawówki i seniorzy — na każdym kroku można spotkać kogoś, kto z jakiegoś powodu postanowił założyć maseczkę. Pamiętam, jak zimą w Polsce, w związku z falą zachorowań na świńską grypę, lekarze zalecali je jako środki ostrożności. W tym samym czasie bito zresztą na alarm w związku z nasilającym się w miastach smogiem. Pamiętam też, że koniec końców nie widziałem na ulicy w takiej maseczce nikogo. Jak sądzicie, co na to mój katar sienny?

Cdn.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *