Opublikowano

2013: piosenki

20 najlepszych piosenek 2013 roku.

20. きゃりーぱみゅぱみゅ, 「み」

nakata niechybnie celował w piosenkę roku i gdyby nie absurdalna zachowawczość — brak równie odjechanego klipu i niewydanie utworu na singlu, kyary bezwzględnie wykręciłaby kolejny po „ponponpon” absolutny sieciowy hit; minimalizm w pewnym sensie sponsorował mijający rok, co nakata skrzętnie wykorzystał, łącząc niebezpieczną powtarzalność zaraźliwie prostego refrenu z maksymalistyczną, cukierkową aranżacją; „mi” to tegoroczny hit dyskotekowych kuluarów i szara eminencja nowej przebojowości

19. Mikal Cronin, „Shout It Out”

to być może najbardziej konwencjonalny numer spośród mojej tegorocznej dwudziestki, ale byłoby niewybaczalnym przeoczeniem, gdyby twórca najlepszej z oczywistych płyt mijającego roku nie został zauważony na polu stricte songwriterskim; zwłaszcza, że wavves dostał zadyszki, a ty segall zrezygnował z tworzenia przebojowych kawałków na rzecz psychodelicznych prac odkrywkowych; „shout it out” to ujmujący garażowy feel, chwytliwy refren ubrany w słowa post-nastoletniego, nieco naiwnego buntu i klimatyczne chórki w stylu lat 60., a cronin sam nie wie co zrobił i nadal miota się bez ładu na scenie

18. The-Dream, „Loving You”/”Crazy”

the-dream nie zapomniał jak tworzyć spektakularne opusy w rytmie r&b i chociaż jego tegoroczny krążek można było spokojnie określić jako odtwórczy i rozczarowujący, podwójne „loving you”/”crazy” jest bezsprzecznie jedną z najciekawszych pozycji w jego dyskografii; twórca „umbrelli” i „single ladies” brnie dalej w syntezatorowe kolaże, tym razem podejmując się wariacji na brzmieniu wczesnego justina timberlake’a — choć rzecz jasna niebezpośrednio; pomimo złożonej, ewoluującej struktury, udaje mu się efektywnie wyeksponować pierwiastek przebojowości największych popowych numerów naszych czasów, otwierając kolejny rozdział w historii art r&b

17. Annie, „Invisible”

annie, która dotychczas specjalizowała się w ultraprzebojowym, lekkim jak piórko, syntezatorowym popie spod znaku kylie minogue, z pomocą richarda x zaprojektowała się muzycznie zupełnie na nowo — przynajmniej dwukrotnie; najpierw w „tube stops and lonely hearts”, hołdzie złotym czasom rave’u, a następnie w możliwie nawet bardziej wstrząsającym „invisible”, które szło na całość tam, gdzie w jego poprzedniku odzywały się popowe echa; „invisible” bezkompromisowo odkurza klasyczny house z lat 90., budując na jego fundamencie nową, słodko-gorzką dyskotekę, doskonale znaną z najlepszych nagrań pet shop boys

16. Franz Ferdinand, „Evil Eye”

franz ferdinand nikogo chyba nie zaskoczyli, gdy po wcześniejszych poszukiwaniach swojej muzycznej drogi i sporej przerwie w nagrywaniu, powrócili do korzeni i nagrali słabszą kopię swojego debiutu; ale nawet pomimo tego na krążku znalazł się przynajmniej jeden utwór godny zmierzyć się z niezatapialnym „take me out” — prostszy formalnie, ale bardziej zawikłany charakterologicznie; z niebanalnym tekstem, hipnotyzującym rytmicznie refrenem, którego nie sposób nie zanucić i psychodelicznym backgroundem zaakcentowanym przez fascynujący klip

15. Neko Case, „Man”

neko case na poprzedniej płycie miała pewien problem z wyrazistością — być może dlatego, że brakowało tam jednoznacznego killera, który skupiłby wokół siebie uwagę słuchacza już od pierwszego odsłuchu; na nowym albumie takim numerem zdecydowanie jest „man”; przykuwa uwagę nie tylko nieprzebranymi pokładami świeżości i energii czy klawesynowym solo, ale być może przede wszystkim błyskotliwym tekstem, w którym piosenkarka śpiewa przekornie, że jest mężczyzną, bo tak wychował ją jej mężczyzna.

14. Mayer Hawthorne, „The Stars Are Ours”

hawthorne pozostaje w pewnym sensie artystą paradoksalnym, bo jego muzyka od samego początku trzyma tak równy poziom, że nietrudno przegapić (czy może niełatwo wyłowić) te najlepsze elementy układanki. A takim bezwzględnie jest „the stars are ours” — niebanalna oda do chwili obecnej mieszcząca się gdzieś pomiędzy funkowym jamesem brownem, dyskotekowym micheaelem jacksonem, koktajlowym raphaelem saadiqiem a pulsującym pharrellem williamsem; mój główny kandydat do miana osobistego przeboju tegorocznego lata

13. Ciara, „Body Party”

ciara od lat szukała drogi, by ostatecznie zrzucić z siebie niefortunną łatkę księżniczki crunk&b, jaką doczepiono jej jeszcze przy okazji debiutanckiego singla, ale dopiero teraz możemy w zupełności stwierdzić, że jej się udało; piosenkarka wraz z rozchwytywanym ostatnimi czasy producentem mike will made-it pokazali całemu światu jak powinno się robić pierwszorzędne pościelówy; „body party” to wyraz znakomitego stylu i muzycznej subtelności

12. My Bloody Valentine, „In Another Way”

my bloody valentine, powracając po dwóch dekadach przerwy, rozpoczęli dokładnie tam, gdzie skończyli w 1991 roku. Byłoby jednak niedopatrzeniem uznać, że na tym poprzestali. „in another way” ewoluuje w kierunku, jaki niewielu sobie wyobrażało, przekształcając do tej pory senne brzmienie w elektroniczne, upbeatowe szaleństwo; to zupełnie nowy wymiar muzyki my bloody valentine i definitywne tchnienie życia przywracające statycznej scenie dawną dynamikę

11. Migos feat. Drake, „Versace (Remix)”

migos to najbardziej absurdalny rapowy projekt tego roku, ale jednocześnie jeden z najbardziej uzależniających; nieślubne trapowe dzieci steve’a reicha, trzech kolesi z Atlanty na swoim tegorocznym mikstejpie young rich niggas dekonstruują hip hop do minimum, budując utwory na prostych wzorcach melodycznych i niekończących się powtórzeniach; do „versace” jedną ze swoich lepszych zwrotek w ostatnim czasie dograł zresztą drake

10. Miley Cyrus, „We Can’t Stop”

manifest to manifest, a manifestów się nie ignoruje, czegokolwiek by nie manifestowały; „we can’t stop” nie tylko zjawiskowo wyprodukował mike will made-it, ale miley postanowiła w tej prostej popowej piosence przemycić więcej treści, niż była w stanie sama przetworzyć; po pierwsze oznajmiła światu, że wraca i że jest już dorosła — nie obyło się bez kontrowersji i pokracznej składni (choć akurat jedno nie było związane z drugim); po drugie — ku mojemu zaskoczeniu (i prawdopodobnie nie tylko) trafnie i adekwatnie uchwyciła w piosence filozofię swojej generacji — i jak się okazało była to idealna filozofia, by przetwarzać ją na takie właśnie numery; po trzecie — ubrała wszystko w narkotykowe aluzje, które niektórym zamydliły obraz, innym rozjaśniły, ale bez względu na wszystko dodały utworowi charakteru i wiarygodności; chcemy czy nie to refren, który zostaje w głowie i piosenka, która na swój sposób zdefiniowała miniony rok na wiele sposobów

9. Ashley Monroe, „Two Weeks Late”

ashley monroe nagrała najlepszą damską płytę country tego roku — tu nikt nie powinien mieć jakichkolwiek wątpliwości; wróciła do przepięknej muzycznej tradycji gatunku, by śpiewać błyskotliwe piosenki o współczesności; takie jak chociażby, ba!, takie jak właśnie ta! monroe potrafi jak mało kto obrócić banały w nieoczywistości, zamknąć je w nieprzyzwoicie dobrych numerach i jeszcze zaśpiewać to wszystko kunsztownie i przekonująco

8. Andrew Bird, „Pulaski at Night”

andrew bird jest niewątpliwie jednym z najbardziej utalentowanych songwriterów współczesnej amerykańskiej sceny niezależnego folku; trudno jednak nie zauważyć, że w ostatnich latach jakby odrobinę rozmieniał swój talent na drobne; „pulaski at night” — zbudowane wokół niesamowicie charakterystycznego skrzypcowego motywu i przepełnione romantycznymi nawiązaniami do rodzinnego chicago — to jednak definitywny powrót do wysokiej formy i kto wie, być może nawet jeden z jaśniejszych momentów w kilkunastoletniej karierze 40-letniego birda

7. Vanessa Paradis, „Love Song”

jak to możliwe, że vanessa paradis wróciła do swoich muzycznych korzeni (nie, nie chodzi o „joe le taxi”), a jednocześnie nie popełniła autoplagiatu, ani nie naraziła się na śmieszność? dwadzieścia lat później piosenkarka nadal potrafi czarować, popełniając nieprzyzwoicie przebojowe numery w starym stylu. „love song” efektownie łączy w sobie charakterystyczne elementy nouvelle chanson française z esencją brytyjskiej przebojowości z lat 80.; to zaskakująco żywiołowy, a jednocześnie zmysłowy i drapieżny numer

6. Big Sean feat. Kendrick Lamar & Jay Electronica, „Control”

na odrzucie z tegorocznego krążka big seana, kendrick lamar być może popełnił najlepszą zwrotkę w swojej dotychczasowej karierze, a już na pewno najlepszą rapową nawijkę tego roku; efektem tego ostatecznie koronował się na nowego króla hip hopowego nowego jorku; zostawił w tyle nie tylko big seana i jaya electronicę (skądinąd również znakomitego rapera), ale całą nową amerykańską rapową scenę; i choć na brak dobrych hip hopowych wydawnictw w tym roku narzekać nie mogliśmy, kendrick i tak jedną zwrotką zjada ich wszystkich łyżeczką na śniadanie — proste

5. Kanye West, „Black Skinhead”

“black skinhead”, niewątpliwy highlight tegorocznego krążka kanyego westa, choć został zamknięty w hip-hopowej formie, jest w istocie punkowy z natury, co odzwierciedlają mroczny, industrialny, charczący bit i nieskrępowane, charyzmatyczne flow rapera — to kolejna udana autokreacja jednego z najważniejszych artystów naszych czasów

4. Savages, „Husbands”

savages dokonały w „husbands” pozornie niemożliwego; artystycznie połączyły topowe post-punkowe brzmienie z teatralną ekspresją, nie roniąc przy tym ani krztyny prawdziwości żadnego z tych elementów; nie tylko złoiły tyłki wszystkim współczesnym grupom rockowym, ale wzniosły się wysoko ponad to, zapisując się wielkimi literami w historii art punku, ratując całą scenę przed utratą resztek wiarygodności

3. Paul McCartney, „New”

najlepszy tegoroczny utwór beach boysów! mccartney mentalnie jednoczy się z wielką czwórką z liverpoolu i kolegami zza oceanu ze słonecznej Kalifornii, wydawałoby się, że w zupełnie innych okolicznościach przyrody — paul ma dwadzieścia lat, beatlesi żyją i nagrywają, brian wilson pływa kraulem w morzu słonecznej psychodelii — nigdy nie czuł się lepiej; „new” emanuje tak potężną dawką młodzieńczej energii, że bez trudu jest w stanie nie tylko zatrzymać, ale cofnąć czas, by móc zacząć wszystko raz jeszcze, na nowo

2. Daft Punk, „Get Lucky”

“get lucky” jest na swój sposób fenomenalne, choć nie dzieje się w nim nic nadzwyczajnie wyjątkowego; daft punk po raz kolejny przenoszą nas w czasie do swojej własnej muzycznej epoki, gdzie przeszłość w osobliwy sposób miesza się z przyszłością, a disco i funk wyrastają z solidnego house’owego fundamentu (a nie odwrotnie!); i może właśnie tęsknota za tym abstrakcyjnym punktem na muzycznej osi czasu ostatecznie zadecydowała o niemal natychmiastowym ogromnym sukcesie tego numeru; ale i ta zdałaby się na nic, gdyby daft punk po raz kolejny nie udało się stworzyć nadzwyczajnie żywej i chwytliwej melodii, która poniesiona przez dyskotekowy rytm, uroczo-niezdarny falset pharrella williamsa i charakterystyczne vocoderowe “we’re up all night to get lucky!”, zamknęła się w jednej z najbardziej przebojowych piosenek tego roku — nawet pomimo tego, że daft punk zagrali ten numer odrobinę zbyt bezpiecznie

1. Arcade Fire, „Reflektor”

arcade fire, a może raczej the reflektors, udowodnili tym nagraniem, że są prawowitymi spadkobiercami muzycznej myśli davida bowiego. „reflektor” to ponad siedmioipółminutowy neo-dyskotekowo-art-punkowy opus łączący najjaśniej połyskujące artefakty popkultury z klasyczną alegorią jaskini platońskiej; co więcej, utwór, błyskotliwie współprodukowany przez Jamesa murphy’ego), angażuje wokalnie także, wspomnianego już, jedynego i niepowtarzalnego — davida bowiego, co niewątpliwie dodaje kompozycji charakteru i wiarygodności

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *